wtorek, 31 marca 2015

Tortilla - placki, przepis

W moim domu co jakiś czas gości tortilla. Do tej pory kupowałam placki w Biedrze, jednak nadszedł czas, w którym postanowiłam nauczyć się je robić, bo jakoś tak więcej na raz można zrobić i po mojemu bardziej ekonomicznie wychodzi, chociaż narobić się trza... 

 Składniki: 
  • 2 szklanki mąki + naddatek do posypania stolnicy,
  • szklanka wody, 
  • 2 łyżki oleju + olej do smażenia, 
  • sól,
Wykonanie: 

Do miski wsypujemy mąkę, sól, olej oraz gorącą wodę. Wszystkie składniki mieszamy i zagniatamy ciasto. Ciasto odkładamy na 10 minut, żeby odpoczęło. Po tym czasie kroimy je na kilka równych kawałków, formułujemy kulki i rozwałkowujemy jak najcieniej. Podsmażamy na patelni - placki muszą być nieco większe niż średnica patelni ze wgzlędu na to, że ciasto trochę kurczy się na patelni.  Z tej porcji wychodzi ok 7 - 8 placków :). Jeżeli chodzi o nadzienie, to od Was zależy co wsadzicie do środka :). 



Ja pewnie już nie będę kupowała tortilli w sklepie, tylko będę ją kupowała, bo to nie jest trudne. Fakt - nie wychodzą takie ładne i równiutkie jak te ze sklepu, ale smakują dużo lepiej i przynajmniej wiecie co dodajecie;). 

poniedziałek, 30 marca 2015

W. Lashner, "Z krwi i kości"

Książka "Z krwi i kości" to pierwsza powieść Williama Lashnera, którą miałam okazję przeczytać. Poznajemy w niej Kyle'a Byrne'a, którego życie legło w gruzach wraz ze śmiercią ojca - wziętego filadelfijskiego prawnika. Brak ojca odcisnął się bardzo boleśnie na życiu mężczyzny, który w dorosłym życiu wciąż jest niedojrzałym chłopaczkim, który nie może sobie z nim poradzić. Dlatego też Kayle pracę raczej miewa niż ma, a dni spędza w barach i grach wideo. Jednak w dniu, w którym zostaje zamordowany wspólnik ojca Kyle'a życie mężczyzny ulega drastycznej zmianie, gdyż młody Byrne rozpoczyna swoje prywatne śledztwo. Mężczyzna pakuje się w różne niebezpieczne sytuacje z naiwnością pięciolatka i naiwnie myśli, że nie tylko wyjdzie z tego cało, ale również coś na tym zyska... Zadający niewygodne pytania oraz rozdrapujący stare rany Kyle ściąga na siebie gniew ludzi, którzy nie zawachają się przed niczym, żeby zachować bogactwo i władzę. 

Ta książka bardzo kojarzy mi się z "Brudnym szmalem" - klimat powieści jak dla mnie jest ten sam, podobne motywy - wiecie bar i mężczyzna uwikłany w przestępczy światek oraz wolno rozkręcająca się akcja. Jednak  ta powieść jest bardziej rozbudowana, a Lashner wychodzi trochę dalej poza mury baru niż Dennis Lehane. Dlatego też jeżeli czytaliście "Brudny szmal" i on Wam się podobał ta powieść powinna również powinna przypaść Wam do gustu.

Jednakże z tym ascetycznym stylem obecnym w obu tytułach nie udało mi się zaprzyjaźnić. Ciągle miałam wrażenie, że fabuła ciągnie się niczym krówka mordoklejka, a ciekawe wątki i sytuacje wcale nie sprawiły, że na "Z krwi i kości" popatrzyłam łaskawszym okiem. Trzeba jednak przyznać, że pomysł na intrygę i fabułę okazał się całkiem niezły, jednak brakło mi tu tego dreszczyku, który tak bardzo cenię sobie w tego typu historiach. Poza tym główny bohater maksymalnie działał mi na nerwy - niedojrzały bumelant bez ambicji i planów na przyszłość, który winą za całe zło świata obarcza nieżyjącego już ojca, przez którego miał ciężkie dzieciństwo. Jemu w sumie do szczęścia wystarczyło wypicie piwa i przystawianie się do kobiet...niestety nie idzie tego nazwać inaczej, a na myśl przychodzą mi dużo bardziej dosadne określenia. Mimo to okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda, albowiem dużo lepiej jest, jeżeli główny bohater wywołuje w nas jakieś konkretne emocje, a nie tylko obojętność. W każdym bądź razie Kyle to typ takiego mało skomplikowanego i niewymagającego człowieczka, a ja za takimi ludźmi nie przepadam i być może dlatego nie wzbudził mojej sympatii. Kyle był kroplą, która przelała czarę i sprawiła, że ledwo przebrnęłam przez tą historię. Jednak tak jak wspomniałam kryje się w niej potencjał, a "Z krwi i kości" może przypaść do gustu tym z Was, którzy polubili się z "Brudnym szmalem".

Reasumując:

"Z krwi i kości" to powieść, która nie spodoba się wszystkim. Ten typ książki trzeba lubić, ponieważ jest dość specyficzny. Dlatego też jest wysokie ryzyko, że ta powieść nie przypadnie Wam do gustu, więc warto zastanowić się dwa razy zanim się po nią sięgnie. 

sobota, 28 marca 2015

Kącik kulinarny: kotlety z fasoli,

W moim życiu osobistym nadszedł czas wyzwań i mimo to, że o nich nie wiecie lub docierają do Was jakieś strzępy informacji, to przyszedł czas na kolejne wyzwanie blogowe. Na Facebooku znalazłam grupę 52 potrawy, która zainspirowała mnie do przeniesienia tego wyzwania na bloga. Wiem, wiem - był już kącik kulinarny, który miał ukazywać się regularnie i padł, ale z upadków też się podnosi;). 

Nieco późno zaczynam to wyzwanie, więc przede mną dużo pracy i jeszcze więcej wyzwań oraz...wątpliwości. Ale jak to mówią - nawet najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Zatem zaczynajmy! 

Dzisiaj chciałabym Wam zaproponować kotlety z czerwonej fasoli, które smakują niemalże identycznie jak mielone z mięsa! Dlatego też można je wykorzystać zarówno jako dodatek do obiadu, jak i wkład do domowych wegetariańskich burgerów! 


Czego potrzebujemy? 

  • puszka fasoli, 
  • pół pęczka natki pietruszki, 
  • jajko, 
  • sól, pieprz, przyprawa do mięsa mielonego, 
  • 2 - 3 łyżki mąki, 
  • 2 cebule
  • bułka tarta do panierki.
  • olej lub masło klarowane do smażenia.


Fasolę odcedzasz i przekładasz ją do miski. Do fasoli dodajesz posiekaną natkę pietruszki oraz jajko i przyprawiasz do smaku. Wszystko miksujesz. Następnie dodajesz mąkę i mieszasz całość. 

Cebulę kroisz w kosteczkę i dodajesz do powstałej wcześniej masy. Jeżeli trzeba jeszcze doprawiasz do smaku. 

Z powstałej masy formujesz małe kotleciki i obtaczasz w bułce tartej. Smażysz na oleju lub maśle klarowanym. 

Tak jak pisałam te kotlety niewiele odbiegają w smaku od tych z mięsa mielonego (przynajmniej moim zdaniem) i sprawiły, że polubiłam znienawidzoną do tej pory fasolę. Na pewno wejdą na stałe do mojego domowego menu. I na pewno będę szukać nowych sposobów na fasolę;). 

piątek, 27 marca 2015

Zapachy na sezon wiosna - lato 2015

W powietrzu niewątpliwie czuć już wiosnę i nadszedł czas na zdjęcie z siebie grubych kurtek i cieplejszych ubrań. Wielu z nas zmienia również zapachy na lżejsze. Tak też jest ze mną i postanowiłam się z Wami podzielić tym czego lubię używać w ciepłe dni i po co moim zdaniem warto sięgnąć. 

