sobota, 31 stycznia 2015

Neil White, "Zagłuszyć krzyk"

Mam słabość do seryjnych morderców i różnej maści psychopatów. Między innymi to właśnie ta ciekawość dotycząca funkcjonowania powyższych delikwentów popchnęła mnie na podyplomówkę z kryminologii, która była uzupełnieniem resocjalizacji;]. Ta sama ciekawość sprawia, że z chęcią sięgam po kryminały, w których to właśnie seryjni zabójcy grają jedną z głównych ról. Dlatego też, kiedy na jednej z bibliotecznych półek zobaczyłam książkę „Zagłuszyć krzyk” Neila White’a nie mogłam się jej oprzeć. Tym bardziej, że postać zabójcy została zainspirowana prawdziwym seryjnym mordercą.

Otóż w małym angielskim mieście dochodzi do serii zabójstw. Ofiary to młode kobiety, których ciała zostają znalezione nagie, a usta mają wypchane ziemią. Policja podejmuje śledztwo i jak zawsze w takich przypadkach do działania wkracza również prasa. Jack – młody dziennikarz, będący wolnym strzelcem zajmuje się m. in. tematem serii zabójstw. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jego narzeczoną jest policjantka, prowadząca śledztwo. Ta sytuacja ma swoje plusy i minusy, ponieważ oboje muszą pogodzić swoją pracę z życiem osobistym. Zarówno Jack, jak i jego partnerka usiłują trzymać się określonych zasad i ich nie łamać. Dziennikarz rozumie, że nie uzyska od swojej narzeczonej informacji, których po prostu nie może mu zdradzić. Tymczasem nieoczekiwanie okazuje się, że prywatne śledztwo Jacka doprowadza do przełomu w śledztwie. Wszystko zaczyna się od reportażu o jednym z biednych osiedli, na którym pojawia się prywatna „ochrona” i listów od mordercy. Okazuje się, że w trakcie pracy nad reportażem, nie tylko wypływają powiązania między ofiarami, ale także powoli ukazują się oraz nam motywy sprawcy. Jedyne co mnie irytowało, to brawura Jacka, która doprowadziła go do otrzymywania gróźb nie tylko od lokalnych przestępców, ale również od mordercy. Jednak mężczyzna zostaje wierny ideałom nawet w obliczu śmierci... i tu Wam więcej nie zdradzę, ponieważ mogłabym zdradzić zbyt dużo ;).

Sama powieść może nie powala na łopatki, bowiem nie znajdziemy tu trzymających w napięciu opisów i zaskakujących zwrotów akcji. Tutaj śledztwo prowadzone jest dość spokojnie i monotonnie, chociaż autor zadbał o to, żebyśmy się nie nudzili. W „Zagłuszyć krzyk” znajdziemy przyczajonego w cieniu mordercę, całkiem ciekawie zarysowaną mentalność biednych osiedli małych miast oraz lokalną działalność przestępczą. I to moim zdaniem są najlepsze części powyższej powieści. Jednakże cala reszta nie niesie ze sobą niczego odkrywczego, bo prowadzone śledztwo przypominało mi multum śledztw z innych powieści, tak samo jak inne wątki gdzieś, kiedyś już się przewinęły... W każdym bądź razie często mamy wrażenie, że o pewnych rzeczach czy sytuacjach, już gdzieś kiedyś czytaliśmy...

Dlaczego mimo wszystko warto sięgnąć po „Zagłuszyć krzyk”?

·         Postać mordercy zainspirowana prawdziwym seryjnym zabójcą – Dennisem Raderem, który jest podobno jednym z najbardziej znanych amerykańskich zabójców. Rader był szanowanym członkiem lokalnej społeczności, wiernym lokalnej kongregacji oraz przewodniczącym rady kościelnej. Postać stworzona przez White’a nie jest taka sama, ale zawiera pewne cechy wspólne z mordercą, który żył naprawdę. Obaj wysyłali listy i obaj byli kimś, kogo nie podejrzewa się o takie zbrodnie.
·         Mentalność ludzi z biednych osiedli. Moim zdaniem w książce całkiem nieźle zostaje ukazana, chociaż tak naprawdę nie przytłaczała sobą całej powieści.
·         Chęć dokonania zemsty za krzywdę  swoją i bliskich. I to nie tylko chodzi o ból rodziców ofiar, ale również o mordercę, który przez popełniane zabójstwa chcę zadośćuczynić nie tyle sobie, co komuś bliskiemu...

