czwartek, 30 lipca 2015

Stosik czerwiec/lipiec 2015

Witajcie :) 
Dawno temu nie było stosiku, więc nadszedł czas, żeby pokazać Wam co przyszło do mnie w ostatnich tygodniach. Jestem przeszczęślwa, że dotarło do mnie tyle świetnych książek, chociaż smutkiem napawa mnie fakt, że nie będę miała tyle czasu dla nich ile bym chciała. Ale na szczęście powody, które zabierają mi czas napawają mnie radością, więc wszystko jakoś się równoważy :D. 


Od góry: 
  1. S. Bolton, "Mroczne przypływy Tamizy", (notka o tym niebawem)
  2. K. Kielos, "Jedyna płeć", 
  3. N. Wolf, "Wagina. Nowa biografia", 
  4. K. Bonda, "Polskie morderczynie", 
  5. K. Janicki, "Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce.", >>>KLIK<<<
  6. S. King, "To", 
  7. T. Hayes, "Pielgrzym", 
  8. M. Meyer, "Cinder" >>>KLIK<<<
  9. M. Meyer, "Scarlet" 
Do stosiku nie załapała się "Nie taka dziewczyna" L. Dunham. 


Dlatego też wstawiam Wam ją oddzielnie ;). Dajcie znać czy coś już czytaliście i czy jest coś co szczególnie przykuwa Waszą uwagę, to postaram się wziąć to pod uwagę i wezmę się za to w pierwszej kolejności ;). Jednakże weźcie pod uwagę to, że teraz nie jestem tak bardzo czasowa jak wcześniej, a dodatkowo jestem w trakcie czytania "Jane Eyre" Ch. Bronte ;). Więc przeczytanie kolejnej książki może mi zająć trochę czasu ;)

wtorek, 28 lipca 2015

B. Polch i in., "Ekspedycja. Bogowie kosmosu"

Z tej strony Rafał, gdyby ktoś nie pamiętał, jestem narzeczonym Natalii. Dawno nic gościnnie nie pisałem na blogu mojej kobiety. Postanowiłem to naprawić. Oto recenzja "Bogów Kosmosu".
źródło: www.lubimyczytac.pl
Pamiętam, że będąc dzieckiem uwielbiałem zaczytywać się w komiksach. O dziwo sporo ich było w mojej wiejskiej bibliotece. Obrazkowe historie bardzo działały na moją wyobraźnię. Czytałem Asterixa i Obelixa, Kajko i Kokosza, Kleksa, jakiś komiks o Indianach: Aztekach, Majach i właśnie niektóre tomy Bogów z kosmosu. Pamiętam, że moja wyobraźnia była mile łechtana gdy oglądałem stworzony na papierze egzotyczny, kosmiczny świat. Gdy wyrosłem już, że szkoły podstawowej nadal miałem duży sentyment do historii przedstawianych na kolorowych obrazkach. Niestety coś się zacięło w naszej kulturze gdyż w zasadzie przestały się ukazywać nowe tytuły. I tak dość łatwo zapomniałem o mojej pasji. Po jakimś czasie zainteresowałem się na chwilę mangą, skanami z polskimi bądź angielskimi tłumaczeniami ale to było już co innego, nadal ciekawy świat, ale postacie czarno-białe, z dużymi oczyma, z dużymi piersiami i historie jakoś też bardzo inne od tych pamiętanych ze starych komiksów. Co innego ciągnęło mnie do starych komiksów, co innego do mangi. Za sprawą mojej Natalii, która dostała wydanie kolekcjonerskie wszystkich 8 tomów Bogów z Kosmosu mogłem powrócić w świat dzieciństwa i przekonać się czy ten komiks może na mnie po tylu latach nadal działać jak magnes.

"Bogowie z Kosmosu" to historia oparta na bardzo ciekawej teorii stworzonej przez Ericha von Danikena zgodnie z którą, w odległych czasach przybyli na Ziemię kosmici z niezwykle rozwiniętą techniką, którzy postanowili przyśpieszyć rozwój intelektualny ludzi. Kosmici z pomocą niezwykłej techniki pragną na naszej planecie stworzyć istoty rozumne, zdolne do dalszego rozwoju. Tak powstaje człowiek. Oczywiście nie dzieję się to bez przeszkód. Stworzonym ludziom zagraża wiele niebezpieczeństw, obce cywilizacje, zaszczepione ludziom zło, niezadowolona z pobytu na ziemi część ekspedycji kosmitów, meteoryty, katastrofy naturalne. W przestawionej historii wplecione jest wiele znanych ogółowi legend oraz treści biblijnych np. zagadkowe dziś proste linie na księżycu, Atlantyda, wybuch wielkiego meteorytu, potop i historia Noego, plagi egipskie i 40 letnia tułaczka narodu wybranego. To co może zainteresować kobiety (zwłaszcza feministki) to jest to, że choć we wszystkich tomach komiksu występują tylko dwie kobiety to jednak są to główne postacie, w dodatku najzdolniejsze i najbardziej zaradne ze wszystkich bohaterów. Pomysł na komiks jest świetny. Niestety sama historia jest dość średnia. Akcja dzieję się bardzo szybko, bez wyjaśnienia czemu i dlaczego tak się stało a nie inaczej, tak jakby czytało się streszczenie a nie całą historię. Postępowanie bohaterów nieraz jest irracjonalne i niezrozumiałe, chociaż z drugiej strony to przecież kosmici. Rysunki za to są przepiękne. Wygląd kosmitów, kosmosu, statków kosmicznych jest niezwykły Chociaż trzeba pamiętać, że komiks był rysowany w latach 1978 - 1982 r., nie ma tam przedstawionej techniki jaką dysponujemy dziś, postacie są szczupłe, nie ma grubasków, fryzury i ubrania bardzo przypominają te z filmów z tego okresu. Samo wydanie jest świetne. Czarna, twarda okładka mieszcząca wszystkie 8 tomów na 400 kolorowych stronach wzbogacona jest o szkice wstępne oraz o wywiad z Bogusławem Polchem - rysownikiem komiksu.

Podsumowując, bardzo miło było znów rozczytać się w starej, dobrej lekturze. Chciałem zrobić to na raz, jednak objętość komiksu na to nie pozwoliła. Rysunki mile pieszczą oczy i pozwalają przenieść się myślami w stworzoną przez Twórców rzeczywistość, choć w porównaniu np. do mangi są bardzo statyczne, odniosłem wrażenie, że mało jest rysunków przedstawiających ruch, działanie. Mimo wszystko mam dobre wrażenia po przeczytaniu "Bogów z kosmosu", tylko szkoda, że nie ukazują się dziś nowe tytuły polskich twórców komiksów dla starszych odbiorców. Przynajmniej do mnie informacje o takowych nie doszły. Pewnie wiąże się to z kosztami. Komiksy są jednak droższe od książek. Kolorowy papier jest droższy od papieru pokrytego tylko czarnym drukiem. Poza tym wydaje mi się, że narysowanie jednej strony komiksu zajmuje więcej czasu niż napisanie jednej strony książki.

niedziela, 26 lipca 2015

Tydzień w zdjęciach #1

Witajcie, 
na moim blogu nadchodzą zmiany i na pewno szykują się kolejne roszady jeżeli chodzi o tematy notek, ze względu na to, że od poniedziałku zaczynam pracę i nie będę miała tyle czasu chociażby na czytanie książek. Dlatego też będę powoli wprowadzać nowe - lżejsze cykle, albo powrócę do starszych, które się sprawdzały, ale z niewiadomych przyczyn jakoś nic nie publikowałam w ich ramach:/

Dzisiaj chciałabym powrócić do cyklu tydzień w zdjęciach, który niegdyś zamieniłam na miesiąc w zdjęciach, by zaprzestać publikować cokolwiek z tej serii na jakiś czas. Ale tym razem może się okazać, że ta seria za jakiś czas sprawi, że będę z sentymentem wracać do pewnych rzeczy;]




















W zeszłym tygodniu przegoniło mnie trochę po lekarzach i laboratoriach - swoją drogą dobrze jest raz na jakiś czas się przebadać...tak dla spokojności ;). Będąc w pewnych rejonach mojego miasta człowiek czasem ma wrażenie, że czas jakby się zatrzymał. Nieprawdaż?