Nie byłabym sobą, gdybym w tym czasie nie sięgała po Elizabeth Arden Green Tea Tropical, którą używam już od lat. 



Ten zapach otwiera się owocem liczi - dominikańskim owocem namiętności, aby przejść w zieloną herbatę i chińską magnolię. Natomiast podstawę stanowi piżmo, tropikalne czarne porzeczki oraz mech morski.

Ja zawsze sobie biorę od razu 100 ml, bo wiem, że ten zapach, w tej pojemności i tak zejdzie mi przerażająco szybko:(. Uwielbiam go za świeżość cytrusów i zielonej herbaty oraz za uzbierane przez lata wspomnienia, które w sobie niesie. 



Nike, up or down dostałam na urodziny i od razu podbiła moje serce, ponieważ bardzo przypomina mi zapach, który dostałam od mamy jak byłam jeszcze podlotkiem. Z tą różnicą, że ten, co mam teraz jest dużo subtelniejszy. 

Zapach rozpoczyna się aromatami mandarynki, bergamotki oraz białego pieprzu, które przechodzą w woń bułgarskiej, róży, frezji, piwonii oraz kwiatu frangipani, aby przejść w zapach piżma oraz drzewa sandałowego i irysa. 

Na koniec dwa klasyki z Avonu, a mianowicie Incandessence oraz Little black dress.




Incandessence - tego zapachu używam od studiów, czyli też ładnych parę lat. Kojarzy mi się przede wszystkim ze studiami magisterskimi, bo to właśnie wtedy zaczęłam go używać, chociaż przyczajałam się do niej już od jakiegoś czasu. Kojarzy mi się przede wszystkim z czasami, kiedy byłam jeszcze idealistką i wierzyłam w to, że dam radę ze wszystkim, a moje marzenia od doktoracie to coś realnie do zrealizowania...dzisiaj już nie chciałoby mi się iść na doktorat;p. 

Nuty zapachowe: orchidea, konwalia, bergamotka, tulipan, frezja, magnolia, mimoza. 



Little Black Dress odkryłam stosunkowo niedawno. Oj wiele lat obok niej chodziłam zanim po nią sięgnęłam - zawsze były jakieś inne zapachy (lub książki :D) do kupienia, które bardziej mnie intrygowały. Jednakże w końcu zaopatrzyłam się w nią, w grudniu i nie żałuję. Jest to elegancki zapach, który idealnie nadaje się nie tylko na jakieś wyjścia, ale na święta i na wieczorne wyjścia też będzie idealny. Chociaż czasem używam go na co dzień i też jest ok ;p.

Nuty zapachowe: 

nuta głowy: afrykański imbir, kolendra, cyklamen 
nuta serca: różowa peonia, gardenia, ylang-ylang, kwiat księżycowy 
nuta bazy: drzewo mleczne, japońska śliwka, piżmo. 


Myślę, że będę do niego wracać co jakiś czas, ale nie do przesady, bo mam bardziej ulubione zapachy. Poza tym chciałabym wypróbować jeszcze kilka innych;)

Jak widzicie nie mam jakiejś wielkiej kolekcji zapachów, jednak jeżeli miałabym się ograniczyć tylko do jednego to na pewno byłaby to Elizabeth Arden, która jest moim ulubionym zapachem ever...

czwartek, 26 marca 2015

D. Wellman, "Ja nie mogę być modelką?!"

Bardzo lubię Dorotę Wellman. Ta kobieta nie tylko jest profesjonalistką w tym co robi, ale również posiada sporą dawkę humoru oraz dystansu do siebie i świata. Dlatego też sięgnięcie po jej książkę było dla mnie zaledwie kwestią czasu. 

Nie jest to typowa książka o modzie, bo modowe inspiracje są przeplatane osobistymi wstawkami Pani Wellman dotyczącymi jej podejścia do życia, mody, swojej pracy i tego co kocha. Dlatego też nie należy się spodziewać typowego poradnika o tym jak się ubierać mając więcej ciała niż inni, ale można oczekiwać dawki inspiracji, która pozwoli nam na uwierzenie w siebie oraz nabrania pewności, że  to, iż wyglądamy inaczej nie czyni z nas gorszego człowieka. 

"Jeśli wyglądacie tak czy inaczej, jesteście grubsze, chudsze, rude, piegowate, wysokie, niskie, jeśli macie jakieś mankamenty, niedoskonałości, nie chowajcie się po kątach. Dzielnie wypnijcie biust do przodu i bierzcie na klatę. Wtedy nikt wam nie podskoczy. Jeśli ubieracie się inaczej, macie dredy do pasa, tatuaże na nogach, a ludzie na Was patrzą krzywym okiem, bo nie lubią innych i kolorowych ptaków - miejcie to gdzieś. Nieważne, co mówią ludzie, ważne jest to, co myślimy o sobie. Ja o sobie myślę dobrze." 
D. Wellman, "Ja nie mogę być modelką?!
Podczas lektury powyższej publikacji autorka nie tylko usiłuje przekazać nam zastrzyk dobrej energii i wiary w siebie, ale także dzieli się z nami swoimi doświadczeniami, pasjami i podejściem do życia. Ja wyniosłam z tej książki przeświadczenie, że z Panią Dorotą odnalazłybyśmy wspólny język - na początek połączyłyby nas książki i wolontariat :).


"Zrobić coś dobrego i nie oczekiwać niczego w zamian. To daje taką samą przyjemność jak wygrana w totka. Po co to robić? Żeby (coś, kogoś, świat) zmienić na lepsze. I sobie zrobić dobrze. (...) Oddaję swoje wolne chwile i możliwości na rzecz mojego najbliższego otoczenia, lokalnej społeczności. Dla tych, którzy mają gorzej i słabiej sobie radzą. Dla potrzebujących. Myślę, że to jest dużo bardziej wartościowe od mojej pracy w telewizji. I że więcej szczęścia można znaleźć w dawaniu niż w braniu."
D. Wellmn, "Ja nie mogę być modelką?!"

Ta kobieta jest niesamowita i bardzo bym chciała ją kiedyś poznać osobiście. Ona nie tylko przełamuje stereotypy, ale również stara się inspirować innych. Dla mnie jest niesamowicie odważną kobietą, która pokazuje, że w naszej przestrzeni publicznej jest miejsce  dla różnych ludzi i nie trzeba mieć wymiarów modelki, aby robić to o czym się marzy. 

Moim zdaniem "Ja nie mogę być modelką?!" jest publikacją dla tych z Was, którzy szukają dawki inspiracji oraz motywacji do walki o siebie i swoje szczęście. Ta książka z pewnością Wam ją da :). A do tego jest to książka do pochłonięcia na jeden raz ;)

wtorek, 24 marca 2015

Inspiracje kulinarne 1/2015

Hej, hej, 
zanim przejdę do rzeczy chcę Was zaprosić na mój FanPage >>>KLIK<<< i Instagram >>>KLIK<<<, gdzie na bieżąco możecie śledzić to co aktualnie się u mnie dzieje, albo to co mnie aktualnie cieszy czy pasjonuje. Nie znajdziecie tam bardzo prywatnych zdjęć czy komentarzy, ale na pewno możecie oczekiwać informacji/relacji o wydarzeniach charytatywnych, zapowiedzi notek, informacji o świeżych przesyłkach/współpracach i wiele innych. Poza tym mam nadzieję, że będzie u mnie więcej konkursów...ale, żeby o nich wiedzieć, to musicie mnie przynajmniej lubić na facebooku;). Ale tymczasem do rzeczy...


~*~

Mieszkanie samemu ma swoje plusy i minusy, bowiem z jednej strony masz większy luz i sprzątasz, gotujesz czy robisz cokolwiek innego w swoim tempie i znikąd nie ma parcia, że musi to być zrobione na już...chociaż z drugiej strony jak ty tego nie zrobisz, to samo się nie zrobi;p. 

