sobota, 30 lipca 2016

Miodowy Kłos - kilka słów o batonach energetycznych.

Mieszkam w małej mieścinie, więc wszelakie nowinki często dochodzą do nas z opóźnieniem. Dlatego też, kiedy nasz rynek otwiera się na pewne nowości bardzo się cieszę. Tak było, kiedy podczas zakupów osiedlowych zobaczyłam, że pojawia się coraz więcej ciekawych produktów. Batony energetyczne Miodowy kłos, rzuciły mi się w oczy podczas ostatnich zakupów. Słyszałam o nich tyle dobrego, więc postanowiłam je wypróbować. 

Na pierwszy rzut poszedł Miodowy kłos, bez dodatku czekolady, w którego skład wchodzą: 

płatki owsiane, mleko, miód, rodzynki, słonecznik, kokos, orzechy, sezam, żurawina, ryż prażony. 

Waga: 80g,
Cena: ok. 6 zł, 
Dostępność: sklepy spożywcze, sklepy z jedzeniem online. 


Jak już zdążyliście się domyślić te batony nie należą do najtańszych. Jednakże coś, co za nimi przemawia to, to, że są naszpikowane samymi dobrymi rzeczami, więc lepiej sięgnąć raz na jakiś czas po taki baton, niż często po inne. Z tego co zauważyłam to wszystkie batoniki mają podobny skład. Powyższy jest podstawowy, a w pozostałych występuje dodatek białej lub ciemnej czekolady.

Ten powyższy klasyczny batonik smakuje trochę jak kokosanki z dodatkiem rodzynek i żurawiny. Może Wam się wydawać, że to nie może smakować, ale jest przepyszne. W dodatku ten baton jest miękki i na pewno nie połamiecie sobie zębów. Poza tym jest mega sycący, więc moim zdaniem jest idealny na przekąskę do pracy czy szkoły, albo po prostu w podróż :).  Taki jeden baton jest bardzo sycący, więc ja zwykle jem go zamiast pierwszego, albo drugiego śniadania jeżeli jestem poza domem. 

Dostępne są jeszcze dwie wersje tego batonika - z białą i z ciemną czekoladą. Ja zdecydowałam się na ten z ciemną i też jest niczego sobie: 



Chociaż chyba najczęściej będę sięgać po wersję bez dodatku czekolady. 

Dajcie znać czy zetknęliście się już z "Miodowym Kłosem" i który Wam najlepiej smakuje. 

czwartek, 28 lipca 2016

Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie, już niebawem :)

Już w najbliższą niedzielę rozpoczyna się Festiwal Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie. Motywem przewodnim drugiej edycji jest poezja Bolesława Leśmiana. Z tej okazji wiersz „Dziewczyna” czytają festiwalowi goście, m.in. Krystyna Czubówna, Joanna Szczepkowska, Łukasz Orbitowski i Zbigniew Wodecki.

Festiwal Stolica Języka Polskiego zadaje kłam stwierdzeniu, że wydarzenia, podczas których „wysoka” kultura gra pierwsze skrzypce to domena dużych miast. Już po raz drugi Szczebrzeszyn stanie się letnim centrum literacko-kulturalnym kraju, do którego ściągną festiwalowicze z całej Polski. W jednym z najpiękniejszych miast Lubelszczyzny, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, będą się relaksować w towarzystwie najlepszych polskich oraz ukraińskich pisarzy, rodzimych muzyków, podczas spotkań autorskich, koncertów, warsztatów i dyskusji o szeroko pojętej kulturze i jej wpływie na rzeczywistość. Nad wszystkim czuwać będzie duch Bolesława Leśmiana, patrona tegorocznej edycji imprezy, genialnego poety należącego do grona najwybitniejszych polskich twórców XX wieku. W sobotę 6 sierpnia na festiwalowej scenie, własne interpretacje wierszy autora „W malinowym chruśniaku” zaprezentuje muzyk i poeta Adam Strug oraz zaproszeni przez niego aktorzy, m.in. Zofia Kucówna, Jerzy Trela i Antoni Pawlicki.


Niezwykle bogaty i wypełniony spotkaniami autorskimi będzie literacki program Festiwalu, którego kuratorką jest Justyna Sobolewska, dziennikarka i krytyczka literacka. Polską reprezentację stanowić będzie grono ponad 40 pisarzy, dziennikarzy i poetów, m.in. autor „Traktatu o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski, twórca „Morfiny” Szczepan Twardoch, reportażysta Mariusz Szczygieł, laureatka Nike za „Księgi Jakubowe” Olga Tokarczuk i autor kryminałów Zygmunt Miłoszewski. Jednym z wydarzeń będzie wieczór z twórczością laureatki literackiej Nagrody Nobla 2015, białoruskiej pisarki i dziennikarki Swietłany Aleksijewicz. Podczas niego Krystyna Czubówna przeczyta fragmenty reportaży-esejów autorki „Czarnobylskiej modlitwy” i „Czasów secondhand”. W Szczebrzeszynie pojawią się także pisarze z Ukrainy – m.in. Andrij Bondar.

Na muzycznej scenie Stolicy Języka Polskiego – wraz z przebojowym składem Mitch&Mitch oraz towarzyszeniem orkiestry i chóru – wystąpi Zbigniew Wodecki. W Szczebrzeszynie odbędzie się też recital Katarzyny Groniec, która zaśpiewa piosenki z tekstami Agnieszki Osieckiej. Dla festiwalowiczów zaplanowano także szereg warsztatów literacko-językowych, pisarskich, muzycznych i teatralnych. Odbędą się tu również potańcówki, warsztaty kulinarne oraz spacery po okolicy literackimi i kulturalnymi śladami. Organizatorzy nie zapomnieli o najmłodszych uczestnikach Stolicy Języka Polskiego. Z myślą o promowaniu czytelnictwa wśród dzieci i młodzieży powstała Akademia Szczebrzeszyn, w ramach której odbędą się specjalne zajęcia i warsztaty prowadzone przez twórców literatury dziecięcej, m.in. Grzegorza Kasdepke.


