niedziela, 31 stycznia 2016

Podsumowanie stycznia 2016

Hey, hey, 

dzisiaj przyszedł czas na książkowe podsumowanie miesiąca. W tym miesiącu w końcu było lepiej niż ostatnio, ale może to dlatego, że miałam dużo więcej wolnego niż normalnie w miesiącu i udało mi się trochę nadgonić (pomimo latania po różnych miejscach, nawet w ciągu wolnego). A zatem w styczniu tego roku przeczytałam: 


  1. J. Harris, "Ewangelia według Lokiego", >>>KLIK<<<
  2. J. K. Rowling, "Harry Potter i kamień filozoficzny", >>>KLIK<<<
  3. M. A. Collins, "Zabójcze umysły. Ostre cięcie" >>>KLIK<<<
  4. M. Kidruk, "Bot" >>>KLIK<<&lt;,
  5. W. P. Young, "Chata" >>>KLIK<<<
  6. Anonim, "Polowałam na terrorystów" >>>niebawem o niej napiszę<<<
W tym miesiącu poszło mi całkiem nieźle - mimo to, że nie zrealizowałam swojego planu tak jakbym chciała. Chociażby zabrakło mi 1 książki do ilościowego celu do osiągnięcia w styczniu ;), ale to nic...nadrobimy ;). Generalnie muszę się jakoś ogarnąć, żeby wziąć się bardziej intensywnie za czytanie, bo czasem jest mi wstyd, że nie idzie mi zbyt dobrze :/

sobota, 30 stycznia 2016

Dwa buble od Avon.

Od jakiegoś czasu mam więcej kosmetyków i książków niż przeciętna kobieta w moim wieku, ale to ze względu na to, iż wsiąkłam w blogosferę i vlogosferę dość mocno i często kieruję się notkami i filmikami w swoich wyborach. Poza tym zdarza się, że dostaję coś w ramach współprac recenzenckich. Dzisiaj chcę Wam napisać o dwóch kosmetycznych bublach, na które się ostatnio natknęłam. 


Pierwszą rzeczą, o której chcę Wam wspomnieć to trwała szminka we flamastrze z Avonu


Koszt: ok. 22 zł, 

Kolor: raspberry,
Pojemność: 2,4 ml
Dostępność: konsultantki Avon. 


Kiedy się na nią decydowałam miałam nadzieję, że będę miała na ustach piękny, trwały kolor, ale okazało się zupełnie inaczej. Już przy pierwszym użyciu czekało na mnie rozczarowanie. Otóż kolor na ustach okazał się być praktycznie żaden, bo z pisaka wydobywało się tyle produktu ile wydostaje się w momencie kiedy kosmetyk się kończy, a my chcemy z niego coś jeszcze wycisnąć. W efekcie szminka tylko bardzo delikatnie i niemal niewidocznie barwiła mi usta. Zastanawiałam się co jest nie tak i czy może robię coś źle, ale po zajrzeniu do przestworzy internetu okazało się, że nie - wydaje się, że trafił mi się jakiś totalnie nietrafiony egzemplarz. Ponieważ już pierwsze nałożenie na usta tego kosmetyku nie dość, że nie daje żadnego koloru (albo prawie żadnego) to jeszcze masakrycznie wysusza usta. 

Dla mnie jakaś totalna porażka. W tej cenie jak dobrze poszukam to jestem w stanie mieć 2 dobre pomadki. Zatem jak dla mnie szkoda kasy - ja na pewno nie będę próbować tej szminki w innym wydaniu, bo szkoda mi ponad 20 zł. Szkoda, że tak się przejechałam, bo słyszałam o tym kosmetyku same dobre opinie. 

Kolejnym produktem, który mi się nie sprawdził jest również kosmetyk z Avon. Tym razem jest to oczyszczający żel do mycia twarzy do cery tłustej i mieszanej


Tak wiem - mam cerę suchą, a zimą staje się ona nie do zniesienia. Ale kupiłam ten produkt głównie z myślą o chwilach, w których będę potrzebowała extra oczyszczenia...typu np. domycie mocnego makijażu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zapach tego produktu. Dla mnie jest to okropnie intensywny zapach mydła, od którego robi się bardzo niedobrze. I to właśnie głównie z tego powodu ten produkt stał w mojej łazience w sumie od wakacji i niestety niewiele go tam ubywało, nie ze względu na działanie, ale na zapach, który jest nie do zniesienia. Ale to jestem jeszcze zużyć chociażby jako mydło do rąk, albo żel pod prysznic. Wybaczcie, ale nie pamiętam ceny, pewnie było to coś w okolicach 10 - 11 zł, ale nie dam sobie niczego za to uciąć. 

Pojemność: 150 ml, 
Dostępność: Konsultantki Avon. 

Niestety kosmetyki od Avon mają ten minus, że nie da się ich pomacać i poniuchać i mimo to, że mają dużo dobrych rzeczy, to część produktów zwyczajnie się nie sprawdza. 

piątek, 29 stycznia 2016

M. Kidruk, "Bot"

Ten rok jest dla mnie rokiem zmian i nowych doświadczeń. Przede wszystkim postanowiłam otworzyć umysł na nowe doświadczenia i rozwijać się. Niewątpliwie nowym i ciekawym doświadczeniem jest świadome otwarcie się na nowe gatunki literackie, po które już zaczęłam sięgać. 

