wtorek, 30 czerwca 2015

James Frey, Nils Johanson - Shelton, "Endgame. Wezwanie"

O "Endgame. Wezwanie" James'a Frey'a jakiś czas temu było bardzo głośno i już od dawna miałam na nią ochotę. 

Pewnego dnia o ziemię uderza seria meteorytów. To wydarzenie dla zwykłych ludzi jest po prostu niecodziennym zjawiskiem, w którym można dopatrywać się zapowiedzi końca świata, co nie wszyscy traktują poważnie. Jednak dla kilkunastu młodych ludzi to wydarzenie jest wezwaniem do gry...gry, w której stawką jest nie tylko ich życie, ale życie ich ludu, albowiem tylko lud gracza, który zwycięży będzie żył. Reszta niechybnie zginie. 

Zatem kilkunastu młodych ludzi spotyka się w Chinach, aby rozpocząć walkę o śmieć i życie. A początek temu wydarzeniu daje spotkanie z istotą pozaziemską, która każdemu z graczy pozostawia wskazówkę. Od tego momentu zaczyna się trzymająca w napięciu historia pełna wskazówek, zagadek i szyfrów. Do tego cała powieść jest multimedialna, bo w wielu miejscach w książce są odnośniki do stron internetowych. Dlatego też obok świetnej rozrywki, powyższa książka może nam dostarczyć nie lada wyzwań, ponieważ możemy wspólnie z bohaterami rozwikływać zagadkę. 

"Endgame. Wezwanie." zafascynowało mnie swoją oryginalnością, tajemnicami i obcymi cywilizacjami, których jak dla mnie było tu za mało. Być może oryginalność tej książki przypisuję temu, że czytam bardzo mało pozycji, w które wplecione są tematy związane z kosmitami i obcymi cywilizacjami. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, a "Endgame. Wezwanie." jest idealnym początkiem dla takich laików jak ja. Jednakże ta książka jest dedykowana głównie dla młodzieży, co sprawia, że dla czytelnika w moim wieku momentami jest to uciążliwe...szczególnie jak się ma za sobą kilka książek dla młodzieży. Te momenty, o których myślę, to szczególnie sytuacja, która wywiązuje się między trójką bohaterów tejże powieści. A mianowicie jest ona - aby wziąć udział w grze porzuciła chłopaka, jednak już niej uczestnicząc poznaje innego gracza, w którym się zauroczyła. W pewnym momencie, chłopak stwierdza, że pojedzie za swoją ukochaną, aby ją wesprzeć...no i to doprowadza m. in. do sytuacji, w której dziewczyna jest rozdarta pomiędzy dwojgiem chłopaków...ten wątek bardzo przypominał mi sytuację ze "Zmierzchu", kiedy Bella jest rozdarta między wampirem a wilkołakiem, co samo w sobie jest traumatyczne:/...ale to może tylko odezwał się we mnie zabliźniony uraz po lekturze wspomnianej serii. 

Mimo to "Endgame. Wyzwanie." było dla mnie świetną i trzymającą w napięciu rozrywką, do której z przyjemnością wracałam. Ta książka jest lekką rozrywką, która może zamienić się na coś kreatywnego jeżeli tylko mamy ochotę. Podobno tłumacz przetłumaczył już na polski kolejną część, której już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że ukarze się w miarę szybko na naszym rynku, bo jestem niesamowicie ciekawa co wydarzy się dalej, mimo to, że chyba już wiem, kto może zostać zwycięskim graczem - no chyba, że autorzy mnie zaskoczą ;). 

niedziela, 28 czerwca 2015

Jak wyglądają hodowle przemysłowe zwierząt?

Od kilku lat coraz bardziej skłaniałam się do nie jedzenia mięsa. Owszem jadłam je, jednak coraz bardziej je ograniczałam, przy tym wprowadzając do swojej kuchni więcej opcji wegetariańskich. Jednak jakiś czas temu zdarzyło się coś, co sprawiło, że postanowiłam z niego całkowicie zrezygnować. A mianowicie trafiłam na książkę "W obronie zwierząt" pod redakcją P. Singera: 




Pisałam Wam o niej jakiś czas temu >>>TU<<<. W tej publikacji znalazłam treści, które skutecznie zniechęciły mnie do tego, żeby w ogóle przestać jeść mięso, chociażby ze względu na to jak wyglądają hodowle przemysłowe zwierząt. Chyba najbardziej uderzył mnie opis tego jak wygląda hodowla kur niosek: 
"Słabe światło naszych latarek czołowych ratowało nas przed wdeptaniem w rozkładające się szczątki kur, które uciekły ze swych klatek tylko po to, by wpaść do kanału i zdechnąć otoczone zewsząd gnojem. Jakieś wciąż jeszcze żywe ptaki błąkały się bez celu po kanale, z dala od automatycznych poideł i podajników karmy w klatkach nad nimi. Powoli weszliśmy po schodach tam, gdzie trzymano kury starając się nie myśleć o nieuchronności stanięcia oko w oko z koszarami systemu klatek bateryjnych. (...) Cztery rzędy klatek bateryjnych, każda mniej więcej wielkości szuflady na dokumenty i zwykle mieszcząca osiem ptaków, ustawione były po obu naszych stronach, na długości niemal stu osiemdziesięciu metrów. Wzdłuż jednego przejścia rozmieszczone było ponad dziesięć tysięcy niosek." 
M. Park, "Otwieranie klatek, otwieranie oczu. 
Dochodzenie i jawne oswobodzenie w przemysłowej hodowli jajczarskiej"
 [w:] P. Singer, "W obronie zwierząt"
Ten mały fragment sprawił, że chyba już nigdy nie kupię jajek ze sklepu - całe szczęście zdarza mi się mieć dostęp do tych wiejskich, gdzie kury biegają sobie luzem po trawie, a nie gnieżdżą się w hali, więc na razie na szczęście udaje mi się przeżyć bez tych sklepowych:). 

Dający do myślenia jest też rozdział dotyczący tego jak wygląda hodowla innych zwierząt i warunki, w których są trzymane są wręcz niewyobrażalne. Już sam opis kojców ciążowych i jarzmowych, w których trzymane są ciężarne świnie zmusza do refleksji. 
"W obu przypadkach locha nie może się poruszać, a nawet się obrócić, przez niemal cztery miesiące. Szesnaście tygodni ciąży locha spędza w wąskiej, metalowej zagrodzie, zaledwie trochę większej od niej samej. Typowe kojce ciążowe mają około 0,6 metra na 2 metry i zazwyczaj nie wykłada się ich ściółką. 
Lochę można też przykuć do betonowej podłogi za pomocą łańcuchów przyczepionych do  ciężkiego jarzma na szyi lub owiniętych wokół brzucha. Metalowe ogrodzenie wokół lochy częściowo oddziela ją od sąsiadek, co zapobiega walkom. Lochy trzymane są wystawionych rzędami kojcach ciążowych lub jarzmowych, w których mogą jedynie stać lub leżeć na niewygodnej betonowej lub rusztowej podłodze." 
C. Druce, P. Lymbery, "Zakazane w Europie" 
[w:] P. Singer, "W obronie zwierząt"

W tym samym rozdziale możemy też przeczytać, że cielęta również są przetrzymywane w podobnych warunkach - bez możliwości odwrócenia się. W tej książce jest też fragment o tym jak hoduje się cielęta przeznaczone na rzeź. Niestety nie mogłam go znaleźć, jednak zapadło mi w pamięć to, że, aby mięso było dobre, cielęta nie tylko mają bardzo ubogą dietę, ale też są głodzone.  