Stolica Języka Polskiego wpisuje się w popularny na całym świecie nurt letniego slow-festiwalu. To wydarzenie skierowane do odbiorców, którzy w poszukiwaniu relaksu i kulturalnej rozrywki na najwyższym poziomie chętnie uciekają podczas wakacyjnych podróży z głównego festiwalowego szlaku. W ubiegłym roku Szczebrzeszyn debiutował w roli Stolicy Języka Polskiego.

Organizatorami Festiwalu są Fundacja Sztuki Kreatywna Przestrzeń i spółka non-profit Szczebrzeszyn Akademia, która została powołana na potrzeby rozwijania i organizacji Festiwalu. Pomysłodawcą i producentem Festiwalu jest Piotr Duda, a dyrektorem Rady Festiwalu - Tomasz Pańczyk.




Festiwal Stolica Języka Polskiego – 31.07-7.08.2016, Szczebrzeszyn

Więcej informacji na www.stolicajezykapolskiego.pl

Gaja Grzegorzewska, "Żniwiarz"

Rzadko zdarza mi się sięgnąć po powieści naszych rodzimych autorów, jednak śledząc blogosferę powoli zaczęłam otwierać się na ojczystą literaturę. O Gai Grzegorzewskiej usłyszałam i przeczytałam kilka pochlebnych opinii, więc zaryzykowałam i sięgnęłam po "Żniwiarza".

Fabuła

W małym sielskim miasteczku w makabryczny sposób zostaje zamordowana młoda kobieta. Jej ciało zostaje znalezione wśród pól kukurydzy - morderca odciął jej głowę. W śledztwo zostaje zaangażowana początkująca pani detektyw - Julia Dobrowoslska. Zlecenie rozwiązania morderstwa to jej najpoważniejsze zlecenie w dotychczasowej karierze, w tym męskim zawodzie. Zadania nie ułatwiają jej niechętny inspektor policji ani dziennikarz śledczy, na bieżąco relacjonujący widzom postępy w śledztwie. 


Młoda pani detektyw szybko przekonuje się, jak wiele sekretów skrywają mieszkańcy miasteczka zdający się wiedzieć wszystko o swoich sąsiadach. 

Jak się okazuje "Żniwiarz" to debiutancka powieść Gai Grzegorzewskiej, laureatki Nagrody Wielkiego Kalibru. Pisarka śmiało wykracza poza ramy gatunku. 


Moim zdaniem

Do pewnego momentu powyższa powieść przypominała mi nieco serial "Ojciec Mateusz" - jest małe miasteczko, zbrodnia i detektyw na rowerze... Jednak w pewnym momencie zaczęły się dziać rzeczy, które w powyższym serialu na pewno by się nie zdarzyły. Jakie? Tego Wam nie zdradzę. Mogę Wam napisać, że dostałam do ręki tajemniczą i zaskakującą historię napisaną lekką ręką, od której szczególnie pod koniec nie mogłam się oderwać. Nie da się ukryć, że Gaja Grzegorzewska nie tyko potrafi stworzyć lekką powieść kryminalną, ale również nie stroni od podejmowania trudnych tematów, które nie rzadko stanowią również tabu. Mamy tu nie tylko tajemnicze morderstwo, ale także biseksualizm i kazirodztwo. Autorka bardzo zręcznie wpisała tą problematykę w fabułę.

Jednakże "Żniwiarz" moim zdaniem ma kilka rys. Chociażby Julię, która mimo swojej spostrzegawczości, wydaje się być mało kompetentną osobą. Jednak z drugiej strony dzięki temu nabiera realnych rysów, ponieważ każdy musiał kiedyś zdobyć doświadczenie. 

Reasumując "Żniwiarz" to całkiem niezła polska powieść, którą czyta się całkiem przyjemnie. Czytało mi się go na tyle dobrze, że postanowiłam zaopatrzyć się również w "Betonowy pałac" i "Kamienną noc", wobec których mam spore wymagania. 
To właśnie dzięki takim autorkom jak Gaja Grzegorzewska odzyskuję wiarę w polską literaturę. Mam nadzieję, że do tej autorki dołączą jeszcze inni pisarze, w których będę się zaczytywać. 

wtorek, 26 lipca 2016

Odpuść sobie...

O tym, że dla dobra swojej psychiki czasem trzeba wrzucić na luz i odpuścić sobie pewne rzeczy, a innymi nie przejmować się wcale wiedziałam od dawna. Jednak wiedzieć to nie znaczy stosować w praktyce. Jestem raczej domatorem i introwertykiem, więc idealnie czuję się na kanapie z książką w ręku, tworząc bloga czy robiąc inne rzeczy, do których ludzie niekoniecznie są potrzebni. Lubię mieć też wszystko zaplanowane i poukładane, a po wszelakich spotkaniach w większym gronie zawsze muszę doładować swoje baterie. 


Nie mówię, że nie lubię ludzi, bo tak nie jest...i myślę, że tylko takie osoby jak ja są w stanie to zrozumieć. Jednak są takie momenty, kiedy nawet taki domator jak ja odczuwa potrzebę spotkania się z ludźmi; uczestnictwa w jakimś wydarzeniu, na którym jest więcej ludzi i...zresetowania się. Takie chwile pozwalają odświeżyć swoje podejście nie tylko do pracy zawodowej, ale również innych rzeczy, które robimy na co dzień. 



Nie chodzi tu o to, żeby robić to na co nie ma się ochoty, ale w końcu wziąć udział w czymś bez oglądania się np. na to, że trzeba, wstać bladym świtem na następny dzień - wierzcie mi czasem warto zaryzykować niedospanie w zamian za dużo lepsze funkcjonowanie pod względem psychicznym. 


