poniedziałek, 30 listopada 2015

Jane Austen, "Duma i uprzedzenie"

Są książki, które sprawiają, że musimy zweryfikować nasze dotychczasowe poglądy na jakiś temat, a już na pewno chociażby swój stosunek do konkretnego gatunku literackiego. Niezmiennie zaskakuje mnie sytuacja, w której zmienia się we mnie coś co uważałam za niezmienne, jednak często wychodzi mi to na dobre. Do tej pory nie wierzyłam w istnienie takich publikacji czy powieści, które są w stanie zmienić moje spojrzenie na pewne kwestie, a co dopiero odmienić moje życie. Tymczasem właśnie skończyłam czytać kolejną książkę, która tylko potwierdza to jak bardzo człowiek potrafi być zmienny, a mianowicie "Dumę i uprzedzenie" autorstwa Jane Austen. 


Już od dawna miałam ten tytuł na liście do przeczytania, bo nie tylko wstydziłam się, że nie znam tego dzieła, to jeszcze wciąż zachodziłam w głowę o co chodzi z tym Panem Darcy'm. Jednak dotychczasowe próby spalały na konewce. Jednak przejdźmy do sedna...

Ta najgłośniejsza powieść Jane Austen, która nie jest pozbawiona ironii i humoru to opowieść o zamążpójściu podbiła moje serce. Cała historia dzieje się na angielskiej prowincji na przełomie XVIII i XIX wieku. Niespecjalnie zamożni państwo Bennet mają niezły kłopot, albowiem nadszedł czas, aby wydać za mąż ich pięć córek. Sęk w tym, że idzie im to jak po grudzie. Iskierka nadziei pojawia się, kiedy posiadłość po sąsiedzku bierze w dzierżawę pewien młody, przystojny i bogaty człowiek.

Jak się domyślacie to wydarzenie przewraca do góry nogami życie całej rodziny...w końcu ów młody człowiek ma przyjaciela, który jest obiektem zainteresowania okolicznych mieszkańców. 

Cała historia kręci się wokół rodziny Bennetów, a szczególnie wokół dwóch najstarszych sióstr, które padają ofiarami własnych uprzedzeń i zbyt pochopnie wyciąganych opinii na czyjś temat. To właśnie wynikająca z uprzedzeń niechęć sprawia w ich życiu niemało zamieszania. Jednakże jak się domyślacie duma też ma w tym wszystkim swój udział...

"Duma i uprzedzenie" to dla mnie nie tylko piękna opowieść o miłości i roli małżeństwa w osiemnastym i dziewiętnastym wieku. Nigdy nie spodziewałam się, że zarówno pan Rochester w "Jane Eyre", jak i tym razem pan Darcy tak mnie ujmą swoją postawą i zachowaniem wobec kobiet, które kochają.W "Dumie i uprzedzeniu" pan Darcy również musi się zmagać z uprzedzeniami, które dręczą go wobec kobiety, którą pokocha i chociaż koniec jest bardzo przewidywalny to i tak nie mogłam się oprzeć zachwytom nad książką i jedną z głównych postaci męskich. 


Ciekawostki dotyczące powieści:

  • Jej pierwszy tytuł to "Pierwsze wrażenia".
  • To jedna z pierwszych powieści społeczno - obyczajowych.
  • Została napisana w latach 1796 - 1797.
Dlaczego "Duma i uprzedzenie" ma na mnie wpływ?
  • Jeszcze bardziej przekonałam się, że można się zakochać w fikcyjnej postaci (czy to już choroba?).
  • Jeszcze bardziej pokochałam klasykę. 
Reasumując...
Nigdy nie przypuszczałam, że taka książka jak "Duma i uprzedzenie" podbije moje serce, bo przez długi czas omijałam klasykę szerokim łukiem. Jednak to, że kiedyś trafiłam na "Wichrowe wzgórza" E. Bronte otwarło mnie na klasykę, w której się zakochuję. Co więcej...mam już na koncie dwie miłości do bohaterów literackich. A to już coś znaczy. 

sobota, 28 listopada 2015

Nasiona Chia - idealnie szczególnie przy okazji przejściu na wege

Kiedy odstawiałam mięso wiedziałam, że będę musiała bardziej zwracać uwagę na to co jem i będę musiała zwracać uwagę na to, żeby jeść rzeczy, które zawierają chociażby żelazo. Muszę też zadbać o dobre źródło białka i witamin z grup B. Dajcie też znać w komentarzach czy chcecie cykl żywieniowy na tym blogu (przepisy, wegetarianizm, etyka a jedzenie, jak pogodzić dwie odmienne diety itp.), czy wolicie, żeby zrobić z tą tematyką zupełnie innego bloga. 

Ale wracając do odstawienia mięsa i zamiany go na produkty, które nie wymagają zabijania zwierząt...

Na pierwszy rzut jeżeli chodzi o uzupełnienie sobie odpowiednich witamin i minerałów poszła oczywiście wszelaka zielenina i czerwone warzywa i owoce. Jednak im więcej wiem o zastępowaniu sobie wartości odżywczych mięsa tym lepiej i bardziej różnorodnie jestem w stanie sobie je zastąpić. 

