niedziela, 31 maja 2015

Podsumowanie maja 2015

Maj okazał się dla mnie bardzo owocnym miesiącem, albowiem przeczytałam sporo książek. Jedne doczekały się ukończenia, natomiast niektóre były na tyle małe objętościowo, że pozwoliły mi poprawić wynik ;). 




Książki:


1. G. R. R. Martin, "Uczta dla wron. Cienie śmierci", [klik]

2. M. Kruger, "Karolcia", [klik]
3. Timur Vermes "On wrócił"
4. Jose Saramago, "Miasto ślepców" [klik]
5. Hermann, Yves H., "Bez przebaczenia" [klik]
6. Mirosław Wlekły, "All Inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem" [klik]
7. Grażyna Jagielska, "Anioły jedzą trzy razy dziennie"[klik]
8. K. I. Gałczyński, "Portret muzy. Tom II", [klik]
9. G. R. R. Martin, "Uczta dla wron. Sieć spisków" [klik]
10. B. Krupska, "Przygody Euzebiusza", [klik]


Tylko tekst o "On wrócił" nie doczeka się publikacji na blogu, bo tekst pojawi się na stronie BeitKulturahttp://beitkultura.pl/ o czym na pewno dam Wam znać na moim FanPagehttps://www.facebook.com/pages/M%C3%B3j-Portret/136063976509773?ref=bookmarks - jeżeli jeszcze go nie lubicie, to będzie mi miło jak to zrobicie;). 


Obok książek pojawiły się też filmy i seriale. Z filmów z ręką na sercu mogę Wam polecić "Za jakie grzechy dobry Boże", który jest świetną komedią, która oprócz tego, że śmieszy, niesie ze sobą niesamowite przesłanie dotyczące tego, że pięknie się różnimy i równie pięknie możemy się dogadać 

Filmy:

  1. "Za jakie grzechy dobry Boże", 
  2. "Baranek Shaun"
Jeżeli chodzi narzeczonym wciągnęliśmy się szczególnie w "Wikingów", więc jeżeli znacie jakiś serial podobny do nich to dajcie znać, a się przyjrzymy :) 

Seriale: 
  1. "Nie z tego świata", sezon 8,
  2. "Wikingowie", sezon 1,2, 3
  3. "Tajemnice Smalville" sezon 1
  4. "Gra o ton" sezon 5 - na bieżąco
Zatem ostatni miesiąc nie był taki zły - tym bardziej, że byłam nieco bardziej zalatana;]. Mam nadzieję, że teraz z miesiąca na miesiąc będzie tylko lepiej ;]. Dajcie znać jak Wam poszło ;). 

sobota, 30 maja 2015

Chleb pszenny codzienny, przepis

Współczesne kobiety często spotykają się z tym, że starsze pokolenie posądza je o lenistwo, chociażby ze względy na  korzystanie z półproduktów w kuchni.  To wynika głównie z tego, że zmieniło się tempo życia, a my same zaczęłyśmy sobie cenić czas, który możemy przeznaczyć na pracę, albo po prostu poświęcić go bliskim lub zwyczajnie odpocząć. 

Jednakże od jakiegoś czasu da się zauważyć, że coraz więcej osób samodzielnie przygotowuje chociażby chleb ;]. Jakiś czas temu sama postanowiłam zmierzyć się z tym tematem w kuchni i wyszło mi całkiem nieźle. 

Składniki: 
  • 10g drożdży,
  • 400 ml letniej wod,
  • 600 g mąki pszennej typ 750, 
  • 10g soli (łyżeczka)





 Wykonanie: 
  1. W misce wymieszać drożdże z 100 ml wody. 
  2. Dodać 100g mąki, wymieszać i odstawić na ok. 30-60 minut, aby powstał zaczyn.
  3. Po tym dodać resztę składników i wymieszać na jednolitą masę. 
  4. Przełożyć na oprószoną mąką stolnicę i zagniatać przez ok. 5 - 7 min., aż ciasto będzie sprężyste i przestanie się kleić do rąk. W trakcie wyrabiania, szczególnie w początkowej fazie, warto delikatnie podsypywać stolnicę i dłonie mąką, aby ciasto się nie kleiło.
  5. Przełożyć z powrotem do miski, przykryć folią spożywczą i odstawić w temperaturze pokojowej na ok. 2 - 3 godziny do pierwszego wyrastania. Można skrócić ten czas pozostawiając miskę z ciastem w ciepłym miejscu. 
  6. Ciasto jest gotowe, kiedy przynajmniej podwoi swoją objętość. Jeżeli zwiększy ją potrójnie lub poczwórnie to nie jest błąd - wręcz przeciwnie. 
  7. Ciasto przełożyć z powrotem na oprószoną mąką stolnicę i uformować podłużny bochenek - ja wsadzam ciasto po prostu do keksówki. Z powyższej ilości składników wychodzą mi porcje na dwa chleby. 
  8. piekarnik rozgrzać na 220*C.
  9. Piec przez 40 - 45 min. Po tym czasie wyjąć chleb z piekarnika i odstawić na kratkę do studzenia, aby odparował. 
Przepis na ten chleb znalazłam w poniższej książce: 

Mój pierwszy chleb domowej roboty wyszedł całkiem nieźle, dzięki czemu nie jest ostatnim chlebem w moim życiu, który zrobiłam;]. Na pewno wykorzystam jeszcze wiele innych przepisów z powyższej książki ;). 

Stosik, maj 2015

Maj zmierza ku końcowi i już pojutrze jadę w odwiedziny do moich chrześniaków z prezentami na Dzień Dziecka ;] A tymczasem muszę Wam powiedzieć, że w tym miesiącu dotarły do mnie 4 książki, z czego nie spodziewałam się żadnej;]. Ale blogowanie ma już taki swój urok, że dzięki temu życie lubi nas zaskakiwać :) 


Od góry: 

  • B. Krupska, "Przygody Euzebiusza",
  • P. Kucharski "Chleb, domowa piekarnia",
  • B. Polch i in. "Ekspedycja" 
  • Hermann, Yves H., "Bez przebaczenia" 
Niby nie wiele, ale ja z nich jestem bardzo zadowolona :). Tymczasem zajrzałam na str. wydawnictwa Czarna Owca i w taniej książce znalazłam kilka świetnych książek: http://www.czarnaowca.pl/tania_ksiazka - mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie, bo można już kupić książki od 5 zł ;). I niech no ktoś mi jeszcze powie, że książki są drogie to przywalę patelnią ;p. 

piątek, 29 maja 2015

K. I. Gałczyński, "Portret muzy".

Z okazji 110. rocznicy urodzin Konstantego Ildfonsa Gałczyńskiego postanowiłam sobie po części odświeżyć, a po części bliżej zapoznać się z twórczością wyżej wymienionego poety. Dlatego też sięgnęłam po drugi tom jego poezji pt. "Portret muzy. Tom II". 