To co przeczytałam sprawiło, że zapragnęłam coś zmienić w moim życiu. Wiem, że może przez moje codzienne wybory przemysłowa hodowla zwierząt nagle nie zniknie, ale wierzę w to, że dzięki moim decyzjom i dzieleniu się wiedzą na ten temat będzie chociaż trochę lepiej. Mam też nadzieję, że uda mi się zachęcić kogoś przynajmniej do zminimalizowania mięsa w czyjejś codziennej diecie - a to będzie działało tylko na plus. Poniżej zostawiam Wam też dwa filmiki, które dodatkowo przekonały mnie do tego, że jestem na dobrej drodze:


Powyższy materiał jest podany w bardzo przystępnej i przyjemnej formie, jednak ten poniższy momentami zawiera dość drastyczne sceny. 


Mam nadzieję, że mój dzisiejszy post dał Wam nieco do myślenia i od dzisiaj będziecie świadomie dokonywali wyborów.

piątek, 26 czerwca 2015

Zestaw, Livioon nr. 17

Witajcie,
jak pewnie pamiętacie jakiś czas temu pisałam Wam o jednym z zapachów firmy Livioon, wspominałam Wam wtedy o zapachu nr 9. Dzisiaj chciałabym Wam również napisać Wam nieco o zestawie, który dostałam, i którego zapach podbił moje serce. Tym razem chodzi o zestaw o zapachu nr 17. W skład zestawu obok perfumy wchodzi też perfumowany żel i balsam o tym samym zapachu. 



Jak pachnie? 

W katalogu producenta przeczytamy, że perfuma o numerze 17 czarują elegancją, zmysłowością i czystością. Klasyczny aromat róży połączony z figlarną frezją, rozgrzewającym ambrem i eleganckim drzewem cedrowym tworzy kusząco nieprzyzwoitą i luksusową mieszankę. Jest to idealny zapach dla kreatywnych kobiet nie bojących się wyzwań. 

Tak jak i poprzedni zapach, ten również zamknięty jest w eleganckiej buteleczce, która bardzo ładnie wygląda na półce. Przechodząc już do samego zapachu to moim zdaniem jest on lekki - na tyle, że spokojnie można go używać latem zarówno na wieczorne wyjścia, jak i na co dzień. Sprawdzi się w pracy, jak i na spotkaniach ze znajomymi czy spotkania z rodziną. Dziewiątka, o której pisałam Wam wcześniej jest zapachem, z którym trzeba się obchodzić z ostrożnością w ciepłe dni, bo ten zapach może być po prostu duszny; jednak jeżeli chodzi o perfumę o numerze 17 nie trzeba tak bardzo przykładać uwagi do tego czy my same i osoby w naszym otoczeniu przypadkiem nie "zaduszą się" w naszym towarzystwie, kiedy będzie po prostu za ciepło. Wręcz przeciwnie - tak jak nr 9 w ciepłe dni bardziej nadawał się bardziej do klimatyzowanego biura, tak ten sprawdzi się nie tylko w biurze, ale również w momencie, w którym mamy dużo "biegania" i załatwiania różnych spraw, a przy tym mamy ciągły kontakt z ludźmi.

Jaką kobietę widzę, kiedy przymykam oczy i wącham powyższą perfumę? 

Otóż jest to kobieta, która prowadzi aktywne życie. Niekoniecznie jest to bizneswoman, która ma pod sobą ludzi, ale bardziej widzę osobę, która wykonuje kreatywny zawód i przebywa dużo wśród ludzi. Kobietę ubraną w ten zapach widzę jako osobę, która albo sama się rozwija chociażby poprzez udział w szkoleniach, albo sama je prowadzi, a dodatkowo jest na przykład odpowiedzialna za organizacje różnych wydarzeń, pozyskiwanie sponsorów itp. Jednak kobieta ubrana w ten zapach może robić cokolwiek innego, co wymaga od niej kreatywności i energii do działania. Moim zdaniem będzie on idealny dla takiej osoby ;). 

Tak jak pisałam w zestawie jest również żel i balsam o takim samym zapachu. I tak jak żelu nie bałam się tak bardzo - bo jest to kosmetyk od którego wymagam, żeby mył i nie podrażniał, ani nie uczulał, tak co do balsamu miałam wątpliwości. A to dlatego, że moje doświadczenia jeżeli chodzi o balsamy perfumowane są takie, że jak do tej pory z moją skórą nie robiły zupełnie nic. W tym przypadku balsam zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Nie dość, że zapach nie jest nachalny po nałożeniu go na skórę, to jeszcze po jego użyciu dostałam lekko nawilżoną skórę i szybko wchłaniający się produkt, co latem jest niewątpliwą zaletą. Natomiast jeżeli chodzi o żel to spełnia swoją rolę - myje, ma ładny nienachalny zapach i w żaden sposób nie podrażnił i nie uczulił mojej skóry. 

Zestaw jest zapakowany w czarne i eleganckie pudełko, które samo w sobie sprawia, że mamy poczucie, że dostajemy do ręki coś eleganckiego. Tak zapakowane kosmetyki stanowią świetny prezent, szczególnie dla tych z kobiet, które zwracają uwagę na drobiazgi i lubią być dopieszczane formą, w której dostają prezenty. Jednak również kiedy my same sobie go zamawiamy także bardziej cieszy nas elegancka forma, w której zostały nam dostarczone kosmetyki. 

środa, 24 czerwca 2015

Idealny duet na lato od Eveline.

Nie da się ukryć, że mamy lato w pełni, chociaż pogoda może być dla niektórych z Was mało zadowalająca. Dzisiaj mam dla Was kilka słów o idealnym duecie z Eveline na lato...w ciepłe dni idealnie podkreśla otaczającą nas aurę, a w te deszczowe nadaje nieco koloru pochmurnemu dniu. 


Na pierwszy ogień idzie lakier do paznokci z serii miniMax o nr 804

pojemność: 5 ml, 
cena: 5, 99 zł, 
dostępność: drogerie,


Jest to szybkoschnący i długotrwały lakier, którego kolor określiłabym jako neonowy róż wpadający w koral. Jego kolor w pewnym stopniu uzależniony jest od światła. W sztucznym oświetleniu wpada w tony koralowe, a w dziennym jest różowy. Sama sobie pewnie nie wybrałabym tego koloru, ponieważ wśród moich lakierów znajdują się głównie odcienie czerwieni, pomarańczy i niebieskiego. Jednak dzięki temu, że go dostałam, przełamała się i moja kolekcja lakierów powoli zaczęła nabierać barw :). A to dlatego, że ten niepozornie wyglądający lakier pomógł mi się przełamać, a do tego wytrzymuje na moich paznokciach więcej niż te, których do tej pory używałam. Bo wytrzymuje on na moich paznokciach 3 - 4 dni bez dodatkowych utrwalaczy, co jak się okazuje w moim przypadku, wcale nie jest takie łatwe. Dodatkowo mała pojemność sprawia, że łatwiej nam go wykorzystać bez obawy, że część kosmetyku się zeschnie i zmarnuje. Dodatkowo świetnie łączy się z innymi pastelowymi kolorami np. z miętowym :).