Ostatnio w mojej kuchni pojawiły się nasiona chia, o czym zapewne wiedzą Ci z Was, którzy śledzą FP Mojego Portretu - czyli mojego głównego bloga. 


Zaopatrzyłam się w nie głownie ze względu na: 

  • wysoką zawartość błonnika, 
  • wysoką zawartość białka, 
  • wysoką zawartość: wapnia, potasu, magnezu, żelaza i fosforu, 
  • wysoką zawartość: kwasów tłuszczowych Omega-3, 
Warto też wspomnieć, że nasiona chia zawierają też tłuszcze wielonieasyconych (cokolwiek to by nie oznaczało...) i nienasyconych. Poza tym nie zawierają cukru i soli. 


Kiedy mój narzeczony zobaczył co wkładam do koszyka w trakcie zakupów bardzo sceptycznie, chociażby dlatego, że nie wiedział do czego to będę dodawała. A zatem dla niewtajemniczonych powyższe nasiona można używać jako: 
  • dodatek do wypieków (ciast, chleba), 
  • dodatek do dań (zupy, gulasze, bigos, do potraw na bazie warzyw),
  • dodatek do sałatek, płatków śniadaniowych (musli, owsianki), 
  • dodatek do produktów mlecznych (kefirów, jogurtów), 
  • do koktajli owocowych - zarówno na bazie mleka jak i napojów roślinnych.
Jak na razie moje pierwsze spotkanie z nasionami chia jest całkiem udane i na plus. Wykorzystałam je do koktajlu bananowego, a dzisiaj zrobiła sobie przekąskę z płatków owsianych, bananów, masła orzechowego, oleju kokosowego, syropu z agawy i właśnie z nasion chia. Mam nadzieję, że będą mi służyły w kuchni bardzo długo, a ja jeszcze nie raz będę o nich pisać. Naturalnie chia nie zastąpią nam wszystkich właściwości mięsa, ale na pewno załatwią sprawę z żelazem i białkiem, zatem nie zamierzam z nich rezygnować.

piątek, 27 listopada 2015

BingoSpa, szampon borowinowy

Do końca liczyłam, że mój grafik na grudzień będzie się prezentował bardziej optymistycznie niż się spodziewałam, ale tak jak myślałam początek grudnia będzie ciężki, a już na pewno wystawi moją cierpliwość na wiele prób i wyzwań. Ale cóż takie jest życie...mam tylko nadzieję, że znajdę czas na to co koi moje skołatane nerwy - książki, bloga i spotkania z ludźmi, którzy niezmiennie potrafią poprawić mi humor. 

Moja randka z panem Darcy jeszcze trwa, ale zapewne skończy się niebawem i chętnie Wam o niej opowiem;). Tymczasem dzisiaj mam dla Was kilka słów o szamponie borowinowym od BingoSpa, który gości w mojej łazience już od jakiegoś czasu.  

Krótko o właściwościach:

Na swojej stronie producent zapewnia nas, że szampon borowinowy poprawia krążenie, ma działać przeciwzapalnie i osłaniająco oraz łagodzić podrażnienia skóry głowy sprawiając, że włosy stają się mocne, elastyczne i błyszczące, a także odporne na czynniki środowiskowe.

Ode mnie: 

Przyzwyczaiłam się, że szampony od BingoSpa są dosyć silne i dobrze myją włosy, a co za tym idzie chętnie używałam ich chociażby do pierwszego mycia kiedy miałam nałożony wcześniej na włosy olej. Dlatego też byłam przygotowana na podobny efekt. Okazało się jednak, że tym razem dostałam do ręki bardzo łagodny szampon, który pieni się nieco mniej od tych, które dotychczas miałam i myje moje włosy nieco łagodniej. Mimo to nie byłam zawiedziona, ponieważ czasem moje włosy potrzebują łagodniejszego mycia - tym bardziej, że ostatnio myje je codziennie lub prawie codziennie. Dlatego też bardzo chętnie używam go zamiennie z silniej oczyszczającymi szamponami - w zależności od potrzeb. Nie zauważyłam nie wiadomo jakich działań pielęgnacyjnych tego szamponu, ale też nie oczekiwałam powyższego od tego produktu jednak najważniejsze jest to, że: 
  • dobrze myje, 
  • jest wydajny - ta zakrętka, przez którą wylatuje szampon dobrze go zasysa, więc ciężko go wylać za dużo, 
  • ładnie pachnie, 
  • nie obciąża i nie przesusza włosów.


Komu polecam? 