Jednym z takich gatunków jest s - f, za którym nigdy nie przepadałam, jednak postanowiłam się przełamać i bardzo dobrze zrobiłam, bo trafiłam na perełkę, do której zapewne będę wracać, a mianowicie na "Bota" Max'a Kidruka


W sumie już nie pamiętam jak trafiłam na tą książkę, jednak bardzo przykuła moją uwagę. Otóż głównym bohaterem jest Tymur Korszak - młody i zdolny programista, który pracuje w firmie produkującej gry komputerowe. Mężczyzna specjalizuje się w tworzeniu botów. 

Pewnego dnia dostaje dziwne zlecenie - musi naprawić usterkę w botach, które skonstruował kilka lat wcześniej dla tajemniczego klienta z Ameryki Południowej. W grę wchodzą bardzo duże pieniądze. Po krótkim namyśle chłopak udaje się w podróż do Chile, która zupełnie odmienia jego życie. Nowym tymczasowym miejscem pracy Tymura okazuje się dziwne laboratorium na pustyni Atakama. Należy dodać, że budowla jest pilnie strzeżona i otacza ją ogrodzenie pod napięciem. 

Ekipa pracująca w tym tajemniczym miejscu działa pod kierownictwem genialnego nanotechnologa - wizjonera. To ci ludzie stworzyli istoty, które do złudzenia przypominają 12-stoletnich chłopców i są zdolne wytrzymać ekstremalne warunki oraz działać według wytycznych. Boty są ciągle poddawane są bezustannym badaniom i testom, jednak przed kilkunastoma dniami spora grupa "malców", jak ich nazywa narrator - uciekła i zaczęła zagrażać bezpieczeństwu miejscowej ludności oraz pracownikom laboratorium. Dodatkowo istnieją przesłanki, że sytuacja w ogóle może wymknąć się spod kontroli i zagrozić całej ludzkości. Zadaniem młodego człowieka jest sprowadzenie botów z powrotem oraz odkryć to dlaczego odważyły się na taki krok.

Do tej pory takie książki jak "Bot" były dla mnie tajemnicą i to raczej taką, której nie chcę odkrywać. Jednak im więcej czytam tym chętniej otwieram się na nowe gatunki. Nie wiem czy też tak macie? Zawsze s-f kojarzyło mi się raczej z gatunkiem, który nic nie wniesie do mojego życia. Jednak powoli zaczynam zmieniać to myślenie, chociażby dlatego, że powyższa książka okazała się być jedną z tych, które mówią o tym co się dzieje, jeżeli ludzie przekraczają pewne granice i uważają się za swego rodzaju nadludzi, którzy mogą robić co im się podoba - niezależnie od tego jak bardzo wykracza to poza wyobrażenia normalnych ludzi. 

"Bot" to opowieść, która wstrząsa i trzyma w napięciu już od pierwszych stron. Max Kidruk często wprawia swojego czytelnika w osłupienie, gdyż pewne sceny są dość szokujące, co tylko jeszcze bardziej podkreśla to jak daleko posunęli się twórcy projektu i jak bardzo wymknął się on spod kontroli. 

W efekcie dostaliśmy do ręki niesamowitą historię, która może kiedyś okazać się prawdziwa, jeżeli ludzie okażą się na tyle chciwi, żeby sięgnąć po to co normalnie uważa się za niemoralne. 

czwartek, 28 stycznia 2016

Jak pomagać zwierzętom? #1

Jeszcze kiedy byłam koordynatorem w Centrum Wolontariatu i Inicjatyw Społecznych zgłosiła się do mnie grupa młodych osób, która bardzo chciała coś działać na rzecz zwierząt. Osobiście nie mogłam zbytnio nic pomóc - poza szukaniem jakiegoś schroniska czy stowarzyszenia działającego na rzecz zwierząt i poradzeniem im, żeby sami czegoś też szukali to coś zrobimy. 


Dzisiaj mam nieco więcej dystansu do tej sprawy i trochę więcej wiedzy. Dlatego też chciałabym rozpocząć cykl o tym jak działać na rzecz zwierząt lub na rzecz poprawy ich dobrostanu. 

Na pierwszy rzut chciałabym Wam podlinkować kilka organizacji, które zajmują się działalnością na rzecz zwierząt. Jednak jeżeli nie będzie nic z Waszej okolicy to nic straconego...przecież wystarczy się rozejrzeć, popytać znajomych oraz zajrzeć do Internetu. Ja ze swojej strony mogę Wam jedynie nieznacznie pomóc;). 


  • Fundacja Kocia Wyspa (Stalowa Wola)
To fundacja, która zajmuję się kotami i szukaniem dla nich domów. Jeżeli nie chcecie adoptować kotów to zawsze możecie skontaktować się z fundacją i zapytać czego potrzebują. Myślę, że chociażby karma i żwirek dla zwierzaków zawsze są mile widziane. 

Kocią Wyspę znajdziecie na Facebook'u: 

Rzecz też dotyczy chociażby dwóch poniższych schronisk z mojego regionu:
  • Schronisko dla zwierząt "Kundelek" (Rzeszów)
Jeżeli bliżej Wam do Rzeszowa niż do Stalowej Woli. Z pewnością poniższe schronisko będzie Wam wdzięczne za pomoc...karmę, wolontariat, i inne sprawy...najlepiej wszystkiego dowiedzieć się u źródła:
https://www.facebook.com/schroniskokundelek/?fref=ts
  • Schronisko dla zwierząt (Lublin):

Jeżeli jesteście z Polski południowo - wschodniej być może będziecie mieć po drodze z lubelskim schroniskiem dla zwierząt. Pomoc jak wyżej.

