"Zniknięcie córki Wintera" to kolejna książka Sullivana, którą miałam okazję przeczytać.
„Zniknięcie córki Wintera” to kolejny, czwarty już tom z serii „Kroniki Riyrii”, który w końcu śmielej wkracza na ścieżkę głębi gatunku fantasy, przynosząc czytelnikowi nie tylko kolejną dawkę intrygującej akcji, ale także bogactwo elementów magicznych i fantastycznych, które wcześniej były nieco mniej wyeksponowane. To opowieść, w której światło i cień tańczą ze sobą w harmonii, a mocne charaktery i nietuzinkowe postaci nadają historii wyjątkowego charakteru.
„Zniknięcie córki Wintera” to kolejny, czwarty już tom z serii „Kroniki Riyrii”, który w końcu śmielej wkracza na ścieżkę głębi gatunku fantasy, przynosząc czytelnikowi nie tylko kolejną dawkę intrygującej akcji, ale także bogactwo elementów magicznych i fantastycznych, które wcześniej były nieco mniej wyeksponowane. To opowieść, w której światło i cień tańczą ze sobą w harmonii, a mocne charaktery i nietuzinkowe postaci nadają historii wyjątkowego charakteru.
Winter - bogaty przedsiębiorca zgłasza się do Roce'a i Hadriana po pomoc w odnalezieniu córki, która zaginęła w tajemniczych okolicznościach. Mężczyzna podejrzewa, że kobieta nie żyje i bogaty król whisky pragnie zemsty. Ponieważ mieszkał w Colnorze podczas niesławnego Roku Strachu, wynajmuje jedynego człowieka, o którym wie, że wie, co to znaczy krwawa zemsta – Zmiatacza. Zatem tym razem wyruszamy w podróż z kolejnym zadaniem wraz z Royce’em i Hadrianem. Jeden z nich jest cynicznym byłym płatnym zabójcą, a drugi byłym najemnikiem, który pozostał idealistą do starodawnego miasta pełnego arystokratów, potomków szlachetnych rodów z czasów imperium.
Zadanie Riyrii wygląda na proste: odkryć, co się stało z zaginioną księżną i sprowadzić ją do domu, o ile nadal żyje. W przeciwnym wypadku mają ukarać odpowiedzialnych. Jednak nic nie jest proste w tym tłocznym, pełnym mgły i ciasnych uliczek mieście Rochelle, gdzie czai się więcej niż jedna starożytna legenda.
Po lekturze tego tomu można z pełną świadomością stwierdzić, że autor, zdołał wreszcie głębiej zanurzyć się w świat fantastyki, którą mimo wszystko nadal subtelnie maluje na kartach tejże powieści. Tym razem zadanie powierzone dwóm mężczyznom o przynajmniej szarej moralności pozwala czytelnikowi nie tylko śledzić rozwój ich przyjaźni, ale także nieco bliżej poznać Hadriana, czego brakowało mi przy poprzedniej części. Mężczyzna, który jak do tej pory pozostawał raczej w cieniu Roce'a, w tym tomie zyskał swoją własną głębię i charakter zyskując miano bardziej partnera niż cienia swojego towarzysza.
W "Zniknięciu córki Wintera" autor wprowadza w końcu na scenę inne postaci niż tylko ludzkie. Zatem mamy tu m. in. krasnoludy i inne stworzenia, które współistnieją razem z ludźmi, ale ze względu na swoje pochodzenie są zepchnięte na margines społeczeństwa. Szybko okazuje się, że zaginięcie księżnej zwiastuje widmo rewolucji i jeżeli tylko coś pójdzie nie tak będzie ona naprawdę krwawa. Chociaż i tak nie obyło się bez ofiar, których można było uniknąć jeżeli sprawy potoczyłyby się nieco inaczej. Jednak takie ukazanie sytuacji, w której ważą się losy tego jak postaci zepchnięte na margines społeczny wywalczą sobie lepszy byt jest w moich oczach tylko zaletą. Autor świetnie pokazuje jakie opcje mają ludzie, którzy są dyskryminowani i zepchnięci na margines. I w powyższej historii świetnie wybrzmiewa to, że nie zawsze może wygrać ta pokojowa opcja.
Dodatkowo w „Zaginięciu córki Wintera” pojawiają się znakomite postaci kobiece — silne, niezłomne, niezależne i pełne charakteru. To kobiety, które nie tylko mają własne zdanie, ale także nie boją się walczyć o swoje prawa i zmiany społeczne, które w miejscu akcji powieści - Rochelle, są nieustanną walką o lepsze jutro; nie tylko dla kobiet, ale także dla innych ras (jak np. dla krasnoludów). Ich obecność nadaje fabule nie tylko kolorytu, ale także głębi społecznej, podkreślając, że Sullivan potrafi tworzyć postaci kobiece, które są wyraziste, niezależne i pełne życia.
Sullivan mistrzowsko buduje napięcie, prowadząc nas przez labirynt tajemnic, intryg i zagadek, a także nieoczekiwanych zwrotów akcji, które zaskakują i trzymają w napięciu niemalże do ostatnich słów. Jednakże mimo tego, że ta seria coraz bardziej mi się podoba to mam wrażenie, że jeden wątek związany z biskupem miasta został dość nagle urwany - bez żadnego większego kontekstu (no chyba, że ja coś pominęłam, albo nie zrozumiałam). Szkoda, bo jeżeli zostałby bardziej rozwinięty to fabuła powieści tylko by na tym zyskała.
„Zniknięcie córki Wintera” to powieść, która z powodzeniem łączy elementy klasycznego fantasy z nowoczesną narracją, pełną emocji i nieprzewidywalności. Zarówno dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z fantastyką, jak i dla wytrawnych czytelników, Sullivan serwuje historię, która stawia na charakter, moralność oraz świat pełen tajemnic. Ta książka to nie tylko wciągająca opowieść o zaginięciu i zemście, ale także o odwadze, lojalności i sile charakteru — elementach, które sprawiają, że seria „Kroniki Riyrii” jest tak wyjątkowa i warto się w nią zagłębić. Dla mnie osobiście to kolejny krok w fascynującej podróży, którą z chęcią polecam każdemu, kto szuka literackiej przygody, która nie boi się poruszać ciekawych tematów i zaskakiwać nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Ja na pewno wejdę głębiej w to uniwersum, bo wiem, że oprócz tej serii w tym uniwersum są jeszcze 2. serie, których przeczytania nie mogę się doczekać.
Jeżeli nie czytaliście moich poprzednich postów dotyczących tej serii to zapraszam Was do poniższych notek:
1. "Wieża koronna", Michael J. Sullivan,
2. "Róża i cierń", Michael J. Sullivan,
3. "Śmierć Dulgath", Michael J. Sullivan,

Komentarze
Prześlij komentarz
W związku z ustawą RODO o ochronie danych osobowych, informuję, że na tej stronie używane są pliki cookie Google oraz inne technologie do ulepszania i dostosowywania treści, analizy ruchu, dostarczania reklam oraz ochrony przed spamem, złośliwym oprogramowaniem i nieuprawnionym dostępem. Zostawiając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych i informacji zawartych w plikach cookies.