  • osobom, które często myją włosy, 
  • osobom z normalnymi i suchymi włosami, 
  • tym z Was, którzy mają już rodziny i muszą się dzielić chociażby szamponem z innymi członkami rodziny ;). 
Myślę, że częściej będę sięgać po kosmetyki BngoSpa, bo chyba jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby jakiś mi się nie sprawdził i zapewne czasem będę dorzucać jakiś szampon do tego...a jaki, to zależy czego będą potrzebowały moje włosy ;). Dajcie znać czy znacie już tą firmę i coś od nich szczególnie polecacie;)> 




poniedziałek, 23 listopada 2015

Kartka z kalendarza, czyli o tym dlaczego może być mnie mniej, chociaż wcale nie musi ;)

U mnie ostatnio czas nie pozwala na publikowanie tak często jakbym tego chciała i pracy nad notkami, które mam w głowie. Do części postów, a właściwie cykli, które mam w głowie potrzebuję czasu, chociażby na zebranie i przerobienie materiałów. Ze względu na pracę, która jest na zmiany i dyżury wypadające również w weekendy nie zawsze mam możliwość na poświęcenie czasu chociażby na wybranie się do biblioteki czy przerobienie tego co już mam. Tak to już jest jak się utrzymuje samej...nic się samo nie zrobi, więc w czasie wolnym trzeba trochę ogarnąć mieszkanie, coś ugotować lub najzwyczajniej pójść na zakupy, bo właśnie lodówka zaczyna świecić pustkami...dlatego też może mnie być nieco mniej w tym miejscu. Jednak do końca lipca będę miała kilka chwil luzu więc postanawiam nadrobić pewne rzeczy. 

Jednak z aktualności, które nieco wpłynęły na moją nieobecność w internetach lub mniejszą częstotliwość bycia tu, to właśnie przeżywam kolejną moją książkową miłość: 


Oj ciężko będzie przebić pana Darcy...

Poza tym jak nie pracuję w weekend to nadrabiam zaległości towarzyskie. Tym razem były do dwie uroczystości rodzinne w jednej...


To własnie wczoraj na imprezie podjęłam decyzję, że na razie koniec ze słodyczami ;]. 


Na szczęście w najbliższym czasie nie będę miała wielu pokus...przynajmniej do świąt;). 

Tak przy okazji nie jedzenia słodyczy. To jakiś czas temu rozpoczęłam projekt, w którym zamierzam się dzielić swoim podejściem do jedzenia, przepisami i swoimi smakami. O tym napiszę Wam za jakiś czas, chociaż Ci z Was, którzy śledzą mnie na Google+, już chyba domyślają się o co mi chodzi. 

Tak przy okazji dajcie znać czy znacie jakieś strony z wegetariańskimi i wegańskimi przepisami:) 

sobota, 21 listopada 2015

Plan wzmacniania włosów od zewnątrz.

Nadszedł ciężki czas dla moich włosów. Dopadło je chyba przesilenie jesienne, bo zaczęły wypadać bardziej niż zwykle. Dlatego postanowiłam zacząć działać, żeby je trochę wzmocnić. 

Sięgnęłam zatem po kosmetyki, które mają mi w tym pomóc, a mianowicie: 

  • Green Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką,
  • Radical, szampon wzmacniający do włosów osłabionych i wypadających, 
  • L'Oreal, Elseve, maska do włosów z serum wzmacniającym. 

Green Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką: 


O tym olejku już Wam pisałam >>>TU<<<. Jest tani i świetnie się sprawdza i polecam go każdemu kto szuka czegoś taniego i sprawdzonego.  Ostatnio kosmetyki z tej firmy poleciłam mojej znajomej z pracy, bo szukała czegoś na wypadanie włosów. I ostatnio jak byłyśmy razem na zmianie mówiła, że kupiła sobie kolejną buteleczkę balsamu na wzmocnienie włosów...chyba powinni mi zacząć płacić za reklamę ;p. 


Radical, szampon wzmacniający do włosów osłabionych i wypadających


    To moje pierwsze spotkanie z tym szamponem i nie mogę zbyt wiele o nim powiedzieć. Mam jednak nadzieję, że nada się do zmywania olei i masek. Ogólnie nie wierzę w to, że szampon wzmocni mi włosy czy wpłynie jakoś specjalnie na ich porost, ale może będzie chociaż jakimś minimalnym wspomaganiem dla mojej pielęgnacji włosów ;). Dajcie znać czy używałyście i jak Wam się sprawdza. 


    L'Oreal, Elseve, maska do włosów z serum wzmacniającym



    Kupiłam ją na tak zwanego czuja, niemalże od razu kiedy zauważyłam wzmożone wypadanie moich kłaków. Jest to odżywka dzięki, której nasze włosy mają stać się mocniejsze i bardziej odporne. Ten produkt ma im nadać piękny i zdrowy wygląd. Producent zaleca trzymać maskę na włosach 2 - 3 minut. Jednak ja zawsze lubię sobie nałożyć takie rzeczy na dłuższą chwilę i np. w między czasie zrobić sobie coś do picia lub do jedzenia, albo obejrzeć jakiś filmik na YT. Dopiero później myję włosy. 

    Jeżeli chodzi o tak zwane pierwsze wrażenie, to jest całkiem ok. Jako pierwsze dało się zauważyć to, że moje włosy nabrały błysku i zdrowszego wyglądu - a wcześniej były matowe. Dodatkowo pięknie pachnie, co sprawia, że jej używanie jest jeszcze przyjemniejsze. Używam jej 2 - 3 razy w tygodniu, a olejku z Green Pharmacy zazwyczaj raz, bo maski jest mi łatwiej używać. 