Myślę, że jak tylko znajdę gdzieś te lakiery u siebie w mieście, to dokupię sobie więcej kolorów. 

Do powyższego lakieru idealnie pasuje błyszczyk z Eveline, z serii BB Magic Gloss w kolorze 102:


Cena: 10,14 zł. (informacja ze str. http://sklep.eveline.eu/
Pojemność: 9 ml, 
Dostępność: drogerie


Zacznijmy od dobrych stron. Błyszczyk ma bardzo delikatny kolor i można go łączyć ze szminką. W tym przypadku bardzo lubię go w parze z jakąś pomadką nude. Poza tym ładnie pachnie. Jednakże niestety na tym plus się kończą. Dla mnie ten błyszczyk ma bardzo nieporęczne opakowanie. Dużo lepsza opcja byłaby, jakby było ono krótsze, a szersze. Wyszłoby to tylko na plus również patyczkowi, którym łatwiej nakładać błyszczyk kiedy ma mniejszą długość. Jakby tego było mało to masakrcznie się klei czego nie lubię, bo nie tylko mam lepkie usta, ale też kleją się do nich również moje włosy. Chociaż, gdyby ten błyszczyk tak bardzo się nie kleił to już nie byłoby tak źle;].  Szkoda, że ten produkt nie jest zbytnio udany, ale mam nadzieję, że to tylko kwestia dopracowania;]. Chociaż swoją drogą spotkałam się też z tym, że niektórym osobom nie przeszkadza lepienie się w błyszczykach, więc to chyba też kwestia gustu ;). Naturalnie wykorzystam ten błyszczyk, bo idealnie komponuje się nie tylko z lakierem, o którym pisałam na początki, ale generalnie pasuje mi do wielu makijaży, które robię sobie na co dzień. 


Dajcie znać czy coś przykuło Waszą uwagę i czy lubicie dobierać kolorystycznie np. paznokcie do ust, albo oczu? 

poniedziałek, 22 czerwca 2015

A. Marini, "Kiedy śpisz"

Są książki, które dają do myślenia i sprawiają, że spostrzegasz, jak łatwo wkraść się w Twoje życie i nie tylko żyć nim, ale koegzystować z Tobą, bez Twojej świadomości. Każdy z nas niby zdaje sobie sprawę z zagrożeń, które czają się w naszym życiu codziennym. Staramy się unikać groźnych dla nas sytuacji, coraz bardziej pilnujemy się z tym co ujawniamy w Internecie itp. 

Jednak "Kiedy śpisz" Alberto Marini sprawia, że człowiek uświadamia sobie jak łatwo zdobyć jego zaufanie i osłabić czujność w momencie, kiedy mijamy kogoś niemalże codziennie. 

Cillian jest konsjerżem w jednym z luksusowych budynków mieszkalnych w Nowym Jorku. Mężczyzna jest zagubionym człowiekiem, niemogącym zaznać w życiu szczęścia. Zwykle swój dzień zaczyna od rytuału, który nazywa rosyjską ruletką. Cillian wylicza sobie powody, dla których warto żyć, a nie skoczyć z dachu apartamentowca, w którym pracuje. Przy życiu trzyma go jedynie sprawianie cierpienia innym...szczególnie upatrzył sobie Clarę - wiecznie uśmiechniętą i szczęśliwą kobietę, która stanowi jego przeciwieństwo. Cillian postanawia sprawić, aby zetrzeć jej uśmiech z twarzy. Zaczyna żyć jej życiem, spać w jej łóżku, korzystać z jej szczoteczki. Robi też wiele innych rzeczy podczas gdy kobieta śpi we własnym łóżku dodatkowo otumaniona chloroformem...jednak prześladowcy Clary nocne wizyty w jej mieszkaniu w końcu przestają wystarczać, a to nie może oznaczać nic dobrego. 

Alberto Marini nie raz bulwersuje, chociaż momentami snuje dość naiwną historię, która mimo wszystko mogłaby się wydarzyć naprawdę. I właśnie to jest w niej najbardziej przerażające - ta nagła świadomość, że każdy z nas może mieć w swoim otoczeniu takiego stalkera, który zrobi wszystko, żeby jak najbardziej uprzykrzyć życie każdemu napotkanemu uprzykrzyć życie. Śledząc poczynania Ciliana jednocześnie jesteśmy oburzeni jego działaniami i współczujemy mu - dlatego, że nie umie być szczęśliwy, nie raniąc innych. Przy swoim okrucieństwie jest jednocześnie bezradny i niezdarny, co w jakiś sposób sprawia, że widzimy w nim bardziej zagubionego człowieka, niż sadystycznego psychopatę, którego cechy przejawia. 

Reasumując. 

"Kiedy śpisz" jest świetną, chociaż momentami nawiną powieścią o okrucieństwie i obsesji, która może zniszczyć życie nie tylko naszemu otoczeniu, ale przede wszystkim nam samym. Jeżeli lubicie thrillery psychologiczne to na pewno Wam się spodoba. 

sobota, 20 czerwca 2015

Pasta do kanapek z kalafiora, z dodatkiem przypraw.

Pod ostatnią notką, w której wspominałam o wegetarianizmie  Siewca wspomniał, że mięsożercy mają więcej dań do wyboru, bo nie wymyślają i jedzą wszystko, a wegetarianie tylko siebie sami ograniczają. Może coś w tym jest, ale z tym ograniczaniem się to bym się kłóciła - od kiedy zminimalizowałam jedzenie mięsa jem bardziej różnorodnie niż w momencie, w którym je jadłam dość regularnie. 

Dzisiaj chciałabym "sprzedać" Wam przepis na pastę do chleba, który podpatrzyłam na blogu http://www.jadlonomia.com/, tylko nieco go zmodyfikowałam. A mianowicie jest to przepis na pastę z pieczonego kalafiora. 


Składniki:
  • 1 mały kalafior
  • 1 łyżeczka kurkumy 
  • sól
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • 1/4 łyżeczki zmielonych ziaren kolendry
  • 1/4 łyżeczki chili
  • 1 - 2 łyżki oleju roślinnego
  • 2 - 3 łyżki oleju do dodania przed zblendowaniem składników na pastę
  • garść uprażonych ziaren słonecznika
  • sól i czarny pieprz
Przygotowanie:
  1. Piekarnik rozgrzać do 200 stopni. W niedużym garnku zagotować osoloną wodę z łyżeczką kurkumy. Kalafiora podzielić na nieduże różyczki i włożyć do gotującej się wody na 2 minuty. 
  2. Kalafiora odcedzić i przełożyć na blachę do pieczenia lub naczynia żaroodpodnego. Obsypać przyprawami, skropić olejem i dokładnie natrzeć tak, aby kalafior cały pokrył się przyprawami. Wsunąć do piekarnika i piec przez 18 - 20 minut do czasu, aż będzie można z łatwością nabić go na widelec. 
  3. Upieczonego kalafiora wyjąć z piekarnika, przełożyć do miski i zblendować z kilkoma łyżkami oleju i podprażonym słonecznikiem. Doprawić do smaku solą i czarnym pieprzem, odstawić do schłodzenia. Zamiast blendowania ziaren słonecznika razem z pastą można nimi posypać naszą kanapkę. 
  4. Schłodzoną pastę smarować ulubione pieczywo.
Z tej porcji składników pasty wychodzi mi na 350gramowy słoik po Nutelli ;]. Jeżeli chodzi o smak na pewno jest dość oryginalny, bo smakuje dość... orzechowo, słoneczniowo? - chyba zależy co dodamy do kalafiora;] Mimo wszystko to ciekawy smak, do którego mam ochotę powracać.

piątek, 19 czerwca 2015

Moja wieczorna pielęgnacja.