Mnie samodzielne mieszkanie zmusiło do lepszej organizacji i chociażby do rozwoju swoich zdolności kulinarnych - niezależnie od tego czy chcę czy nie. W końcu pod ręką nie ma nikogo, kto upiecze ciasto czy zrobi pierogi (co całe życie było moją zmorą) i mimo to, że posiadasz jakieś podstawowe zdolności kulinarne pozwalające na przetrwanie, to i tak przychodzi chwila, kiedy złapię cię "ból" i nie ma bata - musisz się przełamać i wziąć się za naukę w praktyce ;p. 

Zatem przez ostatnie lata przestworza Internetu i książki kucharskie stały się nieodmienną inspiracją w tworzeniu czegoś nowego...tym bardziej od momentu, w którym mam dla kogo gotować ;]. 

Ostatnio patrząc na moją półkę z książkami kucharskimi stwierdziłam, że trochę się ich nazbierało i pora się zainspirować tymi, po które jeszcze nie sięgałam wcale lub robiłam to bardzo rzadko. Te po które sięgałam już nie raz przewijały się na moim blogu i pora pokazać te, które (jak mam nadzieję), będą dla mnie źródłem inspiracji. 

  •  A. Ziemnicka - Łaska, O. Kwiecińska, "Szczypta smaku", J. Child "Francuski szef kuchni. 




Te dwie książki mam z tego zestawu ładnych parę lat. Jednak do tej pory zrealizowałam zaledwie po jednym przepisie. Wstyd! Pora to nadrobić. Jednak plus jest ten, że te dwie pozycje zdążyły mi przypomnieć o smakach z dzieciństwa, które dawno nie gościły w mojej kuchni...zatem całkiem nieźle się zapowiada :D. 
  • M. Dymek "Jadłonomia" 


To zdecydowanie najświeższa pozycja w moim zbiorze z książek kucharskich. Mam nadzieję, że będzie dla mnie pyszną inspiracją oraz sprawi, że w mojej kuchni pojawi się więcej owoców i warzyw. 


  • W moim domu zagościły też gazety z branży kulinarnej...

Ostatnio odkryłam też stronę, na której znalazłam przepis, który sprawił, że polubiłam fasolę: 

Mam nadziej, że nauczę się robić kilka fajnych rzeczy, które na stałe wejdą do mojego menu, a szansa jest całkiem spora i zapowiada się na to, że będzie pysznie :). A w najbliższym czasie podzielę się z Wami tym przepisem z wykorzystaniem fasoli, który zupełnie zmienił moje podejście do niej ;). 

Tymczasem życzę Wam miłego dnia, wieczoru, czy czegokolwiek co Was jeszcze dzisiaj czeka ;) 

poniedziałek, 23 marca 2015

Stosik II/2015

Marzec to miesiąc moich urodzin, więc głównie dzięki temu przybyło mi nieco więcej książek niż normalnie, co mnie bardzo cieszy. Dlatego dzisiaj chciałabym Wam pokazać co nowego zawitało w mojej biblioteczce :). Dzisiaj jeszcze jest mały bonus w postaci dwóch kolorowych treningów antystresowych:)


Od góry:

  1.  S. J. Bolton "Karuzela samobójczyń" [recenzja],
  2. Karl Ove Knausgard "Moja Walka", tom 1,
  3. Aleksander Dumas "Trzej muszkieterowie"
  4. F. Dostojewski, "Zbrodnia i kara"
  5. Kolorowy trening antystresowy. Wzory i wzorki. >>>KLIK<<<
  6. Kolorowy trening antystresowy. Esu-floresy. >>>KLIK<<< 
  7. M. Dymek, "Jadłonomia".
Kolejna część książek, które przywędrowały do mnie ostatnim czasie to: 




  1.  S. J. Bolton "Zagubieni", 
  2. W. Lashner, "Z krwi i kości" 
  3. A. Kessler "Krople miłości" (recenzja tej książki będzie chyba tylko na Stalowych Czytaczach). 
  4. D. Wellman "Ja nie mogę być modelką) - o tym niebawem ;)
Jest też stosik biblioteczny :D - również od góry: 


1. R. P. Evans, "Dotknąć nieba" [recenzja]
2. R. P. Evans, "Na rozstaju dróg"
3. Ch. Link, "Nieproszony gość"
4. S. Jio, "Dom na plaży"

Z tego co wiem, to prawdopodobnie w drodze do mnie są jeszcze dwie książki :), zatem to jeszcze nie koniec. Jednak chciałam już Wam pokazać to co mam, bo jak zauważyliście już powoli zaczęły się pojawiać notki o tych książkach, więc za chwilę nie byłyby dla Was żadną nowością ;). 

Tymczasem jest już pierwszy zawód z powyższego stosiku, a mianowicie: 



Dałam radę przeczytać 144 i niewiele się tam działo. Fabuła nudna jak flaki z olejem i czytanie idzie jak krew z nosa. Niestety nie zdzierżyłam tej książki i z tego co wiem, to nie tylko ja z nią się nie polubiłam. A szkoda. Do tej autorki będę miała jeszcze jedno podejście, bo "Obserwator" czeka już na mojej półce. Jednak jak za trzecim razem się nie polubimy z panią Link prawdopodobnie nie będę już po nią sięgać. 

P. S. Jeżeli śledzicie mój FP i Instagram wczoraj byłam na dość oryginalnym meczu charytatywnym. Było zabawnie, poznałam parę osób i przy okazji pomogliśmy niepełnosprawnym dzieciaczkom: 


niedziela, 22 marca 2015

R. P. Evans, "Dotknąć nieba"

Bardzo rzadko sięgam po książki Richarda Paula Evansa, ale odkąd zetknęłam się z tym autorem co jakiś czas lubię do niego wracać. Będąc ostatnio w bibliotece sięgnęłam po dwie pierwsze książki z cyklu "Dzienniki pisane w drodze". Obecnie jestem świeżo po skończeniu książki "Dotknąć nieba", w której głównym bohaterem jest Alan. Kiedy go poznajemy wiedzie szczęśliwe i dostatnie życie u boku ukochanej kobiety. Jednak pewnego dnia życie przewraca mu się do góry nogami. Żona Alana ma wypadek i umiera w wyniku komplikacji, a jego wspólnik kradnie mu firmę. Żeby tego było mało mężczyzna traci również swój majątek, w wyniku niewydolności finansowej. Jak pewnie się domyślacie Alan jest na skraju załamania nerwowego i o krok odebrania sobie życia, jednak ratuje go jedna z obietnic złożonych żonie przed śmiercią, a mianowicie, że będzie żył po jej odejściu. 

W najtrudniejszym momencie życia Alan wyrusza do Key West na piechotę - przed nim 4051 km i wiele zmian...

"Dotknąć nieba" to historia drogi, a podczas jej czytania nie tylko widzimy jak zmienia się życie głównego bohatera, ale również to jak zaczyna powstawać z kolan. Na początku, po śmierci żony, dla Alana nie liczy się nic - wszystko straciło sens i nie jest w stanie sobie poradzić ze stratą jedynej osoby, którą tak na prawdę kochał. Jednak wyruszając w drogę znalazł sobie cel i chociaż krótkotrwały, to może zapoczątkować wiele niezwykłych zmian w życiu naszego głównego bohatera. Na naszych oczach główny bohater poznaje nowych ludzi i ich historie, przełamuje swoje słabości i powoli odnajduje w swoim życiu sens. 