    Jestem dopiero na początku tej pielęgnacji, dlatego też jestem daleka od stwierdzania czegoś z wielką pewnością, jednak chciałam się z Wami podzielić swoim planem na jesienno - zimową pielęgnację włosów, ponieważ mam nadzieję, że kogoś może to zainspiruję. Za kilka tygodni na pewno dam Wam znać jak się sprawdziła i zrobię pełniejszą recenzję oraz aktualizację. Na razie jedyne co mogę Wam powiedzieć to, to, że bardzo dobrze się zapowiada, bo moje włosy już wyglądają na zdrowsze...

    czwartek, 19 listopada 2015

    M. Grechuta, "Pani mi mówi niemożliwe...najpiękniejsze wiersze i piosenki"

    Jedną z wielu rzeczy, które kojarzą mi się z dzieciństwem jest muzyka Marka Grechuty. Do tej pory lubię go słuchać i ciężko znaleźć osobę, która nie zna i nie lubi utworów tego Artysty. 

    To przez moją słabość do Marka Grechuty i do książek nie mogłam się oprzeć pokusie posiadania tego zbioru wierszy w swoim domu. Znajdziemy w nim takie znane teksty jak: "Będziesz moją Panią", "Nie dokazuj", "Dni, których nie znamy" czy "Wiosna, ach to ty". Jednak w tej niepozornej wielkości książeczce znajdziemy również mniej znane teksty Grechuty...chociażby cykl wierszy inspirowanych obrazami. 

    Dla mnie zapoznanie się z tomikiem "Pani mi mówi niemożliwe... najpiękniejsze wiersze i piosenki" było dla mnie podróżą ku lepszemu poznaniu Twórcy, którego lubię i szanuję. I przyznam się Wam w tajemnicy, że zrobiło mi się wstyd, że nigdy nie chciało mi się sięgnąć po więcej utworów Grechuty niż tylko te najbardziej znane. Jednak teraz na nowo odkrywam tego Artystę i czerpię jeszcze większą radość z jego muzyki...oj czeka mnie dużo nadrabiania...bardzo dużo przyjemnego nadrabiania. Mam nadzieję, że uda mi się jak najbardziej nadrobić zaległości i niebawem przynajmniej zdecydowana większość wierszy z tego tomiku będzie miała już określoną melodię...




    środa, 18 listopada 2015

    Kringle Candle, Autumn Winds

    Wiem, że ostatnio mnie tu dużo mniej. Jednak życie momentami sprawia, że nie mam ochoty, ani siły nic pisać. Tym bardziej, że blog nie jest moją pracą. Mimo chwil blogowego zniechęcenia w głowie mam wiele pomysłów na to,  którym kierunku iść. Jednak to wszystko wymaga siły, czasu i nakładu pracy - na co często nie pozwala mi ten nieszczęsny czas. Sztuką jest odnaleźć się wśród obowiązków i jakoś się zorganizować...to też wymaga czasu. Więc mam nadzieję, że wybaczycie mi krótsze lub nieco dłuższe nieobecności...

    Dzisiaj u mnie od rana leje i byłabym szczęśliwa, gdyby nie to, że czeka mnie wypad do szpitala po receptę na leki:/...ale dam radę. Bo kto jak nie ja? 

    Dzisiejszy dzień umila mi nic innego jak palenie...tym razem wosku, bo świecy jakoś tak mi żal...

    Wybór padł na Autumn Wids od Kringle Candle


    Zapach ten jest określany jako zapach świeżo opadłych liści, drzewnych aromatów oraz odrobiny słodyczy.

    Niewielu jest ludzi, którzy potrafią opisać zapachy tak barwnie, żeby idealnie oddać to jak pachną. Ja na pewno nie należę do grona tych osób. Tyle co mogę Wam powiedzieć na temat tego zapachu to, to, że jest on słodki i kojarzy mi się z jesiennym popołudniem spędzonym w domu w towarzystwie kubka gorącej czekolady i dobrej książki. Kojarzy mi się też trochę z czymś słodkim do jedzenia - z jakimiś żelkami, albo coś... Dla mnie jest to zapach, który stwarza atmosferę ciepła domowego i sprawia, że, aż się chce usiąść i odpocząć. 

    W towarzystwie Autumn Winds można się zrelaksować, odpocząć i nieco naładować akumulatorki na następny dzień.  

    niedziela, 15 listopada 2015

    M. Druon, "Królowie przeklęci" t.1

    Ostatnio bardzo ubolewam nad tym, że nie mam zbyt wiele czasu na czytanie, co przysparza mnie czasem o głód porównywalny z tym nałogowym. To objawia się nadmierną nerwowością i przymuleniem. Ale co zrobić...mam zaledwie 2 dni wolne w tygodniu i przeważnie chodzę na drugie zmiany i kiedy chciałabym skończyć rozpoczętą książkę czas najwyższy iść do pracy. Jednak jakąś książkę wiecznie mam ze sobą i zawsze po nią sięgam, kiedy mam tylko czas....mimo to marzy mi się taki dzień, w którym nie będę musiała nigdzie iść czy jechać i będę mogła zaspokoić swój książkowy głód. 