Z tego co się orientuję, to jest najgrubszy z wydanych tomów. I tym razem poeta inspiruje się otaczającą go rzeczywistością - sytuacją polityczna, świętami, problemami społecznymi. Jednak inspiracją dla autora jest również jego ojczyzna, miłość i rodzicielstwo. Również ten tom (jak i poprzedni) jest dość patetyczny. 



Co dostaniecie w "Portrecie muzy. Tom II" K. I. Gałczyńskiego?

  • oczywiście mnóstwo wierszy,
  • obraz tego, jak autor postrzega świat, w którym żyje, 
  • pieśni - chyba jedne z najpiękniejszych utworów poety, 
  • garść informacji o autorze, 
  • być może nowe spojrzenie na poezję - o ile tak jak ja jesteście świeżakami w tym temacie,
  • nowe spojrzenie na K. I. Gałczyńskiego, które może się wyłonić z szerszej znajomości jego wierszy,
  • świadomość, że artyści w każdej epoce byli zależni od tego co akurat dzieje się w ich kraju i na świecie. 
Osobiście jeszcze wyciągnęłam wniosek, że nawet artyści, których o to nie podejrzewaliśmy mogą być podatni na różnego typu wpływy z zewnątrz. W moim przypadku pojawiła się pewna skaza na niemalże idealnym (jak do tej pory) wizerunku poety. Albowiem jedna z muz poety jest dla mnie dość kontrowersyjna i w pierwszym odruchu bardzo się oburzyłam. Jednakże ten tom jako całość daje mi nadzieję na to, że ten jeden wiersz, który mnie oburzył jest wynikiem sytuacji, w której autor nie miał wyjścia i musiał coś takiego stworzyć... o co chodzi? Sami zajrzyjcie do powyższego zbioru wierszy...jestem ciekawa czy odkryjecie, o który wiersz mi chodzi ;). 

środa, 27 maja 2015

Aussie, odżywka do włosów cienkich i słabych.

Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o odżywce do włosów cienkich i słabych z Aussie. 

Zawarta w odżywce lekka formuła z ekstraktem z australijskiego chmielu ma sprawić, że włosy zyskują objętość i puszystość od nasady aż po same końce. 

Swego czasu miałam inną odżywkę z tej firmy - do włosów suchych, która bardzo mi się spodobała i w momencie kiedy zobaczyłam tą do włosów cienkich i słabych na promocji postanowiłam spróbować i kupiłam. 

Niestety okazało się, że nie robi ona z moimi włosami zupełnie nic poza tym, że ułatwia rozczesywanie, co przeważnie robią inne i to dużo tańsze odżywki. Dlatego też po niej spodziewałam się czegoś więcej - może nie jakichś ogromnych zmian, ale ogólnej poprawy kondycji moich włosów. Jednak niestety nic się nie stało...tak jak miałam przyklapnięte włosy, tak mam je nadal i nie wiem czy jakieś produkty do włosów to zmienią. 

Musze Wam jeszcze wspomnieć, że na Wizażu ta odżywka też nie ma dobrych opinii i szkoda, że nie sprawdziłam ich przed zakupem tego kosmetyku.

poniedziałek, 25 maja 2015

Grażyna Jagielska, "Anioły jedzą trzy razy dziennie"

"Anioły jedzą trzy razy dziennie", Grażyny Jagielskiej, chodziły za mną już długi czas, dlatego bardzo miło się zaskoczyłam jak znalazłam tą książkę w bibliotece. 

Fabuła:

Grażyna Jagielska żyła problemami męża, które sprawiały, że przez lata paraliżował ją strach. Co spowodowało, że spędziła pół roku w szpitalu psychiatrycznym, gdzie poznała ludzi, którzy również usiłowali radzić sobie ze swoją rzeczywistością. 

Poznała np. Julię, która uważała się za anioła oraz weteranów wojennych, którzy po powrocie do domu usiłują się odnaleźć w nowej/starej rzeczywistości. 


Ode mnie: 

"Anioły jedzą trzy razy dziennie" to niesamowity zapis przeżyć ze szpitala psychiatrycznego. Każdy z opisanych bohaterów nie tylko usiłował sobie radzić ze swoimi przeżyciami, ale także starał się wspierać innych pacjentów. I to mi się bardzo podobało. Mam wrażenie, że takie zachowanie pozwalało się im wszystkim trzymać i mieć nadzieję na dojście do siebie. 

Niewątpliwie potrzeba było dużo odwagi ze strony Pani Grażyny, aby opublikować taką książkę, jednak na pewno jest ona bardzo ważna - chociażby pod tym względem, że skłania do refleksji i pozwala zrozumieć, że każdy z nas ma swoje granice wytrzymałości i ma prawo do załamań oraz cierpienia. 

Ciężko jest oceniać tak bardzo osobistą (moim zdaniem) książkę, bo nie da się krytycznie odnieść do tak intymnych doświadczeń. To, że Pani Grażyna Jagielska postanowiła uchylić nieco rąbka jeżeli chodzi o swoją prywatność niewątpliwie należy docenić, ponieważ moim zdaniem ta książka może komuś pomóc przejść przez jego indywidualny "lot nad kukułczym gniazdem", albo zwyczajnie docenić to co mamy. 

sobota, 23 maja 2015

Kilka słów o doborze zapachów na wiosnę/lato?

Witajcie, 
kiedy zmieniają się pory roku obok pielęgnacji zmieniam również zapachy, których używam. Aktualnie mam ich na tyle dużo, że mam wybór oraz mały zestaw na wiosnę/lato oraz drugi na okres jesień/zima. Część z zapachów, które mam w swojej małej kolekcji jest uniwersalne lub te z jesieni i zimy służą mi np. na wieczorne wyjście wiosną lub latem. 


