poniedziałek, 29 lutego 2016

Podsumowanie lutego 2016

W tym miesiącu złożyłam sobie, że pod względem ilości przeczytanych książek będzie dużo lepiej niż w poprzednich miesiącach. Jednak kryzys czytelniczy, który mnie nawiedził spowodował, że musiałam zmienić swoje plany jeżeli chodzi o ilość przeczytanych książek. Stanęło na 4 przeczytanych książkach w tym miesiącu:


  1. B. Gurian, "Stigmata", 
  2. G. McHugh, "Amber", 
  3. M. Rabij, "Życie na miarę",
  4. J. Frey, "Endgame. Klucz Niebios"
Jak wiecie zaczęłam też czytać "Kochanice króla", ale nie jestem nawet w 1/3 książki, więc ona przejdzie na marzec o ile skończę ją czytać w przyszłym miesiącu. Opinie o wszystkich czterech znajdziecie na blogu. 

Co się zmieniło? 

Przede wszystkim moje podejście. Otóż od kilku lat nastawiałam się na ilość przeczytanych książek, co niekonieczne szło w parze z ich jakością. Często byłam skupiona na tym, żeby sprostać ilościowym wyzwaniom, a nie koncentrowałam się na tym, aby czytanie stanowiło dla mnie źródło przyjemności. To spowodowało przesyt czytaniem. 

Dlatego, aby odzyskać przyjemność z robienia tego, co kocham postanowiłam:
  1. Przykładać uwagę do tego co, a nie ile czytam. 
  2. Oglądać więcej filmów. 
  3. Poświęcać więcej czasu rodzinie i przyjaciołom. 
  4. Zainteresować się też innymi dziedzinami sztuki/kultura niż czytanie czy film. 
  5. Czerpać więcej inspiracji z otoczenia. 
Mam nadzieję, że dzięki temu wszystko wróci do normy, a ja będę mogła się rozwinąć ;). To na pewno będzie miało swoje odzwierciedlenie na blogu i chyba nie muszę wspominać jak ważny jest też Wasz odzew. 

Będzie mi bardzo miło, jeżeli Ci z Was, którzy jeszcze nie są ze mną na FP i Instagramie zajrzeli do mnie w te miejsca i mnie polubili/zaobserwowali, bo jednak trochę Was omija;) 



FanPage

Instagram: 

Mam nadzieję, że dołączycie tam do mnie, bo jednak trochę materiałów i inspiracji Was omija;). 

Moja podstawa makijażu - update,

Witajcie,
nie pamiętam już kiedy robiłam zestawienie produktów, które służą mi do wykonania podstawowego makijażu. W sumie chyba jeszcze w Belgii pisałam Wam taką notkę, a później chyba na wakacjach coś wspominałam Wam o produktach, których używam do makijażu. Dzisiaj chciałabym zaktualizować nieco te informację i zebrać do kupy wszystko czego tak na prawdę używam ostatnio do zdobienia makijażu. Zatem zaczynajmy :). 

Pędzle  o twarzy i do oczu


 Aktualnie mam 6 pędzli, które najczęściej są w użyciu. Od lewej: 

1. Hakuro, H50S, 
2. Hakuro, H24



Oba pędzle sprawdzają mi się bardzo dobrze. Mają bardzo miękkie włosie, dobrze się układają w ręce i mimo to, że musiałam się wyrobić pod względem robienia makijażu (jako nowicjusz amator, który po raz pierwszy używa pędzli), to po tym jak się przyzwyczaiłam, to teraz nie mogę narzekać. Mam je niecałe 3 lata i jak do tej pory nic się z nimi nie dzieje. Włosie się nie odkształca i nie wypada, a trzonki pędzla nadal trzymają się w kupie:). 

Dostępność: np. w sklepie http://kosmetykomania.pl/,
Cena: ok. 30 zł. 

4. i 5. Te pędzle kupiłam sobie z 5 lat temu w Naturze i niestety nie mają jakichś specjalnych oznaczeń, więc nie będę mogła Wam ułatwić sprawy jakby co :(. Są to najprostsze płaskie pędzle języczkowe, którymi zwykle nakładam cienie. Z tego co pamiętam były dość tanie, ale z nimi również jak na razie nie dzieje się nic złego.

6. Pędzel z Ecotools - niestety też nie ma oznaczeń, ale jest to ten taki, który ma grubszą niespłaszczoną końcówkę z włosia. Używam go do rozcierania cieni. Dostępny  w Rossmanie. Posiadam go jakieś 4 - 5 lat i na razie też się trzyma :). 

7. Płaski pędzel do oczu z elite ze sztywnym włosiem - używam go do nakładania cieni w wewnętrzny kącik oczu i nakładania cieni na dolną linie rzęs. 