Książki R. P. Evansa, nie są jakąś wybitną literaturą, jednak dają do myślenia i potrafią wzruszyć oraz przypomnieć sobie o tym, że powinniśmy doceniać to kogo i co mamy. "Dotknąć nieba" było dla mnie wytchnieniem wśród lektur kryminałów, książek z zakresu fantastyki oraz tych dotyczących trudnych tematów. Powyższa powieść może nie dosięgła jednak  pewnej struny w mojej duszy i nie wzruszyła mnie zbytnio. Czasem miałam wrażenie, że to co się dzieje w tejże książce jest płaskie i zbyt proste. Niemniej jednak "Dotknąć nieba" przypomniało mi o tym, że nasze życie w jednej chwili może zmienić się na gorsze i powinnam doceniać to co mam. 

sobota, 21 marca 2015

Kącik kulinarny: pałeczki serowe

Wciąż jeszcze zdarza mi się spędzać samotne wieczory - które tak na prawdę lubię i wykorzystuję. To wtedy mam czas na poczytanie lub nadrobienie zaległości w serialach, które mogę oglądać tylko sama (wiecie, wszystkie te "Dowody zbrodni", "Agenci NCIS", "CSI..." i inne, które chyba tylko ja z najbliższej rodziny oglądam);]. Było kilka takich wieczorów w tym tygodniu, albowiem moja rzekomo lepsza połowa wybyła za miasto na kilkudniowe szkolenie z pracy. Od kiedy zaczęłam uczyć się nowych rzeczy, czasem w ramach podwieczorku lub bardzo wczesnej kolacji towarzyszy mi mała przegryzka, tak bywało i ostatnio.

Błogosławieństwem są wszystkie podręczne inspiracje w postaci książek i gazet, które posiadam w domu, które podsuwają mi coraz to nowsze pomysły;).

Tym razem wpadł mi w ręce przepis na zapałki serowe. I mimo to, że nie jest to dokładnie to, co znalazłam w "Kuchni", to jednak stanowiła ona nie małą inspirację;). 



Składniki:
  • opakowanie ciasta francuskiego
  • 150 g. sera żółtego, 
  • kmin rzymski, 
  • sól, 
  • oliwki, 
  • żółtko, 
  • dwie łyżki wody, 
Wykonanie: 

Rozwijamy ciasto i kroimy je w poprzek na paski.

Jajko roztrzepujemy z dwiema łyżkami wody i smarujemy nim ciasto, które posypujemy startym serem żółtym. Połowę ciasta posypałam oliwkami i posoliłam. Natomiast połowę bez oliwek posypałam kminem rzymskim. Szybkie i idealne rozwiązanie do książki lub seansu filmowego:)

Idealnie smakuje z dipem czosnkowym , ale jak wolicie może też być keczup lub majonez;). Mogą też całkiem dobrze smakować z kremową zupą cebulową;]. 

czwartek, 19 marca 2015

3 * na tak do 10 zł.

Seria 3 * na tak do 10 zł. Chodziła już za mną od jakiegoś czasu, ale nie mogłam się zebrać, żeby ją zacząć. Jednak teraz mam nadzieję, że co jakiś czas będą się pojawiać posty, w których będę pisać Wam o tanich i sprawdzonych kosmetykach do 10 zł. 

Dzisiaj zapraszam na pierwszą dawkę i mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie :)


  1. Farmona, szampon łopianowy, 
  2. Green Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką, 
  3. Avon, Planet Spa, nawilżająca maseczka do twarzy, 

 Ad. 1. 

Niby szampon jak szampon, jednak daje sobie radę ze zmywaniem olei z włosów, nie plącze oraz jest bardzo wydajny. 

Dodatkowo można go kupić w Biedronce, za niecałe 8 zł. (przynajmniej z tego co pamiętam;]). Ma 300 ml i może się wydawać, że dość szybko nam się zużyje, ale moim zdaniem ma taką samą wydajność, jak nie jeden szampon 400 ml, lub 500 ml. 


Ad.2 


Ten kosmetyk kupiłam w ciemno już dość dawno temu, po czym okazało się, że działa:). Nie tylko odżywia włosy, ale wzmacnia je oraz pobudza ich porost. Po użyciu tego kosmetyku moje włosy są mega miłe w dotyku. Już pisałam o nim jakiś czas temu, więc wystarczy, że klikniecie na etykietę Green Pharmacy, a szybko odnajdziecie notkę z nim. Aktualnie mam już chyba 3 czy 4 buteleczkę. 



Koszt: ok. 5 zł,

Dostępność: drogerie, sklepy z ekologicznymi produktami.

Ad. 3. 

Tej maseczki miałam już kilka tubek i lubię do niej wracać. Użyta przynajmniej raz w tygodniu jest świetnym zastrzykiem nawilżenia. Nie uczula, nie podrażnia i starcza na długo. Dodatkowo ja tą nabyłam za 5 zł., ale warto ją kupić w jakiejś promocji łączonej. Czasem pojawia się też za 8,99. 

Dostępność: konsultantki Avon

Powyższe kosmetyki sprawdziły się u mnie na tyle, że chętnie do nich wracam (lub jak w przypadku szamponu będę wracać). Na pewno nie byłabym zadowolona, jakby je wycofali i musiałabym szukać zamienników. 

wtorek, 17 marca 2015

S. J. Bolton "Karuzela samobójczyń"

Są autorzy, w których zakochujemy się już od pierwszych stron pierwszej powieści tegoż pisarza, po którą sięgniemy. W moim przypadku tak było z S. J. Bolton i jej książką "Ulubione rzeczy", dlatego nie mogłam odmówić sobie przyjemności z sięgnięcia po ich kontynuację  - "Karuzelę samobójczyń".

Tym razem Lacey Flint angażuje się w śledztwo, które ma na celu rozwiązać zagadkę podejrzanych samobójstw studentek z Cambridge. Na początku sprawa wydaje jej się bardzo prosta, chociaż powoli dociera do niej, że powyższe samobójstwa nie tylko zaskakująco wykraczają poza statystyki, ale również są krwawe, gwałtowne i makabryczne. To daje do myślenia, ponieważ zwykle próby samobójcze u kobiet nie są aż tak drastyczne. Dodatkowo przed samobójstwami w życiu kobiet działy się dziwne rzeczy, wskazujące na to, że jednak coś się dzieje i istnieje przynajmniej jedna osoba trzecia, która wpływa na dziewczyny w okrutny sposób. 

I tym razem, tak jak w przypadku "Ulubionych rzeczy" S. J. Bolton od pierwszych stron nas zaskakuje i nie daje nam odpocząć :). Lancey zamienia się w tajniaczkę, która jednak nie została wprowadzona zbyt dobrze w sprawę, co sprawia, że pakuje się w różne dziwne i niebezpieczne sytuacje oraz nie raz naraża śledztwo na szwank. W tej historii również mamy stalkerów, z nieco bardziej pokręconymi umysłami, niż można by było się spodziewać. Jednak nie powiem Wam na ten temat nic więcej, ponieważ to wyjaśnia się w miarę rozwoju fabuły i nie chcę zniszczyć Wam przyjemności z czytania;]. Mimo to jest coś co mogę Wam jeszcze zdradzić. Autorka przez całą powieść podrzuca nam subtelne podpowiedzi, które mogą nas naprowadzić na rozwiązanie, jednak jeżeli już na to wpadniemy to nie do końca chcemy w to uwierzyć. W sumie, dla większości z Was motywy działania ludzi popychających młode kobiety do samobójstw faktycznie mogą być ciężkie do rozgryzienia, bo to dopiero drugi kryminał, w którym spotykam się z tym wątkiem. Mam wrażenie, że mimo wszystko zjawisko wplecione w tą historię jest na tyle rzadkie, że niezbyt często wspomina się o nim również na kryminologii - przynajmniej mi nic nie mówili na zajęciach (a byłam na wszystkich). Zatem autorka zafundowała nam niezwykły kąsek dla miłośników kryminałów. 