Jakiś czas temu pisałam Wam o swojej porannej pielęgnacji. Dzisiaj przyszedł czas, żeby podzielić się z Wami tym co stosuję wieczorem. W tym przypadku jest tego nieco więcej, bo wieczór jest czasem, kiedy można poświęcić swojej skórze nieco więcej uwagi. 


Podczas wieczornej pielęgnacji używam tego samego żelu do mycia twarzy co rano, którego mam już resztkę i jeżeli nie mam czasu rano z robić peelingu, to robię go wieczorem;]. Dalej używam tego peelingu, o którym pisałam Wam w porannej pielęgnacji. Na tym podobieństwa się kończą. 

Jeżeli mam makijaż to moja wieczorna pielęgnacja zaczyna się od tak oczywistego kroku jak: 

                                                         Demakijaż:


Na początku był płyn micelarny przeciw przesuszaniu z Mixy. Który sam w sobie doskonale radził sobie z moim makijażem, tym bardziej, że ten ostatni zwykle nie jest wodoodporny, ani zbyt mocny. Ten płyn jak dotąd mnie nie podrażnił, ani nie uczulił więc jest ok. Jednak od kiedy na nasączony płynem wacik zaczęłam dodawać nieco Odbudowującej kuracji do twarzy, szyi i dekoltu od Evree mój standardowy demakijaż nabrał nowego wymiaru.  Mój demakijaż nie tylko stał się szybszy, ale tak na prawdę po zmyciu swojej tapety z twarzy i ponownym przetarciu skóry wacikiem nasączony kuracją od Evree moje mycie twarzy i pielęgnacja mogłaby się skończyć. I czasem faktycznie tak robię. Że po demakijażu i myciu tym olejkiem już nie robię nic. Jednak nie zawsze - mimo wszystko obawiam się, że przy dłuższych tego typu praktykach mogłabym zapchać swoją skórę. Dlatego też zazwyczaj po demakijażu oczyszczam twarz kosmetykami, o których pisałam Wam w notce o mojej porannej pielęgnacji


Jednak różnice w mojej pielęgnacji wracają przy takiej czynności jak



tonizowanie skóry, 



do którego używam hibiskusowego toniku do twarzy od Sylveco. Ten produkt ma skutecznie chronić skórę przed utratą wilgoci zapewniając jej odpowiedni poziom nawilżenia. Ten tonik ma lekką żelową formułę i ma za zadanie odświeżać, zmiękczać oraz łagodzić podrażnienia. 


Kiedy oglądałam opinie dziewczyn z YouTube na temat tego toniku dowiedziałam się, że wielu z nich wygodniej jest go stosować po prostu wylewając nieco produktu na rękę i wmasować go w twarz. Wypróbowałam zarówno ten sposób, jak i ten tradycyjny z wacikiem i zdecydowanie bardziej pasuje mi ten niestandardowy sposób użycia. 



Faktycznie tonik jest bardzo delikatny i przy dłuższym stosowaniu zauważa się, że ma lekkie właściwości nawilżające... Dodatkowo jest bardzo wydajny, co działa tylko na plus. Jedyną wadą może okazać się tylko jego mało przyjemny, ziołowy zapach. Jednak po naniesieniu tego kosmetyku na skórę szybko znika. 



Kiedy demakijaż, mycie i tonizowanie twarzy mam już za sobą, to sięgam po wyciszające serum do twarzy, szyi i dekoltu z BingoSpa




Jest to pomocny kosmetyk, szczególnie właśnie w tym bardzo słonecznym okresie, bo pomaga mi uspokoić skórę po kontakcie ze słońcem. Więcej macie w podlinkowanej wyżej notce. 


Ostatnim krokiem w mojej wieczornej pielęgnacji jest nałożenie kremu na noc. Aktualnie używam przeciwzmarszczkowy krem odżywczo - łagodzący na noc, z olejkiem arganowym i kozim mlekiem, z Eveline Cosmetics. 




Jest to dość bogaty krem, więc czasem jak widzę, że wystarcza mi tylko nałożenie serum, o którym pisałam wcześniej, po prostu pomijam go w pielęgnacji. Dzieje się tak szczególnie w bardzo upalne dni, gdyż mojej skórze nie potrzebne jest wtedy mocne nawilżenie.

Wiem, że być może wydaje się Wam to dużo jednak tak na prawdę jest to niezbędna pielęgnacja dla mojej skóry, która staram się stosować codziennie. Jeżeli nie mam żadnej kuracji do twarzy w postaci serum, bo zwyczajnie szkoda mi na nie kasy, to nic wielkiego się nie dzieje, gdyż moim zdaniem ten krok w pielęgnacji twarzy może być z powodzeniem pominięty - szczególnie wtedy, kiedy używamy silniejszego niż normalnie kremu. 

środa, 17 czerwca 2015

P. Singer, "W obronie zwierząt"

Cieszę się, że moja ostatnia notka wzbudziła na tyle zainteresowania, że wywiązała się pod nią dyskusja. Z tego co zauważyłam mimo to, że dużo mówi się o wegetarianizmie i hodowli przemysłowej, to nie zawsze ten temat ma szerszy odbiór. Mam nadzieję, że mi uda się dołożyć swoją cegiełkę. Dlatego też dzisiaj o książce, o której do tej pory tylko wspominałam, a mianowicie o "W obronie zwierząt" pod redakcją Petera Singera. 

Opowieści o książkach, które zmieniają życie już dawno odłożyłam między baśnie. Albowiem niewielu moli książkowych znalazło powieść bądź inną publikację, która na tyle odcisnęła na nich swoje piętno, że postanowili pod jej wpływem zmienić swoje życie. Jednak moje zdanie zmieniło się w momencie, w którym sięgnęłam po wyżej wspomnianą publikację. 

Powyższa książka jest zbiorem naukowych publikacji, które traktują m. in. o tym skąd wzięło się takie a nie inne postrzeganie zwierząt przez ludzi, o hodowli przemysłowej i przemyśle jajecznym. W "W obronie zwierząt" znajdziecie też inne rozważania etyczne odnoszące się do zwierząt. 

Najbardziej dające do myślenia są naturalnie te artykuły naukowe odnoszące się do rzeczywistości. Oto jeden z nich: 

"Słabe światło naszych latarek czołowych ratowało nas przed wdeptaniem w rozkładające się szczątki kur, które uciekły ze swych klatek tylko po to, by wpaść do kanału i zdechnąć otoczone zewsząd gnojem. Jakieś wciąż jeszcze żywe ptaki błąkały się bez celu po kanale, z dala od automatycznych poideł i podajników karmy w klatkach nad nimi. Powoli weszliśmy po schodach tam, gdzie trzymano kury starając się nie myśleć o nieuchronności stanięcia oko w oko z koszarami systemu klatek bateryjnych. (...) Cztery rzędy klatek bateryjnych, każda mniej więcej wielkości szuflady na dokumenty i zwykle mieszcząca osiem ptaków, ustawione były po obu naszych stronach, na długości niemal stu osiemdziesięciu metrów. Wzdłuż jednego przejścia rozmieszczone było ponad dziesięć tysięcy niosek." 
M. Park, "Otwieranie klatek, otwieranie oczu. 
Dochodzenie i jawne oswobodzenie w przemysłowej hodowli jajczarskiej"
 [w:] P. Singer, "W obronie zwierząt"

Powyższy opis odnosi się do hodowli przemysłowej kur, które produkowały (bo inaczej tego się nazwać nie da) jajka, które później lądowały na półkach w sklepach. Już sam opis hodowli kur sprawiał, że się odechciewa jeść nie tylko mięso, ale też jajka i inne produkty odzwierzęce.