    Przez niespełna miesiąc czytałam pierwszy tom "Królów przeklętych" autorstwa M. Druon, co woła o pomstę do nieba, bo zwykle pochłonęłabym ich dużo szybciej. Jednak było tyle rzeczy ważniejszych od czytania, że po prostu nie dałam rady...a zarywać nocy, kiedy pracuję z trudną młodzieżą nie umiem i nie mam zamiaru się naumieć. Jednak wracając do "Królów przeklętych"...



    Otóż nie jest tajemnicą, że George R. R. Martin wzorował się m. in. na tej książce pisząc swój cykl "Gra o tron", jak sam pisze: "W "Królach przeklętych" jest wszystko. Królowie z żelaza, zamordowane królowe, bitwy, zdrady, kłamstwa i żądze, oszustwo, rodowe rywalizacje, klątwa templariuszy, podmienione niemowlęta, wilczyce, grzech i miecze oraz wielka dynastia skazana na upadek. A wszystko to (no, prawie wszystko) zaczerpnięte żywcem z kart historii. I wierzcie mi: rody Starków i Lannisterów nie mogą się nawet równać z Kapetyngami i Plantagentami."

    Brzmi zachęcająco dla każdego miłośnika "Gry o tron" i/lub historii. Ci z Was, którzy czytali już serię G. R. R. Martina i ja polubili na pewno odnajdą się w klimacie "Królów przeklętych" i z łatwością odnajdą momenty, które zainspirowały autora "Gry o tron". Fakt, że książka jest przewidywalna dla tych wszystkich, którzy chociaż trochę znają historię, jednak intrygi knute przez poszczególnych bohaterów sprawiają, że czyta ją się z przyjemnością i z chęcią do niej wraca. Właściwie chyba klątwa templariuszy obok podobieństwa do "Gry o tron' przyciągnęła mnie do tej książki najbardziej, bo mogłam przyjrzeć się jej nieco bliżej...chociaż tortury z popełnione na poszczególnych bohaterach też były nie bez znaczenia. 

    W trakcie czytania tej książki często kibicowałam jednym bohaterom i cieszyłam się, kiedy innym nie powodziło się tak dobrze jakby tego sobie życzyli. Maurice Druon bardzo sprawnie ubrał w słowa historię, która się wydarzyła na prawdę. Szczęśliwie muszę przyznać, że "Królowie przeklęci" stanowią ciekawy kontrast do tych wszystkich nudnych książek historycznych i lekcji historii, które do tej pory przeszłam:)...drugi tom już czeka na swój czas u mnie na półce, a ja już nie mogę się doczekać ostatniego tomu tej trylogii. Dzięki "Królom przeklętym" na pewno bardziej zainteresuję się tamtym okresem historycznym. 

    sobota, 14 listopada 2015

    #prayforparis

    Właściwie o wszystkim dowiedziałam się dzisiaj rano, kiedy włączyłam internety. Informacja uderzyła mnie w twarz i pomyślałam o tych wszystkich znajomych, o których wiem, że są w Paryżu. Nagła panika, ale na szczęście po jakimś czasie z różnych źródeł dowiedziałam się, że wszyscy żyją i nikomu nic się nie stało. 



    Tak na prawdę dopiero kilka chwil temu przyszła refleksja i zrozumiałam, że to wydarzenie jest mi dużo bliższe niż myślałam, ponieważ przypomniałam sobie jak bardzo świat jest mały...

    Kilka lat temu jak miałam okazję pobyć trochę w Belgii moim dniem wstrząsnęła wiadomość o tym, że był jakiś zamach w Liege, do którego mieliśmy rzut beretem. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to był pojedynczy człowiek, który strzelał sobie do ludzi jak do kaczek...

    Nie zginęło wtedy tyle osób co w Paryżu, ale pamiętam swój strach przed powrotem do domu, swoje czarne wizje pościgów przez Brukselę i zamachu w metrze, którym właśnie będę wracać do domu... Pamiętam jak bardzo się bałam i jak często rozglądałam się wokół siebie, dopóki nie przeczytałam uspokajających informacji w Internecie. Pamiętam też, że pierwszą rzeczą, którą wtedy zrobiłam to zadzwoniłam do domu i powiedziałam, że nic mi nie jest i w Brukseli jest spokojnie - że nie było żadnych pościgów, ani debili strzelających na jarmarku bożonarodzeniowy w ostatni weekend. Pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy, że przecież i do mnie mogli strzelać...wystarczyłoby, że ten szaleniec byłby u nas, a nie w Liege. 

    Dlatego też jestem w stanie sobie wyobrazić co szują ludzie we Francji, chociaż to jest milion razy większy strach niż nasz wtedy. Dzisiaj jeszcze raz przypomniałam sobie, że świat wcale nie jest taki duży, a to co wydarzyło się w Paryżu może dotyczyć również i nas...dlatego dziś solidaryzuję się z paryżanami...bo wiem, że to co ich dotyczy równie dobrze mogłoby dotyczyć również i mnie...

    piątek, 13 listopada 2015

    No36, perełki do kąpieli stóp i serum do stóp i paznokci,

    Nie wiem jak Wy, ale ja jak mam dużo obowiązków i wracam do domu po 22, to nie mam siły ani ochoty poświęcać czas na dokładną pielęgnację. Zwykle biorę tylko szybki prysznic i lecę spać, bo padam na twarz. Jednak to mojej skórze nie wychodzi na dobre, bo zaczęła się domagać swoich praw. Dlatego też zaczęłam o nią dbać. 