Dostępność: Rossman

Baza pod makijaż z FM




Pisałam Wam o niej nieco ponad półtora roku temu >>>TU<<< i w sumie od tamtej pory nic się nie zmieniło.

W sumie o większości produktów już Wam pisałam, więc chyba najłatwiej będzie jak do tych wszystkich, o których już wspominałam wstawię Wam linki. Tak jest też chociażby z cieniem do oczu od MAYBELLINE, serii COLOR TATOO 24HR. 


Baza pod cienie



O tym cieniu wspominałam Wam >>>TU<<<. Dodam tylko, że służy mi on jako baza pod cienie i cień bazowy w jednym. Decydując się właśnie na ten kolor, myślałam właśnie o takim przeznaczeniu. Świetnie łączy się z sypkimi cieniami i mam wrażenie, że sprawia, iż dłużej się utrzymują na powiece (chociaż swoją drogą nigdy nie miałam z tym jakiegoś większego problemu). 


Podkład i krem koloryzujący: 


Aktualnie najczęściej używam kremu CC od MaxFactor w odcieniu 50 natural. Dla ma on całkiem dobry, chociaż może delikatnie zbyt różowy kolor. Jednak mimo to całkiem fajnie wyrównuje mi koloryt skóry i przy więcej niż 1 warstwie zakrywa zaczerwienienia, które u mnie są całkiem spore. Nie zakryje jednak większych niedoskonałości. Ja niestety mam już go na dnie, ale na szczęście mam na oku kolejny krem koloryzujący, którego już niebawem zakupię ;]. 

Kiedy jednak wiem, że będę miała robione zdjęcia (np. na jakiejś imprezie rodzinnej, albo coś) lub potrzebuję nieco mocniejszego krycia sięgam po podkład REVLON PHOTOREADY. Odcień 003 Shell jest dla mnie idealny.

Oba produkty utrzymują się na mojej skórze kilka godzin - praktycznie cały dzień, nawet bez bazy. Wiadomo, że pod koniec dnia ten makijaż nie jest idealny, ale jednak jeszcze jakoś to wygląda. Swoją drogą mając suchą skórę nie ma się problemów z utrzymywaniem na niej kosmetyków, chociaż trzeba wiele pracy włożyć w to, żeby ładnie na niej wyglądały. 

Jeżeli chodzi o cienie do powiek, to aktualnie (poza tym, o którym wspomniałam wyżej) mam w użyciu 3 paletki. 



1. Avon, nearly naked, 
2. Hean, 408 Caffe Twist

W sumie pisałam Wam o nich >>>TU<<, tak samo jak o paletce z firmy Sleek, o nazwie Au Naturel




Notkę, o tej ostatniej paletce znajdziecie:  >>>TU<<<. Muszę się Wam przyznać, że muszę je wykończyć, bo na nie już czas..., ale póki co ani z moimi oczami, ani z cieniami a razie nic się nie dzieję, więc jeszcze trochę ich będę używać, chociaż już powoli zaopatruję się w nowe paletki. 

Konturowanie: 




Jak na razie używam dua od e. l. f., niestety nie ma napisanego numerku ani odcienia na opakowaniu :(. 



Jednak na Kosmetykomani były kiedyś dwa odcienie i ja chyba mam ten ciemniejszy. 


Podkreślenie rzęs i brwi



 Do żadnego tuszu tak nie wracam jak do tego z linii superSHOCK od Avon. Od lat jest to mój ulubiony tusz, który nie tylko wydłuża i podkręca moje rzęsy ale sprawia, że ma się wrażenie, iż jest ich więcej. Kocham go i będę do niego wracać dopóki będzie w sprzedaży. 


Dostępność: konsultantki Avon, 
Cena: ok 11 - 13 zł. po promocji. 


Ostatnio nauczyłam się też podkreślać brwi. Zakupiłam sobie do tego celu wykręcaną kredkę z Avon, w odcieniu soft black (to jest taka jakby przygaszona czerń). 



U mnie sprawdza się idealnie. Brwi stają się bardziej wyraźne i zarysowane, do czego na początku nie mogłam się przyzwyczaić, ale teraz nie umiem obyć się bez jej użycia. 


Dostępność: jak wyżej, 
Cena: ok. 11 zł. 


Usta: 

Długo wystarczał mi tylko bezbarwny balsam do ust, ale od jakiegoś czasu do użycia weszły szminki i błyszczyki, a skoro po części mnie w nie zaopatrzono, a po części sama się w nie zaopatrzyłam postanowiłam, że w końcu muszę je wykorzystać, żeby się nie zmarnowały ;). 