W tej książce podobnych opisów znajdziecie więcej. Jednak powyższa publikacja pozwala również zrozumieć chociażby jaki wpływ ma nasza religia na kształtowanie naszego podejścia do zwierząt oraz zmusza do refleksji m. in. nad tym jak odczuwają i odbierają otoczenia inne niż my zwierzęta. 

"W obronie zwierząt" to dla mnie bardzo ważna książka, ponieważ pomogła mi w podjęciu decyzji, z którą tak na prawdę nosiłam się od lat i spokojnie mogę powiedzieć, że wpłynęła na moje życie dość znacząco, bo właśnie jestem na chwilę przed przewróceniem swojego życia do góry nogami. 

Na koniec powiem Wam jeszcze, że żałuję, że taki przedmiot jak etyka na studiach jest zapchajdziurą. Pamiętam jak nasz wykładowca tłumaczył nam, że rosół powinien być klarowny, albo honor był wtedy jak mężczyzna rzucał rękawice drugiemu za obrazę jego lubej. No sorry - ale dla mnie to są nikomu niepotrzebne bzdety, które tylko marnowały nasz czas. Dużo inaczej by było, gdyby nasz szacowny dr hab. chociażby inicjował dyskusję na tematy zawarte w powyższej publikacji i podsuwał nam również inne tematy. Etyka nie byłaby wtedy ciągnącą się w nieskończoność męczarnią. 

Szczęśliwie odkryłam P. Singera i mam nadzieję, że dzięki niemu odkryję innych etyków, którzy dadzą mi do myślenia i pozwolą mi nadrobić stracony czas. Tymczasem nawet jeżeli Wasza etyka na studiach była spoko, to i tak sięgnijcie, bo może się okazać, że i Wami ta książka potrząśnie równie mocno jak mną.  

wtorek, 16 czerwca 2015

Ten straszny wegetarianizm...

Jakiś czas temu zaczęłam się interesować zdrowym żywieniem, a co za tym idzie wegetarianizmem i weganizmem. Nie tylko ze względu na względy zdrowotne, ale również moralne. Zauważyłam, że to w jaki sposób się odżywiamy nie tylko wzbudza zainteresowanie innych, ale także potrafi być kontrowersyjne na równi z religią, orientacją seksualną czy też polityką, Generalnie zauważyłam dwie kwestie. 

1. To, że ktoś pisze, że odżywia się zdrowo to od razu wszyscy myślą, że się odchudza. Otóż nie - zdrowe odżywianie nie koniecznie musi się wiązać z dietą odchudzającą. Człowiek, który mówi/pisze, że zdrowo się odżywia po prostu stara się sobie dostarczać odpowiednich wartości odżywczych minimalizując te niezdrowe. Jasne?

2. Niestandardowe diety sprawiają, że ludzie na tych "normalnych" bardzo starają się nawrócić innych na jedyną słuszną dietę. 

Myślę tu głównie o wegetarianach i weganach, którzy muszą odnaleźć się w mięsożernym świecie. Ci pierwsi są niestety w mniejszości, więc siłą rzeczy spotykają się z zainteresowaniem, ale też zdziwieniem mięsożerców, że ci inni nie jedzą mięsa i jeszcze żyją! Wegetarianizm postrzegany jest jako dieta postna lub taka na której nie ma co jeść. Dodatkowo mam wrażenie, że bezmięsne diety nie spotykają się z akceptacją innych i zapominam nawet o naszych bliskich, którzy nie jedzą mięsa. Chyba łatwiej ugościć nam alergika niż wegetarianina, bo tego pierwszego jesteśmy w stanie zrozumieć. Ale dlaczego tego drugiego nie?

Mam wrażenie, że zwykle zapominamy, iż każdy z nas ma prawo do innego zachowania - w tym odżywiania się...szczególnie jeżeli nie robi nikomu krzywdy. Oczywiście powyżej bardzo uogólniłam, bo wielu ludzi po prostu nie interesuje się czyimś talerzem. Ja jednak chciałabym temat wegetarianizmu i weganizmu podejmować tu częściej, bo to temat rzeka.
Na początek zaczęłam od zdobywania informacji na ten temat, przez oglądanie filmików na YT i zdobywanie wiedzy na powyższy temat. Zaczęłam od lektury: 
"W obronie zwierząt" pod red. P. Singera: 


Jak skończę ją czytać to na pewno napiszę o niej więcej. Tymczasem poniżej zostawiam Wam dwa filmiki, które powinny dać nam wszystkim nieco do myślenia. Od razu Wam mówię, że przynajmniej ten drugi filmik jest dość drastyczny, więc jeśli macie wrażliwe żołądki to zastanówcie się czy chcecie to oglądać. 




Na koniec jeszcze Wam tylko wspomnę, że odkąd pamiętam wolałam bezmięsne jedzenie i chyba w końcu nadchodzi ten czas, w którym należy podjąć właściwe decyzje w swoim życiu... 3majcie za mnie kciuki. 

niedziela, 14 czerwca 2015

M. Elsberg, "Blackout"

Rozwój technologii sprawia, że możemy żyć całkiem wygodnie. Mamy jedzenie w sklepach, czystą wodę w kranach, szeroki dostęp do informacji i przeróżne formy komunikacji oraz podróżowania. Jednakże niestety coraz bardziej uzależniamy się od technologii i...prądu. 

A co jeśli, któregoś dnia, ktoś wyłączyłby prąd...nie tak na chwilę, ale na dłużej? Wyobraźcie sobie, że nie macie dostępu do pieniędzy (nie bardzo możecie je wybrać, a kartą płacić też nie możecie), jedzenia, internetu...ba! nawet nie możecie podładować baterii w swoim telefonie czy spuścić wody w ubikacji... Jeden ze scenariuszy tego co mogłoby się dziać po takiej "awarii" opisał Marc Elsberg w książce zatytułowanej "Blackout". 

Otóż pewnego dnia w całej Europie następuje przerwa w dostawie prądu. Na początku ludzie myślą, że jest to tylko chwilowe. Jednakże szybko staje się jasne, że ten stan rzeczy utrzyma się dłużej. Niemalże już od samego początku włoski informatyk oraz były haker Piero Manzano podejrzewa, że może być to zmasowany elektroniczny atak terrorystyczny. Mężczyzna usiłuje ostrzec władze, jednak w pewnym momencie sam zostaje uznany za podejrzanego. W próbie rozwiązania zagadki stara się mu pomóc Lauren Shannon, która jest dziennikarką. Jednak im bliżej prawdy będą się znajdować, tym większe będzie ich zaskoczenie oraz niebezpieczeństwo, na które się narażają. 