Zeszły tydzień był też czasem, w którym w końcu zmobilizowałam się do regularnej pielęgnacji. Przy okazji postanowiłam wynagrodzić mojej skórze pewne zaniedbania i nagrodziłam ją m. in. maseczką. Notkę na temat powyższej maseczki znajdziecie >>>TU<<< 


W zeszłym tygodniu czytałam dwie książki. "Mroczne przypływy Tamizy", S. Bolton - towarzyszyły mi w poczekalniach u lekarzy i "Jane Eyre" Ch. Bronte, które czytam w domu. Swoją drogą tą pierwszą książkę już przeczytałam. Jak zwykle świetna - na coś więcej będziecie musieli jeszcze trochę poczekać ;). 



Ostatnio mam fazę na zakładki magnetyczne. Używacie? 



Nie wiem czy wiecie, ale mam słabość do różnego rodzaju kalendarzy i notatników, które przy okazji ładnie wyglądają. 



"Wróżbiarze" jedna z książek, o której mówi się bardzo mało, a jest bardzo wciągająca i nie da o sobie zapomnieć ;). Notkę o tej książce znajdziecie >>>TU<<< 










Nienawidzę upałów, dlatego też burza była wskazana i bardzo mile widziana - i bardzo poprawiła mi samopoczucie :) 



Ostatni czas był również okazją dla mężczyzn z mojej rodziny, żeby również nieco bardziej o siebie zadbali. Notka o serii MEN X-TREME, od Eveline jest >>>TU<<<



Małe odstresowacze na weekend.

Dajcie znać jak Wam minął tydzień :)
Pozdrawiam 

sobota, 25 lipca 2015

Eveline Cosmetics, Men X-Trene, krem przeciw oznakom zmęczenia

Witajcie, 
jeżeli śledzicie mnie na FP, to być może już wiecie, że przede mną kilka życiowych zmian. To na pewno będzie miało wpływ na to, co będzie się ukazywać na blogu, bo mój czas wolny nie będzie mi pozwalał chociażby na tak intensywne czytanie książek jak do tej pory. Ale to dobrze, bo zapowiada się, że w końcu będę mogła się rozwinąć :). 

Dzisiaj po tym jak trochę pomolestowałam Was książkowo chciałabym Wam zarzucić parę słów na temat serii MEN X-TREME od Eveline. Kilka kosmetyków dla mężczyzn znalazło się w ostatniej paczce od Eveline co mnie zaskoczyło i również wywołało zaskoczenie Rafała. Cóż niechcący stał się testerem większości męskich kosmetyków znalezionych w paczce. 

Zacznijmy od najbardziej podstawowej rzeczy do pielęgnacji czyli od matującego żelu do mycia twarzy 6w1. 

Ten żel ma za zadanie: 
  • głęboko oczyszczać, 
  • zapobiegać błyszczeniu, 
  • zwalczać niedoskonałości, 
  • matowić (?), 
  • intensywnie nawilżać, 
  • odświeżać. 
Nie wiem jak Was, ale bawi mnie to jak na kosmetykach jest napisane, że z jednej strony mają oczyszczać, zapobiegać błyszczeniu itp., a z drugiej mają intensywnie nawilżać. Jak dla mnie jeżeli coś ma intensywnie nawilżać to nie nadaje matu skórze ;]. Pomijając fakt, że już samo nawilżanie twarzy przez żel do mycia jest dla mnie abstrakcją, ale to już szczegół;]. 

Jednak przejdźmy do sedna ;]. 

Wziąć wyciągnąć konkretną opinię o kosmetyku od faceta graniczy niemalże z cudem - tak jak to, żeby najpierw "zmusić" go do jego regularnego stosowania. Ale to już mały szczegół. Było lepiej niż myślałam i bardzo "ścigać" nie musiałam :). 

Z tego ile udało mi się wydobyć z mojego mężczyzny to ten żel dobrze myje i odświeża skórę twarzy. Jest dość wydajny, nie podrażnia i nie uczula. 


Natomiast jeżeli o to jak działają kremy, które znalazłam w paczce, to sprawa ma się tak: 


Przeciwzmarszczkowy krem regenerujący 6w1:




Działanie deklarowane przez producenta: 

  • wygładzenie zmarszczek, 
  • redukcja linii mimicznych, 
  • błyskawiczne ujędrnienie, 
  • zwiększenie sprężystości skóry, 
  • wzmacnianie i regeneracja, 
  • usuwanie oznak zmęczenia, 



Krem głęboko nawilżający przeciw zaczerwienieniom z odświeżającym mentolem: 


Działanie deklarowane przez producenta: 


  • błyskawiczne nawilżenie, 
  • likwidacja zaczerwienień, zapewnienie 24godzinnego uczucia komfortu, 
  • zwalcza widoczne objawy suchości i odwodnienia, 
  • zwiększa elastyczność, 
  • silnie wygładza i wzmacnia mechanizmy obronne skóry, 
  • łagodzi podrażnienia, 

Krem przeciw oznakom zmęczenia: 

Według producenta ten krem:
  • dodaje skórze energii,
  • intensywnie nawilża, 
  • redukuje cienie pod oczami, 
  • łagodzi uczucie ściągnięcia, 
  • usuwa matowy koloryt, 
  • silnie ujędrnia,
  • daje efekt chłodzący. 
Wszystkie kremy można używać zarówno na dzień, jak i na noc. Z zebranych przeze mnie informacji wynika, że wszystkie trzy kremy mają zbliżone działanie. Przede wszystkim odnośnie wszystkich trzech usłyszałam, że chłodzą i nawilżają oraz ogólnie poprawiają stan skóry. Od osób, do których trafiły kosmetyki nie dało się wydusić wiele więcej poza stwierdzeniem, że te kremy są ok. Czyli dają zadowalający rezultat, nie uczulają i nie podrażniają. 

Wiem, że "załatwiłam" wszystkie 4 produkty za jednym zamachem, ale nie widziałam sensu rozbijać tego na kilka notek, kiedy spotkałam się ze zbieżną opinią na temat kremów. W końcu jaki jest sens pisania tego samego kilka razy? Tym bardziej, że od facetów zwykle nie wyciągniesz szczegółów na które zwracają kobiety ;). 

piątek, 24 lipca 2015

L. Bray, "Wróżbiarze".

Nie wiem jakie Wy macie odczucia, ale rozwój książkowej blogosfery ma jeden minus, który może być również jej zaletą - to zależy jak się podchodzi do tematu. Blogosferę książkową zalewają nowości, które wielu blogerów dostaje w ramach współprac z wydawnictwami - co samo w sobie jest złe, bo można sprawdzić czy warto kupić daną książkę. Ale mam wrażenie, że zapodziało się gdzieś odkrywanie tych książek, o których nie słychać tak bardzo na blogach i naszym rodzimym BookTubie, a które są godne uwagi. A szkoda. Bo wiele mniej znanych perełek przechodzi jakoś niezauważone i ukryte gdzieś na półkach księgarń i bibliotek. 

Osobiście postanowiłam coś zmienić w tym temacie, a przynajmniej na swoim podwórku, którym jest mój blog i pisać więcej o książkach, o których nie jest tak głośno, bo może ktoś będzie mógł je odkryć:). 