Obie macie podlinkowane, więc wystarczy, że klikniecie w nazwę szminki, a przekieruje Was do notki. Każda z nich bardzo fajnie pasuje do mojego koloru ust i je podkreśla. Jednak muszę  usta mieć nawilżone, bo moim zdaniem potrafią wysuszyć. Bardzo lubię je łączyć z błyszczykiem od Bell w numerze 01.



Nadaje on moim ustom nieco połysku i delikatności. Aktualnie wolę nosić na ustach jaśniejsze kolory, bo mam taką przypadłość, że dość szybko "zjadam" szminki i błyszczyki z ust. Przy jasnych kolorach nie muszę mieć tak bardzo pod kontrolą tego jak te produkty znikają z moich warg. 

Większość tych kosmetyków targam na jakiekolwiek wyjazdy, a szminki i błyszczyk często towarzyszą mi gdzieś w kieszeni płaszcza, co powoduje, że na prawdę są trochę sponiewierane, ale służą mi dzielnie. Dla mnie są to kosmetyki sprawdzone i pewnie będę do nich wracać co jakiś czas, chociaż pewnie będę się bawić odzieniami chociażby w przypadku szminek i błyszczyków.  I przyznam się, że chyba jednak muszę zacząć eksperymentować z makijażem, bo na co dzień wyglądam mniej więcej tak: 


Mam nadzieję, że podpatrzyliście coś dla siebie, jak chcecie, żebym napisała Wam więcej, o którymś z powyższych kosmetyków to piszcie;). 

niedziela, 28 lutego 2016

Tydzień w zdjęciach #4/poza strefą komfortu ;)

Wyjście poza swoją strefę komfortu nigdy nie jest łatwe, ale na najbliższy czas to właśnie sobie zaplanowałam, bo jeżeli chcę się rozwijać muszę to zrobić, a Wy będziecie po części tego świadkami;).

Tymczasem dzisiaj tak jak ostatnio co tydzień przyszła pora na podsumowanie tygodnia w zdjęciach. 


W zeszłym tygodniu oczywiście ponownie katowałam Was Bajorem. Notka jest >>>TU<<<


Wspomniałam Wam też o kosmetyku, który mnie rozczarował, a o którym możecie przeczytać >>>TU<<<


Po intensywnym czasie pracy i chorobie w końcu mam czas i siły nadrabiać zaległości w blogowaniu. Mam nadzieję, że tylko z korzyścią dla mnie i dla Was ;). 


Pamiętacie tajemniczą paczkę, o której wiadomością dzieliłam się z Wami na moim FanPage? Oto co w niej było ;)...na razie zapowiada się ok, więcej powiem jak jeszcze trochę poużywam. 


Przez zeszłotygodniowy marazm czytelniczy postanowiłam nieco zwolnić z czytaniem książek, ale jak się okazało to nie wiąże się z całkowitym brakiem czytania. Będzie po prostu mniej książków, ale za to na nowo odkrywam przyjemność z czytania i sięgam po te, po które chciałam sięgnąć już od dawna. 


Moje miasto w środku dnia...w sumie nadal wygląda na opuszczone. 


Pomnik Eugeniusza Kwiatkowskiego w moim mieście...jeżeli chcecie, mogę Wam napisać notkę o tym dlaczego ten pomnik u nas stoi i jaka historia wiąże nasze miasto z tym człowiekiem ;). 


Pogoda jest ostatnio bardzo kapryśna :/...a ja nienawidzę wychodzić jak pada, albo ma zaraz lunąć...


Dwa nowe nabytki...mam nadzieję, że się sprawdzą ;).


I jedna z ulubionych zakładek ;). 

U mnie w końcu skończył się intensywny czas stresów i chronicznego przemęczenia. Doszłam też do siebie po chorobie, chociaż jeszcze jakieś resztki kataru wciąż zalegają mi w nozdrzach. Ale jest lepiej i mam nadzieję, że ku lepszemu zmierza...a przynajmniej chcę w to wierzyć. 

sobota, 27 lutego 2016

J. Frey, "Endgame. Klucz Niebios",

Uwielbiam wszelakie dystopie i opowieści o końcu świata. To właśnie chyba dlatego tak lubię sięgać po wszystkie te młodzieżówki w stylu Igrzysk Śmierci czy Endgame. Jest w nich coś fascynującego i ostatecznego...bo mówią nie tylko o rychłym końcu, ale mam wrażenie, że dają pewien obraz nas jako ludzi, a mianowicie pokazują to, że w trudnych i ważnych chwilach potrafimy się zjednoczyć...ale wracając do dystopii i książek, to niedawno przeczytałam "Endgame. Klucz Niebios", czyli II część całkiem popularnej już serii. 


Od zdobycia Klucza Ziemi liczba graczy kurczy się coraz bardziej, a rywalizacja staje się coraz bardziej zajadła. Teraz nie tylko każdy pragnie powyższego klucza, ale rozpoczęła się również krwawa walka o Klucz Niebios. Wielu graczy nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć oba klucze, chociaż są też tacy, dla których klucze są poniekąd drugorzędną sprawą. 