Zajrzyjcie do nich na FB:

  • Fundacja Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt Viva!
Natomiast jeżeli jesteście zainteresowani bardziej ogólnopolską organizacją działającą na rzecz zwierząt to powyższa fundacja będzie idealna. W tym przypadku możecie nawiązać kontakt z powyższą organizacją i np. stworzyć grupę inicjatywną w swoim miejscu zamieszkania. Możecie organizować prelekcje, eventy itp. przy wsparciu fundacji. Jest jeden haczyk... musicie być wege! ;). 


Vivę! znajdziecie poniżej: 



  • Zostań wege! 
To jest coś co możesz zrobić już teraz. Mam zamiar zrobić serię notek o tym jak wygląda hodowla przemysłowa i jak przeżyć bez mięsa...czyli jak je sobie zastąpić warzywami i ograniczyć (lub wręcz rzucić) nabiał. 

Sama chciałabym zostać kiedyś weganką, ale jeszcze długa droga przede mną. Chyba po prostu brak mi samozaparcia i trochę też czasu i chęci zagłębiania się w temat. Zresztą bardzo ciężko nagle zmienić wszystkie nawyki żywieniowe, które miało się wpajane przez niemal 30 lat. Jednak nie od razu Rzym zbudowano - wprowadzając więcej wegańskich opcji jestem na najlepszej drodze do celu :). 

Tak poza tym jeżeli zastanawiacie się nad zwierzakiem w domu to zastanówcie się czy nie lepiej przygarnąć zwierzaka ze schroniska niż kupić ;). 

wtorek, 26 stycznia 2016

Stosik własny i stosik biblioteczny, styczeń 2016

Nawet nie spodziewałam się, że moja poprzednia notka spotka się z tak pozytywnym Waszym zainteresowaniem, i że sama znajdę pod nią swoją herbacianą listę zakupową. 

Herbata jest dla mnie idealnym towarzystwem do czytania, a książki są dla mnie niesamowitą odskocznią od rzeczywistości i szansą na reset - szczególnie po ciężkim i stresującym okresie. Dlatego też lubię się w nie zaopatrywać...niezależnie od tego czy przynoszę je z biblioteki, czy je kupuję. 

W tym miesiącu znalazłam kilka książek, z których bardzo się cieszę i czytałam, czytam lub będę je czytać z przyjemnością. 


Jeżeli chodzi o książki, które trafiły do mojej prywatnej biblioteczki to są to: 


  • Max Kodruk, "Bot" - genialna książka, o której będę pisać niebawem, 
  • Denise Kiernan, "Dziewczyny atomowe",
  • Scott Lynch, "Niecni Dżentelmeni. Kłamstwa Locke'a Lamory",
  • Joanna Gorzelińska, "Piramida w kuchni czyli dzieci zdrowo gotują",
  • Alicja Szubert - Olszewska, "Alfabet mody"
Natomiast z biblioteki przytargałam: 


  • William P. Young, "Chata", (którą też już zdążyłam przeczytać)
  • anonim, "Polowałam na terrorystów", 
  • Max, Kodruk, "Ja Ukrainiec", 
  • Joyce Carol Oates, "Przeklęci"
Jak do tej pory przeczytałam już książkę pt. "Bot" Max'a Kidruka i wzięłam się za "Chatę". Mam nadzieję, że każda kolejna lektura z tych stosów będzie przynajmniej równie udana jak "Bot". Zresztą każda z tych książek znalazła się u mnie dzięki temu, że zetknęłam się już z opiniami na jej temat. 

Koniecznie dajcie znać czy coś czytaliście i czy czegoś szczególnie jesteście ciekawi ;). 

niedziela, 24 stycznia 2016

Herbata moja codzienna.

Jestem herbaciarą i nie da się tego ukryć. Do tej pory najlepszy zestaw na prezent dla mnie to herbata, dobra książka i kubek do tego. Ostatnio w mojej kuchni obok Sagi, którą pijemy litrami znalazły się też herbaty, których nie pije się w takich ilościach jak wyżej wspomnianą, ale też popija się chętnie. Są to: 


1. Teekanne, Green Tea, orange, 
2. Basilur, ceylon black tea, masala chai, 
3. Lipton, black tea, 




W tą herbatę zaopatrzyłam się dlatego, że wśród moich znajomych są osoby, które preferują właśnie zieloną herbatę. Jednak nawiedzają mnie na tyle rzadko, że ja też zaczęłam ją pić, żeby się nie zmarnowała ;). Polubiłam najbardziej tą z cytrusami. Herbaty tej firmy widziałam m. in. w Lidlu i chociaż nie pamiętam dokładnie ceny to należą raczej do tych tańszych. 