Czym kieruję się w wyborze swoich zapachów? 
  1. Jakiś czas temu poszukałam nut, które zawierają zapachy, które najbardziej lubię. Stąd wiem, że najbardziej pożądanymi zapachami są te z nutami kwiatowymi i owocowymi, a szczególnie te, które zawierają jaśmin, zieloną herbatę, owoce tropikalne czy też konwalię. 
  2. Kiedy zamierzam kupić nowy flakonik zastanawiam się na jaką okazję, porę roku czy też porę dnia najbardziej potrzebuję zapachu. 
  3. Bardzo rzadko korzystam z próbek zapachów czy też testuję wcześniej zapach na papierkach w drogerii. Chociaż coraz częściej staram się spryskać testerem i dać się rozwinąć zapachowi, żeby się źle nie zaskoczyć. 

Czym kieruję się w wyborze zapachów na wiosnę/lato? 
  1. Obniżona ilość alkoholu w poszczególnych zapachach.

    Często sięgam po odpowiedniki ulubionych wód toaletowych w formie dezodorantów w sprey'u, które mają mniej alkoholu w sobie i dzięki temu nie są tak duszące. Przy okazji nie narażamy skóry na podrażnienia, związane z wystawieniem spryskanej skóry na słońce - jednak wiele zależy od Waszej skóry. Osobiście nie wyobrażam sobie lata bez mojej Elisabeth Arden Green Tea Tropical, która jest wodą toaletową. Wiele osób sięga latem po mgiełki, bo są dużo lżejsze od innych rodzajów zapachów. Ja też czasem po nie sięgam, ale póki co nie znalazłam jeszcze takiej, która by mnie uwiodła na dłużej...
  2. Wybieram lżejsze zapachy, które nie będą wywoływać u mnie lub u osób z mojego otoczenia odruchów wymiotnych.

    Otóż latem ciężkie lub bardzo słodkie zapachy mogą być mdlące i nieprzyjemne zarówno dla nas jak i dla naszego otoczenia. Dlatego też warto się rozejrzeć za bardziej świeżymi zapachami, które nie powalą naszego otoczenia na łopatki. Chociaż podobno niektóre osoby lubią bardzo słodkie zapachy latem. 
Podsumowując...
W wyborze zapachów na wiosnę i lato kierujmy się naszymi upodobaniami i pamiętajmy, że wybierając np. dezodoranty perfumowane zamiast wód toaletowych może nam wyjść na dobre, chociażby ze względu na podrażnienia. Poza tym myślmy również o ludziach wokół nas, którzy będą nas wąchać. 

czwartek, 21 maja 2015

Moja poranna pielęgnacja

Witajcie, 
żeby dać Wam nieco odpocząć od książkowych tematów, dzisiaj mam dla Was aktualizację pielęgnacji twarzy. A właściwie jej pierwszą - poranną część, bo nie chciałam Wam serwować nadmiaru informacji. W ten sposób może łatwiej będzie Wam znaleźć coś dla siebie ;). 

1. Oczyszczanie

  • BeBeuty Face Expertiv, micelarny żel nawilżający do mycia i demakijażu, dla skóry normalnej, suchej i wrażliwej. 


 Producent deklaruje, że powyższy produkt: 

- skutecznie oczyszcza z makijażu i zanieczyszczeń, 
- skutecznie nawilża i koi podrażnienia, 
- odświeża i orzeźwia, 
- przywraca uczucie komfortu. 

Szkoda, że ten żel jeszcze nie śpiewa i nie tańczy, bo z opisu na opakowaniu wynika, że nie dostaję do ręki produkt, który jest w stanie zastąpić mi demakijaż, mycie twarzy i jej nawilżanie kremem ;). No, ale cóż...takie rzeczy są w stylu większości polskich producentów, więc taki opis niespecjalnie mnie dziwi. 

Żel ma dość gęstą konsystencję, która w trakcie używania nie bardzo się pieni. Niestety chyba nie wrócę do tego żelu, bo nie domywa mi twarzy tak jakbym chciała...jednak czegóż oczekiwać od żelu za 5 zł.? Mnie zawiódł, ale swoją drogą ma też wiele dobrych opinii. 

  •  Ziaja, żel z peelingiem oczyszczający pory na dzień/na noc, z linii liście manuka, dla skór normalnej, tłustej i mieszanej. 



Wiem, wiem - wydawałoby się, że to produkt zupełnie niedostosowany do mojej skóry. Jednakże raz w tygodniu używam go jako peeling do twarzy, zamiast żelu do twarzy. Moja skóra poza tym, że jest sucha i bywa wrażliwa, jest też zanieczyszczona. 

Z opakowania dowiadujemy się, że ten produkt:

- oczyszcza pory oraz skutecznie usuwa nadmiar sebum, 
- pobudza złuszczanie martwych komórek naskórka, 
- wspomaga redukcję zaskórników, 
- działa nawilżająco i łagodząco (ha, ha - tak jak każdy inny żel do twarzy i peeling;p),
- poprawia wygląd powierzchni skóry, 
- przygotowuje skórę do zabiegów pielęgnacyjnych. 

Jak się domyślacie ten produkt cudów nie robi, ale na szczęście minimalizuje mi moje nieszczęsne wągry, a to już jest coś ;). 

2. Tonizowanie
  • Tołpa simply, zwężający por tonik do twarzy, dla skóry wrażliwej, tłustej i mieszanej oraz dla skóry z zaskórnikami i rozszerzonymi porami


Bardzo ładnie ściąga mi jakieś resztki zanieczyszczeń z twarzy i świetnie przygotowuje skórę na krem. Czyli spełnia swoją rolę. 

3. Nawilżanie
  • Tołpa green, nawilżający krem łagodzący, 


Jest to krem przeznaczony dla skóry wrażliwej, normalnej, odwodnionej i podrażnionej. Ma on za zadanie łagodzić podrażnienia i uelastyczniać oraz nawilżać i wygładzać. Niestety jest dla mnie nieco za słaby...nawet na wiosenny okres. Po kilku chwilach wchłania się do tego stopnia, że czasem zastanawiam się czy w ogóle kładłam jakiś krem na twarz. Dlatego nie będę do niego wracać i sięgnę po coś nieco bardziej bogatszego. 