Klucz niebios jest o tyle ciekawszy od pierwszej części, że pewne rzeczy się powoli klarują i łatwiej jest się połapać wśród poszczególnych postaci, a autorzy bardzo sprawnie budują napięcie i podtrzymują zainteresowanie czytelnika. Dzięki ograniczeniu liczby graczy możemy budować nasze sympatie i antypatie, przez co łapiemy się na tym, że np. kibicujemy jakiemuś graczowi, a inny zupełnie nas odrzuca czy wręcz obrzydza. Dodatkowo sama walka o Klucz Niebios oraz to do czego są zdolni posunąć się poszczególni gracze jest dość ciekawa. 

Ciężko jest pisać o kolejnych częściach jakiejś serii nie spoilerując dlatego może zostawię Was z myślą o tym, że zarówno pierwsza jak i druga część są idealnym materiałem na jakiś film akcji z elementami innych gatunków i z racji tego czym zajmują się autorzy książki, chyba ta seria jest z stworzona z tą myślą, że kiedyś zostanie zekranizowana. 

Jednak, żeby nie było tak kolorowo zdradzę Wam w tajemnicy, że w tej książce znajdziecie takie sytuacje, które są dość nieprawdopodobne i dla mnie bardzo mocno naciągane - jeżeli sięgniecie po tą część powinniście bez problemu zdać sobie sprawę, które dokładnie momenty mam na myśli. Właśnie ten brak realności w pewnych momentach jest dość dużym minusem. Jednak mimo to i tak uważam, że ten tom jest dużo lepszy od poprzedniego, więc w tym przypadku, przekonanie, że seria zwykle staje się coraz gorsza z każdym kolejnym tomem może iść do kosza;). 

piątek, 26 lutego 2016

AA oil infusion, krem do twarzy na dzień,

Witajcie, 

ostatnio uświadomiłam sobie, że od kilku miesięcy, a może nawet od czasu, który mierzony jest już nawet w latach nastawiłam się na ilość przeczytanych książek, co niekoniecznie szło w parze z ich jakością. W wyniku czego zatraciła się gdzieś moja przyjemność z czytania, bo w ferworze wyzwań coraz częściej pukał do mnie marazm czytelniczy. W końcu, żeby przeczytać te min. 52 książki w roku trzeba było spiąć poślady i się zorganizować - co nie zawsze było łatwe. Dlatego też postanowiłam dać swojemu umysłowi trochę odpocząć i postanowiłam skupić moją uwagę również na bardziej przyziemnych niż czytanie rzeczy - w tym na kosmetykach. Dlatego też dzisiaj chciałabym Wam nieco przybliżyć krem, który towarzyszył mi przez kilka ostatnich tygodni, a mianowicie: AA oil infusion 30+. 


Na stronie producenta przeczytałam, że AA oil infusion to podobno zaawansowany program pielęgnacji przeciwzmarszczkowej, który jest oparty na odmładzającym działaniu olejków: marula, arganowego oraz koenzymu Q10. Olejki mają uzupełniać występujące w skórze niedobory substancji budulcowych oraz jednocześnie pobudzać komórki do odzyskania młodzieńczej witalności. Poza tym producent zapewnia nas, że kosmetyki z tej serii mają za zadanie szybko się wchłaniać i wygodnie się aplikować. 

Sięgając po ten krem miałam wobec niego dość spore oczekiwania względem jego nawilżania. Liczyłam na to, że przyniesie mojej skórze ulgę i stanie się ona nawilżona, odżywiona oraz przy okazji pozbędę się tego napięcia i wiecznego uczucia suchości na mojej twarzy. Tymczasem mój krem skończy się za jakieś 2 - 3 dni, a ja nie zauważyłam żadnego efektu :(. A szkoda, bo AA ma zaufanie wielu kobiet i cieszy się jednak dobrą opinią. Ale jak każdej firmie trafił się po prostu bubel. Co z tego, że łatwo się nakłada i szybko wchłania jeżeli na mojej skórze nie robi nic i przegrywa z pogodą oraz ogrzewaniem?

Trudno będę musiała wrócić do bardziej sprawdzonych kremów na zimę...swoją drogą teraz to raczej jest bliżej wiosny, ale pewnie i tak kupię jakiś bogaty, apteczny krem, bo zapewne jeszcze długo będę musiała się zmagać z ogrzewaniem i kapryśną pogodą. 