W sierpniu byłam na moim pierwszym spotkaniu blogerek. Bardzo mile je wspominam dzięki miłemu towarzystwu i temu, że przytargałam do domu wiele dobroci. Jednym z gości był pan reprezentujący firmę Basilur, która produkuje herbaty. Bardzo długo szukałam jej u siebie w mieście i okazało się, że znajduje się w jednym ze sklepów mięsnych (tak tak, mięsnych;)) i w najbliższym Rossmanie. To na razie mi wystarczy - jak na początek. 
Ja na razie się zdecydowałam na czarną herbatę cejlońską z dodatkiem przypraw takich jak: kardamon, goździki, cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, pieprz. I mimo to, że ta mieszanka brzmi dość egzotyczna to jest pyszna i idealna na zimne dni...



Jak widzicie ostatnią herbatką, która należy do grona tych moich ulubionych jest standardowa herbatka z Lipton. Nie trzeba jej nikomu specjalnie przedstawiać. Uwielbiam ją za jej intensywny smak i za to, że z jednej torebeczki mogę zrobić dwie herbaty:).

Dajcie znać jakie Wy piecie herbaty i co możecie mi polecić ;)

piątek, 22 stycznia 2016

Max Allan Collins, "Zabóhcze umysły. Ostre cięcie"

Od kiedy pamiętam wolałam thrillery, horrory i kryminały od romantycznych historii, do których o dziwo jakiś czas temu zaczęłam się przekonywać. 

Nie wiem czy ktokolwiek z Was pamięta, ale kiedy szłam na rzeszowskie spotkanie blogerek niechcący weszłam do księgarni, która okazała się bardzo tania i kupiłam między innymi "Zabójcze umysły. Ostre cięcie" autorstwa Max'a Allan Collins'a za 7,9 zł. Tak, tak - dobrze przeczytaliście i nie pominęłam żadnej cyferki. 

Książka jest napisana na podstawie "Zabójcze umysły", więc tu nie ma tu zbyt wielkiego pola manewru.

Do członków Jednostki Analizy Behawioralnej należy elita profilerów FBI, której zadaniem jest rozpracowywanie najbardziej nieobliczalnych zabójczych umysłów w kraju. 
Zespół JAB zostaje wezwany do Lawrence w stanie Kansas, aby przeprowadzić śledztwo w sprawie serii zabójstw wśród bezdomnych. Ofiary, które zginęły w wyniku pchnięcia nożem, miały na sobie czyste ubrania i były zadbane oraz świeżo wykąpane. Zdaniem Jasona Gideona są to starannie zaplanowane zabójstwa, dokonywane w odosobnionych miejscach. Są to zbrodnie będące realizacją chorych fantazji jednego lub większej ilości nieznanych sprawców. 

W trakcie śledztwa dochodzi także do porwania młodej dziewczyny, co pozornie nie wiąże się z pierwszą sprawą, którą ma rozwiązać zespół JAB. Gideon wbrew opiniom patologów domyśl się, że jest między nami ponury związek, a porwaną należy znaleźć zanim i ona zginie. 

Swego czasu bardzo narzekałam, że mało jest kryminałów z wątkiem związanym z snuff moves, jednak to już czwarta książka, w której poruszana jest ta kwestia. Dlatego też wplecenie tego wątku w fabułę staje się dla mnie już coraz bardziej powszechne, a co za tym idzie podnosi się poprzeczka. 

Na szczęście tym i razem mamy do czynienia z ciekawymi wątkami i rysami psychologicznymi, a fabuła mimo swojej prostoty trzyma w napięciu. Co za tym idzie książkę czyta się bardzo lekko i przyjemnie, więc spokojnie możecie z nią spędzić jeden lub dwa wieczory. 

Dla kogo jest ta książka? 

  • Przede wszystkim jest to powieść dla tych z Was, którzy lubią serial, bo pozwoli się Wam bardziej wgryźć w świat "Zabójczych umysłów"
  • Sprawdzi się też w przypadku tych z Was, którzy chcą sięgnąć po serial, ale mają jeszcze lekkie obawy. 
  • Książka jest też dla miłośników kryminałów, którzy akurat mają ochotę na lżejszy kryminał. 
Dajcie mi znać czy lubicie książki nawiązujące do seriali i czytaliście już jakieś ;). 

Inne książki ze snuff moves w tle: 

środa, 20 stycznia 2016

Ulubione cienie do powiek:).

Ostatnio bardzo mało się maluję i jak już to zwykle maluję powieki i tuszuję rzęsy oraz kładę coś delikatnego na usta. Jeżeli chodzi o kolory cieni to też nie szalałam, bo ze względu na moją pracę sięgałam ostatnio raczej po stonowane kolory. Cieniami, które w zupełności zaspokajają moje aktualne potrzeby są: 



1. Paletka Sleek MakeUP, i-Divine, Au Naturel 601, którą dostaniecie np. >>>TU<< ,
2. Maybelline, Color Tatoo 24hr, Creme De Rose 91, która jest ogólnie powszechna w drogeriach. 



Jeżeli chodzi o cień z Maybelline to traktuję go jako bazę i cień bazowy w jednym. Nie tylko wyrównuje koloryt powieki, ale też sprawia, że cienie łatwiej i na dłużej do niej przylegają. 


Natomiast paletka ze Sleeka pozwala mi zrobić zarówno delikatny dzienny makijaż, jak i ten bardziej wyjściowy w kolorach, które zazwyczaj używam. Wprawdzie lekko się osypują jednak sprawę załatwia pędzel do pudru lub do różu, którym lekko można strzepać jakieś resztki. 