Tymczasem Europa pogrąża się w ciemności, a ludzie muszą zmagać się z brakiem podstawowych środków do życia: wody, jedzenia, ogrzewania i leków. W tej sytuacji wystarczy zaledwie kilka dni, aby zapanował chaos. W tym całym zamieszaniu władze i odpowiedni specjaliści podejmują dramatyczną walkę o to, aby świat znów wyglądał tak jak dawniej. Co nie jest łatwe ze względu na wzburzony tłum, uciekających więźniów z więzień oraz groźby atomowego zagrożenia z ledwo działających elektrowni...

Marc Elsberg stworzył bardzo realistyczną opowieść, która dała mi do myślenia i sprawiła, że zaczęłam marzyć o własnym domku gdzieś na wsi z własną studnią, oraz zasilaniem słonecznym i wielką spiżarnią z górą jedzenia. Autor w bardzo obrazowy sposób roztacza przed czytelnikiem wizję wojny - tak, tak wojny -, w której nie potrzebna jest jakakolwiek armia czy uzbrojenie. Wystarczy dostęp do Internetu, trochę kreatywności, wysoka inteligencja oraz zastrzyk gotówki, aby skutecznie sparaliżować dowolne państwo lub kontynent (albo dwa) na Ziemi. I jak się okazuje system niekoniecznie musi być rozpierniczony przez konkretny kraj wystarczy, że...a nie - to już musicie doczytać sami;p. 

W "Blackout" znajdziecie historię, która rozwija się w spokojnym tempie, jednak z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej przerażająca. A to dlatego, że człowiek uświadamia sobie to, jak łatwo można zniszczyć ten świat, który znamy, wykorzystując to co sprawia, że nasza cywilizacja może się rozwijać, bo możemy w łatwy sposób załatwić swoje potrzeby biologiczne. 

Powyższa powieść jest nie tylko świetnym thrillerem, ale także książką, która zmusza nas do refleksji i zastanowienia się nad własnym życiem. Powinni po nią sięgnąć wszyscy - łącznie z politykami i osobami odpowiedzialnymi za dostarczanie energii...

piątek, 12 czerwca 2015

Livioon nr 9

Witajcie, 
dzisiaj mam dla Was kilka słów jednej z tych rzeczy, które tygryski lubią najbardziej. A mianowicie o zapachu numer 9 od Livioon

Jest to zapach, który należy do świeżej kategorii zapachowej, która zawiera nuty cytrynowe. 

Według producenta jest to ponadczasowy i uniwersalny zapach przeznaczony dla młodych, aktywnych osób. Charakteryzuje go zmysłowość, harmonia, świeżość oraz siła. 

Wśród nut zapachowych znajdują się: ekstrakt jaśminowy, świeże tony melona i papai, które połączone są z esencjami jantaru i mchu, co sprawia, że te perfumy zyskują na wyjątkowości. 

Powyższy zapach spodoba się szczególnie tym z Was, które lubią w perfumach zdecydowane, nieco męskie, aczkolwiek świeże nuty. Mnie jako tej kobiecie, którą często to właśnie męskie zapachy podobają się bardziej niż kobiece taka sytuacja bardzo odpowiada. Niewątpliwą zaletą jest trwałość tego zapachu na mojej skórze oraz to, że mimo wszystko delikatnie czuję go na sobie w ciągu dnia. 

Moim zdaniem zapach 9 od Livioon sprawdzi się równie dobrze do pracy, jak i na wieczorne wyjście; jednak w upalne dni nie przesadzałabym z nim zbytnio, ponieważ może się okazać duszący. Jednakże jeżeli np. pracujecie w klimatyzowanym pomieszczeniu to spokojnie możecie go użyć rano, ponieważ  w chłodnym pomieszczeniu będzie pięknie pachniał, a jak już wyjdziecie z pracy zapach na Waszym ciele nie będzie tak intensywny, więc żaden nos nie ucierpi. 

Jaką kobietę widzę kiedy wącham ten zapach i przymykam oczy? 

Na pewno jest to kobieta sukcesu, która lubi elegancko się ubrać. Możliwe, że prowadzi swój własny biznes lub zajmuje wysokie i odpowiedzialne stanowisko. Poza tym jest to kobieta ładna i pełna seksapilu, za którą ukradkiem oglądają się mężczyźni. 
Mnie ten zapach na pewno przypadł do gustu, chociaż dużo chętniej sięgam po niego, kiedy mam ważne wyjście, uroczystość rodzinną, ważną rozmowę lub też najzwyczajniej w świecie randkę niż w codziennych sytuacjach. 
To nie jest perfuma, która spodoba się Wam wszystkim, ponieważ jest jednak dość specyficzna. Jednakże moje serce podbiła nie tylko swoją wyjątkowością leżącą w zapachu, ale w prostym i eleganckim flakoniku, który wykończony jest kryształkami, co sprawia, że przy okazji jest również ozdobą nocnego stolika. 

Pojemność: 50 ml, 
Cena: 55 zł, 
Dostępność:  konsultanci marki Livioon. 

Jeżeli nie macie dostępu do kosmetyków marki, a chcecie mieć 30% zniżki na ich produkty to konsultantem można zostać tak... 

Wystarczy wejść na stronę:  http://217.8.167.49/dystrybutorzy/rejestracja.aspx wypełnić swoje dane, w polu: Mam już zestaw startowy. Starter Kit Nr: …………… wpisać hasło: Livioon. Normalnie rejestracji trzeba zakupić zestaw startowy, jednakże do końca czerwca istnieje możliwość zarejestrowania się bez jego zakupu:). 

Korzyści?
  • zakup perfum z 30% zniżką, 
  • możliwość zarobienia jeżeli zdecydujecie się sprzedawać perfumy innym :). 

czwartek, 11 czerwca 2015

Stos czerwcowy 2015

Witajcie, 
dzisiaj mam dla Was mały stosik z ostatnich dni: 


Od góry:

  1. Opal Carew "Fantazje w trójkącie",
  2. Dag Qistein Endsjo "Seks a religia",
  3. Lena Dunham, "Nie taka dziewczyna", 
  4. Naomi Wolf, "Wagina. Nowa biografia.",
  5. Peter Singer, Jum Mason, "Etyka, a to co jemy"
  6. Peter Singer (red), "W obronie zwierząt"
Mam nadzieję, że będzie mi się dobrze czytać i niebawem będziecie mogli przeczytać recenzje poszczególnych książek. Poza tym ostatnio nieco przerzucam się z zainteresowaniami książkowymi na literaturę feministyczną, więc mam nadzieję, że tego będzie więcej nie tylko u mnie na blogu, ale również, w mojej domowej biblioteczce:). Poza tym jak widzicie są też książki odwołujące się chociażby do etyki...szczególnie właśnie tych dwóch ostatnich pozycji ze stosiku jestem bardzo ciekawa, bo podobno mają siłę rażenia. Dajcie znać czy coś znacie;]. 

Poza tym wczoraj zawitał u mnie Pan Kurier i przyniósł "mały" prezencik: 


Tym razem dostało się też coś mojej drugiej połowie ;).

wtorek, 9 czerwca 2015

BingoSpa, Wyciszające serum do suchej skóry, twarz/szyja/dekolt

Witajcie, 
dzisiaj przyszedł czas na kilka słów o wyciszającym serum do skóry suchej, na twarz, szyję i dekolt, z BingoSpa. 