    Do tej pory najbardziej po macoszemu dbałam o stopy, co sprawiło, że teraz muszę dbać o nie z większą intensywnością. Na szczęście w swoich zapasach kosmetycznych mam jeszcze te do pielęgnacji stóp, które dostałam na sierpniowym spotkaniu blogerek. W ruch poszły perełki do kąpieli stóp i serum do stóp i paznokci. 


    Bardzo podobają mi się ich opakowania, które są całkiem praktyczne i wygodne w użyciu. Dla mnie nowością jest opakowanie serum do stóp, ponieważ jest zaopatrzone w pompkę, co bardzo ułatwia jego użycie i aplikację. 




    Perełki do kąpieli stóp bardzo długo czekały na swoją kolej, bo jakoś się nie składało...nie miałam ochoty/nerwów lub czasu, żeby w końcu je wykorzystać. Jednak nadszedł taki czas, kiedy moje stopy wołały o pomoc, a ja akurat miałam wolne...wsypałam sobie ok 1/3 opakowania perełek do balijki i wlałam sobie do niej wody do wysokości kostek, po czym siadłam wygodnie z książką na kanapie i zaczęłam się relaksować ;). 

    Perełki świetnie zmiękczają skórę i przygotowują ją do dalszych zabiegów, dzięki czemu chociażby można użyć jakiegoś zdzieracza do stóp i będzie miało to lepszy efekt niż po moczeniu stóp tylko w zwykłej wodzie. Dodatkowo perełki barwią wodę na piękny błękitny kolor co sprawia, że z większą przyjemnością ich się używa. Jeżeli chodzi o zapach to jest on nieco chemiczny, ale tak na prawdę po rozpuszczeniu w wodzie jest niemalże niewyczuwalny, więc zupełnie nam nie przeszkadza. W żaden sposób nie uczulił i nie podrażnił mojej skóry na stopach. 

    Myślę, że spokojnie możecie po niego sięgnąć bez większego ryzyka...przyda się szczególnie tym z Was, które planują sobie zrobić domowe SPA dla stóp i chcą je przygotować do dalszych zabiegów



    Jeżeli chodzi o serum do stóp i paznokci to tak jak piałam na początku zaskoczyło mnie jego praktyczne opakowanie, wyposażone w pompkę. Dzięki niej udaje mi się wycisnąć tyle produktu ile tak na prawdę potrzebuję bez obawy, że wyjdzie mi z niego za dużo. Bardzo ładnie nawilża i odżywia stopy. Ja nakładam je na noc pod skarpetki dzięki czemu wiem, że produkt pozostanie na moich stopach, a nie zostanie wytarty w pościel;). 

    Dajcie znać czy używałyście produktów No36 i czy coś jeszcze od nich możecie mi polecić. 

    środa, 11 listopada 2015

    BingoSpa, balsam kokosowy do dłoni

    Dla mojej skóry nastały ciężkie czasy. Zima, stres i brak czasu oraz siły na tak regularną pielęgnację sprawiają, że bardzo cierpi i nawet ratowanie się piciem dużej ilości wody nie pomaga. Dlatego też ratuję się kremami, które nie tylko noszę ze sobą, ale mam porozstawiane niemalże po całym domu. Jeden z nich ciągle leży przy komputerze...a przyczyną jest jego szybkie wchłanianie się i natychmiastowa ulga dla dłoni...jest to balsam kokosowy do dłoni od BingoSpa

    Według producenta ma dokładnie nawilżać i głęboko odżywiać skórę oraz wzmacniać jej warstwę lipidową. Balsam ma sprawić, że nasza skóra na długo zachowa gładkość i delikatność. 

    Jak wspomniałam wyżej balsam szybko się wchłania i przynosi ulgę skórze. Dodatkowo producent zapewnia nas, że używanie tego produktu ogranicza utratę wody w własnej z naskórka.Całkiem nieźle radzi sobie z moją skórą i wygodnie się aplikuje, a dodatkowo obłędnie pachnie...zupełnie jak olej kokosowy :). 



    Komu polecam? 

    Wszystkim osobom, które nie mają bardzo przesuszonej skóry, ponieważ ci z tą przesuszoną mogą być nieco zawiedzeni, bo kosmetyk po prosty nie będzie się sprawdzał. Mi na te najbardziej przesuszone miejsca na dłoniach (kostki) ten produkt się nie sprawdza, jednak na całą resztę dłoni jest ok...myślę, że będzie idealny na lato, tymczasem swoją pielęgnację dłoni uzupełniam sobie bardziej intensywnymi kremami, które zwykle mam przy sobie. 

    poniedziałek, 9 listopada 2015

    Ola Cieślak, "Co wypanda, a co nie wypanda"

    Czytaniu poświęcam wiele wolnych chwil i zamiłowaniem do tego usiłuję zarazić dzieciaki z mojej rodziny, Mój siostrzeniec, jak kiedyś dostał książkę powiedział mi, żebym następnym razem też przywiozła mu książeczkę, co mnie z jednej strony bardzo ucieszyło, a z drugiej sprawiło, że zaczęłam się bać, że faktycznie zbankrutuję na książkach. 