Jak widzicie nie jestem jakaś mega wymagająca jeżeli chodzi o cienie. Do obu tych kosmetyków na pewno będę wracać jeżeli będę mieć taką możliwość, chociaż planuję też w międzyczasie kilka testów;]. 

A Wy dajcie znać czy używałyście tych cieni i czego obecnie używacie - może się czymś zainspiruję ;). 

wtorek, 19 stycznia 2016

Kupuj lokalnie #1: soki z owoców, z okolicznych sadów

Dzisiaj chciałabym Wam opowiedzieć nieco o sokach, które produkowane są niedaleko mojego miejsca zamieszkania, a w których wykorzystywane są owoce od miejscowych rolników i przedsiębiorców. A to dlatego, że wspieranie lokalnej gospodarki jest czymś co staje się dla mnie coraz ważniejsze. Chciałabym, aby rozpoczęcie cyklu o lokalnych produktach było dla mnie wyzwaniem do zapoznawania się z regionalnymi wyrobami.

Produkty, o których chcę Wam dzisiaj opowiedzieć to soki z firmy: 



Do produkcji soków są wykorzystywane jabłka z sadów z okolic Sandomierza. Już od jakiegoś czasu te soki rzucały mi się w oczy, w okolicznych sklepach, jednak dopiero ostatnio, kiedy Rafał przytargał jeden 3 litrowy do domu przekonałam się, że warto je kupować. 

Jeżeli wierzyć informacjom zawartym na etykietach to soki są wykonane w 100% z owoców i nie dodaje się do nich żadnych konserwantów czy też chociażby wody. Soki faktycznie są mętne i wyglądają tak jakbyśmy wyciskali je sami w domu. W smaku są bardziej kwaskowate niż słodkie:). 

Ten duży kosztuje ok. 12 zł. o ile dobrze pamiętam, a ten mały niecałe 2,5 zł. 


Ten duży ma taki kranik, z którym na początku jest trochę zabawy, ale później człowiek bez problemu to ogarnia i zyskuje świadomość, że to rozwiązanie jest mega wygodne. Więcej możecie się dowiedzieć poniżej: 

Wiem, że będę wracać do tych soków. Dlaczego?
  • Dostaję do ręki naturalny produkt bez dziwnych dodatków. 
  • Wspomagam regionalną gospodarkę, dzięki czemu mój pieniądz zostaje w regionie w którym mieszkam. A regionalne zakłady pracy to też miejsca pracy, o które w moim rejonie bardzo ciężko. 
  • Okresowo ludzie z okolicznych w stosunku do Sandomierza wiosek dorabiają w sadach, co często jest znaczącym zastrzykiem dla ich budżetów domowych.  
  • Wsparcie dla środowiska. Wybierając napoje, które są produkowane bliżej niż dalej, wiem, że w powietrze idzie mniej spalin podczas transportu poszczególnych produktów. Może to i mały wkład biorąc pod uwagę to co zazwyczaj kupuje do picia, ale te soki udowadniają mi, że może jest jeszcze coś, co produkuje się w moim regionie, a ja o tym nie wiem...
Wiem, że mój wkład w powyższe może i jest kroplą w morzu, ale w połączeniu z nawykami innych konsumentów moja kropla może okazać się znacząca. Dlatego też mijając duże soki w kartonach wybiorę właśnie ten produkowany w moich okolicach, bo wiem, że dzięki temu ludzie w moim regionie mają jeszcze pracę, o którą w mojej okolicy tak ciężko. 

Te soki zmotywowały mnie do poszukiwań innych dobrych produktów, które są wytwarzane w mojej okolicy. Może odkryję coś ciekawego :) Jeżeli tak, to się z Wami tym podzielę :), 

Na koniec (jeżeli są jakieś wątpliwości) muszę Wam powiedzieć, że ten wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany.

Natomiast jeżeli chodzi o dostępność to w moim mieście te soki są w niemalże każdym sklepie i galerii. 

niedziela, 17 stycznia 2016

Multikurs i Profesor Klaus

Już od dawna myślałam nad zrobieniem jakiegoś kursu językowego jednak czas i pieniądze mocno ograniczały moje możliwości, co niestety bardzo utrudniało mi sprawę. 

Jednakże pewnego pięknego grudniowego dnia pojawiła się możliwość na to, żeby jednak zacząć robić jakiś kurs językowy drogą online na multikurs.pl. Zdecydowałam się na zrobienie kursu podstawowego z j. niemieckiego, ponieważ chciałam sobie odświeżyć wiadomości. 



Szczerze mówiąc na początku miałam spore wątpliwości co do formy kursu. Robienie go przez Internet wydawało mi się mało skuteczną formą nauki. Mimo to postanowiłam zaryzykować, bo w końcu uznałam, że wyjdzie mi to tylko na dobre.


