piątek, 10 sierpnia 2012

Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? recenzja

Od Wydawcy:

Rozgrywająca się między latami 1960 a 1990 historia Heleny, polskiej Żydówki, ocalałej z Holocaustu jako jedynej z całej rodziny, i jej córki Elżbiety, najpierw dziecka, potem dorosłej kobiety, widziana jest oczami córki. To zbiór dwudziestu epizodów i scenek z ich codzienności, gdy próbują ułożyć sobie życie w nowo powstałym Izraelu. 

Opowieść ta w przejmujący sposób mówi o traumie potwornych przeżyć, o rozpaczy i żalu w związku „z tym, co się stało, a także tym, co się potem już stać nie mogło", o tęsknocie za Polską i izolacji, o walce o to, żeby jakoś żyć, zachować godność i jednocześnie nie zapomnieć. Ale przede wszystkim mierzy się z milczeniem na ten najważniejszy temat, czyli głębokim niezrozumieniu otoczenia wobec ocalałych, wręcz o obojętności dla ich przeżyć. W najlepszym razie spotykają się oni z pytaniem zadanym przez pewnego syjonistę: „dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?".
 
Ode mnie:
U nas w domu święta spędza się bardzo rodzinnie i chyba jak wszędzie są pewne naczelne tematy, które pojawiają się dosłownie za każdym razem, kiedy rodzina spotyka się przy stole. Jednym z nich są doświadczenia dziadków z II wojny światowej. Do tej pory pamiętam jak babcia ze swoim bratem przyrodnim wspominali, że wujek (czyli ten wspomniany już brat babci) dostawał słodycze od niemców dzięki swoim (niby) aryjskim rysom, i że biały barszcz już nigdy nie smakował tak w święta jak podczas wojny...
Dlaczego taka osobista dygresja w notce dotyczącej książki? Otóż niepozotnych rozmiarów powieść sprawiła, że przed oczyma miałam wiele z opowieści usłyszanych przy świątecznym stole. Z tym, że między mną, a autorką Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? jest taka różnica, iż nie jestem z pokolenia wychowywanego przez to, które przeżyło koszmar wojny. Wprawdzie dziadkowie odegrali w moim wychowaniu zmaczącą rolę, ale jakoś wojna nigdy nie miała większego wpływu na moje relacje z dziadkami. Te świąteczne rozmowy o wojnie sprawiały jednak, że zaczęłam patrzeć na swoje otoczenie zupełnie innymi oczyma i szczerze podziwiałam ludzi, którym przyszło przeżyć piekło wojny. Nie wyobrażam sobie uciekać przed wojskami będąc małym dzieckiem, albo patrzeć na rozstrzelanie swojego ojca (czego doświadczył mój dziadek). Powieść Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? spowodowała, że moja wrażliwość na pewne sprawy jeszcze dodatkowo wzrosła. Generalnie ostatnio temat Zagłady i wojny "chodzi za mną" bardzo intensywnie – w końcu dopiero niedawno natchnęło mnie, żeby obejrzeć Pianistę, teraz ta książka i jeszcze wrześniowe spotkanie Stalowych Czytaczy, które w założeniu będzie dotyczyć powieści nawiązujących do II wojny światowej... Możliwe, że ma mnie to zmusić do myślenia i przede wszystkim do docenienia tego w jakich żyje czasach.
Co do samej książki to jest to bardziej zbiór opowiadań niż powieść. Na całość składa się zlepek wspomnień autorki o swojej matce i może dlatego wiele wspomnień o opowiadaniach dziadków wróciło. Wprawdzie nikt w mojej rodzinie nie doświadczył pobytu w obozie (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), ale mimo wszystko nie przeszkodziło to moim powrotom do opowieści o wojnie. Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? ma zatem dla mnie w pewnym sensie osobisty wymiar. Coś czuję, że ta powieść jest dla mnie czymś co będzie mi jeszcze długo przypominać o tym, że są gorsze doświadczenia niż brak pracy, niewyspanie z przemęczenia, albo brak przepływu informacji w związku z organizacją warsztatów... Coś czuję, książka Lizzie Doron będzie mi towarzyszyć w tych momentach kiedy zacznę narzekać na system, albo psioczyć na czasy, w których przyszło mi żyć...
Wiem, że raczej nie pisałam do rzeczy, ale jakoś nie mogłam inaczej – nie mogłam, nie wspomnieć o moich dziadkach, którzy byli małymi dziećmi jak zastała ich wojna. Wspomnienia same jakoś napłynęły.
A Wy pamiętacie swoich dziadków? Czy w Waszej rodzinie wciąż ktoś żyje, kto pamięta wojnę? Jakie macie wspomnienia z rozmów z ludźmi, którzy doświadczyli tego piekła? Ja mimo wszystko zawsze będę miała przed oczyma moich dziadków i prababcię, która przeżyła dwie wojny i od której nauczyłam się szanować chociażby to, że mam jedzenie w lodówce i mimo tego, że jestem młoda nie chcę zapomnieć – chcę pamiętać i dowiadywać się coraz więcej. Dlatego też, powieść, którą mogłam ostatnio przeczytać stanowi dla mnie cenną pozycję w mojej domowej biblioteczce. Pewnie z niedługim czasię sięgnę po coś innego z tej samej tematyki. 

6 komentarzy:

  1. Mnie pierwsze co przychodzi na myśl to moja prababka, która była wywieziona na Syberię, razem z moim malutkim wtedy dziadkiem. Osobiście nie wyobrażam sobie czegoś tak strasznego..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo - trzeba mieć niesamowitą wolę życia i motywację do walki, żeby przeżyć takie coś.

      Usuń
    2. Moja prababka, udawała, że coś robi i tylko dlatego przeżyła. Ale co jak co, to podziwiam jej spryt, gdy grała, że dźwiga ciężkie rzeczy razem z innymi. Szczególnie, że w takich warunkach ciężko jest myśleć o czymkolwiek logicznie.

      Usuń
    3. Masz rację. Ja też podziwiam ludzi, którzy sobie poradzili w takich warunkach.

      Usuń
  2. Niezwykle doceniam takie książki, które potrafią przekazać, to czego czasem nie sposób ubrać w słowa. Mimo, że temat nie należy do najprzyjemniejszych, czasem mam potrzebę sięgnąć po podobne historie. Moja prababcia często opowiadała o wojnie. Szkoda, że byłam wtedy taka mała i teraz już prawie nic nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo doceniam takie książki i ostatnio coraz częściej po nie sięgam. Myślę, że to jest ważne przede wszystkim dlatego, żebyśmy pamiętali, żeby docenić to co mamy, i żeby to się nie powtórzyło.

      Usuń