Aktualnie niestety nie używam, żadnego kremu pod oczy. Ale mam nadzieję, że to się zmieni za jakiś czas. Zatem na razie to z mojej strony tyle;). Wieczorną część pielęgnacji zrobię Wam pewnie za kilka dni, tymczasem życzę Wam miłej reszty dnia. 

wtorek, 19 maja 2015

M. Wlekły, "All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem."

Od studiów zaczęłam się interesować trudnymi tematami - począwszy od handlu ludźmi, przez dysfunkcje rodziny i ich skutki po choroby psychiczne po różnego typu patologie. Moje studia już dawno się skończyły, a zainteresowania pozostały i jak widzę książkę o trudnych tematach nie umiem się powstrzymać. Tak było z pozycją "All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem." Mirosława Wlekłego, który w swojej książce przedstawia to co dzieje się na Dominikanie poza ośrodkami dla turystów. Albowiem wystarczy zrobić krok poza strzeżone strefy dla turystów, a zostanie się wciągniętym w zupełnie inny świat, w którym najpopularniejszą walutą oraz największym przekleństwem jest seks. W tym miejscu nawet dyktatorzy w równym stopniu są opętani władzą, jak i seksem, a obalają ich kobiety, które im nie uległy, natomiast seksualne skandale demaskują dziennikarki, które uważa się za seksbomby. Autor zagłębia się również w mentalność oraz historię Dominikany, co pozwala zrozumieć wydarzenia, o których taktuje powyższa publikacja.

Po powyższą książkę sięgnęłam na tak zwanego "czuja" ponieważ w bibliotece zachęcił mnie opis i nie zawiodłam się. Mirosław Wlekły bada i opisuje aferę z byłym już biskupem Wesołowskim. Czytelnik ma możliwość nieco większego zgłębienia tematu w kontekście życia na Dominikanie. Autor powyższej publikacji sprawia wrażenie rzetelnego i wiarygodnego, chociaż osoba, która niewiele wie o sprawie pedofilii z udziałem powyższego księdza może sobie jeszcze dodatkowo zweryfikować informację, chociażby grzebiąc w necie. 

"All inclusive. Raj, w którym seks jest bogiem." Mirosława Wlekłego to pozycja, która szokuje, otwiera oczy i uświadamia nas, że w naszym świecie jest jeszcze wiele do zmienienia. Warto po nią sięgnąć chociażby dlatego, żeby nie przymykać oczy na to co się dzieje obok nas, bo zaczynając od siebie i swojego otoczenia często możemy mieć wpływ na życie innych. 


zBLOGowani.pl

niedziela, 17 maja 2015

"Bez przebaczenia"

Kiedy chodziłam jeszcze do gimnazjum w moim otoczeniu powszechnie uważało się, że czytanie komiksów za obciach i szczyt kiczu. Jednakże mój stosunek do tego rodzaju sztuki znacząco uległ zmianie - szczególnie na przestrzeni ostatnich kilku lat. A to głównie za sprawą "Miasta Komiksów" - cyklicznej imprezy, która odbywa się w naszym mieście, a która poprzedzona jest warsztatami z tworzenia komiksów. Swoją drogą jest nawet komiks o dzieciństwie w moim mieście, o którym Wam kiedyś pisałam. Dlatego też kiedy zyskałam możliwość sięgnięcia po kilka komiksów z chęcią to zrobiłam. 

Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to, to jak są one wydane. Wszystkie komiksy, które ma mw domu (jak na razie cale 4 ;)) mają twarde okładki i są wydane na papierze kredowym. To samo w sobie sprawia, że mam poczucie, że trzymam w rękach świetnie wyprodukowaną książkę. Kolejną rzeczą są obrazki, o których wspomnę nieco później. 

W komiksie, o którym dzisiaj chcę Wam nieco opowiedzieć jest zawarta historia Buck'a Carter'a, który jest najbardziej poszukiwanym bandytą w kraju i bezwzględnym draniem, który porzucił rodzinę, aby ratować swoją skórę. Kilka lat później do galerii ściganych bandytów dołącza jego syn, a dręczony wyrzutami sumienia Carter decyduje się za wszelką cenę ocalić młodego przed czekającym go losem i wychodzi z ukrycia. Od tego momentu wszystko idzie nie tak, a obaj mężczyźni wchodzą w potyczki z ludźmi szeryfa. 

"Bez przebaczenia" to historia idealna przede wszystkim dla tych z Was, którzy lubią westerny. Jednakże polubią je również ci z Was, którzy lubią zwroty akcji. Szczerze mówiąc ciężko mi napisać cokolwiek więcej niż to co dotychczas. Zresztą bardzo rzadko sięgałam po komiksy, a dzisiaj mam wrażenie, że najwyższy czas to zmienić, bo czytanie ich i oglądanie obrazków, wykonanych z niemałym talentem dostarcza więcej rozrywki niż myślałam i sprawia, że czuję się zrelaksowana. Poza tym nie trzeba, aż tyle czasu co na czytanie jakiegoś opasłego tomiszcza.








Scenariusz komiksu napisał syn Hermanna, Yves H., m.in. współautor wydanej nakładem Wydawnictwa Komiksowego Stacji 16.


zBLOGowani.pl

sobota, 16 maja 2015

Garść linków #8

Hej, 
taka forma prowadzenia garści linków bardzo ułatwia mi zwiększenie częstotliwości wpisów z tego cyklu:). Mam nadziej, że w tym tygodniu znajdziecie coś dla siebie :) 




Na początek może coś książkowego:

Dziewczyny z Trochę Kurtury o edukacyjnych książkach dla młodzieży: 


"Tajemnice szkoły dla panien" w MagazynieObsesje:



"Opiekunowie" Dean'a Koontz'a u Olgi z Wielkiego Buka: 



Inne:

Rok na diecie wegańskiej - i jeszcze żyje ;]


Herbatka z książką o Kolorowym treningu antystresowym.

Inne:
Udanego weekendu Wam życzę :)

piątek, 15 maja 2015

Plakaty noncontrol prints

Jakiś czas temu w moich drzwiach stanął Pan Kurier wręczając mi do ręki tekturową tubę z całkiem oryginalną zawartością. Bardzo się ucieszyłam, bo nie dość, że długo czekałam na to co jest w środku, to jeszcze od dawna chciałam mieć coś takiego. 