Kurs podzielony jest na 16 działów tematycznych, które dodatkowo podzielone są na mniejsze grupy tematyczne. Tak więc mamy do czynienia z zakresem słownictwa z takich działów jak: 
  • Skąd pochodzisz? 
  • W szkole, w domu, 
  • Moja rodzina, moja praca,
  • W kuchni, 
  • Pytanie o drogę, 
  • Środowisko naturalne, 
  • Zdrowie, 
  • Sport i czas wolny, 
  • Przeczytaj instrukcję i inne. 
W poszczególnych grupach tematycznych znajdziemy słownictwo podzielone na mniejsze podgrupy, dzięki czemu łatwiej nam będzie się ich nauczyć. W każdej tak zwanej lekcji znajdziemy wiele różnorodnych ćwiczeń, które ułatwią nam przyswojenie pisowni, zapoznanie się ze słownictwem i znaczeniem poszczególnych słów oraz osłuchanie się z ich brzmieniem. W to wszystko wpleciona jest również gramatyka, co też jest dla mnie bardzo ważne, bo moim zdaniem sprawia, że przestajemy się poruszać w danym języku intuicyjnie, a zaczynamy rozumieć pewne reguły, które nim rządzą. Do poszczególnych ćwiczeń możemy wracać, aby sobie przypomnieć/powtórzyć zdobyta wiedzę, którą sprawdzamy też co jakiś czas na testach. 


Multikurs z języka niemieckiego okazał się strzałem w dziesiątkę, ponieważ przy moim zapchanym ostatnio grafiku mogłam sobie dostosować naukę języka do mojego trybu życia. Dodatkowo taka forma nauki sprawiła, że częściej zaczęłam sięgać po fiszki, aby dodatkowo poduczyć się słownictwa. 

Dla mnie taka forma nauki nie zastąpi mi własnej pracy i przerabiania innych materiałów czy konwersacji z innym człowiekiem. Jednak stanowi idealne uzupełnienie dla bardziej standardowych form nauki. Sprawdzi się zatem u tych z Was, którzy np. przygotowują się do matury, uczą się języka w szkole czy samodzielnie podejmują wyzwanie, którym jest samodzielna nauka. Ja z chęcią będę dalej kontynuowała naukę i uzupełniała wiedzę w taki sposób ponieważ na chwilę obecną jest dla mnie idealną formą nauki, która motywuje mnie do samodzielnej pracy. 

Dajcie znać czy uczyliście się tak języka i jak się u Was to sprawdzało. 

Mel Merio, It's Pool Time,

Ostatnie pół roku było dla mnie bardzo pouczające ze względu na staż (który już dobiega końca). Placówka, w której się stażuje okazała się być wylęgarnią doświadczeń i szkołą dla mojego charakteru. 


Wśród młodzieży, z którą miałam styczność są dzieci i młodzież w różnym wieku, a najmłodsza gwiazda ma 8 lat i już chce mieć te same możliwości, co jej kilka lat starsze koleżanki. Chociażby ma już wodę toaletową, którą sprezentował jej ktoś z rodziny, co sprawiło, że poczuła się troszkę doroślejsza. Dlatego też postanowiłam wprowadzić cykl o szeroko pojętej tematyce dziecięcej i młodzieżowej, z racji tego, że ostatnio mam dużo wspólnego z tymi, którzy uważają mnie już za wapniaka. 

Wyżej wspomniana dziewczynka z lekka zainspirowała mnie do tego, żeby zacząć dzielić się moim zdaniem co do używania kosmetyków przez dzieci. Jeżeli chodzi o wywołany już temat używania różnych wód toaletowych to dziewczynki w wieku kilku lat zwykle obserwując mamy, ciocie i babcie też chcą być tak jak one i np. spryskać się czymś czy pomalować sobie usta. Nasza w tym rola, żeby nie tyle im tego zabraniać, ile proponować im to co jest stosowne do ich wieku. Np. bezbarwny błyszczyk czy balsam do ust dla dzieci, albo odpowiednią wodę toaletową. 

Dzisiaj mam dla Was propozycję jednej z nich, a mianowicie zapach Mel MerioIt's Pool Time o pojemności 10 ml w cenie niespełna 10 zł


Jest to lekki i orzeźwiający zapach, a zarazem słodki zapach - lekko owocowy, z nutą melona w tle. Do tej pory go nie znałam, ale sięgnęłam po niego głównie z myślą o tym poście, jak również chciałam mieć coś poręcznego, co będę mogła wrzucić do torebki i nie zajmie mi dużo miejsca. 



Dlaczego jest idealna dla dziewczynek: 

  • pastelowe kolory opakowania, 
  • lekki dziewczęcy kolor, 
  • długo utrzymuje się na skórze (jak spryskam się nią przed wyjściem do pracy to pod koniec zmiany jeszcze czuję ją na sobie), co sprawia, że nie trzeba jej nosić ze sobą, 
  • mała pojemność - co sprawi, że dziewczynka nie zdąży się nią znudzić, 
  • niska cena.
Dlaczego jest idealna dla kobiet? 

Mimo tego, że jest bardziej dla nastolatek lub dziewczynek, które zaczynają się już interesować kosmetykami, to mimo wszystko może się przyjąć u kobiet. Szczególnie jeżeli lubicie słodkie i lekkie zapachy. 

Na jaką okazję? 

Jest to zapach bardziej na spotkania ze znajomymi czy na weekend niż do pracy. Ja osobiście do pracy, na randkę czy imprezę wolę zakładać nieco "poważniejsze" zapachy. Jednak przy wyjściu na kawę czy na pizzę nie miałabym problemu, żeby go użyć. 