Wiem, że to nie jest łatwe, bo myśli się o tym co jeszcze trzeba przygotować na następny dzień i o tym co musi się zrobić...jednak wierzcie mi, że jak czasem ciepniecie wszystkim i pójdziecie na ten koncert/wystawę/spotkanie autorskie lub cokolwiek na co macie ochotę, a macie możliwość iść, to idźcie. 



Bo realnie patrząc, w dorosłym życiu zawsze będzie coś do zrobienia i załatwienia na jutro, zawsze będziecie o czymś myśleć, bo praca, przygotowania do ślubu, dzieci, szkoła czy cokolwiek innego. Bez dbania o siebie można szybko nabawić się frustracji, nerwicy, stanów lękowych, a w najlepszym przypadku przemęczenia i zgorzknienia... Wiem, że nic samo się nie zrobi...ale Wasza psychika też sama się o siebie nie zatroszczy. Jeżeli nie będziecie o nią dbać, to Wam się odbije czkawką ;). A pozytywne doświadczenia nie tylko Was zrelaksują, ale też sprawią, że będziecie silni i nie poddacie się tak szybko przeciwnościom losu. 

niedziela, 24 lipca 2016

Dermacos, Delikatny peeling enzymatyczny,

Delikatny peeling enzymatyczny od Dermacos jest w mojej łazience już jakiś czas, dlatego w końcu uznałam, że mogę o nim napisać kilka słów :) 

Producent zapewnia nas, że ten kosmetyk ma: 

  • delikatnie złuszczać martwy naskórek,
  • ułatwić absorbcje składników aktywnych, 
  • wygładzić i nawilżyć skórę.
W efekcie skóra ma odzyskać zdrowy wygląd. 

Tego typu peelingi idealnie nadają się szczególnie do wrażliwej i/lub naczynkowej skóry oraz suchej cery. Jest też świetny również dla osób, które borykają się z trądzikiem - dzięki temu, że nie trzeba używać produktu z drobinkami nic nam się nie roznosi po twarzy i nie pogarsza problemu. 

Jeszcze zanim zaczęłam używać peelingów enzymatycznych bałam się, że po prostu nie będą działać. Jednak kiedy zaryzykowałam i kupiłam swój pierwszy peeling (z innej firmy niż powyższa) dużo chętniej po nie sięgam, dlatego też sięgnęłam po delikatny peeling enzymatyczny od Dermacos. 

Już po pierwszym użyciu widziałam różnicę - chociażby widoczność moich wągrów bardzo zmalała. Poza tym skóra jest taka bardziej...czysta i napięta. Ja staram się robić peeling przynajmniej raz w tygodniu + idzie w ruch zawsze kiedy robię sobie jakieś maseczki:). 

Myślę, że będę do niego wracać co jakiś czas, bo uważam, że nie ma sensu używać ciągle tego samego peelingu, żeby skóra w końcu się nie przyzwyczaiła do jednego produktu. 

piątek, 22 lipca 2016

J. Kopińska, "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?"

"Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?" to publikacja, która "chodziła" za mną bardzo długo. Opisuje ona sprawę ośrodka wychowawczego w Zabrzu prowadzonego przez siostry boromeuszki. Nie spodziewałam się łatwej lektury, jednak to czego dowiedziałam się z tej książki przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. 

Nie wiem na ile znacie sprawę, ale w ośrodku prowadzonym przez siostry było 8 (słownie osiem) wychowawczyń na kilkadziesiąt dzieci, które miały prawo być przepracowane i znerwicowane, ponieważ praca w domu dziecka nie należy do łatwych. Jednak zbyt mała liczba wychowawczyń w stosunku to dzieci to najmniejsze z przewinień sióstr, bo to w ich kwestii było zwiększyć liczbę wychowawców lub nie przyjmować dzieci ponad stan. Okazuje się bowiem, że codziennością w tej placówce było znęcanie się nad dziećmi, bicie ich (nieraz do krwi i/lub nieprzytomności, łamanie kości i wyrywanie garściami włosów - również do krwi), zmuszanie do jedzenia - dzieci musiały zjeść wszystko niezależnie od tego czy coś lubiły czy nie, a jeżeli zwymiotowały przy jedzeniu to wychowawczynie kazały im jeść wymiociny. Do tego dochodziło obarczanie dzieci zbyt dużymi obowiązkami (np. sprzątaniem wszystkich pokoi, praniem skarpetek wszystkich wychowanków itp.) Poza tym w tym ośrodku panowało przyzwolenie na przemoc i gwałty na młodszych dzieciach. W placówce, która powinna dać i tak trudnym dzieciom chociażby podstawowe poczucie bezpieczeństwa i zapewnić podstawowe potrzeby na poziomie humanitarnym, na porządku dziennym była przemoc fizyczna i psychiczna. No bo jak można wyzywać 3 czy 4roletnie dziecko i wyrywać mu włosy aż do krwi? 