środa, 24 lutego 2016

Michał Bajor - wielki Artysta, bez parcia na szkło

Michał Bajor jest dla mnie bardzo ważnym Artystą, który pomógł mi przetrwać jeden z najtrudniejszych i najbardziej stresujących okresów w moim życiu. Nie pytajcie o co chodziło, bo przecież każdy z nas czasem znajduje się na zakręcie, a jego droga jest pełna wybojów. Z powyższych powodów chciałabym Wam nieco przybliżyć sylwetkę człowieka, który głównie jest kojarzony z roli Nerona w "Quo Vadis". 


Garść informacji: 

Data urodzenia: 
13 czerwca 1957,
Miejsce urodzenia: 
Opole, 
Debiut: 
1970, eliminacje do Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, 
Wykształcenie: 
PWST w Warszawie, 

Jako dziecko uczył się tańca i gry na pianinie, również będąc chłopcem dostał swoją pierwszą rolę - wilka w Czerwonym Kapturku. Po swoim debiucie w Opolu występował też na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze oraz na XIII Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie. 

Jako aktor zadebiutował u również debiutującej Agnieszki Holland w filmie "Wieczór u Abdona" - miał wtedy 17 lat. Jednak dopiero kreacja w sztuce P. Schaffera, pt. "Equus" w Teatrze Ateneum sprawiła, że drzwi do kariery stanęły przed Panem Michałem otworem. 

Mimo to, że ten Artysta ma na swoim koncie wiele ról i płyt oraz kaset mam wrażenie, że wciąż jest niedoceniany oraz ciągle za mało się o nim pisze. A szkoda. Uważam, że dla wielu jest zapomnianym aktorem z "Quo Vadis", albo wyjcem bez talentu...o nieszczęśliwi ignoranci! Od kiedy zaczęłam słuchać tego Artysty, zaczęłam się też interesować Jego karierą i muszę przyznać, że ma dość napięty grafik, nie mówiąc o wydawaniu płyty co dwa lata. Poza tym mam wrażenie, że powoli zaczyna się bardziej otwierać np. wchodząc we współpracę z młodymi Artystami, czego wynikiem jest chociażby piosenka z Anną Wyszkoni: 


Myślę, że niejeden młody rzemieślnik, o którym pisze się na serwisach plotkarskich mógłby pozazdrościć takiego dorobku artystycznego. Od Michała Bajora bije jakiś taki spokój oraz ciepło, które automatycznie mnie wycisza i uspokaja. Wiem, bo byłam na jednym z Jego koncertow. 



Dlaczego uważam, że Michał Bajor jest taki wyjątkowy? 


  1. Mam wrażenie, że ten człowiek na prawdę skupia się na tym co robi i widać, że to kocha. Ma piosenki z głębią, a każda jego płyta, po którą do tej pory sięgnęłam ma jakieś przesłanie - mimo tego, że nie wszystkie piosenki przypadły mi do gustu.  
  2. Brak parcia na szkło. Moim zdaniem jest to człowiek, który tak na prawdę nie potrzebuje wielkiej reklamy, bo jeżeli ktoś słucha tego typu muzyki i tak wcześniej czy później na niego trafi. Oglądając nieliczne wywiady z nim odnoszę wrażenie, że jest to człowiek, który starannie dobiera miejsca, w których się pojawi i nie wychodzi z założenia, że nie ważne co się o nim pisze, albo mówi, byleby tylko pisali.
  3. Nie uderzyła Mu woda sodowa do głowy. Wprawdzie nie znam tego człowieka osobiście, ale u niektórych można wyczuć pewną manierę w sposobie zachowania i mówienia. U Niego tego nie zauważyłam - wręcz przeciwnie, bardziej sprawia wrażenie profesjonalisty, który z wyczuciem podchodzi do innych ludzi, przy okazji robiąc karierę :).
  4. Twórczość z sensem. 
    W czasach, w których pełno jest piosenek bez przesłania, które dosłownie potrafią mówić o dupie Maryni, Michał Bajor jest dla mnie jedną z coraz mniej licznych ostoi sztuki, która ma jeszcze jakieś przesłanie. I to głównie za to uwielbiam tego Artystę :). 
  5. Otwartość na innych ludzi. Już sam jego udział w Festiwalu Zaczarowanej Piosenki kilka lat temu o czymś mówi. Poza tym jest jeszcze coś, co sprawiło, że odniosłam wrażenie, że ten człowiek pomaga zawsze kiedy tylko ma możliwość...ale to też jest moja prywatna sprawa ;p. 
Być może zbyt pochopnie wyciągam pewne wnioski, ale z drugiej strony nie da się dobrze poznać, kogoś kto jest dla nas tak odległy. Jednak mimo to, ten człowiek jest dla mnie bardzo wyjątkowym Artystą, których jest niestety coraz mniej. Dlatego każda perełka w postaci utalentowanego Artysty, który nie postradał rozumów jest dla mnie bardzo cenna. Jeżeli macie kogoś, kogo szczególnie cenicie to polećcie mi proszę w komentarzach :). 