Dajcie znać co myślicie o używaniu tego typu kosmetyków przez dzieci. Jesteście stanowczo na nie czy na tak - choć pod nadzorem. 

sobota, 16 stycznia 2016

Przysłowiowy TAG

W internetach, aż roi się od wszelkiego rodzaju tagów - i ja postanowiłam zrobić jeden z nich. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, a jeżeli chcecie więcej tego typu notek na moim blogu po prostu dajcie mi znać, a zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby takie notki częściej powstawały ;). Tym razem mój wybór padł na przysłowiowy tag, w którym dobiera się książki do ośmiu przysłów. 


1. Apetyt rośnie w miarę jedzenia - czyli książka jednotomowa, której kontynuację chętnie bym przeczytała. 

"Atrofia", Lauren DeStefano - niestety wydawnictwo nie opublikowało kolejnych części:/, a bardzo mam ochotę na kontynuację. Chyba pozostaje mi ściągnąć inne części w języku angielskim i w między czasie nauczyć się tego języka na tyle, żeby móc je przeczytać;]

2.Co za dużo, to niezdrowo - czyli kontynuacja, która była gorsza od pierwszej części.

"Próby ognia" i "Lek na śmierć" J. Dashnera - kontynuacja "Więźnia labiryntu", który był świetny. Jednak autor zmasakrował dalsze części tej historii i wykazał się totalnym brakiem pomysłu na jej zakończenie. 

3.Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki - czyli książka, którą mogę czytać wielokrotnie. 

"Duma i uprzedzenie" J. Austen - co tu dużo mówić Pan Darcy wymiata ;). 

4.Stary, ale jary - czyli ulubiona książka z dzieciństwa.

"Dzieci z Bullerbyn" - to była też pierwsza książka, którą przeczytałam samodzielnie ;]

5.Nie taki diabeł straszny, jak go malują - czyli książka, która mnie miło zaskoczyła.

"Wichrowe wzgórza" E. Bronte. Przed lekturą tej książki praktycznie ni miałam do czynienia z klasyką. Jednak jakimś cudem dałam tej książce szansę i okazało się, że otworzyła przede mną świat klasyki ;). 

6.Nie chwal dnia przed zachodem słońca - czyli książka, która rozczarowała mnie swoim zakończeniem.

Tu nie będę oryginalna "Lek na śmierć" J. Dashnera - na prawdę spodziewałam się czegoś, co nie byłoby pozbawione jaj, a tu lipton :/. 

7.Wyśpisz się po śmierci - czyli książka, w którą tak się wciągnęłam, że mogłabym zarwać przy niej nockę. 

"Stokrotki w śniegu" R. P. Evans - faktycznie siedziałam nad nią dotąd, aż ją skończyłam, mimo to, że Evans nie jest moim ulubionym autorem. 

8.Mowa jest srebrem, a milczenie złotem - czyli książka z najlepszymi dialogami.

"Natalii5" Olgi Rudnickiej - główne bohaterki wręcz wymiatały i nie byłam w stanie powstrzymać się od śmiechu podczas czytania tej książki :). 

Dajcie znać jakie Wy macie typy, albo zróbcie ten tag u siebie na blogu :). 

czwartek, 14 stycznia 2016

Zimowa pielęgnacja dłoni

Jesienią i zimą na zmiany pogody i temperatury najszybciej reaguje mi skóra na twarzy i dłoniach. Szczególnie moje dłonie zwykle stają się przesuszone, a na ich skórze tworzą się drobne ranki, które później pieką i swędzą. Sprawy nie ułatwia nawet noszenie rękawiczek :/. 




Dlatego też kilka/naście razy dziennie potrafię kremować ręce. A sprawę ułatwia mi fakt, że mam 3 kremy, które mam porozstawiane po całym mieszkaniu, z tymże jeden z nich zazwyczaj leży w torbie, którą zabieram ze sobą jak wychodzę z domu.

1. Nivea, wygładzająco - odżywczy krem do rąk z olejkiem z orzechów Macadamia


To mój absolutny klasyk, który towarzyszy mi od lat i pisałam o nim nie raz. Już sama nie wiem ile zużyłam buteleczek - używałam też belgijskiej wersji, która również była niezawodna. Jak widzicie na zdjęciu mój krem już się kończy :( i trzeba będzie zaopatrzyć się w kolejną tubkę. 

2. Luxury Paris, luksusowy krem - serum do rąk i paznokci z olejkiem makadamia.



Chyba olejek makadamia bardzo mi służy, bo również z tym kremem udało mi się zaprzyjaźnić. Dobrze nawilża i jest całkiem wydajny. Jak na razie kończę moją pierwszą tubkę, ale jest duża szansa, że będę do niego wracać;). 

3. Evree, głęboko nawilżający krem do rąk dla bardzo suchej i szorstkiej skóry. 


Zawiera olejek canola, Hydromanil, ureę, emolienty roślinne. Pamiętam, że kiedy użyłam go pierwszy raz, to pomyślałam, że konsystencja nie jest wystarczająco gęsta, żeby udało mu się nawilżyć moje dłonie. Jednak o dziwo jak na razie daje sobie radę, a do tego ślicznie pachnie ;). Do niego na pewno będę wracać. Zapewne sięgnę tez po inne jego wersje - w zależności od potrzeb i pory roku;]. 