Wybaczcie, że zdradzam Wam, aż tak dużo szczegółów z książki, ale podchodzę do niej bardzo emocjonalnie. Chociażby dlatego, że sama jestem pedagogiem, który jakiś czas pracował w domu dziecka. Doskonale wiem jak człowiek się przejmuje tymi dziećmi i stara im się coś włożyć do głów, a to przecież to nie są łatwe i wdzięczne do pracy dzieci... Świetnie pamiętam zmiany podczas których moja grupa miała zły dzień (wtedy ciężko było ich opanować), albo miałam tyle zajęć, że pod koniec popołudniowej zmiany niemalże spałam na siedząco wykończona fizycznie i psychicznie. Zatem nikt mi nie wmówi, że nie wiem jaka to trudna praca, bo doskonale to wiem. Jednak nie wyobrażam sobie, żebym miała pobić wychowanka, albo pozwalać na to, żeby któryś był tak bardzo wykorzystywany przez starszych kolegów, jak w placówce w Zabrzu. Dlatego też nie rozumiem jak te siostry mogły pozwalać na to wszystko, ukrywać to, a w dodatku nie widziały nic złego w swoim postępowaniu, bo przecież te dzieci mają zło w genach, którego nie da się wyplenić, więc po co cokolwiek robić? Najtragiczniejsze jest to, że przez wiele lat nikt nic nie robił, żeby cokolwiek się zmieniło w tej sprawie chociaż były sygnały, że coś jest nie tak - ale albo nikt nie chciał się wychylać i szlajać się później po sądach, aby składać zeznania, albo nie mógł w to uwierzyć. I szczerze? Samej ciężko było mi uwierzyć w to, że w takiej placówce, w naszych czasach mogą dziać się rzeczy, które się nie mieszczą w głowie. Nie umiem zrozumieć krat w oknach, zamykania chłopców we wspólnej sali na klucz od zewnątrz (zostawiając wiadro na odchody) i izolowania ich od świata zewnętrznego oraz pozwalania na gwałty i niesamowity ogrom przemocy fizycznej i psychicznej wśród wychowanków... Jednak chyba najbardziej szokuje mnie to, że ta placówka nie miała żadnego nadzoru ze strony urzędów (np. Urzędu Miasta), a jak miała to była to kontrola na żenującym poziomie... Chcę, żebyście mieli świadomość, że ten ośrodek był finansowany bodajże z UM, a urząd wcale nie rozliczał do z tego jak te fundusze były wykorzystywane. 

Ktoś może powiedzieć, że ta publikacja to kolejny atak na Kościół Katolicki. Jednak moim zdaniem ta pozycja jest całkiem rzetelnie napisana tym bardziej, że informacje w niej zawarte są do sprawdzenia. Ilość krzywdy, które wyrządziły te skrzywione kobiety nie mieści mi się w głowie, ponieważ te dzieci nawet po wyjściu z ośrodka nie wiedzą tego co jest dobre, a co złe i chociażby w pedofilii czy morderstwach nie dopatrują się niczego niegodziwego... Normalnie, aż nóż mi się otwiera jak pomyślę o tych wszystkich osobach, które mogły sobie ułożyć życie na przyzwoitym poziomie, a zostały przestępcami ze skrzywioną psychiką, których zrobiły z nich siostry. 

środa, 20 lipca 2016

Marlena de Blasi, "Tamtego lata na Sycylii"


Bardzo rzadko sięgam po tego typu literaturę. Po prostu zbyt często trafiałam na kiepskie powieści, które nie dość, że były napisane słabym językiem, to jeszcze nie wnosiły nic nowego. Jednak czytając opis tej książki stwierdziłam, że nie mogę odmówić sobie sięgnięcia po tą pozycję :). Znajdziemy w niej magiczny świat dawnej Sycylii pełen zapachów, smaków i miłości, który ożywa na łamach powyższej powieści. Autorka serwuje nam tajemniczą i subtelną opowieść o miłości, odwadze i marzeniach.

Górzyste rejony Sycylii to miejsce, w które podobno obcy rzadko się zapuszczają. Tam czas jakby się zatrzymał. A w dzikim sercu wyspy, ukryta pośród pól i ogrodów leży posiadłość o nazwie Villa Donnafugata. Jest to niezwykłe i fascynujące miejsce, gdzie w zgodzie i harmonii mieszkają wdowy i wdowcy z okolicy. Ci ludzie razem pracują, modlą się przygotowują jedzenie i dzielą się nim z biednymi. Ta historia pachnie świeżo upieczonym chlebem, olejkiem pomarańczowym, duszonymi pomidorami i ziołami; a panią i gospodynią tego miejsca jest piękna i tajemnicza Tosca - wychowanica byłego właściciela, księcia Leo d'Anjou. Kobieta trafiła tu, kiedy miała dziewięć lat, jako biedna, wiejska dziewczyna. 


"Tamtego lata na Sycylii" urzeka zapachami, lekkością i nutą tajemnicy, która obecna jest do końca opowieści. Historia snuta przez autorkę może wydawać się spokojna i monotonna, ale jest również pełna niejasności, tajemnic i zaskoczeń. Nie sposób oderwać od niej myśli, kiedy zaczęło się wgłębiać w historię mieszkańców miejsca takiego jak Villa Donnafugata... Tam dzień dzisiejszy przesiąknięty jest historią, która przekazywana jest następnym pokoleniom na bieżąco, a wszystko to doprawione jest miłością, marzeniami i cichą obecnością mafii. 

Nie sposób pisać o tej książce więcej unikając spojlerów. Po nią trzeba sięgnąć i najlepiej pochłonąć w jeden lub dwa wieczory...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Sucha Małpa od SKIN79

Chyba jeszcze przez najbliższe 2 tygodnie będę musiała pogodzić się z ograniczoną obecnością w moich social mediach, ze względu na brak czasu :(, ale mam nadzieję, że początek sierpnia będzie dla mnie bardziej łaskawy. Po intensywnym tygodniu moje ciało domaga się dodatkowej dawki snu i odpoczynku, a czasem zmęczenie niestety odbija się na moim ogólnym samopoczuciu. Jednakże już nie raz przekonałam się o tym, że małe przyjemności związane z pielęgnacją bardzo pomagają mi jakoś przetrwać ten czas. Dzięki temu, że dorobiłam się kilku koreańskich maseczek w płatach raz na jakiś czas poświęcam ok. pół godziny na zadbanie o siebie. Tym razem wykorzystałam [Intensive Moistunizer for Dry Monkey] Animal Mask od SKIN79


Według opisu na opakowaniu ma to być produkt intensywnie nawilżający. Wysoka zawartość kwasu hialuronowego, które ma właściwości łagodzące pozwala na skuteczne nawilżenie skóry mającej tendencje do pierzchnięcia. Wygładza, poprawia elastyczność i ujędrnia. 