    "Co wypanda, a co nie wypanda" Oli Cieślak wpadła mi w ręce dzięki śledzeniu blogosfery książkowej i kiedy nadarzyła się okazja sięgnęłam po nią, żeby sprezentować ją mojemu siostrzeńcowi. 

    Co w niej jest takiego wyjątkowego? 

    Otóż autorka w sposób bardzo prosty i zabawny przekazuje podstawowe zasady dobrego wychowania, które dzięki formie, w której są podane są bardzo łatwe do zapamiętania. Dlatego też teksty zawarte w książeczce można przywołać w poszczególnych sytuacjach, np. kiedy dziecko dłubie w nosie, albo kiedy dziecko mlaszcze lub nie może zapamiętać, że nie trzaska się drzwiami, kiedy się je zamyka. 

    Książeczka mimo swojej prostoty podbiła moje serce i mam nadzieję, że spodoba się również mojemu siostrzeńcowi...zarówno temu starszemu, jak i za parę lat temu młodszemu;]. Być może przełamią się w pewnych rzeczach, albo nauczą się czegoś;). Dajcie znać jak znacie jakieś inne fajne edukacyjne książeczki dla dzieci, chętnie przejrzę proponowane przez Was tytuły i może przy okazji coś wybiorę dla siostrzeńca (kończy niedługo 4 lata)

    sobota, 7 listopada 2015

    Kringle Candle, Pumpkin Latte,

    Niechybnie nadeszła jesień i wśród wielu moli książkowych poszedł w ruch jesienny zestaw czytadło + koc + ulubione popijadło (jakkolwiek to nie brzmi). Mojego narzeczonego wciąż zaskakuje, że do tego zestawu często zalicza się również coś do palenia...czyli różne świece, olejki i woski do kominków. Wciąż nieprzerwanie nie może się nadziwić temu, jak można tak bardzo "jarać się" czymś co i tak idzie z dymem. Ja jednak od jakichś dwóch lat nie umiem odmówić sobie przyjemności uzupełniania sobie raz na jakiś czas zapasów wosków, olejków i świec. Na moim stoliku nocnym zawsze coś stoi.

    Mój stosunkowo jeszcze świeży nałóg rozwija to, że w moim mieście dostępne są już nie tylko Yankee Candle, ale też Kringle Candle, co o mało nie przysporzyło o zawał mojej drugiej połowy ;). A do moich trzech wosków od Kringle... dołączyły kolejne 4...



    Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić wrażeniami na temat zapachu, który jest już swego rodzaju klasykiem wśród zapachów jeżeli chodzi o Kringle Candle. Chodzi mi o Pumpkin Latte - który znali już wszyscy oprócz mnie. Jednakże kiedy zobaczyłam, że jest ona dostępna w sklepie, w którym zaopatruję się w woski bez wahania sięgnęłam po ten zapach, jako po jeden z pierwszych. 



    Pumpkin Latte od Kringle Candle ma bardzo intensywny zapach już w opakowaniu, a po roztopieniu się czuć go w całym mieszkaniu. Czym pachnie? Dla mnie ma zapach puree z dyni z przyprawami, dodanego do kawy. I po powąchaniu trzeba pamiętać, żeby się nie zapomnieć, żeby nie skosztować. I serio będę musiała spróbować kiedyś Pumpkin Latte, bo jeżeli smakuje tak jak to pachnie, to coś czuję, że będzie to moja ulubiona kawa...jeżeli wśród Was jest ktoś, kto chce mi zasponsorować świecę o tym zapachu to nie będę miała nic przeciwko ;). 

    czwartek, 5 listopada 2015

    Stosik październikowo - listopadowy 2015

    Im więcej czytam, tym bardziej otwieram się na różnorodną literaturę. Kiedyś błądziłam po omacku i sięgałam głównie po horrory i kryminały...no czasem może po fantastykę i jakieś romansidła, ale to na prawdę rzadko. 

    Dzisiaj po kilku latach akcji 52 książki i wcześniejszego rekreacyjnego czytania moje upodobania bardzo się rozszerzyły, a ja nie boję się eksperymentować i sprawdzać czy coś mi się spodoba czy nie. Dodatkowo mam poczucie, że stałam się bardziej dojrzałym czytelnikiem co sprawia, że nauczyłam się czuć literaturę i często podskórnie wiem co mi się spodoba czy nie.