Uknucie całej tej intrygi z samobójstwami okazało się być dla bohaterów powieści dość skomplikowanym, drogim, ryzykownym, ale też opłacalnym finansowo przedsięwzięciem. I chyba tak na prawdę nie zainteresowałby się tym nikt, gdyby tylko byli bardziej ostrożni i mniej zachłanni. Jednak musicie się dowiedzieć sami o jakim zjawisku mowa;)

Mimo wielu zalet i tego, że "Karuzela samobójczyń" jest na prawdę dobrym kryminałem, ta powieść nie zaskoczyła mnie tak bardzo jak "Ulubione rzeczy". Jednakże uważam tą książkę za dobry i wciągający kryminał, który nie daje o sobie zapomnieć, w momentach, w których musimy go odłożyć, bo życie domaga się o swoje prawa. Dodatkowo "Karuzela samobójczyń" sprawiła, że jeszcze bardziej chciałabym, żeby ten cykl został zekranizowany!

poniedziałek, 16 marca 2015

Cykl o wolontariacie #2: 8 rzeczy, dla których warto zaangażować się w wolontariat

Wolontariat sam w sobie jest nośnikiem wielu wartości i zalet, dla których warto się w niego zaangażować. Jednak dzisiaj chciałabym Wam napisać o kilku, które są szczególnie ważne dla mnie. 



  • Fajne i wartościowe spędzenie czasu wolnego.

W wolontariat zaangażowałam się już w liceum i muszę przyznać, że dzięki temu spędziłam całkiem fajnie czas. Po maturze przynajmniej 2 miesiące miałam wypełnione pracą i zabawą z dzieciakami, która była niezwykle inspirująca i relaksująca;]. No i jeszcze te niezwykłe znajomości, które wtedy zawarłam...ehh...aż uśmiecham się sama do siebie;)...swoją drogą to wtedy poznałam jedną ze swoich przyszłych szefowych;]

  • Zwolnienie z praktyk. Zdobycie doświadczenia zawodowego. 

Na pierwszym roku w piątek po praktykach studenckich zaiwaniałam jeszcze na świetlice socjoterapeutyczną, co pozwoliło mi nie chodzić na praktykę na II roku - to oczywiście wywołało powszechną zazdrość znajomych ;p. 
  • Nowe znajomości.

Przez wiele lat pracy w wolontariacie poznałam wielu niesamowitych ludzi, którzy wiele wnieśli do mojego życia. Z niektórymi utrzymuję kontakt jeszcze do dziś i utrzymujemy ze sobą kontakty koleżeńskie ;). 

  • Nabycie nowych umiejętności

Moje doświadczenia odnośnie wolontariatu są różne. Zaczynając od indywidualnej pracy z ludźmi, przez pracę w świetlicach po udział i organizację w przeróżnych akcji charytatywnych. W wolontariacie nauczyłam się również podstaw bycia liderem/koordynatorem grupy, co nie raz mi się przydało. W związku z tym wyniosłam przede wszystkim bagaż nowych umiejętności społecznych. Nauczyłam się też organizacji czasu pracy i pracy w sytuacjach stresowych, które nie raz pobudzały moją kreatywność do działania;). Jednak jest jeszcze coś..

  • Zdobycie nowych zainteresowań

Podczas mojej pierwszej wizyty w Centrum Wolontariatu chciałam przede wszystkim pomagać ludziom i zajmować się dziećmi. Jednak działania wolontariackie są niezwykle inspirujące i doświadczyłam też dużej dozy wrażliwości ludzkiej oraz...kultury :). To tu spotkałam ludzi z pasją do muzyki i książek oraz człowieków spełniających się w tworzeniu komiksów. Przy okazji spotkałam niesamowicie twórczych ludzi, którzy na co dzień pracują w kulturze. To sprawiło, że nie straciłam wiary w to, że moje miasto jeszcze kiedyś będzie tętnić kulturowym życiem ;). 

  • Przełamanie swoich barier.
Kiedy zaczynałam swoją działalność wolontarystyczną byłam szarą myszką, która była nieśmiała i pełna kompleksów. Nadal mam swoje kompleksy, jednak są one inne niż wcześniej. Poza tym jestem nieśmiała dużo mniej. Nauczyłam się rozmawiać z ludźmi, udzielać wywiadów do telewizji, załatwiać wiele spraw i prosić o wsparcie, co nadal nie jest dla mnie łatwe, ale radzę sobie z tym dużo lepiej niż wcześniej;p. 

Podczas pracy na różnych wolontariatach byłam zmuszona do przełamywania swoich barier na bieżąco, bo zwykle jakaś sytuacja wymagała konkretnego działania i nie było czasu na to, żeby nie wiadomo ile zbierać się w sobie, bo wszystko to na co pracowałam z moimi znajomymi mogło pójść się paść:/. 
  • Pomoc innym.
To właśnie z tym głównie kojarzony jest wolontariat, chociaż nie tylko to sensem istnienia wolontariatu. Bo w końcu mamy też wolontariat na rzecz kultury lub zwierząt. Jednak moja działalność jako wolontariuszki i koordynatora wolontariatu obracała się głównie wokół działań pomocowych. Wdzięczność ludzi za realną pomoc i zaangażowanie w ich problemy jest bezcenna, chociaż często wprawiała mnie w zakłopotanie. 
  • Nauka pracy w stresie. 
Szczególnie praca koordynatora wolontariackiego biura jest wymagająca i narażona na wiele niespodziewanych i stresujących sytuacji. Często zaskakiwały mnie sytuacje jeżeli chodzi o zachowanie wolontariuszy - szczególnie tych, którzy zawodzili, bo np. nie pojawiali się gdzieś gdzie mieli być i w ogóle nie dali znać, że ich nie będzie. Rozumiem, że wolontariat jest dobrowolny, ale to nie zwalnia nas z odpowiedzialności za to co robimy i kultury osobistej. Poza tym akcja nakrętka była dla mnie jednym wielkim zaskoczeniem, ale to temat na zupełnie oddzielną notkę, którą mam w planach za jakiś czas;]. 


~*~

Korzyści z byciem wolontariuszką jest jeszcze sporo, chociażby to, że uczy on otwartości na swoje otoczenie, empatii i wrażliwości oraz kształtuje świadomość swoich potrzeb i umiejętności. Jednak każdy z wolontariuszy wyciąga swój niepowtarzalny bagaż doświadczeń, który sprawia, że wolontariat staje się bezcennym przeżyciem, które zwraca się nam i to w wielu procentach...

niedziela, 15 marca 2015

Kącik kulinarny: Kremowa zupa cebulowa

Są takie dni, w których zwyczajnie musisz zrobić szybki obiad - bo dzieci chore i po powrocie z pracy mężu musi coś wrzucić na ruszt (zresztą ty też musisz coś zjeść) lub zwyczajnie nie masz nawet czasu, żeby zajechać do sklepu po zakupy. 

Wtedy zwykle brak pomysłów na to co zrobić z tego co jest w domu i to dość szybko...no bo przecież chore dzieci jęczą za uchem, a jeść przecież trzeba. Ostatnio znalazłam kilka prostych przepisów, które mimo swojej oczywistości mogą Was zaskoczyć;]. 

Na pierwszy rzut idzie kremowa zupa cebulowa :). 




Składniki: 

Na zupę: 
  • 2 ziemniaki,
  • 4 duże cebule, 
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki masła, 
  • litr bulionu
  • śmietana, 
  • trójkącik serka topionego, 
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa 
Na bulion: 
  • 2 średnie marchewki,
  • pietruszka, 
  • ćwiartka selera, 
Grzanki: 
  • czerstwy chleb,
  • przyprawa ala Wegeta

Bulion jest bardzo prosty, ponieważ do wrzącej wody wrzucamy marchewki, pietruszkę oraz ćwiartkę selera i gotujemy do momentu, w którym warzywa stają się miękkie. 

W czasie gdy gotujemy bulion jesteśmy w stanie przygotować sobie tą część zupy, którą zalejemy bulionem. 