Do tej pory nigdy nie zawiodłam się na maskach od Skin 79, których używałam, więc z chęcią sięgnęłam również po tą. Niestety jak na razie okazała się najsłabszą z nich. Owszem może lekko napinała i nadawała elastyczność mojej skórze, ale nawilżenie, na które tak bardzo czekałam nie było wystarczające :(. Dlatego też nie sięgnę więcej po tą maskę (no chyba, że ją dostanę). Moja skóra wymaga dobrego nawilżenia nawet po sezonie grzewczym, więc sięganie po coś co nie spełnia moich oczekiwań zupełnie nie ma sensu. 

sobota, 16 lipca 2016

Książki, o których nie zapomnisz #1

Na grupach czytelniczych na FB czasem pojawiają się wątki typu: Jaka była książka, która zmieniła Wasze życie/myślenie? Często osoby szukają książek, które wywrą na nich mocne wrażenie lub są niezapomniane czy wręcz nimi potrząsną i wywołają kaca książkowego... (mam nadzieje, że łapiecie o co chodzi;) ). I szczerze mówiąc bardzo mnie dziwi kiedy widzę te niekończące się polecajki młodzieżówek, w których moim zdaniem zawsze pojawia się to samo, tylko w innej otoczce. Dlatego postanowiłam na bieżąco robić zestawienia książek, które były więcej niż bardzo dobre i sprawiły, że faktycznie moje myślenie, albo postrzeganie pewnych spraw jakoś się zmieniło. Zatem zaczynajmy...



Na początek chciałabym Wam polecić 3 książki, o których już pisałam, ale o których warto przypominać. 

Yi Mun-yol, "Nasz skrzywiony bohater" 


Ta niepozornie wyglądająca książeczka opowiada o chłopcu, który przenosi się z Seulu do miasteczka na prowincji i tam kontynuuję naukę w szkole, przekonany, że zaimponuje kolegom i zostanie liderem. Jednak okazuje się, że natychmiast pada ofiarą charyzmatycznego i skorumpowanego Om Sok - dae. Przemoc i zastraszanie oraz skomplikowane intrygi zapewniają mu sukces - chłopcy są posłuszni, a jego pozycja w klasie pozostaje niezmienna. 

Powyższa książka jest jedną z niewielu, które do tej pory czytałam jeżeli chodzi o koreańską literaturę, jednak jeszcze bardziej podsyciła moją ciekawość. Historia w niej zawarta to alegoria systemu politycznego i władzy. Zaczyna się jak prosta opowieść o dominacji w szkolnej klasie, lecz rozwija się w chłodną przypowieść o żądzy władzy i desperackiej potrzebie akceptacji.

Zauważyłam, że koreańscy pisarze mają tendencję do minimalizmu, ale historie napisane w ten sposób często mają niesamowity wydźwięk. W "Naszym skrzywionym bohaterze" każdy z nas na pewno znajdzie odniesienia do mniej lub bardziej współczesnej historii, co uderza w niej najbardziej. 

Gong Ji - Young, "Nasze szczęśliwe czasy" 


Ta powieść chyba najbardziej mną potrząsnęła. "Nasze szczęśliwe czasy" to historia bogatej kobiety, której całe życie jest naznaczone piętnem seksualnego i psychicznego znęcania oraz młodego człowieka skazanego na karę śmierci. Kiedy coraz bardziej poznajemy historię ich samych oraz nietypowej znajomości tych dwojga, dociera do nas, że mamy przed sobą niezwykłą historię o odkupieniu, miłości i uczeniu się żyć z tym co nas spotkało. 

Czytając tą książkę często musiałam sobie robić przerwy, ponieważ pewne momenty były dla mnie emocjonalnie zbyt trudne. I tego właśnie oczekuję po książkach, które mają we mnie coś zmienić - że mną potrząsną...sprawią, że nie będę mogła o nich zapomnieć. Takie powieści często sprawiają, że mam po nich książkowego kaca - po niej tak miałam. "Nasze szczęśliwe czasy" to książka, o której zdecydowanie zbyt mało się pisze i mówi - a szkoda, bo to jedna z tych historii, które pozostają z Czytelnikiem na długo o ile nie na zawsze. Nie chcę pisać Wam o niej więcej, bo to się wiąże ze spojlerami, a tego staram się uniknąć...żeby dowiedzieć się o tym, co mną tak sponiewierało, to musicie po nią sięgnąć. 

Herman Koch, "Kolacja" 


Być może niektórzy z Was pamiętają, że w jednej z moich poprzednich prac miałam czytające towarzystwo. I ta książka zrobiła niesamowitą popularność jako ta, która na prawdę wstrząsa człowiekiem, ponieważ ukazuje to, do czego potrafi on być zdolny. Zło tkwiące w nas nie zawsze jest od razu widoczne - czasem chowa się pod płaszczykiem pozorów, a pewne rzeczy zamiata się pod dywan. 

I ta powieść jest bardzo minimalistyczna, ponieważ cała akcja rozgrywa się podczas jednej kolacji w trakcie, której pewne małżeństwa spotyka się, aby przedyskutować co dalej zrobić to co zrobili ich dzieci... Ten wieczór przesądzi o całym ich życiu i zaważy o szczęściu ich rodzin. 


Jak wspomniałam wyżej to jest historia o tym jak bardzo ukryte w człowieku zło może przerażać i ukrywać się gdzieś pod przykrywką... "Kolacja" wstrząsa i pozostaje w pamięci na długo, wywołując dziwne dreszcze na ciele, gdy przypomni się ta historia. 