Dzisiaj mam dla Was kilka słów o "Wróżbiarzach" L. Bray. Książce, którą znalazłam w...osiedlowym supermarkecie i nabyłam za 30 zł. w pakiecie z inną książką. 

Akcja toczy się w latach 20. XX w., w Nowym Yorku. Chłopczyce i tancerki rewiowe, jazz oraz dżin. Czasy po wojnie, ale przed kryzysem. Dla pewnej grupy złotej młodzieży to okazja, aby bawić się jak nigdy wcześniej. Natomiast dla Evie O'Neill pobyt w Nowym Jorku to ucieczka z małego miasteczka w stanie Ohio, do którego nigdy nie pasowała. W momencie, kiedy wywołuje kolejny skandal rodzice wysyłają ją do wielkiego miasta, aby zamieszkała z wujem. Dla młodej dziewczyny to nie wygnanie lecz spełnienie marzeń - szansa, by pokazać, że jest nowoczesna do szpiku kości i niewiarygodnie odważna.

Dość szybko okazuje się, że Nowy Jork to nie tylko jazz i rewia. To miasto ma swoją mroczną stronę. 

W mieście giną młodzi ludzie i nie są to zbrodnie w afekcie. Są to zaplanowane i przemyślane zabójstwa. Dodatkowo są niepokojąco podobne do ilustracji z zapomnianej księgi. Nowojorska policja zwraca się do wuja Evie z prośbą o pomoc. To jest idealna szansa dla dziewczyny, aby rozwinąć i zrozumieć swoje umiejętności.

"Wróżbiarze" jest bardzo klimatyczną historią. Jeżeli miałabym sobie wyobrażać Nowy Jork w latach 20. XX to właśnie w taki sposób, w jaki jest opisany w tejże książce. Jednakże nielegalne kluby i segregacja rasowa jest tylko tłem dla zbrodni, które wstrząsają miastem. Są nie tylko brutalne, ale nawiązują również do niezwykłej symboliki, która tak bardzo przyciąga media i interesuje opinię publiczną. Morderca nie tylko jest nieuchwytny i zwodzi policję, ale też jest wyjątkowy przez to, że nawiązuje do Apokalipsy i nadejścia Bestii... Zadziwiające jest to, że mimo tego, iż morderstwa wzbudzają strach, są również pretekstem do zabawy. 

L. Bray w swojej powieści roztacza przed nami aurę tajemnicy i pełną napięcia atmosferę, która sprawia że nie mamy ochoty odkładać tej książki na bok. Nowy Jork z pierwszej połowy XX wieku i tajemnicze morderstwa przyciągają do siebie niczym magnes i sprawiają, że jak najszybciej chcemy do nich wrócić. Zatem liczcie się z tym, że za każdym razem kiedy będziecie musieli odłożyć tą książkę, bo będziecie musieli iść do pracy, posprzątać, zrobić obiad lub zwyczajnie pójść spać, będziecie to robić z niechęcią. 

Jednak małym minusem jest to, że odnosi się wrażenie, że autorka zostawia sobie otwartą furtkę jeżeli chodzi o kontynuację powieści i kilka wątków jest niedokończonych i mam nadzieję, że będzie jakaś kontynuacja, bo jestem ich strasznie ciekawa, jednak póki co niestety muszą one pozostać w sferze moich wyobrażeń. 

wtorek, 21 lipca 2015

K. Janicki, "Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce".

"Epoka hipokryzji. Seks i erotyka w przedwojennej Polsce." K. Janickiego chodziła za mną już od dłuższego czasu. Tym bardziej, że zewsząd atakowały mnie głosy zachwalające tą książkę. 

Kamil Janicki opisuje w niej przedwojenną obyczajowość, w której funkcjonowali dżentelmeni, pełne gracji panie oraz bohaterowie walczący o niepodległość zaraz obok trwającej rewolucji seksualnej. Dzięki tej książce przełom wieków oraz początek XX w. nabrały dla mnie nowego blasku przez wzgląd na opisywane wydarzenia, które często są przemilczane na lekcji historii. 

Seks jest wszędzie - w gazetach, radiu, reklamach czy kinie. Antykoncepcja, aborcja homoseksualizm, onanizm, pornografia, orgie, zboczenia i dewiacje, przestępstwa seksualne i handel żywym towarem. Rozgorączkowani aktywiści i feministki spierają się z biskupami i tradycjonalistami. Z jednej strony wołanie o postęp i wyzwolenie obyczajów, z drugiej oskarżenia o demoralizacje młodzieży i odstępstwo od tradycyjnych wartości. Brzmi bardzo znajomo - nieprawdaż? Jednak to działo się w roku 1939, z tą różnicą, że nie padało samo słowo "seks" - cenzura zabraniała.

Dzięki "Epoce Hipokryzji" Kamila Janickiego pojawiła się rysa na niemalże nieskazitelnej obyczajowości tamtejszych lat. Tak oto panowie już od wieku dorastania mieli przyzwolenie na korzystanie z domów publicznych, z tego względu, że miało to ponoć służyć zachowaniu ich zdrowia. Natomiast kobiety były traktowane jak wyprane z wszelakich porywów pożądania istoty. Autor tejże publikacji roztacza przed nami całą historię tego, w jakim kierunku szły zmiany i jak wyobrażano sobie dzisiejsze czasy. I muszę przyznać, że żyjemy w bardzo pruderyjnej epoce, która momentami nie umywa się do tamtej...chociaż nie chciałabym żyć w dwudziestoleciu wojennym. 

Książka przepełniona jest nowinkami z tamtych czasów i historycznymi smaczkami, które potrafią dać do zastanowienia, ale również często bawią. Dodatkowo wszystko okraszone jest zdjęciami, co czyni lekturę tej książki jeszcze ciekawszą.

"Epokę hipokryzji" nie czyta się szybko ze względu na to, że zwraca się uwagę na wiadomości w niej zawarte, ale przyjemność z jej czytania jest niesamowita, chociażby ze względu na zawarte w niej informacje, które nie są dla wszystkich takie oczywiste...

poniedziałek, 20 lipca 2015

Eveline, Pro-regenerująca maseczka żelowa do twarzy, szyi i dekoltu

W codziennym zabieganiu nie zawsze mamy czas na zadbanie o siebie - a właściwie poświęcenie sobie więcej uwagi, którą zawsze przyciąga coś ważniejszego. W końcu po zabieganym dniu czy tygodniu zawsze warto poświęcić kilka chwil na relaks. 

Nie wiem jak Wy, ale ja jak mam więcej biegania i załatwiania spraw niż zwykle to zdarza się, że nie mam siły zrobić sobie nawet wieczornej pielęgnacji. Jednak ostatnio postanowiłam to zmienić tym bardziej, że w najbliższym czasie dużo częściej będę przebywać wśród ludzi. 

Chcąc wynagrodzić mojej skórze ostatnie zaniedbania postanowiłam w końcu sięgnąć po żelową maseczkę do twarzy, szyi i dekoltu od Eveline


Powyższa maseczka ma doskonale pielęgnować suchą skórę, a silnie skoncentrowana formuła pobudza komórki skóry do intensywnej odnowy. Dodatkowo ma głęboko i długotrwale nawilżać i wygładzać oraz redukować zmarszczki, linie mimiczne oraz bruzdy. Poza tym doskonale liftinguje, ujędrnia i napina.

Jest to jedna z tych maseczek, która się wchłania i jej ewentualny nadmiar ściągamy wacikiem z twarzy. Z moją skórą było tak źle, że wchłonęła się ona niemal całkowicie. Przed nałożeniem kremu tylko lekko przetarłam twarz wacikiem z tonikiem, żeby krem mi się nie zrolował. 