poniedziałek, 22 lutego 2016

Stos własny, luty 2016

Są takie miesiące, w których często czuję się jakbym miała święta. W tym miesiącu - mimo to, że jest taki krótki przyszło do mnie dużo dobroci. Część z nich widzieliście na moim FanPage, ale ostatnio przyszło do mnie jeszcze kilka pozycji, więc postanowiłam, że podzielę się z Wami moimi zdobyczami :). A w lutym przyszły do mnie: 


  1.   G. Orwell, "Rok 1984", 
  2. D. Chamovitz, "Zmysłowe życie roślin", 
  3. A. Huxley, "Nowy szczęśliwy świat", 
  4. M. Viegh, "Ekożona", 
  5. M. Robij, "Życie na miarę" (recenzja)
  6. S. Lynch, "Na szkarłatnych morzach"
  7. J. Eugenides, "Middlese", 
  8. M. Mitchell, "Przeminęło z wiatrem" 


Nawet nie wiecie jakie było moje zdziwienie, kiedy miły pan kurier zapukał do drzwi mojego mieszkania i wręczył przesyłkę, od wydawnictwa Prószyński i S-ka, którą dawno już spisałam na straty. A w niej były: 

 9. T. Chatfield, "Książka do przeżycia", 
10. Larry Gonick, "Algebra w obrazkach", 
11. P. M. Schmitt, Ch. Dreller, Skąd się wzięło pisklę w jajku?"


A to jeszcze nie koniec dobroci. W lutym moją domową biblioteczkę zasiliły również: 


12. D. Durett, "Zakazane ciało. Historia męskiej obsesji", 
13. J. Challoner, "Perwiastki, czyli z czego zbudowany jest wszechświat"

Sporo tego się uzbierało w tym miesiącu. Ale co poradzić? Nic nie poradzić;). Czekajcie na recenzje;)...Swoją drogą intryguje Was któraś szczególnie? 

niedziela, 21 lutego 2016

Tydzień w zdjęciach #3

Kolejny tydzień już za nami. Tym razem był on dla mnie bardzo lajtowy w porównaniu do poprzednich tygodni, co bardzo mnie cieszy :). Tymczasem noszę się z rozpoczęciem nowego "projektu", ale zobaczymy jak to jeszcze będzie. Jak na razie łapcie zdjęcia z tego tygodnia ;). 



Paczka ze sklepu Coś Słodkiego :), za jakiś czas będzie pisane ;) 




Pan kurier nieco umilił mi chorowanie...po swoim lutowym stosiku widzę, że będzie czytane i możecie się spodziewać dużo książkowych notek. 






Notka o zapachach C-thru >>>KLIK<<< 




" Życie na miarę" >>>KLIK<<<


Nadrabiam zaległości czytelnicze ;)...notka niebawem, ale już Wam powiem, że nawet może być;)



Uwielbiam...


Ten smak przywołuje wspomnienia...niebawem napiszę notkę ;). 


Magnetyczne zakładki...mam ich coraz więcej...


Zeszły tydzień zszedł mi na dochodzeniu do siebie...walczyłam z choróbskiem, ale już jestem prawie zdrowa. Niestety jest taki czas, że rozłożyło całą moją rodzinę :/ Mam nadzieję, że chociaż Wy jesteście zdrowi. 

Balsam z peelingiem od Eveline, opinia

Bardzo sceptycznie odnoszę się do takich nowinek jak np. te wszystkie myjące balsamy pod prysznic. Sama sobie nigdy bym nie kupiła czegoś takiego, ale kilka miesięcy temu trafił do mnie balsam z peelingiem do ciała pod prysznic od Eveline i jakiś czas temu w końcu nadszedł jego czas. 


Ten kosmetyk ma jednocześnie oczyszczać i doskonale odżywiać naszą skórę, zapewniając jej naturalny wygląd bez konieczności stosowania dodatkowego nawilżenia po kąpieli. Ten balsam zawiera 3 naturalne olejki i 7 ekstraktów roślinnych oraz składników głęboko nawilżających oraz witamin. Te składniki mają sprawić, że nasza skóra stanie się sprężysta, przyjemna w dotyku oraz ujędrniona i rozświetlona.