    Mój dzisiejszy stos jest wynikiem poszukiwań i też poniekąd dojrzenia do pewnego rodzaju literatury (np. klasyki i literatury koreańskiej).  Jednak do rzeczy. Stos prezentuje się tak:

    1. Yi Mun-yol, "Nasz skrzywdzony bohater",
    2. Marek Grechuta, "Pani mi mówi niemożliwe...najpiękniejsze wiersze i piosenki",
    3. Jane Austen, "Duma i uprzedzenie", 
    4. Ola Cieślak, "Co wypanda, a co nie wypanda", 
    5. James Frey, Nils johanson - Shelton, "Klucz Niebios. Seria Endgame", 
    6. Brandon Sanderson "Słowa światłości"
    No mały rozrzut jest...ale jaki cudowny rozrzut...w tym książeczka dla mojego siostrzeńca :)...mam nadzieję, że mu się spodoba. Dajcie znać czy znaleźliście coś dla siebie ;). 

    wtorek, 3 listopada 2015

    Moja pielęgnacja włosów - aktualizacja.

    Już dawno nie wrzucałam Wam aktualizacji mojej pielęgnacji czegokolwiek. Jednakże moje życie od kilku miesięcy jest w fazie zmian, co uzmysłowiło mi, że i w pielęgnacji się one dokonały. O części produktów Wam pisałam przy okazji recenzji, część zapewne znacie, ale chciałabym Wam dać pełen obraz mojej obecnej pielęgnacji, bo może ktoś z Was ma podobne włosy i coś dla siebie znajdzie :). 

    Mam włosy cienkie i słabe, z tendencją do wypadania, co sprawia, że wyglądają na przyklapnięte. 


    Aktualnie moja pielęgnacja włosów jest bardzo minimalistyczna, ponieważ bywały czasy, w których do pielęgnacji włosów używałam dużo więcej pielęgnacji. Jednak lecimy z tym koksem, żeby nie przedłużać. 


     1. BingoSpa, szampon borowinowy - o którym będzie osobna notka. Na razie jestem w stanie napisać o nim tylko tyle, ze jest łagodniejszy od tych szamponów, które do tej pory miałam z tej firmy. Przypuszczam, że mógłby mieć problem ze zmyciem olejów, ale jak pisałam wyżej, więcej o nim za jakiś czas;)> 
    2. Head&Shoulders, szampon przeciwłupieżowy z odżywką - chyba nie muszę wiele pisać. Jeszcze do niedawna kojarzył mi się z dzieciństwem, jednak od jakiegoś czasu znowu wracam do niego raz na jakiś czas. Szczególnie ze względu na to, że dobrze oczyszcza włosy. 


     Jeżeli chodzi o odżywki to aktualnie używam dwóch: 
    3. Biosilk, odżywka zwiększająca objętość i pogrubiająca włosy, o której pisałam Wam więcej >>>TU<<<,
    4. Schwarzkopf, GlissKur, Ultimate Oil Elixir, ekspresowa odżywka regeneracyjna, którą kiedyś już miałam i całkiem nieźle mi się spisywała. Teraz postanowiłam do niej wrócić, bo nie zawsze mam czas nałożyć odżywkę, którą trzeba spłukiwać. 

    Obje odżywki na pewno znajdziecie w Rossmanie. 



    5. B.app, Keratin, kuracja keratynowa, o której pisałam Wam >>>TU<<<. Jest to serum, które stanowi swego rodzaju kropkę nad "i" w pielęgnacji, ponieważ nadaje błysku włosom. Używam je też przed suszeniem, żeby nieco zabezpieczyć końcówki, przed negatywnym wpływem suszenia.

    Ostatnio zdarzało mi się pomijać odżywki, albo serum i moje włosy niestety stały się matowe, dlatego też postanowiłam poprawę, a po wypłacie zamierzam dokupić sobie jeszcze maskę do włosów i olejek na porost włosów. Mam upatrzone dwa produkty, ale jeszcze się zastanawiam czy nie kupić czegoś innego, dlatego nie napiszę Wam co to będzie...ale przymierzam się z wprowadzeniem na bloga serii "nowości w mojej kosmetyczce" i pewnie w jednej z notek, z tego cyklu dowiecie się, o co uzupełnię pielęgnację moich włosów. 

    niedziela, 1 listopada 2015

    Podsumowanie października 2015

    Październik miał być czytelniczo lepszy niż wrzesień. Jednak praca i trochę stresów spowodowało, że wyszło trochę gorzej niż myślałam. Co miesiąc obiecuję sobie, że będzie lepiej, ale co miesiąc jakoś nie wychodzi mi tak jakbym chciała. Jednak mimo to nadal zamierzam walczyć sama ze sobą i nie przestawać sobie stawiać celów, bo z nimi osiągnę więcej niż bez nich. 



    Książki, które udało mi się przeczytać w październiku to:

    1. J. Skowroński, M. Ulatowska, "Pokój dla artysty",
    2. Nicky Raven "Wampirologia. Prawdziwa historia upadłych"
    3.Anne Rice, "Wywiad z wampirem",
    4. Ola Cieślak, "Co wypanda, a co nie wypanda"
    5. Jill Walkr Rettberg, "Blogownie",

    Niewiele tego, ale mam nadzieję, że uda mi się bardziej zorganizować i będzie coraz lepiej. Dajcie znać co ciekawego przeczytaliście ostatnio.