B. Bryson, "Zaginiony kontynent. Podróże po prowincjonalnej Ameryce"

Lubię klimat małych miasteczek Ameryki i jak dotąd chętnie sięgałam głównie po seriale, których akcja toczy się w takich miejscach. Mam również pewien sentyment do powieści Kinga, których akcja właściwie rozgrywa się na odludziach. Dlatego też chętnie sięgnęłam po "Zaginiony kontynent. Podróże po prowincjonalnej Ameryce." autorstwa Billa Brysona. 

Bil Bryson jest jedną z nielicznych osób, które wyjechały z Des Moines w stanie Iwoa. Po 10 latach spędzonych w Angii postanowił wrócić do domu, który okazuje się dla niego obcym krajem. Dlatego też postanowił wyruszyć w podróż po Stanach. W starym chevrolecie chevette mężczyzna pokonał niemalże 14 000 mil na terenie ośmiu stanów, a powyższa publikacja jest zapisem tej wyprawy. Autor odwiedza małe miejscowości, którym nadaje nazwy, sugerujące nudę, ospałość oraz monotonie. Jego oczekiwania w związku ze znalezieniem amerykańskiego marzenia kończą się koszmarem chciwości, ignorancji oraz zanieczyszczenia środowiska. 

Do lektury tej książki podeszłam z zaciekawieniem i nadziejami na coś na kształt powieści drogi, albo charakterystyki miejsc i amerykańskiego społeczeństwa. Niestety dostałam suchy zapis tego jak wyglądała podróż Brysona przez poszczególne miejsca. Jak dla mnie szkolnym językiem opisywał to gdzie był, skąd dokąd pojechał oraz co i kogo zastał na miejscu. Mi osobiście zabrakło tego czegoś co sprawia, że taką historię mimo wszystko czyta się z zaciekawieniem. A szkoda, bo temat sam w sobie jest interesujący. 

Myślę, że ta książka jest raczej skierowana do miłośników dzienników i pamiętników z podróży oraz do osób, które z sentymentu chcą się cofnąć do Ameryki z czasu, w którym u nas był jeszcze komunizm. Jednak w momencie, kiedy chcecie dowiedzieć się czegoś więcej to możecie się nieco zawieść. 

W dobie tak szerokiego dostępu do informacji, popularności socjal mediów oraz możliwości podróży powyższa publikacja nie jest dla mnie tak atrakcyjna, jakby była np. trzydzieści lat temu, dla kogoś w moim wieku. W momencie kiedy mogę obejrzeć sobie na YT jak wygląda dom i miasto pochodzenia Elvisa sam suchy opis w książce traci już na wartości wobec tego co oferuje mi nie tylko dostęp do internetu, ale też inne media czy inne publikacje. Moim zdaniem zabrakło tej książce chociażby zdjęć i pewnych "smaczków" dotyczących Amerykańskiej kultury czy stylu życia, co mogłoby podnieść wartość tej książki. 

"Zaginiony kontynent..." okazał się dla mnie dość przeciętną książką, która niewiele wniosła do mojego życia. Jednak tak sobie myślę, że może zainteresować miłośników dzienników z podróży może też zainteresować chociażby tych z Was, którzy są zainteresowani historią Stanów Zjednoczonych oraz porównaniem stanu obecnego do tego sprzed lat. 

Komentarze

  1. Liczyłam na fajną książkę, ale chyba jednak sobie odpuszczę jej czytanie. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie skuszę się. Raz, że to nie moje klimaty, a dwa, że i Twoja recenzja specjalnie nie zachęca :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda że nie porywa. Zapowiadało się nawet ciekawie. A czytałaś Kolej podziemną? Podobne klimaty, lecz napisana świetnie!
    pozdrawiam serdecznie znad filiżanki kawy :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

W związku z ustawą RODO o ochronie danych osobowych, informuję, że na tej stronie używane są pliki cookie Google oraz inne technologie do ulepszania i dostosowywania treści, analizy ruchu, dostarczania reklam oraz ochrony przed spamem, złośliwym oprogramowaniem i nieuprawnionym dostępem. Zostawiając komentarz wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych i informacji zawartych w plikach cookies.