Ten balsam stoi wśród moich dwóch innych żeli pod prysznic. Jednakże nie sięgam po niego zbyt często, a to ze względu na to, że po prostu po jego użyciu czuję się jakaś taka...niedomyta. Możliwe, że jest to spowodowane konsystencją balsamu i niepienieniem się. Dlatego też ten kosmetyk mi nie podszedł. Pewnie jakoś go wymęczę, ale już wiem, że z tego typu produktami raczej się nie polubię...

piątek, 19 lutego 2016

TOP 7 sposobów na przetrwanie choróbska

Pierwszy dzień wolnego po długim czasie stresującej pracy był dniem, w którym krążący w powietrzu wirus mnie rozłożył. Zdziwiłam się, że nastąpiło to dopiero teraz, bo pracując z dziećmi powinno mnie rozłożyć już milion razy. Ale zaopatrzona w leki usiłuję sobie radzić z choróbskiem. W jaki sposób? Już Wam mówię. 

1. Pan Darcy dobry na wszystko. 

"Duma i uprzedzenie" jest jedną z moich ulubionych książek, a Pan Darcy ostatecznie uświadomił mi, że jak najbardziej można zakochać się w mężczyźnie, który istnieje jedynie na kartach książki i w jej ekranizacjach. Tym razem obejrzałam film, a pan Darcy wciąż nie stracił dla mnie swego uroku. 


2. Kawa

Oj ciężko mi się bez niej obejść...chociaż trochę stawia na nogi ;). Inaczej chyba cały dzień przeleżałabym w łóżku. 


3. Blog

Kiedy pracowałam bardzo ciężko było mi się ogarnąć z blogiem, ale na szczęście mam teraz więcej czasu na pisanie notek, robienie planów i zbieranie materiałów. Mam nadzieję, że teraz notki zaczną pojawiać się częściej. Tym bardziej, że jestem teraz uziemiona w domu przez jakieś choróbsko :/. 


4. Książki

To chyba nieodzowny element mojego wolnego...niezależnie czym spowodowanego. Więcej czasu wolnego to więcej czasu na czytanie :). Aktualnie wzięłam się za drugi tom Endgame. 


5. Gorąca czekolada

To jest dobre zarówno na chorobę jak i jakieś gorsze samopoczucie. Gorąca czekolada idealnie podnosi poziom endorfin we krwi. 


6. Miłe niespodzianki


Nawet nie wyobrażacie sobie jak humor mi się poprawił, jak zobaczyłam w drzwiach pana kuriera, który mi wręcza tą przesyłkę. Od razu dzień się staje piękniejszy. 

7. Pomocnicy

Kiedy pierwszego dnia padałam na twarz i nawet po przebudzeniu się nie miałam na nic siły, to muszę powiedzieć, że moja druga połowa bardzo mi pomogła chociażby ze zrobieniem obiadu ;). To bardzo ważne, kiedy człowieka totalnie rozkłada. 

Dajcie znać jak Wy radzicie sobie kiedy dopadnie Was jakieś choróbsko. Trzymajcie się zdrowo :). 

czwartek, 18 lutego 2016

M. Rabij, "Życie na miarę"

Są rzeczy, o których teoretycznie wszyscy wiemy i się z nimi nie zgadzamy. Jednak w codziennym zabieganiu zapominamy, że oprócz nas samych istnieje też reszta świata ze swoimi problemami na które my również mamy wpływ - co więcej możemy to zmienić np. dokonując codziennych wyborów. Dlatego też dzisiaj mam dla Was kilka słów o książce, która przypomina nam o pewnych kwestiach. 

"Życie na miarę" Marka Rabija to tak właściwie reportaż o tym jak wygląda sytuacja w Bangladeszu - miejscu, w którym swoje ubrania szyje wiele znanych marek (w tym również tych dostępnych w Polsce). 

Wszyscy dobrze wiemy, że prezencja bywa kluczem do sukcesu, a metka na ubraniu ma znaczenie. Jednak są ludzie, dla których jest to dosłownie kwestia życia lub śmierci. Co jakiś czas dochodzą nas echa tragedii w Bangladeszu, gdzie np. 1200 kobiet i mężczyzn zginęło pod gruzami Rana Plaza, natomiast w Ashulii pewnego wieczoru zamknięto pracowników na wyższych piętrach, aby z płonącego budynku najpierw wynieść zawartość magazynu na parterze. Jednak po przeczytaniu powyższej książki mam wrażenie, że o większości takich tragedii w ogóle się nie dowiadujemy. 

Jednakże jeszcze bardziej oburzające jest dopiero to, że za spodnie czy sukienkę, którą w Bangladeszu uszyto za 10 zł., w polskim sklepie trzeba zapłacić jakieś 10 - 15 razy więcej.

Nikt z nas kupując sobie ubrania tak na prawdę nie zastanawia się nad tym kto je uszył i w jakich warunkach pracuje i żyje. Autor tej książki uchyla przed nami rąbka tajemnicy i zabiera nas do świata, w którym ludzie żyją w skrajnym ubóstwie, a pieniądze zarabiają w warunkach nie tylko zagrażających ich zdrowiu, ale również życiu. Czytając o tym jak wygląda praca w fabrykach odzieżowych człowiek nie może uwierzyć, że w XXI wieku wciąż dzieją się takie rzeczy, a my na nie pozwalamy. 