Dla mojej skóry powyższa maseczka była dodatkowym zastrzykiem nawilżenia i sprawiła, że krem nie miał już tyle roboty, co miałby, gdybym jej nie użyła. Naturalnie, żeby powiedzieć coś więcej musiałabym wypróbować kilka saszetek tego kosmetyku, ale myślę, że jeszcze będzie okazja, bo mam zamiar do niej wracać. 

sobota, 18 lipca 2015

Jak zorganizować sobie staż?

Witajcie, 
ostatnio mogliście zaobserwować zmniejszenie mojej aktywności na blogu i innych mediach społecznościowych, a to dlatego, że od początku lipca zaczęły zachodzić w moim życiu pewne sprawy, które skutecznie odciągają moją uwagę od tego miejsca. Dzisiaj jednak postanowiłam napisać notkę, która może Wam się przydać, bo wynika z mojego własnego doświadczenia;]. A mianowicie chcę się z Wami podzielić tym jak zorganizować sobie staż? Ten temat może wydawać Wam się banalny, ale nie dla wszystkich pewne rzeczy są tak oczywiste. 


A zatem zaczynajmy;)
  • Śledź stronę swojego Urzędu Pracy, w celu monitorowania tego czy są jakieś środki na staże i czy się mieścisz w wymogach.
Wiem, wiem - urzędy pracy jakie są każdy widzi, jednak niemniej przy odrobinie szczęścia i własnej upierdliwości mogą dziać się cuda ;p. Jednak nie możesz liczyć na to, że będziesz miał telefon z bezrobocia o planowanym naborze i że Twój doradca klienta (jak to się teraz nazywa) cokolwiek Ci powie. Samodzielnie musisz śledzić sobie aktualności, a jak już ten nabór ogłoszą, to NIE pytaj się czy możesz złożyć wniosek, tylko przeczytaj jakie są warunki i jeśli się w nie łapiesz wydrukuj sobie wniosek, a w między czasie zastanów się gdzie chcesz mieć ten staż. 
  • Idź do dyrektora firmy, w której chcesz mieć staż i zapytaj się czy możesz go odbyć w Jego firmie.
Z tym możesz mieć trochę łażenia, bo czasem ciężko jest dostać się na takowy staż (szczególnie w większych miastach). Dlatego też ważne, żebyś miał/-a listę potencjalnych miejsc, w których możesz odbyć staż. Tu warto pamiętać o miejscach, w których miało się praktyki lub wolontariat - szczególnie jeżeli się w nich sprawdziło. Jeżeli szef Cię dobrze zapamiętał chętniej zgodzi się na staż.

W wyborze miejsca kieruj się nie tylko własnym wykształceniem, ale też tym czy będziesz dobrze czuł/-a się w danym miejscu. 

Jeżeli już w danym miejscu się na Ciebie zgodzą przypilnuj sobie, żeby wysłali imienny wniosek - zwróć uwagę na to czy biorą od Ciebie dane do wniosku: chociażby imię i nazwisko, PESEL, wykształcenie itp. Później w zależności od tego jaki mają system w danej firmie/placówce, albo sami składają wniosek o staż, albo sam/-a go sobie zanosisz. Jeżeli nie zapytali Cię o podstawowe dane to możesz być pewien, że jeżeli w ogóle wysłali wniosek o staż, to Ty niekoniecznie możesz dostać miejsce;p.  

  • Nie bazuj tylko na środkach z Urzędu Pracy.
Warto zorientować się w tym jakie instytucje (stowarzyszenia, fundacje czy agencje) zajmują się aktywizacją osób bezrobotnych, bo często mają fajne projekty :). Jednym z takich miejsc w moim województwie jest Rzeszowska Agencja Rozwoju Regionalnego S. A.: http://www.rarr.rzeszow.pl/

Tam na pewno znajdziecie jakieś dodatkowe projekty. Jednak zauważyłam, że dają szansę bardziej osobom z małych miejscowości - niestety ;(. Jednak warto się rozejrzeć również za innymi miejscami z takimi projektami. Myślę, że jak pogrzebiecie w necie to na pewno coś znajdziecie. Warto też rozglądać się za plakatami, bo w poradniach, spółdzielniach i nawet niepozornym pośredniaku możne niechcący znaleźć się coś dla Was :). 

Mam nadzieję, że te informacje przydadzą się szczególnie tym z Was, którzy dopiero skończyli studia, albo szukają pracy. Czasem opcja stażu da Ci więcej czasu, w którym będziesz miał/-a czas na zastanowienie się co dalej. A może po prostu zostaniesz w miejscu, w którym ten staż był?

czwartek, 16 lipca 2015

R. P. Evans, "Papierowe marzenia"

Wakacje to czas, w którym wielu z nas ma czas na nadrobienie zaległości w rzeczach, które na co dzień nie ma czasu np. w czytaniu książek. Zdarza mi się, że znajomi pytają mnie o lekkie książki, przy których nie trzeba zbytnio myśleć, a można się zrelaksować. "Papierowe marzenia" Richarda Paula Evansa są jedną z takich książek - nie wymagają od nas zbytniego wysiłku, jednak relaksują i przy okazji nieco dają do myślenia. 

Luke ma bardzo dobry życiowy start. Wychował się w bogatym domu, w którym ojciec zadbał nie tylko o wykształcenie, ale również przyzwyczaił chłopaka do ciężkiej pracy, przy okazji starając się wpoić synowi pewne zasady. Jednak pewnego dnia ojciec wysyła Luka na studia do innego miasta, Gdyby ktoś powiedział mu, że wyrzeknie się tego co dał mu ojciec, a jego sytuacja bardzo się zmieni - nie uwierzyłby. A jednak tak się stało. Podjął złe decyzje, wpadł w złe towarzystwo i wylądował na ulic. A jednak zrozumiał, czym tak na prawdę jest miłość.

"Papierowe marzenia" to historia, w której już na początku dowiadujemy się, że nawiązuje do biblijnej przypowieści o synu marnotrawnym, więc możemy przewidzieć jak ona się potoczy, a tym bardziej skończy. Jednak mimo to Evans po raz kolejny przypomina nam, że to co mamy - nasze życie, szczęście i szacunek innych ludzi jest bardzo kruchy i powinniśmy szanować to co mamy. 

Ta powiastka nie jest wymagającą historią - zresztą chyba tak jak wszystkie tego autora. Jednak R. P. Evansowi nie można odmówić tego, że potrafi wzruszyć swojego czytelnika, ale też dać mu do myślenia. 

Powyższa książka długo czekała na swoją kolej wśród moich książek, upchana gdzieś w cieniu za nowszymi nabytkami (niestety z braku miejsca na półkach, niektóre mają już dwa rzędy książek ;)). Jednak od kiedy zaczęłam się skupiać na przeczytaniu tych książek, które mam, a nie zdobywaniu nowych i przynoszeniu kolejnych z biblioteki zaczęłam żałować, że po pewne książki nie sięgnęłam wcześniej. Jednak chyba tylko mol książkowy jest w stanie zrozumieć tą niechęć do sięgnięcia po książkę oraz jednoczesną chęć przeczytania jej...w końcu tylko raz możemy przeczytać daną powieść pierwszy raz i tych wrażeń nie da się już powtórzyć :(. Jednak na szczęście nazbierało mi się tyle świetnych książek, że będę miała co czytać, przez najbliższe tygodnie ;D

Reasumując: 

"Papierowe marzenia" R. P. Evansa są świetną książką na wakacje, przy której nie będziemy musieli się zbytnio wysilić. Mimo tego, że nie jest zbyt ambitna i zapewne nie pozostanie w naszej pamięci na długo to warto po nią sięgnąć chociażby po to, żeby się zrelaksować. 

wtorek, 14 lipca 2015

Arganowa mgiełka samoopalająca do twarzy i ciała oraz rajstopy w sprayu od Eveline

Blogosfera i vlogosfera jest pełna informacji o nowinkach kosmetycznych. Jednymi są różnego rodzaju mgiełki samoopalające do ciała i rajstopy w sprayu, na które już od dawna miałam ochotę, ale sama sobie raczej bym nie kupiła. Dlatego też bardzo się cieszę, że dostałam właśnie te produkty i mogłam zobaczyć czy w moim przypadku się sprawdzają. 