Cena: 39,99 (w promocji)
Pojemność: 150 g. 

W skrócie o produkcie: 

Powyższe serum to efektywna kuracja dla skóry, która straciła swój blask i wigor. Bogata kompozycja substancji czynnych ma za zadanie pobudzić naturalną witalność komórek, hamować powstawanie zmarszczek oraz głęboko nawilżać i wygładzać. W efekcie nasza skóra ma zyskać na sprężystości i elastyczności. Dodatkowo to serum ma intensywnie odżywiać oraz sprawić, że nasza skóra zyska wypoczęty wygląd ez oznak zmęczenia i stresu. 

Składniki aktywne: 

  • Olej ryżowy - działanie nawilżające. Powstrzymuje procesy starzenia i przyspiesza powstanie nowych komórek, zawiera naturalne filtry UV. Działa ochronnie. 
  • Olej ze słodkich migdałów - jeden z najlepszych emolientów. Wzmacnia barierę ochronną naskórka, poprawiając nawilżenie skóry. Odżywia i zmiękcza naskórek. 
  • Olej z orzechów laskowych - szybko i głęboko wnika w skórę, powoduje, że staje się miękka i elastyczna. Wzmacnia ściany naczynek krwionośnych, przyspiesza regenerację naskórka oraz pobudza krążenie. 
  • Olej arganowy - nawilża suchą skórę oraz łagodzi wrażliwą. Tworzy ochronny film na skórze oraz wygładza, napina i ujędrnia dojrzałą skórę. 
  • D-panthenol - działa łagodząco na podrażnienia oraz nawilżająco. Zmniejsza utratę wody przez naskórek i utrzymuje nawilżanie w skórze. 
  • Pheohydrane - kompleks mikroalgi Chlorella Vulgaris i hydrolizowanego alginu w wodzie morskiej. Działa silnie nawilżająco oraz utrzymuje długotrwałe nawilżenie w naskórku. 
  • Witamina E - chroni skórę przed wolnymi rodnikami oraz skutkami promieniowania UV. Poprawia jej jędrność i zapobiega przedwczesnemu powstawaniu zmarszczek i zapobiega powstawaniu obrzęków.

Zanim zaczęły się upały serum używałam tylko na noc pod krem oraz po peelingu czy też maseczce oczyszczającej. Jednak w miarę jak robiło się cieplej włączyłam go również do porannej pielęgnacji pod krem. Tak to już jest, że latem moja skóra potrzebuje nie tylko dobrego nawilżenia, ale również dodatkowej ochrony. To serum nie uchroniło mnie od zaczerwienień od ostrego słońca, jednak miałam wrażenie, że moja skóra przynajmniej mi się nie odwania. Poza tym na + jest to, że powyższy produkt moim zdaniem wzmacnia moje kremy, co bardzo przydawało mi się szczególnie w czasie, kiedy było jeszcze nieco zimniej. 

Dodatkowo po użyciu tego serum po peelingu lub jakiejś oczyszczającej maseczce miałam poczucie, że ten produkt uspokaja moją skórę. 

Ten produkt idealnie sprawdza się też pod makijaż - nawet w ciepłe dni. Nawilża skórę przed nałożeniem podkładu, a później nie roluje się. 

Podsumowując: 

Serum wyciszające od BingoSpa bardzo dobrze poradziło sobie z nawilżaniem mojej skóry oraz wyciszaniem ewentualnych zaczerwienień i podrażnień po zabiegach oczyszczających. Dodatkowym plusem jest wydajność, co sprawia, że ten kosmetyk może nam służyć na długo. 

Ciężko jest zaobserwować przeciwdziałanie powstawaniu zmarszczek czy ochronę przed skutkami promieniowania UV, dlatego też nie sposób jest pisać na ten temat. 

Polecam tym z Was, którzy tak jak ja mają suchą skórę, która jest podatna na podrażnienia.

niedziela, 7 czerwca 2015

B. Krupska, "Przygody Euzebiusza"


Witajcie, 

dziś o tej porze osobiście pewnie jeszcze jestem offline po wczorajszym weselu - nie, nie swoim, jednak chciałabym Wam przedstawić Euzebiusza...pierwszego i ostatniego Euzebiusza na świecie. Ta wyjątkowa i jedyna istota zaraz po urodzeniu wyrusza w pełną przygód oraz nowych znajomości podróż. Poszukuje ona innych Euzebiuszy - albo chociaż ciekawych przyjaciół. Na swojej drodze trafia na małego Koguta, Lisa mówiącego dużymi literami oraz wiele innych stworzeń, które inspirują Euzebiusza do odkrywania swoich umiejętności. Od swoich nowych przyjaciół dowiaduje się np. tego, jak pożyteczne jest pływanie, czytanie, liczenie czy budowanie domu. Euzebiusz uczy się również zarozumiałości, bycia trochę-kretem i udzielania pomocy. Poznaje też działanie tabletki na pięknotę oraz cud jakim jest sprawianie bliskim przyjemności.

Co podoba mi się w książce? 
  • Dzieci mogą nauczyć się, że bycie innym nie oznacza wcale bycia gorszym, ale może oznaczać, że ktoś jest wyjątkowy, 
  • Ładne wydanie - w tej książce podoba mi się wszystko począwszy od okładki po ilustracje na poszczególnych stronach, 
  • Euzebiusz - jest niesamowity:). Mimo tego, że przez swoją inność mógłby czuć się samotny, taki nie jest - otwiera się na innych, nowe znajomości i wiedzę, którą ze sobą niosą ;). Dlatego też dzieciaki, które same jakoś się wyróżniają mogą zobaczyć, że w tym może tkwić ich potencjał,
  • Poznanie różnorodności cech. Dzieci mogą zobaczyć, że pewnych rzeczy uczymy się w praktyce  same ocenić co jest dobre, a co złe. Poza tym rodzice w niektórych momentach mogą podjąć ze swoimi pociechami rozmowę o tym czy dane zachowania są dobre czy złe...
Co było nie tak? 
  • Kształtowanie stereotypów. Chodzi mi szczególnie o sytuację, w której to niedźwiedź jest odpowiedzialny za zdobywanie jedzenia dla rodziny, a jego żona ciągle truje mu głowę o  to, że nic nie przynosi. Dodatkowo niedźwiedzica siedzi bezradna w domu i nie potrafi zadbać o zdobywanie jedzenia, a kiedy niedźwiedź, w końcu je przynosi jest niezmiernie szczęśliwa i nie suszy łba swojemu partnerowi. Dzieciaki pewnie nie zwrócą na to uwagi, ale moim zdaniem w tym momencie autorka uczy dzieci, że dziewczynki, które stają się później kobietami powinny być tymi bezradnymi istotami, które powinny siedzieć w domu zajmować się nim oraz dogadzaniem dzieciom oraz partnerowi. Nie spodobało mi się to do końca i mam nadzieję, że rozumiecie czemu...


Mimo to książeczka jest całkiem fajna i na pewno spodoba się dzieciakom, nawet mimo małych mankamentów...które być może dostrzega tylko dorosły umysł ;)

piątek, 5 czerwca 2015

Eurobusiness - niby nic, a jednak...