Całości dopełnia fakt, że autor obok warunków, w których pracują tamtejsi ludzie pokazuje również ułamek ich zwyczajnego życia - ich codzienność w slumsach, radości i troski. Zaglądamy nieco do ich głowy i poznajemy myślenie np. o osobie z sąsiedztwa, która dostała awans w naszej fabryce i zamieniła się w tyrana, albo o tym dlaczego nie pożycza się pieniędzy na organizację ślubu. Jednak przez wszystkie te troski przebija nikłe światełko szczęścia, w momentach, w których dwoje zakochanych się pobiera czy w chwilach, kiedy komuś udaje się zarabiać na życie poza fabryką. To również sygnał dla nas, który mówi nam, że skoro im w takich warunkach udaje się znaleźć szczęście to nam tym bardziej może się udać!

"Życie na miarę" jest dla nas sygnałem ostrzegawczym, wyrzutem sumienia oraz motywacją do tego, żebyśmy coś zrobili, aby zmienić nie tylko własne wybory, ale także życie innych. Wiem, że pojedyncze osoby niewiele mogą zmienić, ale kiedy pojedyncze osoby działają razem można przenosić góry. Ja osobiście mam zamiar pogłębić temat wykorzystywania ludzi do tak niewolniczej pracy i w przyszłości dokonywać świadomych wyborów. Jednakże to od szefów poszczególnych firm odzieżowych zależy czy chcą zarabiać na marce kosztem zdrowia i życia (dosłownie) innych ludzi czy może zyskają na tym, żeby świadomie wybierać fabryki które nie tylko nie grożą zawaleniem, ale także są otwarte na zmiany. 

Wiem, że temat podjęty w powyższej publikacji jest bardzo złożony, ale wierzę również w to, że mimo wszystko da się coś zmienić...

wtorek, 16 lutego 2016

C-thru - moje pierwsze zapachy

Dzisiaj chciałabym Was zabrać w nieco sentymentalną podróż, ponieważ chciałabym Wam napisać kilka słów o zapachach, które kojarzą mi się z moimi pierwszymi zainteresowaniami kosmetycznymi w czasach, w których byłam jeszcze podlotkiem. 


Chodzi mi o zapachy, które jako pierwsze wąchałam, w momencie kiedy chciałam sobie kupić swoją pierwszą wodę toaletową. I pamiętam, że było to zielone C-thru, które wtedy bardzo długo. 


Nuty zapachowe: 
Nuty głowy: jeżyna, czerwona porzeczka, lilia wodna, 
Nuty serca: fiołek, róża, lilia, 
Nuta bazy: drzewo cedrowe, białe piżmo, drzewo sandałowe. 


Nie wiem jak Wam, ale mnie nuty drzewne kojarzą się raczej z cięższymi zapachami, które pasują raczej paniom w dojrzałym wieku i niekoniecznie spodobają się młodym dziewczynom czy kobietom. Jednak ten zapach jest świeży i nieco cierpki przy pierwszym wrażeniu. 

Ja używam go na co dzień nie tylko kiedy idę zrobić zakupy czy załatwić jakieś codzienne sprawy, ale również do pracy. Nie jest to zapach elegancki i wyrafinowany, więc jeżeli pracujecie gdzieś, gdzie obowiązuje bardziej oficjalny dress code to myślę, że ten zapach może trochę nie pasować. Tak samo jak inny zapach tej firmy - tylko, że z różowej serii: 



Jest to zapach z kategorii kwiatowo - owocowej. 

Nuty zapachowe: 
Nuta głowy: truskawka, gruszka, ananas, 
Nuta serca: kwiat pomarańczy, herbata, wiciokrzew, 
Nuta bazy: drzewo sandałowe, piżmo, wanilia

Ten zapach jest bardziej słodki i kwaśny i również sprawdzi się w takich samych okolicznościach jak powyższy. Również odpada do pracy, w której musimy być bardziej eleganccy lub na jakieś większe wyjścia typu ślub, studniówka, albo jakiś bankiet czy coś w tym stylu...

Oba te zapachy budzą we mnie pewne wspomnienia, przywołują w pamięci pewne sytuacje i miejsca, a nawet to jak się wtedy czułam. Zabierają mnie w swoistą podroż do miejsc, z których części już nie ma. I to właśnie jest urok wszelakich wód toaletowych/perfumowanych czy perfum, że potrafią nas zabrać ze sobą w podróż, podczas której budzą się pewne wspomnienia, a nawet wracają emocje. 

Dajcie znać jakie Wy macie zapachy, do których czasem wracacie, a które budzą w Was wspomnienia...