Podsumowując:


         „Zagłuszyć krzyk” może nie jest najlepszym kryminałem, ale warto po niego sięgnąć, jeżeli akurat szukamy czegoś mało wymagającego, co jednak nas zaciekawi. Nawet pomimo tego, że nie obdarzyłam sympatią Jacka przeczytałam tą książkę z przyjemnością. 

środa, 28 stycznia 2015

Jeśli zapomnę o Nich, Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie...

1 sierpnia 1944 roku. Tą datę chyba każdy kojarzy jednoznacznie – z wybuchem Powstania Warszawskiego. Kilka miesięcy temu z okazji 70. rocznicy wybuchu Powstania pojawiły się nowe publikacje dotyczące tego wydarzenia. Jedną z nich były „Bohaterki Powstańczej Warszawy”, o których już Wam pisałam. Inną książką bardzo podobną do powyższej jest ta zatytułowana „Dziewczyny z Powstania”, po które chciałam sięgnąć już od dawna.
Jak wiecie Powstanie Warszawskie miało trwać kilka dni, a godzina „W” zastała kobiety (i nie tylko je) w codziennych sytuacjach. Każda z nich walczyła na swój własny sposób – ratowały rannych, chroniły własne dzieci, a czasem nawet chwytały za broń. Jednak w cieniu spadających bomb również umawiały się na randki i brały śluby w białych kitlach sanitariuszek zamiast sukien.
Dla mnie „Dziewczyny z Powstania” to kolejna porcja poruszających historii o osobistych dramatach związanych z wojną i Powstaniem. Każda z nich niesie ze sobą widmo cierpienia, straty, bólu i straconych szans, nadziei i miłości. Jedną z historii, która najwięcej dała mi do myślenia jest ta opowiedziana przez Annę Branicką – Wolską, bo chyba najbardziej obrazowo pokazuje zmiany jakie zaszły nie tylko w Polsce, ale i w naszym narodzie. Kobieta, która wywodziła się z szlacheckiego rodu robiła co mogła, aby włączyć się do walk tak jak inni. W swojej relacji opowiada nie tylko o powstaniu i swoim życiu przed wojną, ale również o więzieniach w Rosji Radzieckiej oraz tym, że w powojennej Polsce wcale nie miała lepiej – w końcu był wtedy komunizm, który piętnował wszelakie nierówności społeczne i promował nienawiść do szlachty. W historii Pani Anny uderzyło mnie to, że nie mogła wrócić do swojego domu – do pałacu w Wilanowie, gdzie obecnie jest teraz muzeum. Nie wiem jak Wy, ale ja osobiście nie znałam historii tego budynku i rodziny, która w niej mieszkała. Jak napisałam wcześniej to właśnie ta historia najbardziej uświadamiała mi obraz strat i zmian w trakcie wojny i tuż po niej. Co nie zmienia faktu, że każda inna opowieść zawarta w tej książce zawiera garść faktów, które przedstawiają okrutne i bezlitosne oblicze wojny i ludzi.

Moim zdaniem „Dziewczyny z Powstania” to kolejna obowiązkowa pozycja na liście każdego z nas, której po prostu nie da się i nie można przeoczyć. Uważam, że naszą powinnością jest pamiętanie o własnej historii – szczególnie tej niedawnej, która tak bardzo nas dotknęła i nas zmieniła. I tak sobie myślę, że bardzo bym chciała jeszcze raz odwiedzić Muzeum Powstania Warszawskiego, Kopiec Powstania Warszawskiego i inne miejsca w naszej stolicy, które są naznaczone tym wydarzeniem. Mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda...

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Przepis na idealny wieczór #1 Dobre jedzenie + film lub książka +...

Są takie dni, kiedy budzisz się i już podskórnie czujesz, że wszystko co sobie zaplanowałeś pójdzie nie tak jak tego oczekujesz. To samo w sobie nie nastraja Cię do życia zbyt pozytywnie. Kiedy już zdążyłeś przetrwać wszystkie te codzienne tragedie - łącznie z zalaniem łazienki przez niewspółpracującą pralkę i wszystkie rzeczy lecące Ci z rąk możesz powoli rozpocząć proces zrzucania z siebie płaszcza nagromadzonych w ciągu dnia frustracji i stresów. Dzisiaj mój poniedziałkowy nastrój nieco uratowała paczka niespodzianka, którą rano wręczył mi pan kurier. Nie ukrywam, że to nieco poprawiło mi humor:). Jeżeli lubicie mnie na facebooku już wiecie co dostałam:). I już tego samego dnia postanowiłam wykorzystać dwa z pięciu produktów, które znalazły się w smacznej paczce. 