Jak widzicie książki, które mają na mnie największy wpływ to nie te, w których wiele się dzieje, ale te, które może i są niepozorne, ale ujawniają prawdę o nas samych i/lub naszej historii. Powiem Wam w sekrecie, że w najbliższym czasie mam zamiar przeczytać kilka trudnych książek, o których pewnie nie raz Wam wspomnę. Więc jeżeli macie podobne zainteresowania do moich na pewno możecie się spodziewać czegoś dla siebie. 

środa, 13 lipca 2016

A. Jack, "Z Galileusza też się śmiali"

Pamiętam, że wśród dziecięcych marzeń o tym, kim chciałabym zostać w przyszłości bardzo wysoko znajdował się lotnik wojskowy i naukowiec. Przyznajcie, że to nietypowe marzenia jak na małą dziewczynkę. Jednak coś z tych marzeń wiąż we mnie zostało - dobitnie o tym świadczy fakt, że zrobiłam kryminologię i startowałam na doktorat, a moje zainteresowania wciąż oscylują wokół wojskowych i (popularno)naukowych. Dlatego też kiedy zyskałam możliwość przeczytania publikacji pt. "Z Galileusza też się śmiali" nie wahałam się zbyt długo i po nią sięgnęłam. 


Albert Jack złożył tą książką swego rodzaju hołd ludzkiej kreatywności i wytrwałości. Ponieważ w swojej książce wspomina o ludziach i ich wynalazkach lub dziełach czy też ideach, które głosili, a które odrzucono lub wyśmiano. Nie wiem czy wiecie, ale scenariusze kultowych dziś filmów ("Gwiezdne wojny", "Kevin sam w domu" i inne) lub rękopisy książek (np. "Przeminęło z wiatrem", seria o "Harrym Potterze"), których wstyd nie znać miały problem, żeby ujrzeć światło dzienne...dla mnie to był szok. Poza tym autor wspomina o wynalazkach takich jak telefon, komputer czy telewizja (i wiele innych), które nie miały pozytywnego odbioru w czasach, kiedy powstawały...bo w końcu kto będzie tego używać? 

"Z Galileusza też się śmiali" to nie tylko zbiór ciekawostek, ale też spora dawka motywacji i przypomnienie o tym, że mieszanka uporu, poczucia własnej wartości i wiary w to co odkryliśmy czy stworzyliśmy jest dobre potrafi nas daleko zaprowadzić. Warto po nią sięgnąć również ze względu na to, żeby uzmysłowić sobie, że nawet najwięksi tego świata często mieli pod górkę ;). 

poniedziałek, 11 lipca 2016

Makeup Revolution London - paletka Iconic Pro.

O MakeUp Revolution London i paletkach Iconic Pro bardzo dużo nasłuchałam i naczytałam się u dziewczyn prowadzących vlogi i blogi. 

Iconik Pro jest odpowiednikiem palety Lorac Pro, która jest dużo droższa i mało dostępna w naszym kraju. Jednak ta pierwsza kosztuje ok. 40 zł i można ją znaleźć dosłownie wszędzie.

W Iconic Pro znajdziemy dość neutralnych 16 cieni,  którymi jesteśmy w stanie zrobić makijaż zarówno na dzień, jak i na wieczór. 


Mam ją już jakieś 3 - 4 miesiące i zdążyłam już się z ni bliżej zaznajomić. Zawsze nakładałam je na jakąś bazę - w moim przypadku zazwyczaj jest to cień: Maybelline, Color Tatoo 24hr, Creme De Rose 91, który ma cielisty kolor i fajnie przedłuża trwałość cieni oraz podbija ich kolor. 

Jeżeli chodzi o moje wrażenia co do tej palety to są różne, ponieważ z jednej strony jeżeli robiłam sobie makijaż do pracy to zazwyczaj tymi cieniami i przeżywały one cały dzień roboczy na oczach, a pod koniec dnia zauważałam, że w miarę ładnie ścierają się z powieki i nie wchodzą w jej załamania, a raczej ich kolor blednie. Z drugiej strony z ich pigmentacją jest różnie, ponieważ część cieni jest tak słabo napigmentowana, że trzeba się nieźle namachać pędzlem, żeby cokolwiek było widać, a przy rozcieraniu czasem cień niemalże całkiem zanika... I jeżeli się nad tym zastanawialiście - to z boku macie swatche cieni i tak pomaziałam się wszystkimi i niektórych wcale nie widać :/ Dodatkowo strasznie osypują się przy robieniu makijażu, co jest uciążliwe, w momencie, w którym się spieszymy. 

W efekcie mam wrażenie, że są to cienie raczej przeznaczone dla licealistek i studentek, które zaczynają swoją przygodę z makijażem i nie chcą sobie za bardzo zrobić krzywdy makijażem. Dobrze sprawdzi się też u osób, które nie robią sobie często makijażu i nie chcą inwestować zawrotnych sum w cienie do oczu. Jednak ja szukam czegoś nieco lepszego - przynajmniej pod względem pigmentacji, zatem jeżeli tylko  nieco "zejdę" z ilości posiadanych cieni, to zainwestuję, w coś z firmy Zoeva lub TheBalm.

sobota, 9 lipca 2016

S. Verant, "Siedem listów z Paryża"

Bardzo rzadko sięgam po książki o miłości. Jak dla mnie jest w nich coś kiczowatego, a wiele historii jest takich samych, tylko ubrane są w inne słowa. 

"Siedem listów z Paryża" Samanthy Verant, przekonało mnie do siebie tym, że jest to prawdziwa historia, którą opowiada sama główna bohaterka. 