Ziemniaki oraz cebulę kroimy w kostkę (ja zwykle kroję w piórka, bo tak szybciej) i dusimy na oleju z masłem, aż cebula zacznie się rumienić. Wlewamy ciepły bulion (ja nie wyrzucam warzyw z bulionu tylko również dodaję do zupy) zaprawiony śmietaną i doprawiamy do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Gotujemy pod przykryciem 20 min. Pod koniec gotowania zupy, wrzucamy serek topiony i mieszamy, aż się rozpuści. Całość miksujemy blenderem na gładki krem (jeżeli jest za gęsty dolewamy wrzątku). 

Grzanki: 

Chleb kroimy w kostkę doprawiamy Wegetą i wsadzamy do piekarnika, aż chleb stwardnieje. 

Niby nic a jednak, prosta zupa zrobiona z produktów, które zwykle mamy w domu potrafi być pyszna. Być może dla wielu z Was wyda się oklepana, ale ja nigdy nie wpadłam na pomysł, że cebulową można zrobić w taki sposób...że w ogóle ta zupa może na stałe zagościć w moim menu. A jednak zapewne będzie wracać na mój stół i to ni raz. 

W tym przypadku zainspirowało mnie "Moje gotowanie" z marca b.r. 

piątek, 13 marca 2015

G. Formann, "Wróć, jeśli pamiętasz",

Na początku roku miałam okazję przeczytać "Zostań, jeśli kochasz" autorstwa Gayle Fotmann i pierwsza część zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam sięgnąć po jej kontynuację. Zatem jeśli nie czytaliście pierwszej części, a chcecie po nią sięgnąć to od razu muszę Wam wspomnieć, że może być trochę spojlerów jeżeli chodzi o "Zostań jeśli kochasz".

Akcja powieści toczy się trzy lata po tragicznym wypadku, który bardzo zmienił życie Mii. Dziewczyna straciła rodziców oraz młodszego brata, jednak postanowiła żyć dalej i oudziła się ze śpiączki. 

Dziewczyna jednak zniknęła z życia Adama, z którym była w związku przed wypadkiem. Chłopak pomagał jej również po wypadku. Pewnego dnia oboje spotykają się w Nowym Jorku. On zmęczony rozwijającą się w zawrotnym tempie karierą i sławą; Ona właściwie dopiero rozwija skrzydła. Każde z nich żyje z wspomnieniami tego co stało się trzy lata wcześniej i nosi w sobie balast zgromadzony po wypadku oraz tym co nastąpiło po nim. 

"Wróć, jeśli pamiętasz" jest napisane z perspektywy Adama, co mnie dość mocno zaskoczyło i jednocześnie zawiodło, bo mimo wszystko miałam nadzieję na więcej Mii, którą o dziwo polubiłam. Chłopak całą książkę chodzi i roztrząsa to, że Mia go zostawiła i to właśnie ją obwinia za wszelakie niepowodzenia oraz stan psychiczny, w którym się znalazł. Jednak ich dość przypadkowe spotkanie w Nowym Jorku budzi w nim nowe nadzieję, ale także jest bolesnym zderzeniem się z rzeczywistością i strachem, że znowu ją straci. To spotkanie jest dla nich obojga możliwością do wyjaśnienia sobie wielu spraw i zdecydowaniem się na to, w którą stronę podąży ich znajomość. 

To jaką decyzję podejmą i czy ich dalsza droga będzie wspólna lub też nie będziecie musieli się przekonać czytając książkę lub oglądając ewentualną ekranizację, jeżeli takowa się pojawi.

Powyższa powieść tak jak pierwsza część czyta się dość szybko, jednak nie podobała mi się tak jak "Zostań, jeśli kochasz"...nawet wręcz przeciwnie. W tym przypadku nic we mnie nie drgnęło i nie wzruszyło. Ciężko było mi polubić Adama, który stał się dla mnie egoistycznym dupkiem, który myśli, że to właśnie wokół niego kręci się świat. W efekcie przez całą opowieść główny bohater irytował mnie i to nieziemsko, co sprawiło, że cala książka jawi się w moich oczach jako przeciętna...nawet może słaba. Dlatego też niestety nie mogę Wam jej polecić z czystym sercem, bo po prostu w porównaniu z pierwszą częścią jest wypada blado, a doczytałam ją do końca tylko dlatego, że byłam ciekawa jak poradziła sobie Mia, która nieco podratowała tą powieść.

Podsumowując:

"Wróć jeśli pamiętasz" jest dość przeciętną historią, przez którą ciężko przebrnąć, bo ma się wrażenie, że jest pisana na przymus...ot tylko dlatego, żeby jakoś zakończyć tą opowieść i zarobić przy okazji trochę kasy. Niestety rozczarowania przychodzą do mnie ostatnio bardzo często ;/. 

Na szczęście książka, o której napiszę w następnej notce jest warta polecenia :)

środa, 11 marca 2015

Multiodżywcza oliwka do skórek od Eveline

Hey,
dzisiaj będzie nieco lżejsza notka - taki mały przerywnik między opiniami o książkach. Chciałabym Wam nieco napisać o multiodżywczej oliwce do paznokci i skórek od Eveline. 

Od jakiegoś czasu szukałam czegoś na moje słabe i rozdwajające się paznokcie i w jednej z drogerii natknęłam się właśnie na tą odżywkę.

Według informacji znalezionych na Wizażu powyższy kosmetyk ma poprawiać wygląd i kondycję skórek oraz wzmacniać i nabłyszczać paznokcie. Formuła oliwki podobno (jeżeli wierzyć znalezionym przeze mnie informacjom) jest kompozycją oleju z awokado i oleju ze słodkich migdałów dodatkowo wzbogacona koktajlem witamin A, E i F. 

Powyższy produkt ma za zadanie delikatnie nawilżać skórki wokół paznokci oraz zapobiegać ich zadzieraniu oraz narastaniu na płytkę. Ma również sprawiać, że dłonie stają się zadbane, a paznokcie wygładzone oraz odżywione. 

I w sumie dużo jest w tym prawdy. Ja zużyłam już dość sporo tejże oliwki i zauważyłam, że moje paznokcie znacznie mniej się rozdwajają (chociaż nie bez znaczenia jest też to, że ostatnio zaczęłam zdrowiej jeść). Poza tym moje paznokcie stały się bardziej odżywione. Dodatkowo mam wrażenie, że rosną nieco szybciej niż normalnie. Natomiast jeżeli chodzi o skórki nie widzę większej różnicy. 

Do niewątpliwych zalet tej odżywki niewątpliwie należy jej wydajność, gdyż używam jej dość regularnie od dobrych kilku miesięcy, a jestem dopiero połowie opakowania. 

Jeżeli chodzi o wchłanianie się to ona potrzebuje na to dobrej chwili i dlatego też dobrze stosować ją np. na noc lub jak wiecie, że nie będziecie robić nic konkretnego przez dłuższą chwilę, a np. siądziecie przed TV z kubkiem kawy i coś obejrzycie. 

Ja na pewno będę do niej wracać, chociaż szukam też czegoś pod lakier...ale bez formaldehydu i chyba mam już coś upatrzonego. 

poniedziałek, 9 marca 2015

Pochód książek męczących #1: A. Pyper, "Demonolog"

Na początku chciałabym Wam przypomnieć o konkursie na Moim FP: https://www.facebook.com/pages/M%C3%B3j-Portret/136063976509773, który trwa do piątku:). Mam nadzieję, że przynajmniej jeszcze niektórych z Was powinien zainteresować - znajdziecie go dość szybko, bo jest przypięty u góry, więc będzie pierwszym wpisem, który Wam się rzuci w oczy. 

A teraz przejdźmy do kolejnego książkowego rozczarowania w tym roku...