Była to przesyłka z noncontrol prints :)

Powyższa firma idzie trochę na przekór obecnym trendom i zamiast w kierunku druku cyfrowego idzie bardziej w stronę wykorzystywania starych technik druku. W tym przypadku to znaczy, że wykorzystują typografię oraz technikę podobną do linorytu, w połączeniu z autorskimi metodami. Twórcy są w stanie powielać poszczególne prace, ale nigdy nie są one takie same, ze względu na to, że nie wykorzystuje się druku cyfrowego. 

Co wyjątkowego jest w pracach z nonconrtol prints? 

Otóż stosowanie farb pozostawiających fakturę, którą czuć w dotyku, a druk sprawia wrażenie wypukłego i nieregularnego. I faktycznie tak jest :), w mojej przesyłce znalazły się dwa plakaty. Jeden w formacie A4, a drugi sporo większy. 

Ten większy na razie zawisł na drzwiach jednego z pokoi w moim mieszkaniu, jednak docelowo go oprawię i zawiśnie na ścianie, ponieważ nie chcę go zniszczyć. 





Na pierwszy rzut oka jest to zwykły minimalistyczny plakat z nadrukowanym napisem zamieszczonym w kole. Jednak jeżeli przyjrzeć się bliżej widać, że jest coś, co go wyróżnia, albowiem nie da się nie zauważyć, że jest on ręcznie robiony, gdyż po prostu widać, że jest namalowany farbą, a nie po prostu wydrukowany. Zresztą to potwierdzają nasze dłonie, kiedy dotkniemy tej pracy i poczujemy pod palcami strukturę, której po prostu nie ma w wydrukowanych pracach. 

Praca w mniejszym formacie jeszcze szuka swojego miejsca, ale w końcu muszę.  się wybrać przynajmniej po jakąś antyramę. 




Obie prace poza tym, że różnią się tym co na nich jest, są wykonane inną techniką lub po prostu rysunki zostały nałożone inną farbą. Serce jest bardziej chropowate i matowe, czego brakuje w drugim przypadku. Na obu plakatach czuć nierówności, co sprawia, że czujemy, jakby ktoś wykonał to specjalnie dla nas. 

Noncontrol prints produkuje jeszcze więcej wzorów, których jestem bardzo ciekawa i chciałabym je mieć. Być może tak się stanie, jednakże na razie muszę zadowolić się tymi, co i tak mnie cieszy ;). 

Ze strony producentów powyższych plakatów dowiedziałam się, że wykonanie takiej pracy potrafi trwać nawet kilka tygodni, co sprawia, że jeszcze bardziej docenia się pracę włożoną w ich wykonanie.

Trzeba przyznać, że ten rodzaj sztuki jest dość oryginalny i na pewno nie trafi do wszystkich. Jednak moim zdaniem efekt końcowy jest wart uwagi. Szczerze mówiąc osobiście bardzo ucieszyłabym się, gdybym dostała w prezencie z jakiejś okazji więcej tego typu plakatów, bo bardzo przypadły mi do gustu. 

Po więcej zapraszam Was na stronę: http://nocontrolprints.com/

środa, 13 maja 2015

Wcale nie jesteś taki dobry jak Ci się wydaje - zło tkwi w Tobie!

Zło jest w nas i nie da się temu zaprzeczyć. Prawdą jest również to, że potrzebuje ono tylko odpowiednich warunków, aby moralność i to co kiedyś wydawało się mieć znaczenie straciło na wartości. Nasza ciemna strona ujawnia się wtedy kiedy ma możliwość i nie da się temu zaprzeczyć. Wystarczy przywołać przykład obozów koncentracyjnych i tego na co pozwalali sobie kapo oraz chociażby Josef Mengle. Bardziej współczesnym przykładem, że to, iż łatwo jest przejść na ciemną stronę mocy jest eksperyment więzienny, który przeprowadził w 1971 roku Philip Zimbardo. Chciał on zbadać zachowania ludzi, gdy stają się anonimowi i mogą traktować innych jak przedmiot oraz wpływ otoczenia na działanie jednostki. W dużym skrócie i uproszczeniu eksperyment polegał na tym, że grupę ludzi zamknięto w testowym więzieniu i podzielono ich na strażników oraz więźniów. „Więźniowie” nie mieli szczęścia. Do prawej stopy każdego skazańca został zamocowany ciężki łańcuch zapięty na kłódkę. Czapkę stanowiła damska pończocha. Byli oni niezwykle upokorzeni, a na dodatek zostali ubrani w białe koszule z numerem identyfikacyjnym po obu stronach ubrania i od tej chwili nie mieli imion, a numery. Do siebie mogli zwracać się tylko po nich, a do strażników musieli zwracać się formułą: „Panie oficerze penitencjarny”. [źródło] O tym jak przebiegał eksperyment możecie sobie przeczytać w linku, który macie powyżej. 


Od kiedy zetknęłam się z "Miastem ślepców" pomyślałam sobie, że może to być coś wzorowane na eksperymencie Philipa Zimbardo i może nieźle dać po garach...ale nie sądziłam, że, aż tak. Ale od początku...

W pewnym mieście bez nazwy nagle, tak bez żadnego uprzedzenia rozpoczyna się epidemia białej ślepoty. Podczas swoich codziennych czynności  z niewiadomych przyczyn ludzie tracą wzrok, a w mieście wybucha panika. Pierwszą grupę niewidomych władze zamykają w budynku, w którym kiedyś mieścił się zakład dla psychicznie chorych. Kiedy ślepców przybywa, a i tak już złe warunki socjalne się pogarszają, u mieszkańców opuszczonego do niedawna budynku zaczyna dochodzić do głosu ta ciemniejsza, praktycznie zwierzęca strona...