Zatem na pierwszy rzut idzie arganowa mgiełka samoopalająca do twarzy i ciała od Eveline

Cena: około 17 zł, 
Pojemność: 150 ml. 

Jak nazwa wskazuje powyższy produkt jest kosmetykiem samoopalającym, który zapewnia spektakularny efekt równoległej oraz naturalnie pięknej opalenizny już po godzinie od aplikacji. Unikalna formuła i wygodny w użyciu aplikator umożliwiają komfortowe rozprowadzenie kosmetyku nawet w trudno dostępnych miejscach, bez plam i smug. Dzięki wysokiej zawartości odżywczego olejku arganowego, bogatego w witaminy oraz minerały, mgiełka doskonale odżywia i ujędrnia skórę.

Sięgając po raz pierwszy po ten produkt miałam nadzieję, że się u mnie sprawdzi, bo to pomogłoby mi wyrównać swoją opaleniznę. Bałam się nałożyć ten kosmetyk na twarz, ponieważ to było dla mnie zbyt duże ryzyko - nie chciałam mieć ewentualnych plam, smug lub prześwitów, tym bardziej, że ostatnio byłam w trakcie załatwiania stażu, co sprawiało, że chciałam wyglądać jak człowiek ;]. Poza tym jak człowiek ma coś nie tak ze swoją twarzą, to nawet z koszem czasem boi się wyjść;]. Zatem powyższej mgiełki zaczęłam używać na nogi i ręce. 

Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, i która mi się spodobała, to zapach - całkiem przyjemny, delikatny i niekłócący się z moimi perfumami. Jednakże czymś co bardzo utrudnia jej stosowanie jest to, że efekt widoczny jest po jakimś czasie i dopiero wtedy można zobaczyć czy dobrze rozprowadziło się produkt. To wymaga wprawy oraz przede wszystkim cierpliwości, ponieważ nawet jeśli starałyśmy się rozprowadzić kosmetyk równolegle, potrafimy odkryć, że są jakieś plamy, które trzeba naprawić. Dlatego też jeżeli chcecie sobie wyrównać opaleniznę radzę sobie przetestować ten spray dużo wcześniej, żeby uniknąć dyskomfortu z powodu złego rozprowadzenia kosmetyku. 

Jednak tak jak efekt działania kosmetyku jest do dopracowania, to dla mnie minusem jest jego rozprowadzanie, gdyż moim zdaniem aplikator jest dość niewygodny. Myślę, że dużo lepiej sprawdziłoby się umieszczenie produktu w opakowaniu, w którym są dezodoranty w sprayu - mnie to ułatwiłoby aplikację. Poza tym nie podoba mi się to jak ten kosmetyk schodzi ze skóry - niestety wygląda ona wtedy jak brudna. 

Podsumowując:


Powyższy kosmetyk jest dość toporny w użyciu i trzeba się nauczyć z nim obchodzić. Po użyciu całkiem nieźle nawilża skórę, jednak ten efekt nie utrzymuje się na niej zbyt długo. Mimo dobrych rokowań sporym minusem tego produktu jest to, że schodzi ze skóry w bardzo niejednolity sposób i sprawia, że mamy wrażenie, iż nasza skora jest po prostu brudna (tak jakby ktoś ochlapał nas jakąś brązową substancją). 

Nieco lepiej ma się sytuacja jeżeli chodzi o rajstopy w sprayu z tej samej firmy. 

Ten kosmetyk ma być nowoczesną alternatywą dla tradycyjnych rajstop. Posiada formułę z efektem BB, która nadaje skórze nieskazitelny wygląd oraz idealnie równomierny opalony koloryt. Po aplikacji nogi wyglądają jak po nałożeniu lekkiego fluidu, bez przebarwień i pajączków. Składniki aktywne są odporne na działanie wody i sprawiają, że efekt utrzymuje się przez 2 - 3 dni.

Dzięki formule 10-in-1:

  1. Optycznie wyszczupla oraz udoskonala wygląd nóg, 
  2. Maskuje niedoskonałości, blizny i pajączki, 
  3. Perfekcyjnie tonuje i wyrównuje koloryt skóry, 
  4. Nadaje skórze świetlisty wygląd, 
  5. Kwas hialuronowy intensywnie nawilża przez 24h, 
  6. Olejek araganowy odżywia, wygładza i ujędrnia, 
  7. Wyciąg z aloesu niweluje zaczerwienienia, 
  8. Kompleks witamin, A, E i F zwiększa odporność skóry, 
  9. Dostosowuje się do każdej karnacji 

Cena: ok 20 zł, 

Pojemność: 150 ml 


Tutaj efekt jest delikatniejszy niż w przypadku samoopalającej mgiełki, o której pisałam wyżej, dlatego też ciężej jest sobie zrobić krzywdę, czyli chociażby nabawić się prześwitów. Jednakże używanie tego kosmetyku również wymaga wprawy, ponieważ jeżeli rozprowadzi się go nierówno kolor nóg potrafi być w różnych odcieniach brązu. Dlatego też jeżeli wybieracie się na imprezę warto najpóźniej kilka dni wcześniej przetestować ten produkt. Jego zapach jest całkiem przyjemny i nie przyćmiewa chociażby perfum czy dezodorantów, które używamy na co dzień. Zresztą dość krótko utrzymuje się na skórze. Dodatkowo schodzi w dość jednolity sposób, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że jest się brudnym. Tak jak w przypadku powyższej samoopalającej mgiełki minusem jest również aplikator, który ciężko rozprowadza produkt na skórę. 

Efekt faktycznie utrzymuje się do trzech dni, jednakże jeżeli użyjemy tego produktu więcej, to utrzyma się dłużej, chociaż efekt raczej nie będzie już pożądany. Dodatkowo nałożenie tych rajstop na nogi faktycznie nieco maskuje drobne niedoskonałości i nadaje nogom promienny wygląd, jednak do reszty zapewnień producenta podchodziłabym raczej z dystansem. 

Reasumując: 

Dostajemy do ręki całkiem dobry produkt, który mimo minusów ma całkiem niezły potencjał, bo jeżeli tylko nabierzemy wprawy w jego używaniu potrafi dać całkiem niezły efekt. 

W moim przypadku chyba tylko rajstopy wejdą do regularnego używania i być może nawet będę do nich wracać. Jednak jeżeli chodzi o ten spray samoopalający to chyba zostanę przy tradycyjnym sposobie opalania - w sumie dość szybko łapie mnie słońce i czasem wystarczy, że zrobię sobie półgodzinny spacer, abym złapała bardziej brązowy kolor. Dajcie znać co Wy myślicie o tego typu kosmetykach i jeżeli ich używacie to dajcie znać jak się sprawdzają u Was. 

niedziela, 12 lipca 2015

Jo Kyung - Ran, "Smak języka"

Są książki, które przyciągają do siebie swoją prostotą, minimalizmem i wyrafinowaniem. I mimo niewielu bohaterów potrafią przyciągać do siebie niczym magnez oraz nie pozwalają o sobie zapomnieć. Taki właśnie jest "Smak języka. Historia pewnej zemsty" autorstwa Jo Kyung - Ran. 

Historia zawarta w tej powiastce jest subtelna, hipnotyzująca i pełna smaków.  Autorka doczekała się porównań do Harukiego Murakamiego, Banany Yoshimoto czy Alessandro Baricco. 

