wtorek, 21 października 2014

Tove Alsterdal, "Grobowiec z ciszy", recenzja

Dzisiaj mam dla Was kilka słów o "Grobowcu z ciszy" autorstwa Tove Alsterdal, którego opis brzmiał niesamowicie kusząco. Albowiem powyższa książka miała być wciągającym kryminałem połączonym z mroczną sagą rodzinną. 


Otóż Katrine wraca po latach do Sztokholmu, żeby zająć się chorą matką. Jednakże w pewnym momencie okazuje się, że kobieta jest właścicielką domu we wsi za kołem polarnym, który ktoś chcę kupić za wysoką kwotę. To jest początkiem podróży w poszukiwaniu swoich korzeni, która zaprowadza młodą kobietę do Rosji, gdzie poznaje historię swojej rodziny, skrywaną przez dziesięciolecia. 

Pojawienie się Kariny w rodzinnej wiosce swojej matki ma zbudzić uśpione demony.

Dochodzi do serii brutalnych morderstw, a ona sama zostaje wplątana w rozgrywkę, w której stawką jest jej życie.

Skuszona obietnicą kryminału z mroczną historią rodzinną w tle bez wahania sięgnęłam po tą powieść. Tym bardziej, że miała być antidotum na stres. Jednak mimo wszystko męczyłam się z nią ponad tydzień, co rzadko mi się zdarza przy powieściach tej objętości.

Męczyłam się tak długo nie dlatego, że nie miałam czasu, ale głównie dlatego, że ta książka mnie mocno rozczarowała. Nie mogę powiedzieć, że "Grobowiec z ciszy" jest złą powieścią, jednak zawiera bardzo przeciętną opowieść. Fabuła toczy się niespiesznie, tak jak życie w małym miasteczku za kołem polarnym. Wątek kryminalny majaczy gdzieś w tle mimo to, że powieść szumnie została nazwana kryminałem. Niestety mam wrażenie, że ten wątek był mocno naciągany, a autorka na siłę wtrąciła go do powieści i ot tak prześliznęła się po nim na odwal się. W końcu Rosja, aż prosi się o to, żeby wtrącić coś o przestępczości zorganizowanej, ale ta mafia była po prostu nijaka:/. W tejże powieści jest to zrobione tak nieudolnie, że, aż żal... Poza tym nie było żadnych spektakularnych zwrotów akcji oraz trzymania w napięciu, a głupota głównej bohaterki, aż zaskakiwała. Może jestem jakaś dziwna, ale sytuacja, gdy Karina wchodzi do opuszczonej kamienicy na jakimś rosyjskim zadupiu i to bez większego zastanowienia mnie zadziwia. W końcu to Rosja...miejsce, które nie kojarzy się z najbezpieczniejszym zakątkiem na ziemi, a w szczególności jeżeli chodzi o jakieś opuszczone miejscówy, w których można spotkać każdego. Poza tym oczywiście nasza główna bohaterka po ucieczce z wyżej wspomnianej kamienicy znajduje naprzeciwko kawiarenkę, w której oczywiście może dogadać się po angielsku... Sorry, ale nie wierzę, żeby w biednej wiosce zabitej dechami w Rosji, ktoś miał pieniądze na studia czy naukę angielskiego...może i tak, ale czy oby na pewno mówi w tym języku płynnie? Przecież nawet w naszym kraju wielu studentów ma ten język na bardzo podstawowym poziomie. 

Po powrocie Karny z Rosji sprawy nie mają się dobrze. Sytuacja w wiosce miała być zapewne mroczna i sprawiać, że ciary przechodzą nam po plecach. Jednak fabuła nawet jeżeli chodzi o to jest do bólu przewidywalna i irytująca. Już po przeczytaniu 3/4 książki mniej więcej wiedziałam jak się skończy, a przynajmniej wiedziałam kto jest mordercą i kto chce kupić dom matki Kariny.

Całą sytuację nieco ratuje tylko wątek dotyczący potrzeby poszukiwania swoich korzeni. Człowiek, który nie zna swoich przodków często po prostu nie wie kim jest i jest w stanie zrobić wiele, żeby się tego dowiedzieć..Jednak niestety ten wątek nie ratuje całej książki. A szkoda:/. Na szczęście teraz sięgnęłam po bardziej sprawdzoną przeze mnie autorkę i czyta się na prawdę migusiem;). 

4 komentarze:

  1. Jeśli aż tak przeciętna, to odpuszczę sobie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślałam żeby kupić tę książkę dla mamy ale chyba wybiorę coś innego.

    OdpowiedzUsuń
  3. A miałam na nią dużą ochotę, bo z opisu wydawała się naprawdę ciekawą pozycją...

    OdpowiedzUsuń