"Miasto ślepców" to moim zdaniem niezwykłe i bardzo dobre studium ludzkiej psychiki, które przypomina nam, że wcale nie jesteśmy tacy dobrzy jakimi chcielibyśmy być. Ponieważ wystarczają odpowiednie warunki, a jakaś pierwotna siła zaczyna przejmować nad nami kontrolę. Jednak przy okazji uświadamia nam, że mimo wszystko tkwi w nas bardzo dużo siły i samozaparcia. Jose Saramago snuje swoją opowieść w bardzo minimalistyczny i hipnotyzujący sposób, gdyż od "Miasta ślepców" niemalże nie sposób się oderwać, albowiem zaglądamy do świata, który jest bardzo realistyczny, i w którym my sami moglibyśmy żyć. Po lekturze tej powieści czujemy się psychicznie brudni, chociaż nie jestem do końca pewna czy dobrze mnie zrozumieliście. Dla porównania podobne uczucie towarzyszy nam po lekturze "Malowanego ptaka" Jerzego Kosińskiego i jeżeli go czytaliście dobrze wiecie o czym mówię. Jedyną wadą tej książki może być dość specyficzny styl autora, jednakże jak już się do niego przyzwyczaimy czyta się dużo lepiej. 

"Miasto ślepców" to niewątpliwie trudna powieść, bo przypomina nam, że każdy z nas ma swoją mroczną stronę, która na co dzień okiełznana jest pewnymi normami społecznymi i nadzorem, którym chociażby jest kontrola społeczna w chociażby w postaci rodziców oraz innych ludzi, którzy nas otaczają. W tejże historii autor w pewnym sensie uwalnia swoich bohaterów od wszelakich norm i kontroli, a co więcej stawia ich w złej sytuacji, a to nie może oznaczać nic dobrego...

Wiem, że ta książka może nie przypaść do gustu wielu z Was, jednak mimo trudnego tematu bardzo Wam ją polecam, gdyż zmusza do refleksji nad samym sobą i pozwala docenić to co mamy. Natomiast jeżeli już czytaliście i szukacie podobnej historii to polecam Wam "Eksperyment" w reżyserii Paula Scheuring'a. 
zBLOGowani.pl

poniedziałek, 11 maja 2015

Zapach na wiosnę i lato: Summer White Bright od Avon

Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o Summer White Bright od Avon. 

Dostępność: konsultantki Avon, 
Cena: 19, 99 zł - w promocji, 
Pojemność: 50 ml, 


Kategoria zapachowa: kwiatowo - owocowa,


Nuty zapachowe: świeża cytryna, konwalia, aksamitka. 


Ten zapach jest świeży. bardzo kwiatowy i nie duszący. Trochę przypomina mi mój ulubiony Elisabeth Arden Green Tea Tropical, i chyba to właśnie dlatego go tak lubię. 

Jest to zapach bardziej na co dzień - do szkoły, na spacer czy spotkania ze znajomymi. Do pracy pewnie użyłabym czegoś bardziej eleganckiego, ale to w sumie rzecz gustu i charakteru naszej pracy;). 

Jeżeli chodzi o trwałość to jest całkiem ok. Ja szybko się do niej przyzwyczajam i przestaję ją czuć, ale jak się nią spryskam i po jakimś czasie mój narzeczony się do mnie przytuli to czasem wspomina, że ładnie pachnę, więc chyba nie jest tak źle:). Dodatkowo jest to zapach idealny właśnie na okres wiosenno - zimowy.

Jedynym minusem Summer White Bright może być jedynie dostępność, bo jeżeli nie macie znajomych konsultantek, to może być lipton - no chyba, że znajdziecie ten zapach np. na Allegro ;]. 

niedziela, 10 maja 2015

M. Kruger, "Karolcia"

Jeżeli chodzi o książki to mam tendencję do wyboru dość ciężkiej tematyki. Często sięgam po kryminały, horrory, thrillery czy fantastykę, ale także po pozycje dotyczące ciężkich społecznie tematów jak np. choroby psychiczne. Jednak w mojej osobistej biblioteczce znajduje się znikomy procent lekkiej literatury kobiecej i dziecięcej, która mnie czasem ratuje, kiedy potrzebuję czegoś lżejszego. 

Ostatnio sięgnęłam po "Karolcie" Marii Kruger, która prosiła się o nadrobienie już od kilku lat. Ostatnio postanowiłam w końcu po nią sięgnąć. 

Bohaterką książki jest niespełna 9cioletnia dziewczynka o imieniu Karolcia, która w dniu przeprowadzki do nowego mieszkania znajduje magiczny niebieski koralik. Rzeczony już koralik potrafi spełniać życzenia pod warunkiem, że trzyma się go w ręce. Dzięki swojemu znalezisku Karolcie spotyka wiele przygód, ponieważ jej życzenia, które są często nieprzemyślane i nieopatrznie wypowiedziane przynoszą jej wiele niespodzianek i poza nią zaskakują również jej otoczenie. Nie raz nasza tytułowa bohaterka wpada w niezłe tarapaty dzięki złej czarownicy, która usiłuje zdobyć koralik dla niecnych celów. Kolejnym powodem kłopotów Karolci jest to, że zdarza jej się gubić koralik w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach. Moc magicznego koralika nie jest niewyczerpana, albowiem z każdym życzeniem blednie i traci swoją siłę. Dlatego też dziewczynka musi uważać na to o co prosi, jednak od kiedy zrozumiała, że moc koralika jest na wyczerpaniu postanawia zrobić z niego użytek i zaczyna prosić o rzeczy nie tylko dla siebie...

"Karolcia", M. Kruger to historia bardzo dynamiczna, ponieważ co chwilę Karolcię spotyka coś nowego. Poza tym cała historia rozgrywa się w czasach, w których komputery nie były jeszcze tak dostępne tak jak dzisiaj więc ogromną zaletą tej książeczki jest to, że historia w niej zawarta może pokazać dzieciom, że są inne alternatywy spędzania czasu wolnego niż tylko elektroniczne zabawki, a dzieci które wychowywały się w czasach bez komputerów i Internetu też były szczęśliwe;). Dodatkowo "Karolcia" uczy wrażliwości na potrzeby innych oraz pokazuje, że myśląc o innych sami na tym zyskujemy. 