"Smak języka" to intymna historia kobiety z pasją gotowania. Chŏng Chi-wŏn jest ufna i lojalna. Marzy o pięknym życiu, które będzie dzieliła z ukochanym mężczyzną. Jednak kiedy ten odchodzi do innej kobiety, nie potrafi sobie poradzić z odrzuceniem. Traci chęć do gotowania oraz potrzebę jedzenia. Dopiero praca we włoskiej restauracji, w której zaczynała karierę sprawia, że powoli wraca do życia i na nowo odkrywa fascynację jedzeniem, które jest źródłem zmysłowej przyjemności. Kobieta zaczyna też obmyślać plan kulinarnego uwiedzenia, będącego ostateczną zemstą na kochanku.

"...miłość podobna jest do wytatuowanego na dłoni napisu. Jeżeli nawet nikt inny go nie zauważa, oślepia osobę porzuconą niczym światło neonów nocą."
Jo Kyung - Ran, "Smak języka" 

Już kiedy Pani Dorota Wellman wspomniała o tej książce w swoim programie wiedziałam, że muszę ją przeczytać, a opinie innych ludzi, których również sobie cenię tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Kiedy sięgnęłam po tą książkę otoczyło mnie bogactwo zapachów i smaków, które są wszechobecne w książce. Chŏng Chi-wŏn odbiera świat głównie zmysłem smaku i to właśnie smakami oraz ich wyobrażeniami się posługuje. A wszystko to często jest bardzo subtelne, delikatne i...erotyczne. Do tego wszystkiego "Smak języka" przepełniony czymś w stylu przypowieści, a dodatkowo można sobie pozaznaczać wiele pięknych cytatów. Jak sięgałam po tą powieść musiałam mieć też przy sobie znaczniki i ołówek, żeby nie zapomnieć, w których miejscach są fragmenty, które szczególnie mi się spodobały. Tak więc ta mała książeczka jest dość gęsto usiana znacznikami. 

"Spośród wszystkich zmysłów danych człowiekowi zmysł smaku dostarcza najwięcej rozkoszy. Przyjemność, jaką człowiek czerpie z jedzenia, może towarzyszyć innym zmysłom, jak choćby wzroku czy węchu. Może również je zastąpić, a nawet zrekompensować ich brak. Są takie momenty, gdy możesz tylko jeść. Momenty, kiedy jedzenie stanowi jedyny dowód, że jeszcze żyjesz."
Jo Kyung - Ran, "Smak języka"  

Ciężko jest napisać cokolwiek o tak prostej, ale jakże pięknej historii nie zdradzając Wam szczegółowo fabuły, więc chyba ostatnią rzeczą, o której mogę Wam wspomnieć, że zemsta głównej bohaterki była dość subtelna, ale w całej swej delikatności bardzo brutalna i wyrafinowana. Ale swoją drogą kobiety chyba tak mają, że potrafią mścić się właśnie w taki sposób - subtelny, aczkolwiek taki, który sprawi, że winowajca zapamięta go na długo. 

"Usta otwierają drogę do szczęścia, ale również przez usta szczęście nas opuszcza. Są wrotami ciała, lecz zamykając je od wewnątrz, znajdujesz się w pułapce, która odetnie cię od wszystkiego. Ludzie dzielą się na tych, którzy dotrzymują danego słowa, i tych, którzy tego nie robi. Usta tych drugich są jedynie ciemną, jamą." 
Jo Kyung - Ran, "Smak języka"  

"Smak języka" jest dość osobliwą powieścią, w której nie znajdziecie zwrotów akcji oraz wartkich opisów kłótni, planowania zemsty czy burzliwych opisów. Tak jak wspomniałam wyżej ta powieść jest subtelna, a przez to nie od razu dochodzi do nas to co się dzieje. Jednak warto ją przeczytać ze względu na jej klimat i oryginalność. 

czwartek, 9 lipca 2015

S. J. Bolton, "Zagubieni",

Uwielbiam kryminały, chociaż o dobrą książkę z tego gatunku jest dość ciężko. Zwykle mam wrażenie, że autor opisuje coś co już gdzieś kiedyś było i niewielu jest w stanie zaskoczyć mnie swoją oryginalnością. Jednak S. J. Bolton jest dla mnie wyjątkiem. Ta autorka zauroczyła mnie swoją twórczością, już od "Ulubionych rzeczy" wciągających tak, że nie ma się ochoty kończyć.

"Zagubieni", czyli trzecia część serii o Lacey Flint przyciąga nie tylko wartką akcją, ale także intrygującymi bohaterami. 

Tym razem młoda policjantka z tajemniczą przeszłością tropi mordercę chłopców, z pomocą jedenastolatka, o którym nie wie wszystkiego. 

Dwa ciała znalezione pod Tower Bridge, są kolejnymi morderstwami w ciągu pięciu tygodni. Ofiary to tak jak poprzednio chłopcy w wieku jedenastu lat, z przeciętą tętnicą szyjną - zgon z powodu upływu krwi. 

Zabójcy, który porywa chłopców, szuka cała policja w południowym Londynie, jednak własne śledztwo prowadzi również Barney - jedenastolatek cierpiący na zaniki pamięci. Chłopiec mieszka z ojcem  tym samym domu, co Lacey Flint, która po sprawie samobójstw w Cambridge wciąż jest na zwolnieniu lekarskim i rozważa odejście z policji. 

To właśnie Barney trafia na coś, co przeoczyła policja - coś czego wolałby nie odkryć. Wie, że morderca znowu zaatakuje, a ofiarą będzie kolejny chłopiec, taki jak on. Zabójca znowu upuści całą krew i pozostawi ciało nad Tamizą, nie zostawiając żadnych śladów, które mogliby znaleźć policjanci.

W "Zagubionych" autorka jak zwykle porusza ważne tematy, które ciężko szukać w innych kryminałach. Zresztą jak dotąd całą serię charakteryzuje wyjątkowy morderca, albo nietypowa zbrodnia. A to czyni każdą książkę z tego cyklu wyjątkową. Dlatego też w przypadku "Zagubionych" nie mogło być inaczej. 

W tym przypadku bardzo ciekawym motywem jest wampiryzm, albowiem jeden z psychologów karierowiczów zasugerował, że morderca może pić upuszczoną z ofiar krew, przez co został ochrzczony wampirem. Bardzo spodobało mi się nawiązanie do "Draculi" oraz wiktoriańskiej zabudowy Londynu, ponieważ zarówno literaturę gotycką, jak również okres panowania królowej Wiktorii bardzo sobie cenię. 

W tej swojej powieści S. J. Bolton również serwuje nam zwroty akcji, podsuwa różne tropy oraz bardzo dyskretnie naprowadza nas na trop sprawcy. Przyznam się Wam w sekrecie, że w pewnym momencie zaczęłam się domyślać kto jest mordercą, jednak autorka powieści podrzucała na tyle dużo różnych tropów, że zaczęłam wątpić w mój wybór, który w efekcie okazał się trafny. Poza tym przywiązałam się do Barney'a, który nie tylko wzbudził moją sympatię i współczucie, ale również podziw - ponieważ bardzo dobrze sobie radził z tym co go spotkało.

Mam nadzieję, że S. J. Bolton opublikuje jeszcze wiele kryminałów, bo jej powieści nie ma się dość i ciągle chce się więcej. Przede mną jeszcze dwie książki jej autorstwa i jak tylko je przeczytam nie omieszkam się z Wami podzielić swoją opinią. 

wtorek, 7 lipca 2015

Eveline, długotrwały podkład kryjący

Nie da się ukryć, że mamy lato w pełni. Nie wiem jak Wy macie, ale na mnie ponad 30* upału nie wpływa dobrze. Nie jestem wtedy w stanie normalnie funkcjonować, a największą karą jest dla mnie wyjście na pole, kiedy muszę coś załatwić - a załatwiania mam ostatnio sporo;p. 