W świecie zdominowanym przez elektroniczne gadżety i pędem do sukcesu czasem zapominamy o małych - wielkich rzeczach, które wydają się niepozorne, ale jednak dużo dają. Jedną z takich rzeczy są gry planszowe.

Moje wspomnienia z dzieciństwa, które są z nimi związane, są jednymi z najprzyjemniejszych, dlatego też w dorosłym życiu powoli stają się normalnym wyborem. 

Po pierwszą grę planszową, po którą postanowiliśmy sięgnąć jest Eurobusiness, o którym przypomniałam sobie kilka miesięcy temu będąc z wizytą u rodziny. Wtedy spędziliśmy pół nocy nad planszą grając aż dwie tury - mieliśmy max. osób i nie wyznaczyliśmy czasu, więc trochę nam to zajęło, aż wyłonił się zwycięzca. 

Eurobusiness - ale to już było? 

Któż z nas nie grał w tą grę w dzieciństwie? Wydawałoby się, że już się przejadła, mimo to sprawia nam wiele przyjemności ;). Po latach, kiedy sięga się po nią z sentymentu, odkrywa się wielką radość z gry, bo: 

  • zbliża - zamiast przed tv, albo przed komputerem można pobyć razem z narzeczonym/rodzeństwem/znajomymi/rodziną (niepotrzebne skreślić). A gra w planszówkę stwarza możliwość do rozmów i zaciśnięcia więzi, 
  • pomaga walczyć ze stresem - o dziwo Eurobusiness wciąga na tyle, że przestaje się myśleć o otoczeniu, ponieważ ta gra wymaga skupienia. W końcu trzeba patrzeć czy ktoś nie stanął na nasze pole, patrzeć czy przeciwnicy nie oszukują i wykupować kolejne państwa,
  • przełamanie lodów w nowym towarzystwie - myślę, że jest ona idealna w momencie kiedy ktoś jest nowy w jakimś gronie znajomych, które mieści się w liczbie wymaganych graczy. Myślę, że ta gra była idealna w momencie, w którym mój narzeczony przyjechał na jeden dzień do moich rodziców na święta i zasiedliśmy przy planszy z moją siostrą i szwagrem oraz kuzynem szwagra, który przyjechał ze swoją narzeczoną. Wprawdzie było nas więcej niż 5 osób, ale jakoś daliśmy radę ;p i to ułatwiło niektórym przełamanie lodów ;),
  • jest idealnym pomysłem na przetrwanie deszczu, albo choróbska,


 Zalety przy graniu z dziećmi/nastolatkami: 

  • pokazanie na czym polega zdrowa rywalizacja, - w końcu tu każdy umiera w samotności ;)
  • nauczenie gospodarowania pieniędzmi - inwestowania i liczeniem się z konsekwencjami w momencie, w którym wydamy za dużo, 
  • nauczanie przegrywania - to wbrew pozorom nie takie łatwe. Niektóre dzieci ciężko znoszą przegraną, jednak będą musiały się z nią liczyć nie raz w swoim życiu. A tu mamy na tyle komfortową sytuację, że możemy powiedzieć: Nic się nie stało - przecież to tylko gra. Kiedy indziej to Ty możesz wygrać :)
  • ćwiczenie uwagi - w tej grze trzeba pilnować i myśleć o kilku rzeczach: pieniądzach; kartach - przecież trzeba je kupować i pilnować opłat;)


Naturalnie ta gra nie nadaje się dla małych dzieci, ale dla takich, które potrafią już czytać i pisać. 

Dajcie znać o innych zaletach, o których zapomniałam...w końcu niekoniecznie o wszystkim mogłam pomyśleć. 

Tymczasem życzę Wam udanego weekendu ;)

środa, 3 czerwca 2015

G. R. R. Martin, "Uczta dla wron. Sieć spisków".

"Uczta dla wron. Sieć spisków" G. R. R. MartinPod koniec maja udało mi się przeczytać drugą część "Uczty dla wron", byłam ciekawa tego jak bardzo książkowa historia będzie się różnić od tej filmowej...a różni się bardzo. Obje części "Uczty dla wron" głównie pokazują wydarzenia z perspektywy Królewskiej Przystani z domieszką wydarzeń m. in. z Żelaznych Wysp i Muru. A co za tym idzie Matki Smoków i Tyriona...nie było wcale :(. Wydarzeń z Muru też było co kot napłakał. A co za tym idzie bardzo brakowało mi moich ulubionych bohaterów. No i jeszcze Brienne było tu dużo.

Poza tym moim zdaniem ta część "Gry o tron" była jak do tej pory najsłabsza i nie wiem czy zdecydowałabym się na sięgnięcie po dalsze części, gdyby nie to, że znam serial i jestem ciekawa jak się rozwiną poszczególne książki - tym bardziej, że niektóre z nich są całkiem inne w książce i seriali, co poniekąd zawodzi, ale z drugiej strony tylko podsyca moją ciekawość. Poza tym jakże bym mogła porzucić Jona i Tyriona..oraz wspomnianą wcześniej Matkę Smoków? 

Jeżeli tak jak ja czytacie tą serię równolegle z oglądaniem serialu doskonale wiecie, że poszczególny sezon w telewizji miesza wątki z różnych części książkowej historii. Tak więc poprzedni sezon łączył wydarzenia z książkowej "Nawałnicy mieczy" i "Uczty dla wron", a ten sezon łączy "Ucztę dla wron" z "Tańcem ze smokami"...cóż zrobić? Nic nie zrobić... Jednakże to nie zmienia faktu, że z ciekawością będę podchodzić do każdego kolejnego tomu i z niecierpliwością będę czekać na "Wichry zimy"...

Jakie wątki znacząco różnią się w książce i w serialu? 

  • Sam Zabójca - jakże było moje zdziwienie, kiedy losy tego bohatera okazały się tylko nieznacznie ze sobą zbieżne...i to jest chyba jedyny wątek, który bardziej podobał mi się w książce niż w serialu.
  • Loras - wyobraźcie sobie, że w książce został ranny, a nie uwięziony - za to jego siostra została uwięziona z zupełnie innych powodów niż w serialu,
  • Jaime - zupełnie inaczej toczą się jego losy w książce i w serialu. Niestety te w książce to flaki z olejem. 
  • Brienne - tu różnice nie są takie wielkie, chociaż ten, kto jest z serialem na bieżąco szybko się ich dopatrzy. 
Co mi się podobało? 
  • Intryga Królowej Matki i to, że sama na siebie kręci sznur.
  • Wiara walcząca - nudnej całości dodaje smaczku. 
  • Tytułowa sieć spisków i precyzyjność, z którą poszczególne postacie muszą planować swoje działania.
Co mi się nie podobało? 
  • Brak moich ulubionych bohaterów - lub ich śladowe ilości. 
  • Ciągnąca się akcja - zupełnie niczym krówka mordoklejka :/
  • Nieciekawe losy niektórych bohaterów - chociażby Brienne i Jaimego.
  • To, że historie części bohaterów (Sam, Brienne) były historiami drogi, opisującymi podróż, podczas której zupełnie nic się nie działo.
Jednak to co sprawia, że sięgnę po "Taniec ze smokami" jest to, że teraz przyszedł czas na moje ulubione postacie oraz nadzieja na to, że będzie już tylko lepiej... Dajcie znać czy "Uczta dla wron" też niezbyt przypadła Wam do gustu...