Dajcie znać czy używałyście którychś z tych kremów i co jeszcze polecacie;]. Dla mnie niezawodny też jest czerwony Garnier, który pewnie sobie zakupię kiedy skończy mi się ten krem z Luxsury Paris. Poza tym na pewno dokupię sobie kolejną tubkę tego kremu z Nivea, który jest już na wyczerpaniu. 

wtorek, 12 stycznia 2016

J. K. Rowling, "Harry Potter i kamień filozoficzny"

Nie wiem czy Wam też się zdarza, że macie wrażenie, że już wszyscy coś czytali lub oglądali, a Wy jesteście ostatnimi ludźmi na świecie, którzy tego nie robili? Ja tak mam właśnie z Harrym Potterem - to czytali chyba wszyscy, szczególnie Ci, którzy są w podobnym wieku co ja (rocznik 86) i młodsi. 



Dla tych co jeszcze nie znają...

Harry jako małe dziecko trafia pod opiekę swojego wujostwa, które nie toleruje wszystkiego co odbiega od normy. Dodatkowo mają oni syna, który jest ich oczkiem w głowie i ma co tylko mu się zapragnie, a nawet jeszcze więcej. 


Harry mieszka pod schodami i musi znosić wszelkie nieprzyjemności ze strony swojego wujostwa, swojego kuzyna i jego kolegów. Jednak po kilku latach dowiaduje się, że jest czarodziejem - i to potężnym, synem dwójki silnych czarodziejów. Chłopiec dostaje zaproszenie do Hogwartu - Szkoły Magii i Czarodziejstwa. 




Dla tego młodego człowieka już sama wieść o tym, że jest czarodziejem jest nowa, ekscytująca i porażająca zarazem. A to, że całe jego życie ma się właśnie zmienić wywołuje u niego podekscytowanie, ale również zdenerwowanie. Harry nie wie czego ma się spodziewać po nowym miejscu i ludziach, których tam spotka. A spotyka takich, którzy są jemu przychylni i stają się jego przyjaciółmi lub przewodnikami lub wręcz przeciwnie. 




"Harry Potter i kamień filozoficzny" jest wspaniałą historią o tym, że nasze życie może się zupełnie zmienić, o ile mu pomożemy, a nasze marzenia i nadzieje mogą się ziścić jeżeli odpowiednio będziemy o nie walczyć. W powyższej książce znajdziemy też historię o lojalności, zemście, przyjaźni, zawiści, nienawiści i braku spełnienia. To wszystko może nieźle dać do myślenia szczególnie młodym ludziom, którzy dopiero co wkraczają w okres dojrzewania, przeżywają trudne chwile lub zmieniają swoje otoczenie. 

Żałuję, że dopiero teraz wzięłam się za ten cykl, ale wcześniej jakoś mnie do niego nie ciągnęło - może przez to, że jest taki popularny? Ja w takich sytuacjach zwykle wietrzę literackiego bubla. Jednak na szczęście tym razem jest dużo inaczej, bo trafiłam na świetną książkę, którą na pewno podsunę moim siostrzeńcom i moim dzieciom (o ile takowych się dorobię)...wcześniej ja sama pewnie sięgnę po kolejne tomy;]. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Avon, Anew Hydro - Advence spf15

Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu przeglądałam katalogi Avonu i bardzo chciałam moc sobie kupować kosmetyki z linii Anew. Ta seria wydawała mi się luksusowa i dlatego bardzo mnie pociągała. Jednak powyższa linia była dla mnie nieosiągalna z tego względu, że miałam bardzo ograniczone fundusze - wszak w liceum czy też na studiach dziennych nie ma się ich zbyt wiele. Jednak dziś kosmetyki z tej linii pojawiają się u mnie od czasu do czasu. Jak już się domyślacie aktualnie kolejnym kosmetykiem, którego używam z tej linii po kremie pod oczy, jest krem do twarzy. Jest to krem Anew Hydro - Advence spf15.

Według producenta jest to krem do skóry normalnej ze skłonnością do przesuszania się, dla każdego wieku. Obiecuje on nam, efekt nawilżenia może trwać aż do 5 dni. Dodatkowo krem: 
  • chroni filtrem SPF15, 
  • podwaja poziom nawilżania skóry, 
  • przywraca uczucie komfortu, 
  • przywraca skórze naturalny blask. 


Jeżeli chodzi o mnie to nawet się sprawdzał jesienią, kiedy jeszcze było dość ciepło. Wtedy moja skóra nie przesuszała się tak bardzo, bo wystarczyło, że po prostu piłam więcej wody i było znośnie. Jednak im bardziej robiło się zimno, tym bardziej miałam problem z nawilżeniem swojej skóry twarzy tym kremem. Zima i ogrzewanie zdecydowanie nie są dobrymi znajomymi mojej skóry, która zaczyna się masakrycznie przesuszać i wołać o intensywne nawilżenie. 

Dlatego też jeżeli chodzi o ten krem to w chwili obecnej nie obywa się bez wspomagania jakimś serum. W tej chwili używam go zamiennie z innym - bardziej intensywnym kremem, o którym napiszę Wam za jakiś czas.

Podsumowując: 
Ten krem w tej chwili sprawdzi się najlepiej dla skóry, która nie sprawia większych problemów poza lekkim przesuszaniem się. W przypadku kogoś, kto normalnie ma cerę suchą teraz ten krem nie będzie sobie radził ze stanem suchości. Jednak w przypadku posiadaczek cery suchej i odwodnionej powyższy kosmetyk może sobie radzić w okresie wiosny, lata i wczesnej jesieni.