Dla dorosłego odbiorcy jest to infantylna i nieco głupiutka historyjka, jednak dziecko może wynieść z niej garstkę wiedzy o świecie i nauczyć się nieco wrażliwości. Dlatego warto podsunąć ją swojemu dziecku lub nawet przeczytać tą powiastkę razem z nim. To będzie świetna możliwość do rozmów o tym jak kiedyś wyglądało dzieciństwo i o tym co możemy zyskać robiąc coś dla innych. 

sobota, 9 maja 2015

Garść linków #7

Witajcie, 
dzisiaj przyszła kolej na kolejną garść linków. Nieco postanowiłam zmienić formułę tego cyklu, ponieważ chciałabym, żeby pojawiał się mniej więcej co tydzień. Chciałabym Wam polecać poszczególne wpisy na blogach lub filmiki na YT, które wpadły mi w ręce. Niekoniecznie będą to rzeczy z ostatniego tygodnia, ale założenie jest takie, że większość linków będzie aktualne. Oczywiście poza blogami będę chciała Wam podrzucać linki do innych miejsc, które mnie zainteresują. 

Zatem do dzieła:

Ciekawe wpisy na blogach:

Interesujące filmiki na YT:

U. Eco, "Temat na pierwszą stronę" na Wielkim Buku; 



M. Guzowska, "Wszyscy ludzie przez cały czas" na Czytam Sobie: 


Z mojej strony to na dzisiaj tyle. Mam nadzieję, że taka formuła tego cyklu przypadnie Wam do gustu:). 

piątek, 8 maja 2015

Belgijskie Crispy Waffles

Witajcie, 
dzisiaj chcę się z Wami podzielić krótką opinią na temat Crispy Waffles, które są dość popularne w Belgii i już zawsze będę miała do nich sentyment, bo mieszkając w Brukseli często je kupowałam. 


W sumie nie napiszę Wam żadnych rewelacji, bo są to zwykłe kruche ciasteczka maślane, które można jeść samodzielnie, albo z dodatkami - np. owocami i bitą śmietaną, albo z lodami. Jednak mi najlepiej smakują same podane do herbaty

Te ciastka dostałam w Kauflandzie, jednak nie pamiętam dokładnie ile kosztowały - chyba coś koło 6 zł.

Ta wersja jest bardzo słodka i maślana i wprawdzie przypominają w smaku te, które jadłam w Belgii, ale niestety to już nie jest to:(. Mam wrażenie, że tamte belgijskie były mniej słodkie i nie wczuwało się tak bardzo tego maślanego smaku...chociaż możliwe, że to zależy od firmy, która je produkuje, więc może stąd ta różnica w smaku.

Zatem będę szukać dalej idealnego odpowiednika tych belgijskich słodyczy, chociaż pewnie po te i tak będę sięgać, żeby czasem chociaż trochę zaspokoić tak zwanego "bóla". A Wy dajcie znać czy natknęliście się w Polsce na coś podobnego;).

czwartek, 7 maja 2015

Krem CC Colour Correcting Cream od MaxFactor

Długo szukałam podkładu, albo kremu koloryzującego, który nie podkreślałby mi moich suchych skórek. Pewnego dnia będąc w jednej z drogerii natknęłam się na Krem CC Colour Correcting Cream z MaxFactor, który był na promocji. A, że przyczajałam się na ten produkt już dość długo stwierdziłam, że grzech nie skorzystać, tym bardziej, że kremy CC łączą w sobie zalety pielęgnacyjne z właściwościami kryjącymi podkładu. Dodatkowo korygują koloryt skóry, pozostawiają ją gładką i spełniają wysokie wymagania dotyczące pielęgnacji nawilżającej. 

Pojemność: 30 ml, 
Dostępność: Rossman,
Cena: ok. 30 zł w promocji.

Kremy CC Colour Correcting Cream od MaxFactor charakteryzują: 
  • 9,7% pigmentów zapewnia nieskazitelne krycie, 
  • naturalne składniki pielęgnacyjne: koktajl z wody z ogórka, gliceryny, ekstraktu z owocu róży i rokitnika ma działanie nawilżające i rozjaśniające, 
  • SPF 10*



Kupując ten krem przede wszystkim oczekiwałam wyrównania kolorytu skóry twarzy i tego, aby ten kosmetyk nie podkreślał mi suchych skórek - i tego nie robił:). Jednakże nie spodziewałam się, że będzie miał również całkiem niezłe krycie. Moja skóra poza tym, że jest sucha to charakteryzuje się dużą ilością wągrów w okolicy nosa i zaczerwienieniami, które w sumie dość łatwo przykryć. Powyższy krem CC całkiem dobrze radzi sobie z powyższymi problemami, a przy trzech warstwach jest wstanie zakryć różnorakie dodatkowe niespodzianki:). 

Jak pisałam Wam wyżej na Wizażu znalazłam informację, że Krem CC Colour Correcting Cream od MaxFactor ma jeszcze działanie nawilżające i rozjaśniające. Tego drugiego nie zauważyłam, jednakże z nawilżeniem jak na produkt do makijażu całkiem dobrze sobie radzi - nie tylko mam poczucie, że współpracuje z nałożonym wcześniej kremem, to jeszcze nie wysusza skóry i nie podkreśla tych nieszczęsnych suchych skórek ;). Dodatkowo nie roluje się.

Jeżeli chodzi o tenże kosmetyk to na pewno będę do niego wracać, chociaż tylko wtedy jeżeli znajdę go na promocji;). 

Jeżeli chcecie być na bieżąco to zapraszam na mój FP i Instagram: 

Powyżej znajdziecie więcej informacji i zdjęć, które nie mieszczą się na blogu lub nie ma sensu robić z nich notki ;)

środa, 6 maja 2015

Stosik biblioteczny, maj 2015

Ostatnio niestety nie mogę sobie pozwolić na zakup nowych książek, więc jestem skazana na bibliotekę i ewentualne egzemplarze recenzenckie. Jednakże na szczęście nie mogę narzekać na moje biblioteki, bo bardzo często znajduję w nich to czego nie spodziewałam się w nich znaleźć;]. 

Wczoraj zaszłam więc do biblioteki (oczywiście tylko po to, żeby oddać książki, bo przecież w domu swoich mam w ciul nieprzeczytanych) i wytargałam z niej następujące powieści. 


Od góry:
1. Jose Saramago, "Miasto ślepców", 
2. A. G. Reemmers, "Powrót Młodego Księcia",
3. Grażyna Jagieska "Anioły jedzą trzy razy dziennie", 
4. Mariusz Zielke "Twardzielka"
5. M. J. Kossakowska "Zbieracz burz". 