Są takie książki, którymi wielu się zachwyca...chociaż kilku tylko lubi - niekoniecznie z wielkimi zachwytami;) Do tej grupy często też należą powieści, na które długo ostrzycie sobie pazury i kiedy już je macie sięgacie po nie z zapałem, a Waszą nadzieję podsyca jeszcze to, że całkiem dobrze się zaczyna... Jednak w pewnym momencie czujecie, że jest nie tak. Jakość spada, ale myślicie, że to tylko chwilowe i zaraz będzie wszystko jak trzeba. Mimo to uświadamiacie sobie, że jednak to nie jest chwilowy spadek formy, ale tak będzie już do końca...są wprawdzie świetne momenty przyciągające uwagę, jednak mimo to coś zgrzyta i się nie zgadza. 

Demonolog jest właśnie taką książką. Zaczyna się całkiem ciekawie i na początku nawet ciężko ją czytać po nocy, bo opisy całkiem nieźle działają na wyobraźnię. Jednak później jest już tylko gorzej. 

Specjalistę z dziedziny mitologii i wierzeń religijnych odwiedza nieznajoma kobieta, która przekazuje mu tajemnicze zaproszenie. Nie wyjaśnia szczegółów - mówi tylko, że profesor ma jedynie zbadać pewne zjawisko w Wenecji. Mężczyzna przytłoczony wydarzeniami w jego życiu osobistym wyjeżdża do Włoch razem z córką - Tess. To właśnie tam prastara siła, która towarzyszyła im obojgu objawia się w dużo bardziej namacalnej formie. David wraca do domu sam i prawie wszystko wskazuje na to, że jego córka nie żyje. Główny bohater wierzy, że jest szansa, żeby odzyskać Tess. Jednak, żeby się tego dowiedzieć, musi dotrzeć do Nienazwanego i uwierzyć, że demon istnieje. W mrocznej wyprawie mężczyzny świat ma się stać księgą pełną znaczeń i ukrytych symboli czytelnych tylko dla Dawida. 

"Demonolog" prześladował mnie już od bardzo dawna i ucieszyłam się, jak znalazłam go ostatnio w bibliotece. Bez wahania wzięłam go z półki i najszybciej jak się da wzięłam się do czytania. Nie da się ukryć, że czyta się stosunkowo szybko i na początku autor rozbudza naszą ciekawość całkiem nieźle rozpoczętą fabułą, która sprawiła, że początkowo nie byłam w stanie czytać tej powieści po zmroku. Jednak o zgrozo - im dalej w las tym było coraz gorzej. Te wszystkie rozmyślania o córce i swojej sytuacji małżeńskiej były cholernie męczące. Poza tym Pyper wysyła Davida w poszukiwania przez niemalże całe Stany Zjednoczone, gdzie ciągle prześladuje go Nienazwany. Dodatkowo nasz bohater ciągle myśli o córce, swojej byłej żonie i kochance oraz swojej przeszłości, co staje się jeszcze bardziej męczące. Przez długi czas wierzyłam, że akcja się rozkręci i będzie mniej tego pie******** i cytatów z "Raju utraconego", a więcej życia, akcji, grozy czy czegokolwiek, co sprawiłoby, że "Demonolog" nie zanudziłby mnie na śmierć. Nieliczne ciekawe momenty jednak nie sprawiają, że uważam, że mój czas nie został stracony - w tym przypadku to nie wystarczyło, żeby uratować książę:(. Poza tym moim zdaniem ciągle towarzyszyło mi poczucie, że to wszystko gdzieś już było, przez co całość była dla mnie dość oklepana i przewidywalna. Miałam również nadzieję na jakieś spektakularne zakończenie, które wynagrodziłoby mi te wszystkie chwile nudy, jednak również tu nie urwało mi żadnej części ciała...cóż - byłabym zła i poirytowana jeszcze bardziej, gdybym miała świadomość, że wydałam pieniądze na tą książkę. Szczęśliwie pochodzi ona z biblioteki i po jej oddaniu nie będę musiała na nią patrzeć;) 

sobota, 7 marca 2015

4 sposoby na okiełznanie stresu przed egzaminem/odpowiedzią ustną

Wielkimi krokami nadchodzi matura - a zaraz po niej SESJA dla studentów, co przyprawia ludzi o stres i często dziwne zachowania ;]. 

Dzisiaj chciałabym Wam podpowiedzieć kilka sposobów na okiełznanie stresu na kilka chwil przed egzaminem ustnym. Wyszłam z założenia, że jak już macie egzamin to idziecie tam z jakąś wiedzą...z odpowiedzią w szkole już różnie bywa. 



  • zastanów się jakie pytania może zadać Ci nauczyciel
To jest metoda, o której mówiła mi kobieta, która na studiach prowadziła nasze Koło Młodych Psychologów. Podobno kiedy ona podczas swojej nauki myślała nad tym o co mogą pytać to bardzo często trafiała;]. Zatem warto skorzystać, bo jest większa szansa, że traficie na materiał, który powinniście znać.

  • stań przed lustrem i na głos powtórz sobie materiał
To na prawdę może Cię zaskoczyć. Powtórka przed lustrem paradoksalnie może ukazać Twoje ewentualne braki i pokazać co jest do douczenia się. Poza tym przed sobą łatwiej jest powtórzyć materiał i wejść na wyższy level ;p. Czyli...
  • niech Cię ktoś przepyta ;)
Paradoksalnie prosty sposób, który kojarzy mi się przede wszystkim z przepytywanym dzieckiem z podstawówki, jest dość skuteczny. Wtedy masz możliwość zweryfikowania swojej wiedzy i sprawdzenia tego czego musisz się douczyć lub powtórzyć. Poza tym powtórka przed kimś jest już  bardziej stresogenna i możesz się przygotować na to co Cię czeka na egzaminie. 

  • zróbcie sobie komisję 
Możecie sobie to zrobić przed egzaminem dzięki temu, że zbierzecie się w min. 3 osoby i dwie z nich będą egzaminować jedną - oczywiście będziecie się zmieniać. Przed znajomymi z klasy cz z roku będziecie się mniej stresować, a jeszcze niechcący możecie wpaść na to o co mogą Was zapytać;) Tylko tu już jest ryzyko, że zaczniecie gadać o pierdołach i w efekcie nic nie zrobicie;]. 


Naturalnie powyższe rzeczy nie sprawią, że stres zniknie w magiczny sposób, ale możliwe, że nie będzie tak silny. Pamiętajcie, że stres nie jest zły, jeżeli motywuje Was do działania, a nie paraliżuje. 

Dajcie znać, co jeszcze pomaga Wam w przygotowaniach. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zrobić kilka notek o relaksowaniu się przed egzaminem. 

piątek, 6 marca 2015

V. Rotch, "Niezgodna"

Jako, że czytam dużo książek, to chętnie śledzę polską blogosferę książkową. Dlatego też zdarza mi się sięgać po powieści, które wywołują skrajne opinie wśród blogerów. Tak już mam, że zwykle lubię sobie wyrobić zdanie na jakiś temat, na który spotykam sprzeczne opinie. "Niezgodna" V. Roth należy do takich właśnie książek. Wprawdzie zbiera przeważnie bardzo pochlebne opinie, to jednak spotkałam się też z tymi nieprzychylnymi. 

"Niezgodna" nie mogła uniknąć do porównań z cyklem "Igrzyska śmierci" i teraz na prawdę nie dziwię się dlaczego. W tym przypadku ludzkość jest podzielona ze względu na cechy charakteru, a nie ze względu na miejsce zamieszkania. Jest 5 tak zwanych frakcji: altruizm, nieustraszoność, erudycja, prawość oraz serdeczność. Młodzież w wieku 16 lat przechodzi test przynależności do frakcji - odpowiednik losowania trybutów do igrzysk w "Igrzyskach śmierci". Jednakże w przypadku "Niezgodnej" śmierć grozi w przypadku niezgodności - czyli niejednoznacznej przynależności do jakiejś frakcji. Główna bohaterka buntuje się przeciw totalitarnemu reżimowi i jest zdecydowana rzucić wyzwanie władzom - tak samo jak Katniss w "Igrzyskach Śmierci". A rewolucja już wręcz wisi w powietrzu. Poza tym również w tym przypadku jest wątek miłosny - chociaż tutaj dziewczyna jest bardziej zdecydowana. 