Samantha jako nastolatka wyrusza w podróż po Europie, kiedy trafia do Paryża przeżywa zauroczenie pewnym francuzem spotkanym w jednej z miejscowych knajpek. Kiedy wraca do domu czeka na nią siedem listów, które wysłał jej mężczyzna poznany we Francji. 

Po dwudziestu latach kiedy życie Samanthy rozpada się na kawałeczki odnajduje listy od dawnego wielbiciela i w końcu postanawia mu odpowiedzieć...

W chwili, gdy kobieta wysłała tego maila zmienia się nie tylko jej życie, ale także życie pewnego Francuza, który tak na prawdę na nią czekał. 

"Siedem listów z Paryża" to niezwykła, rzadka i dość nieprawdopodobna historia...jednak wszystko wskazuje na to, że faktycznie się wydarzyła. Cała ta historia jest poruszająca i zadziwiająca, bo taki rozwój wydarzeń po tylu latach jest naprawdę nadzwyczajny i małoprawdopodobny, a jednak się wydarzył. I chociaż sam styl autorki w końcu stał się dla mnie dość nużący to można przymknąć na niego oko, bo nie to jest w tej opowieści najważniejsze, a sama autorka raczej nie pretenduje do pisarzy pokroju Kinga, Tolkiena czy Martina...

Powyższa powieść to książka idealna na plażę, do pociągu czy po prostu na letni wieczór. I mimo tego, że prawdopodobnie szybko o niej zapomnimy, to może warto przypomnieć sobie, że na świecie jest jeszcze prawdziwa miłość i nie wszyscy romantycy wyginęli...

czwartek, 7 lipca 2016

Mini projekt denko i masło do ciała z Bomb Cosmetics

Lato to czas, w którym bardzo się rozleniwiam jeżeli chodzi o smarowanie ciała różnorakimi balsamami, masłami czy innymi smarowidłami. Jednak postanowiłam to zmienić, tym bardziej, że moja skóra domaga się nawilżenia, a picie dużej ilości wody nie wystarczy. 

Z moim postanowieniem poprawy postanowiłam połączyć projekt denko, ponieważ mam w zanadrzu, aż 4 smarowidła do ciała, które muszę zużyć...mam nadzieję, że to chociaż trochę pomoże;). 

Brzoskwiniowe mleczko do ciała od Fa już mi się kończy, a za eliksir do rąk i ciała z Allverne Nature's Essences muszę się wziąć - tym bardziej, że jak do tej pory jestem z niego zadowolona. O obu kosmetykach pisałam Wam >>>TU<<< i >>>TU<<<, więc nie będę się Wam tu nad nimi rozwodzić. 

Aktualnie najczęściej w użyciu mam masło do ciała z Bomb Cosmetics z 30% Shea o nazwie Wakacje.

Pojemność: 200 ml, 
Cena 39 zł, 
Dostępność: Minti Shop.

Na stronie sklepu czytamy następujący opis produktu: 
Lekki balsam do ciała z „ubitym na puszysto” masłem Shea oraz naturalnymi, uspokajającymi olejkami z Rumianku oraz Bergamoty, które pomogą ukoić i przywrócić jędrność skórze zniszczonej nadmiarem słońca.

Masełko zawiera aż 30% prawdziwego, niezwykle odżywczego masła Shea i doskonale się wchłania, nadając skórze lekki, kwiatowy zapach z dodatkiem cytrusów i świeżego ozonu, spoczywających na sercu aromatu z dzikich lilii i jaśminu. Bazę zapachu z sandałowca, piżma i żywicy osłodzono nutką wanilii. 

Uwielbiam wszystko co ma jaśmin w sobie dlatego po niego sięgnęłam. Jednak najważniejsze jest to, że w niepozornej wielkości pudełeczku zamknięte jest gęste, ale również puszyste i świetnie nawilżające masło do ciała. Dodatkowo jest zaskakująco wydajne - szczególnie dlatego, że należy go wziąć niewiele, żeby nawilżyć sporą część ciała :)...no i przecież jeszcze ten zapach :). Poza tym nie obciąża mi skóry - nawet w dni, w których jest wysoka temperatura:). Chociaż nie wiem jak ten kosmetyk sprawdzi się u posiadaczek innej skóry niż sucha.  Na pewno będę jeszcze wracać do maseł z Bomb Cosmetics - szczególnie dlatego, że to moje drugi masło z tej firmy i po raz kolejny się u mnie sprawdza, a inne masła tej firmy kuszą niesamowicie zarówno opakowaniami, jak i nazwami oraz zapachami...

W moich kosmetycznych zapasach znajduje się jeszcze naturalne masło do ciała o zapachu różanym z Barw Harmonii - zaopatrzyłam się w nie, ponieważ słyszałam o nim bardzo dobre opinie i mam nadzieję, że się nie zawiodę...dajcie znać czy używałyście, któregoś z tych produktów, bo jestem ciekawa jakie macie o nich zdanie :). 

wtorek, 5 lipca 2016

Jak wybrać dobry zespół/dj'a na wesele?


Dobry zespół weselny lub dj jest podstawą udanej zabawy weselnej. Dlatego warto poświęcić więcej czasu i uwagi na wybór. Pamiętam, że ja spędziłam dwa lub trzy dni siedząc w internetach i na telefonie, prowadząc intensywne poszukiwania zespołu, fotografa i kamerzysty. O dwóch ostatnich będzie odrębna notka. Dzisiaj skupmy się na zespole i dj'ach.

Na samym początku musicie dokonać bardzo ważnego wyboru. Dj czy zespół. Ja chciałam mieć dj'a, jednak podczas rozmów z rodziną i narzeczonym stwierdziliśmy, że lepszy będzie zespół. Przy wyborze dj'a sprawę mielibyśmy ułatwioną, bo dla mnie wybór był jeden, bo miałam upatrzonego dj'a, który ma dość dobre opinie i wiem, że dobrze poprowadziłby wesele z oczepinami (bez zabaw z podtekstem, co było dla mnie ważne), ale w tym przypadku opinia większości zaważyła i skupiłam się na poszukiwaniu zespołu. 