Jednakże ja nie o tym, bo nawet w lato zdarzają się dni, w które trzeba sobie zrobić makijaż. Chociażby dlatego, że oto właśnie wypadnie nam ślub, albo jakaś inna ważna impreza. A większość kobiet nie wyobraża sobie pokazania się na takiej uroczystości bez makijażu. 

Moim zdaniem podstawą dobrego makijażu jest dobrze nawilżona skora oraz dobry podkład, który nie tylko będzie pasował nam pod względem kolorystycznym oraz będzie posiadał odpowiednie właściwości, ale utrzyma się na naszej skórze długi czas. 

Zanim nadeszły upały, a ja stałam się opalona zdążyłam polubić się z długotrwałym podkładem kryjącym od Eveline Cosmetics. Ten podkład ma zapewniać efekt mocnego krycia bez efektu maski. Dzięki idealnie dobranej mieszance polimerów i pigmentów pokrytych silikonem sprawia, że podkład jest prawie nieodczuwalny na twarzy. Natomiast kremowa i gęsta formuła produktu ma idealnie dopasować się do cery, dając efekt kaszmirowego wykończenia makijażu, a kompleks roślinnych komórek macierzystych PhytoCellTec odżywia, wygładza oraz wyrównuje cerę. 

Jeżeli chodzi o wszelakie kryjące podkłady moim problemem numer jeden są suche skórki, które większość podkładów podkreśla. Jednakże ten kosmetyk na szczęście tego nie robi - i albo wynika to z tego, że mam bardziej zadbaną skórę, albo jest taki dobry...nie jestem do końca pewna co zadecydowało, chociaż myślę, że chyba jedno i drugie. 

Jeżeli chodzi o inne właściwości to: 

  • krycie - jest całkiem dobre, można je sobie budować, 
  • brak efektu maski
  • nie daje matowego wykończenia, to jest bardziej glow, co w moim przypadku jest bardzo na plus, 
  • przez gęstą konsystencję trochę tępo się rozprowadza i trzeba się napracować, żeby go dobrze nałożyć, 
  • zapach - na początku go czuć jednak, albo się przyzwyczajam, albo on się ulatnia, bo przestaję go czuć, 
  • trwałość - do ok. 30 stopni potrafi się trzymać kilka godzin pod warunkiem, że nie przebywamy zbyt wiele na świeżym powietrzu, w niższej temperaturze pewnie jest podobnie, 
  • nie zapycha - osobiście nie mam zbyt wielkich niedoskonałości, więc kryjących podkładów używam zwykle. Chyba dlatego właściwie jeszcze żaden mnie nie zapchał ;], 
  • nie uczula i nie podrażnia
Pojemność: 30 ml, 

Podsumowując: 

Długotrwały podkład kryjący COVER sensation, jest całkiem dobrym produktem w swojej kategorii, który właściwie poza ciężkim rozprowadzaniem (z czym można sobie jakoś poradzić;)) się nie ma minusów. Naturalnie niekoniecznie musi sprawdzić się w trakcie upałów, ponieważ jest ciężkim podkładem, ale nawet w nieco wyższej temperaturze potrafi sobie dać radę pod warunkiem, że nie przebywamy zbyt często na świeżym powietrzu. 

Warto się za nim rozejrzeć jeżeli szukacie czegoś na wieczór co nie zmatowi Wam skóry i wytrzyma kilka godzin np. na imprezie;). 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Melissa Meyer, "Cinder"

Nie wiem jak jest u Was, ale mój gust czytelniczy dopiero w ostatnich latach jakoś się ukształtował. Owszem wcześniej miałam jakieś określone typy książek, które lubię, jednak do niedawna miałam szersze zainteresowania jeżeli chodzi o literaturę i chętniej eksperymentowałam z książkami z gatunków, po które zwykle nie sięgam. Obecnie wyklarowały mi się zainteresowania i jestem bardziej świadoma jakie książki mi się podobają, a które nie.

Ostatnio również stwierdziłam, że życie jest zbyt krótkie, żeby poświęcać czas na powieści, które nie leżą w kręgach moich zainteresowań lub ledwo w nie się łapią. Dlatego też przestałam się nad sobą znęcać i sięgnęłam w końcu po "Cinder" Marissy Meyer.

Rzecz dzieje się w orientalnym Pekinie przyszłości, który przynosi barwny, hałaśliwy krajobraz miasta, który ciekawi wielu Europejczyków. Wraz z Cinder - główną bohaterką, która jest mechanikiem  znajdujemy się w zdziesiątkowanym przez śmiertelną plagę mieście. Dziewczyna jest cyborgiem o tajemniczej przeszłości, a jednocześnie obywatelem drugiej kategorii. Dodatkowo sprawę komplikuje nałożone piętno nałożone na nią przez macochę, jakoby była wina śmierci swojej przybranej siostry. W jej życiu niespodziewanie pojawia się książę, który nalega, aby wybrała się z nim na bal. To jednak niemożliwe chociażby ze względu na to, że jest cyborgiem. 

Powyższa historia zawiera w sobie tyle z oryginalnej baśni, że niesamowitą rozrywką jest już samo porównywanie obu opowieści. Wraz z Cinder przeżywamy jej rozterki oraz usiłujemy sobie poradzić z brutalną rzeczywistością. Świat wykreowany przez autorkę wciąga i sprawia, że chce się więcej i zdziwieniem reaguje się na szybki koniec... 

"Cinder" urzekła mnie dość mroczną i niepocieszającą wizją przyszłości, w której panuje przeludnienie i choroba, na którą tak na prawdę nie ma lekarstwa. Kiedy czytając tą powieść przymykałam oczy widziałam obraz futurystycznego, przepełnionego miasta, które jest zanieczyszczone, a jego mieszkańcy usiłują sobie radzić z otaczającą ich rzeczywistością. Jedyną oazą wydaje się pałac, bo z miejsca, na którym stoi Nowy Pekin nabiera blasku. 

Marissa Meyer stworzyła magiczną historię, w której obok ludzi funkcjonują cyborgi, androidy i kosmici. I mimo to, że główny motyw jest nam tak dobrze znany, to cala otoczka powieści nie pozwala o niej zapomnieć. Na pewno w dość szybkim tempie sięgnę po kolejną część "Sagi Księżycowej" i mam nadzieję, że mimo wszystko zostaną przetłumaczone kolejne części...inaczej będę musiała nadrobić zaległości z angielskiego i zaopatrzyć się w anglojęzyczne części;]

Tak swoją drogą Was też irytuje, jak wydawnictwa zaczynają publikować jakąś serie i jej nie kończą?

sobota, 4 lipca 2015

Bo to brzydka i nieszczęśliwa kobieta jest.

Wokół feminizmu panuje wiele stereotypów, które wyraźnie do niego zniechęcają. Jak pisze Naomi Wolf w "Micie urody" już "młode dziewczyny odziedziczyły  dwudziestoletnia propagandę i karykaturę brzydkiej feministki. Jestem kobietą, ale nie jestem feministką - mówi studentka ostatniego roku w raporcie magazynu "Time"; Feministka to ktoś, kto jest męski i nie goli nóg. Wiele młodych dziewcząt nie zdaje sobie sprawy, że inni przedstawiają feministkę w taki karykaturalny sposób właśnie po to, że niektóre kobiety obwiniają feminizm o wymierzoną weń reakcję urody"

Tymczasem to nie jest tak, że feminizm jest domeną brzydkich i nieszczęśliwych kobiet, którym nie udało się zbudować fajnego związku i krzyczą o prawo do własnego brzucha oraz wychodzą się innych niedorzecznych praw. 