W pewnym momencie rozpoczyna się wzmożone polowanie na niezgodnych, granica, która oddzielała społeczeństwo od rebelii została przekroczona. 

Powyższa powieść jest jedną z tych, które bardzo szybko się czyta i niebawem po ich lekturze zanikają w pamięci. Bohaterowie są typowymi nastolatkami, którzy dorastają, są zazdrośni, kochają się i rywalizują ze sobą oraz mają swoje marzenia i słabości. W książce pokazanych jest kilka sytuacji, które mogłyby się zdarzyć w normalnym świecie, gdyby stworzyć określone warunki. Wszystko to umieszczone jest w totalitarnej rzeczywistości, w której władza chce kontrolować obywateli i decydować o ich losie, a społeczeństwo zamknięte jest na określonym terenie. 

Niestety Veronica Roth nie wymyśliła niczego nowego - powieliła pewien schemat, który strasznie rzuca się w oczy, a dodatkowo jest strasznie płytki i przewidywalny. Książka nie jest zupełnie zła lecz jest jedna z tych, po którą sięgamy, żeby się odmóżdżyć lub w momencie, kiedy nie mamy nic innego do czytania. Zatem sprawdzi się idealnie nie tylko po sesji, ale także np. kiedy nieszczęśliwie wylądujecie w szpitalu, czekacie w kolejce do lekarza, albo jedziecie autobusem. 

Jeszcze nie wiem czy sięgnę po kolejne części "Niezgodnej", ale chyba zrobię to z ciekawości, żeby sprawdzić jak rozwija się ta opowieść...

P.S. Na Facebooka wjechał już konkurs z "Kolorowym treningiem antystresowym": https://www.facebook.com/pages/M%C3%B3j-Portret/136063976509773, więc zapraszam ;)

środa, 4 marca 2015

Kolorowy trening antystresowy - nie dla idiotów.

Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z kolorowym treningiem antystresowym pomyślałam, że świat chyba oszalał, że dorośli ludzie rzucają się na coś co przede wszystkim interesuje małe dzieci. Kiedy zobaczyłam cenę (okładkowa 24,99; Aros - 17,49) stwierdziłam, że trzeba być idiotą, żeby kupić coś za taką kasę, co zabierze nam tylko kilka chwil. Jednak kiedy otrzymałam przesyłkę z dwoma wersjami tego treningu i nad nim przysiadłam zrozumiałam o co tyle szumu...już samo to, że nad jednym obrazkiem na całą stronę można spędzić ponad 5 godzin daje do myślenia;]



Jednak co jest takiego niezwykłego w tych niepozornych na pierwszy rzut oka publikacji? Otóż mogą nam się przysłużyć do kilku rzeczy, a mianowicie: 

Walki ze stresem

Nie wiem jak Wy, ale ja kiedy przeżywam silny stres nie umiem skupić się na rzeczach, które wymagają ode mnie np. zapamiętywania, albo innego wysiłku intelektualnego. Dodatkowo zwykle nie mogę spać i jeść oraz bardzo łatwo się rozpraszam. Często też trzeba mówić do mnie po kilka razy, żeby dotarło;p. W sumie nie ma w tym nic dziwnego, bo te objawy są w standardowym zestawie objawów stresu, które wymienia chociażby M. Clayton w publikacji "Zarządzanie stresem. Czyli jak radzić sobie w trudnych sytuacjach", o której pewnie jeszcze wspomnę nie raz, ale to już nieco inna historia;)

Wracając do sedna. Kiedy już jestem w stresie mam problemy ze skupieniem się na rzeczach, które wymagają ode mnie wysiłku intelektualnego i nie śpię to zadziwiająco dobrym rozwiązaniem dla mnie jest powyższy trening antystresowy... oczywiście na tapetę idzie jedna z posiadanych przeze mnie wersji. Od momentu, w którym dostałam obie książki nie raz złapałam się na tym, że odlatuję, bo zajęcie, które wydawałoby się przeznaczone tylko i wyłącznie dla dzieci bardzo mnie wciągnęło. Paradoksalnie po jednym posiedzeniu, które zazwyczaj nie jest krótkie mam wrażenie, że automatycznie mózg zaczyna mi pracować inaczej...jakoś tak bardziej efektywnie? Biorąc pod uwagę, że takie treningi podobno wyrównują pracę półkul mózgowych coś w tym może być...




W każdym bądź razie po jednej takiej "sesji terapeutycznej" mam wrażenie, że mózg mi niesamowicie odpoczął.

Relaks i pobudzenie kreatywności


Moim zdaniem dowolny "Kolorowy trening antystresowy" jest idealnym rozwiązaniem np. na czas po sesji czy po innym wysiłku intelektualnym lub takim, które dostarczyło nam mnóstwa stresu. Będzie on również świetny w momencie, kiedy mieliśmy męczący dzień i zmęczenie oraz ewentualny stres chcemy po prostu z siebie spuścić. Genialny w towarzystwie ulubionej muzyki, lampki wina lub czegoś innego do picia;p. To, że chcemy sobie wcześniej lub później wziąć kąpiel nie wyklucza sięgnięcia po własnie te kolorowanki...one niestety uzależniają. 

Powyższy trening jest polecany nawet zamiast jogi, medytacji czy jakichś szczególnych terapii. Idealny w szczególności dla osób narażonych na stres. Poza relaksem one na prawdę pozwalają się oderwać od codziennych spraw i pobudzić kreatywność. Chociażby dlatego, że poza kolorowaniem mamy możliwość dorysować sobie w pewnych miejscach wzory, albo wręcz stworzyć coś własnego!

Idealne do pracy z osobami cierpiącymi na dysfunkcję...np. dysgrafię


Szkoda, że te treningi pojawiły się tak późno, bo wiele lat temu mogły być dla mnie niezłym ćwiczeniem, które pomogłoby mi w zmniejszeniu objawów dysgrafii...cóż widocznie przyszło mi to nadrobić teraz;). I myślę, że jeżeli pracowałabym w poradni pedagogiczno - psychologicznej z powodzeniem pracowałabym na tych materiałach i polecałabym je rodzicom do pracy z dzieckiem z dysgrafią. Moim zdaniem jest idealnym sposobem na "wyrobienie" sobie ręki.

Tygrys na początku malowania

To co mi zostało do pomalowania na pewno zajmie mi jeszcze ponad godzinę, a nawet pewnie ok. dwóch godz.;)

Powrót do formy po urazach ręki


Nie mam tu na myśli jakichś ciężkich urazów typu zerwanie mięśni czy chorób takich jak zanik mięśni. Jednak myślę, że np. kiedy mieliśmy gips na ręce to ten trening z powodzeniem pomoże nam szybciej wrócić do normalnego jej funkcjonowania. Pewnie w innych podobnych urazach też się sprawdzi. 

Te treningi okazały się na prawdę świetną rzeczą, która dostarczyła mi nie tylko dobrej zabawy, ale także pozwoliła się zrelaksować i oderwać od codziennych spraw. To niezwykłe jak szybko możemy się oderwać od rzeczywistości dzięki tym niepozornym kolorowankom... A wzory są na prawdę piękne już bez pokolorowania, a kiedy weźmiemy w rękę kredkę lub flamastra z każdą chwilą stają się bardziej wyraziste, a my bardziej zrelaksowani. Już wiem, że jest to rozrywka na wiele godzin, a pieniądze, które trzeba na nie wydać nie idą wcale w błoto...



Zapewne przede mną jeszcze wiele godzin zarówno z "Kolorowym treningiem antystresowym. Esy-floresy" jak również "Kolorowym treningiem antystresowym. Wzory i ornamenty". Niestety jeżeli chcecie się przyłożyć do tego jak trzeba to musicie kolorowanie małych elementów zajmie Wam bardzo dużo czasu, ale na pewno nie będzie to zmarnowany czas.