Zatem poniżej macie etapy wyboru zespołu na wesele ;). 

1. Przede wszystkim zastanówcie się jakie macie możliwości finansowe i ile możecie przeznaczyć na zespół, ponieważ tu ceny wahają się na prawdę bardzo od ok 2 tysięcy z haczkiem do nawet 4 czy 5 tys. wzwyż. 

2. Zróbcie rekonesans. Zapewne każdy z Was był już na jakichś weselach - na każdym zwykle grał kto inny i doskonale wiecie, na których weselach ludzie się dobrze bawili, a na których nie. Dlatego też na początku weźcie pod uwagę te zespoły, które znacie i są sprawdzone na własnej skórze ;). Dodatkowo wypytajcie się najbliższych znajomych i rodzinę o takowe

3. Przejrzyjcie intetnety. Przy wyborze zespołu warto przejrzeć strony zespołów, które bierzecie pod uwagę i poszukać kolejnych. Dzięki temu będziecie mieli lepsze rozeznanie i wybór. Zwykle na stronach zespołów macie zdjęcia i kawałki, które grają na weselach - to pozwoli Wam sprawdzić czy muzyka zespołu Wam odpowiada. Poza tym spiszcie kontakt do tych zespołów, które Wam odpowiadają i...

4. ...zadzwońcie do każdego z nich. Zapytajcie się przede wszystkim o to ile biorą, do której grają i jak sobie liczą za każdą kolejną godzinę oraz jeżeli chcecie zespół na poprawiny to czy grają też na poprawinach. Koniecznie zapytajcie się też o to jaką zaliczkę biorą.

Podczas rozmowy telefonicznej zwróćcie uwagę na to jak z Wami rozmawia osoba, z którą rozmawiacie. Wasze pierwsze wrażenie może być bardzo ważne i wręcz zniechęcić Was do wyboru zespołu :). 

5. Jeżeli już się zdecydujecie umówcie się na spotkanie. Wtedy możecie się dopytać o to co Wam jeszcze przyjdzie do głowy. Poza tym na takich spotkaniach zwykle jest podpisywana umowa, więc warto przed nim poszukać opinii na temat zespołu  w internecie lub zorientujcie się czy ktoś z Waszych znajomych czegoś nie wie na ich temat...w razie czego łatwiej się wycofać właśnie na tym etapie :). 

Chyba to wszystko, Dajcie znać czy dopisalibyście coś jeszcze, bo całkiem możliwe, że coś mi umknęło. 

niedziela, 3 lipca 2016

Czytelnicze podsumowanie czerwca 2016

Mimo tego, że oficjalnie mam wakacje moje tempo życia wcale nie spadło. Ba! Nawet wstaję wcześniej niż w roku szkolnym...ale ja nie o tym. 

W sumie nie wiedzieć kiedy zaczął się lipiec, a ja zagapiłam się z książkowym podsumowaniem czerwca. A zatem książki, które udało mi się przeczytać w zeszłym miesiącu to: 

  1. Paco Livan, "Co boli najbardziej na świecie", 
  2. Julia Bator, "Zamień chemię na jedzenie", 
  3. G. R. R. Martin, "Taniec ze smokami" cz.1 
Tak, tak, to niestety to wszystko, ale na usprawiedliwienie mam tylko to, że łączyłam pracę z przygotowaniami do ślubu. Jednak w tym miesiącu mam silne postanowienie poprawy ;). 

sobota, 2 lipca 2016

Krem nawilżający na dzień od Nivea Q10plus

Krem nawilżający na dzień od Nivea Q10plus to krem, na który nie zwróciłabym uwagi będąc na zakupach i szukając takowego. Głównie dlatego, że przy całej mojej sympatii do Nivei, z ich kremami do twarzy mam raczej nieciekawe doświadczenia. Jednakże ten krem z linii O10 plus dostałam do testów, z czego bardzo się cieszę, bo miałam szansę się z nim poznać i...o dziwo polubić się. 

Na swojej stronie producent zapewnia nas, że intensywnie nawilżająca formuła, stosowana regularnie, zwiększa naturalny poziom koenzymu Q10 i kreatyny w skórze, skutecznie zwalcza zmarszczki od wewnątrz, redukuje ich widoczność oraz pomaga zapobiegać powstawaniu nowych. System filtrów przeciwsłonecznych pomaga chronić skórę przed promieniowaniem słonecznym. 

Efekt: 
  • widoczna redukcja zmarszczek już po 4 tygodniach stosowania, 
  • skutecznie spowolniony proces powstawania zmarszczek i linii mimicznych, 
  • świeży i młodszy wygląd skóry. 
Byłabym hipokrytką, gdybym zachwalała powyższy krem pod względem tego jak spłycił mi zmarszczki, których praktycznie nie mam. Jednak mogę powiedzieć, że ten krem jest całkiem przyjemny w używaniu, bo: 
  • dobrze nawilża, 
  • nie roluje się po użyciu, 
  • szybko się wchłania, 
  • przyjemnie się rozprowadza (nie jest toporny), 
  • ładnie pachnie, 
  • jest wydajny, 
  • nie uczula i nie podrażnia. 
Moją suchą skórę ciężko zadowolić - szczególnie jeżeli mam później zrobić makijaż muszę mieć dobrze nawilżoną i odżywioną skórę. 

Moim zdaniem dostajemy do ręki całkiem dobry krem w swojej kategorii cenowej, który pozostawia naszą skórę nawilżoną, ale nie obciążoną. Być może w przyszłości sięgnę po kolejne kremy od Nivei...na razie muszę się uporać z tym co mam w zanadrzu ;).