wtorek, 31 maja 2016

Isabel Allende, "Japoński kochanek"


Moje życie wkroczyło już w ten etap, że poza pracą i codziennymi obowiązkami pozostaje niewiele czasu, który można poświęcić na swoje hobby czy spotkania ze znajomymi. Jednak na książki niezmiennie staram się jakoś wyłuskać czas. 

Z racji tego, że ostatnio mieliśmy nadprogramowy dzień wolny udało mi się skończyć "Japońskiego kochanka" 


Irina Bazili, młoda imigrantka z Mołdawii, rozpoczyna pracę jako opiekunka w Lark House – domu spokojnej starości przyciągającym postępowych intelektualistów, gorliwych adeptów ezoteryki i artystów niezbyt wysokiego lotu. Szybko zaskarbia sobie sympatię Almy Belasco, Żydówki o polskich korzeniach – ekstrawaganckiej damy, stroniącej od ludzi artystki, która zatrudnia ją jako swoją sekretarkę. Ekscentryczna Alma, wyróżniająca się arystokratycznymi manierami, żyje własnym życiem – pojawia się i znika, kiedy jej się podoba, i zdarza się, że bez uprzedzenia opuszcza Lark House na dwa, trzy dni. Gdzie się udaje swoim przypominającym zabawkę samochodem? I kto wysyła jej listy w żółtych kopertach i kwiaty? Czy to możliwe, żeby starsza pani miała kochanka?
Almę i Irinę łączy poczucie wyobcowania. W 1939 roku rodzice Almy w obawie przed zbliżającą się wojną wysłali ją statkiem do zamożnej rodziny w San Francisco. To tam Alma poznała najważniejszych mężczyzn swojego życia – kuzyna Nathaniela i syna ogrodnika, Japończyka Ichimeiego Fukudę. Allende opowiadając o losach swoich bohaterów, wraca do przełomowych miejsc i zdarzeń z historii świata: Polski z okresu drugiej wojny światowej, Ameryki z czasów rewolucji seksualnej czy Mołdawii po upadku muru berlińskiego. 

„Japoński kochanek” to wzruszająca opowieść o zderzeniu kultur, miłości, starości i odchodzeniu, o losach japońskich imigrantów w Stanach Zjednoczonych podczas drugiej wojny światowej, o oderwaniu od korzeni i trudnej walce z konwenansami. 

Miałam pewne obawy przed sięgnięciem po tą książkę, ponieważ zwykle nie sięgam po tego typu literaturę, a moje pierwsze spotkanie z twórczością Isabel Allende nie było zbytnio udane. Jednak wiedziona pewnym przeczuciem postanowiłam dać autorce drugą szansę. Ciekawa byłam szczególnie tego polskiego wątku. I o dziwo nie zawiodłam się. 

Dostałam do ręki piękną opowieść o miłości, tęsknocie, starzeniu się, umieraniu, odchodzeniu i...uciekaniu przed przeszłością. Powieść jest bardzo minimalistyczna, bo jest w niej zaledwie kilku bohaterów, jednak jest w niej coś urzekającego niczym w powieściach Erica - Emmanuela Schmitt'a. Pani Allende z niesamowitym wyczuciem opowiada o trudnych sprawach, o których warto pamiętać - również o takim trudnym okresie, którym jest II Wojna Światowa.

Mój narzeczony śmiał się ze mnie, że pewnie czytam jakiś podrzędny i kiczowaty erotyk, ale w "Japońskim kochanku" nie uświadczycie żadnego erotyzmu - zmysłowość owszem, ale erotyzmu nie. Zatem jeżeli oczekujecie jakichś scen łóżkowych to nie sięgajcie po tą książkę. Ale jeżeli lubicie atmosferę książek autora "Oskara i Pani Róży" to "Japoński kochanek" jak najbardziej jest dla Was. 

2 komentarze:

  1. Nie wiem co wcześniej czytałaś Allende, ale polecam "Dum dusz" i "Evę Lunę". "Japońskiego kochanka" dostałam wczoraj, więc pewnie wkrótce też go przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogłabym przejść obojętnie obok tytułu, w którym występuje słowo "japoński". :D Książka zapowiada się ciekawie, na pewno będę miała ją na uwadze. ;)

    OdpowiedzUsuń