Być może postrzeganie feministki jako brzydkiej kobiety o skrzywionej psychice wzięło się stąd, że podczas gdy kobiety wywalczyły sobie możliwość nauki oraz pójścia do pracy wymagano od nich kobiecego wyglądu w pracy. Nie byłoby w tym nic złego gdyby np. w miejscach pracy to dobry wygląd był konieczny do zatrudnienia, a później był nie tylko gwarantem utrzymania posady, ale również jawnym zaproszeniem do molestowania. W sądach sprawy o molestowanie kobiet były rozstrzygane z korzyścią na rzecz mężczyzny, który często był ich pracodawcą, ponieważ zdanie sądu zbyt kobiecy ubiór sam w sobie jest zaproszeniem do określonych rzeczy. Paradoksem jest to, że jeżeli kobieta nie ubierałaby się kobieco to mogłaby zostać zwolniona za zbyt mało kobiecy ubiór w miejscu pracy - ot chociażby za noszenie spodni. Przykładanie wagi do odpowiedniego wyglądu kobiet przejawiało się naturalnie nie tylko w miejscu pracy, ale to zaczynało się już w szkole, kiedy to ładniejsze i szczuplejsze dziewczynki były faworyzowane, a co za tym idzie miały lepsze wyniki. 

Moim zdaniem to właśnie walka ze zjawiskiem, który nosi miano mitu urody wywołała reakcję na działania feministek, które wzbudziły zamieszanie oraz poczucie zagrożenia w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Najłatwiej jest zagrać na kobiecym poczuciu estetyki - tego, że noszą w sobie przekonanie, że powinny wymagać od siebie bardzo dużo nawet w kwestii kobiecego wyglądu, który narzucony jest im przez otoczenie - w tym również media. Brak tutaj miejsca na inność i bycie sobą, co jest bardzo przykre. 

Pisząc ten post daleko mi do sugerowania Wam, że nagle powinnyśmy przestać nosić kobiece ubrania, malować się czy zwyczajnie dbać o siebie. Sama lubię chodzić w pomalowanych paznokciach oraz od czasu do czasu robić sobie makijaż. Jednak pamiętajcie, że każda z nas jest wyjątkowa i nikt nie ma prawa narzucać nam tego czym konkretnie jest kobiecy wybór, a już na pewno nikt nie ma prawa zmuszać nas, abyśmy wpasowały się w jakiś wzór, który narzucają nam inni. Bo mamy prawo być postrzegane bardziej za to jakie jesteśmy i co umiemy, a nie przez pryzmat takiego czy innego wyboru. 

Mimo to jednak wciąż mam wrażenie, że my kobiety wymagamy od siebie bardzo dużo, bo wciąż myślimy, że musimy wyglądać ładnie i elegancko nawet kosztem wygody czy wręcz własnego zdrowia. Jednak czy naprawdę nienaganny codzienny makijaż i zbytnie przywiązywanie wagi do stroju jest takie ważne? To kwestia nad którą warto się zastanowić. 

Temat mitu urody jest rozwinięty dużo bardziej przez Naomi Wolf, w jej książce pod tym samym tytułem. Zatem jeżeli chcecie bardziej zgłębić temat, to zapraszam Was po sięgnięcie po powyższą książkę. 

piątek, 3 lipca 2015

Eveline Cosmetics, krem do precyzyjnej depilacji nóg oraz krem do depilacji nóg 9w1

Idzie lato, a że nawet ja zaczęłam się przekonywać do noszenia trochę krótszych spodni, to przyszedł najwyższy czas zadbać o swoje nogi przynajmniej na takim poziomie, aby nie odstraszały innych. Dlatego też bardzo ucieszyłam się, kiedy dostałam do przetestowania dwa kremy do depilacji nóg, bo sama z siebie nie sięgnęłabym po tego typu produkty (do tego zabiegu używam innych kosmetyków, które u mnie się sprawdzają). Niestety do tej pory miałam złe doświadczenia z takimi kosmetykami. 

W moje ręce wpadły: 
  • Eveline Cosmetics, krem do precyzyjnej depilacji nóg (po lewej), 
  • Eveline Cosmetics, krem do depilacji nóg 9w1
Eveline Cosmetics, krem do precyzyjnej depilacji nóg 

Pierwszy z tych kremów jest oparty na formule inspirowanej zabiegiem trwałej depilacji owłosienia. Ten krem ma usuwać nawet najkrótsze włoski i zapewnić natychmiastowy efekt spektakularnej gładkości nóg. Producent zapewnia, że osłabia mieszki włosowe, hamuje czynnik wzrostu włosów i sukcesywnie zmniejsza ich gładkość, powodując znaczne wydłużenie odstępów między kolejnymi zabiegami. 

Stosowanie

Wydaje mi się, że jest dość standardowe jeżeli chodzi o użycie tego typu kremów do nóg. Producent zaleca, żeby trzymać produkt na skórze od 3 do 10 minut, po czym usunąć włoski szpatułką. 

Pojemność: 125 ml

Eveline Cosmetics, krem do depilacji nóg 9w1

W przypadku tego drugiego kremu sytuacja ma się bardzo podobnie. Tenże kosmetyk ma zapewnić szybki efekt długotrwale gładkiej skóry, bez podrażnień i uczucia ściągnięcia . Krem ten zawiera substancje nawilżające, które sprawiają, że dobrze się rozprowadza oraz pozostawia skórę jedwabiście gładką oraz miękką w dotyku. 

Składnikami aktywnymi w tym produkcie są: 
  • Koenzym młodości Q10, który pobudza funkcje skóry oraz chroni ją przed szkodliwym wpływem środowiska. Przyspiesza regenerację komórek oraz doskonale nawilża. 
  • Witamina E, zwana witaminą młodości, która redukuje oznaki starzenia się skóry oraz widocznie poprawia jej kondycję. Dodatkowo ma za zadanie uelastyczniać oraz zapobiegać przesuszaniu się skóry, 
  • Alatonina mająca wspierać procesy regeneracyjne naskórka, łagodzić, koić, a także chronić skórę przed podrażnieniami. 
W tym przypadku producent zaleca nałożyć produkt na 10 min przed rozpoczęciem depilacji. 

Pojemność: 100 ml

Moja opinia 

Zdecydowałam się napisać o obu tych kremach jednocześnie, ponieważ mają bardzo podobne działanie. Jedyna różnica, która rzuca się w oczy to to, że ten mniejszy krem silniej nawilża. 

Jakie mają zalety? 
  • dobrze nawilżają, 
  • nie podrażniają, 
  • nie uczulają, 
  • jeżeli szpatułkę zastąpimy maszynką całkiem nieźle ułatwiają golenie. 

I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie to co dyskwalifikuje każdy krem do depilacji nóg (jeżeli chodzi o mnie) - w tym również dwa powyższe. A mianowicie to, że śmierdzą okrutnie, co dla mnie jest nie do przeskoczenia. Tak już mam, że jestem wyczulona na pewne zapachy - a szczególnie kosmetyków, które nakładam na ciało, a ich zapach nawet po zmyciu utrzymuje się na skórze. Nie wiem jak Wy, ale ja mam tak, że w każdym kremie do depilacji nóg po prostu szpatułki od razu idą w odstawkę - jak dla mnie one są bezużyteczne (chociaż możliwe, że wina może leżeć w tym, że to ja nie umiem ich używać ;p) 

Podsumowując: 

Gdyby nie zapach powyższe dwa produkty dla mnie byłyby całkiem dobrymi produktami do depilacji. Jednak jedną rzeczą, która przeszkadza mi w tych dwóch kosmetykach, na tyle żeby je zdyskwalifikować jest zapach. Ta cecha sprawia, że nie umiem się przełamać jeżeli chodzi o ich stosowanie - no chyba, że w przyszłości producent postanowi coś z tm zrobić ;)