Na 4 książki z powyższych miałam ochotę już od dawna, więc bardzo się cieszę, że udało mi się je dorwać. Tą ostatnią wzięłam z ciekawości i nie jestem pewna czy mi się spodoba, bo w sumie nic o niej nie wiem - tj. nie czytałam żadnych recenzji. Mam nadzieję, że uda mi się je przeczytać w tym miesiącu razem z kilkoma zaplanowanymi, które już od dawna leżą w mojej biblioteczce i wołają o pomstę do nieba;). Zatem do roboty;). 

wtorek, 5 maja 2015

G. R. R, Martin. "Uczta dla wron"


"Uczta dla wron. Cienie śmierci" G. R. R. Martin"Uczta dla wron. Cienie śmierci" G. R. R. Martina, to kolejna część popularnej serii "Gra o tron". Z wielką przyjemnością sięgnęłam po wydanie w serialowej okładce mając nadzieję, że będę szybciej z wydarzeniami od mojego narzeczonego, który ogląda tylko serial. 

Jednakże powyższa powieść nieco mnie zaskoczyła lecz też trochę zawiodła. Już Wam tłumaczę dlaczego. 

Otóż po stuleciach ciągłych wojen wydawało się, że w siedmiu potęgach dzielących władzę nad krainą zapanował spokój. Po śmierci króla potwora - Joffreya oraz morderstwie Tywina Lannistera, Cersei przejmuję władzę w Królewskiej Przystani. Śmierć Robba Starka złamała bunt na północy, a jego rodzeństwo jest rozproszone po całym królestwie. Zdawałoby się, że trwająca wojna zaczęła się powoli wypalać. Jednak niebawem zaczynają się zbierać niedobitki, banici, renegaci i padlinożercy, którzy ogryzają kości poległych i łupią tych, którzy wkrótce również rozstaną się z życiem. Natomiast gra o tron wkracza w nowy wymiar - tym razem to ludzkie wrony zgromadziły się na bankiet z popiołów...

Zapewne każdy z Was, kto ogląda serial i stara się być na bieżąco z książką od razu dostrzeże różnice między powieścią i jej ekranizacją. Tak jak na początku fabula z książki i serialu w miarę się pokrywała, to im dalej w las, tym więcej różnic. Przyznam się, że bardziej mnie to drażni niż ciekawi, albowiem w serialu są dość znaczne odstępstwa od treści książek, której jest ponoć ma do nich nawiązywać. Niewątpliwym plusem książkowej "Uczty dla wron. Cienie śmierci" jest opis wydarzeń, które nastąpiły po ucieczce Tyriona. Jednakże zalet jest niewiele więcej. Osobiście najlepiej czytało mi się fragmenty opisujące wydarzenia z Dorne i Muru. Niestety mam ważenie, że w reszcie powieści niewiele się działo, co bardzo spowalniało akcję i czyniło ją nużącą. W tej części "Gry o tron" moim zdaniem za dużo było pitolenia, a za mało akcji i fabuły:(. No, ale mam nadzieję, że to mimo wszystko tylko chwilowy spadek formy Martina. Czego jeszcze brakowało mi w tym tomie? Innych i dzikich oraz tych wszystkich opowieści, które tak bardzo podobały mi się w poprzednich częściach. Poza tym nie było tu rozdziałów o Tyrionie i Daenerys, co również bardzo mnie zawiodło, bo to jedne z moich ulubionych postaci i wygląda na to, że niestety nie zawitają na karty powieści zbyt szybko, co mnie mocno rozczarowuje. 

Szczerze mówiąc nie wiem czy gdyby serial nie był tak dobry, to przebrnęłabym przez "Ucztę dla wron". Jednak przy książkach trzyma mnie ciekawość, która karze mi sprawdzić jak bardzo różne będą losy poszczególnych bohaterów. Mam jednak nadzieję, że w następnym tomie będzie tylko lepiej, a "Taniec ze smokami" wynagrodzi braki poprzedniej części. 

niedziela, 3 maja 2015

Podsumowanie kwietnia 2015

Witajcie, 
dzisiaj nadszedł czas na kolejne podsumowanie miesiąca :). Z książkami nieco słabiej niż na początku roku, ale i tak się jakoś trzymam ;). Jednak zaczęłam nadrabiać zaległości w filmach i chyba dawno nie obejrzałam, aż tylu filmów w ciągu miesiąca. 



Jeżeli chodzi o książki to sytuacja miewa się następująco: 
  1. J. Dashner, "Lek na śmierć",  [moja opinia]
  2. K. I. Gałczyński, "Szarlatanów nikt nie kocha", [moja opinia]
  3. Stieg Larsson, "Zamek z piasku, który runął", [moja opinia]
  4. C. Salaman, "Łódź", [moja opinia]
  5. G. R. R. Martin "Uczta dla wron. Cienie śmierci" - niestety nie udało mi się skończyć tego w kwietniu, z nie do końca zależnych ode mnie rzeczy. Jednak recenzja pojawi się pewnie już niebawem ;) 
Natomiast jeżeli chodzi o filmy to było ich dużo więcej niż książek. 
  1. "Jedz, módl się, kochaj", 
  2. "Imię róży", 
  3. "Dziewczyna z tatuażem"
  4. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - dwie części
  5. "Dziewczyna, która igrała z ogniem" - dwie części
  6. "Zamek z piasku, który runął" - tylko pierwsza część
Jeżeli chodzi o mnie to zdecydowanie bardziej podoba mi się ta amerykańska ekranizacja Millenium. I wiecie co...śmieszył mnie komentarz dot. "Dziewczyny z tatuażem", że jest to kopia szwedzkiego filmu "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet". I zastanawiam się czy to była ignorancja czy zwykła głupota. W końcu nie da się wymyślić nie wiadomo czego jeżeli chodzi o ekranizacje książki ;]. 

Poza tym wśród tych wszystkich zmian, które dzieją się na moim blogu chciałabym jeszcze wprowadzić notki filmowe. Nie będą to tylko recenzje filmów, ale chciałabym też skupić się na ekranizacjach tego co czytam :). Mam nadzieję, że będzie to ciekawa dla Was seria :). 

3majcie się ciepło :)