To sprawiło, że w mojej głowie zrodził się przepis na idealny tego dnia wieczór, który pozwoli mi na chwilę odetchnąć i się zrelaksować. Do zrobienia idealnego dania, przy którym obejrzałam ekranizację "Zostań jeśli kochasz" wzięłam: 
  • dwie małe piersi z kurczaka,
  • puszkę ananasów, 
  • sos Mild Curry Paste z firmy Pataks
  • Sweet Mango Cutney z firmy Pantaks, 
  • torebkę ryżu lub porcję makaronu (ewentualnie mnożę to razy dwa jeżeli wiem, że spędzę go z drugą osobą)

Kurczaka pokroiłam w kostkę i podsmażyłam na patelni. W międzyczasie pokroiłam plasterki ananasa na kawałeczki i dodałam do podsmażonego już kurczaka. Całość podlałam jeszcze sokiem z puszki i w nim poddusiłam, aż kawałeczki ananasa zmiękły. Następnie dodałam 4 łyżeczki sosu Mild Curry Paste oraz 2 łyżeczki sosu Sweet Mango Cutney. Nie bierzcie ich więcej do tej porcji kurczaka i ananasów, bo one zmieniają swoją konsystencję na bardziej ciekłą i są intensywne w smaku. No chyba, że lubicie mega intensywne i bardzo ostre dania. Sos łączymy z ugotowanym ryżem. Sosu wyszło mi co najmniej na 2 porcje, więc zostanie mi jeszcze na jutro:). 



Całość jest pyszna i jest miłą odmianą dla dań tego typu z bardziej dostępnymi sosami. Zdradzę Wam, że dodając ten sos do kurczaka i ananasa nie musiałam dodawać dodatkowych przypraw, co do tej pory mi się nie zdarzało. Bardzo lubię dzielić się jedzeniem, więc towarzysz do obiadu wskazany - czego mi zazwyczaj nie brakuje odkąd tworzę udany związek :). Jeszcze dodać do tego dobry film i wieczór nie może już być bardziej udany. No chyba, że jeszcze uda mi się wyłuskać chwilę na czytanie książki lub spędzenie kilku chwil w towarzystwie przyjaciółki lub partnera;). 


Jeżeli już się zdecydujecie na taki wieczór i któryś z powyższych sosów, to być może będziecie zainteresowani ciekawą promocją, w której możecie otrzymać seans filmowy. 

Szczegóły:


zBLOGowani.pl

Tymczasem mam nadzieję, że powyższe sosy i cała reszta kompania będzie dla mnie sporym źródłem inspiracji na inne przepisy na wieczór.

niedziela, 25 stycznia 2015

Tess Gerritsen, "Osaczona"

                Jakiś czas temu pisałam Wam o „Czarnej loterii” T. Gerritsen, która spodobała mi się na tyle, że przy okazji wypożyczania książek z biblioteki sięgnęłam również po „Osaczoną” tejże autorki. W tej historii poznajemy Mirandę, która właśnie zakończyła romans ze swoim pracodawcą – Richardem Tremainem (właścicielem lokalnej gazety). Jednak dumny mężczyzna nie umie pogodzić się z jej decyzją i zadręcza ją telefonami, usiłując namówić ją na spotkanie. Pewnego dnia Richard, nie zważając na protesty kobiety, niespodziewanie zapowiada, że odwiedzi ją za kilkanaście minut. Miranda nie ma jednak ochoty na spotkanie z byłym kochankiem i chcąc uniknąć konfrontacji wybiera się a spacer. Jednakże po powrocie przed domem zastaje zaparkowany samochód mężczyzny. Po wejściu do domu zastaje w sypialni zabitego Richarda, a obok łóżka leży narzędzie zbrodni.
            Siłą rzeczy Miranda staje się główną podejrzaną i nikt nie wierzy w jej niewinność do czasu, w którym sama staje się celem tajemniczych ataków. Seria nieudanych zamachów na kobietę wzbudza podejrzenia brata zamordowanego, który zaczyna wątpić w jej winę oraz postanawia pomóc w rozwiązaniu sprawy.
Kiedy sięgałam po „Osaczoną” chciałam przeczytać coś lekkiego aczkolwiek niewymagającego, co pomogłoby mi dojść do siebie po lekturze „Patrz na mnie”. I się nie pomyliłam. Dostałam do ręki lekką powieść kryminalną z wątkiem miłosnym i siecią intryg. Tak samo jak „Czarną loterię” pochłonęłam w dwa wieczory.
Jednakże próżno oczekiwać od tej książki tego, że będzie ambitna, a jej  fabuła będzie bardzo skomplikowana. Mimo to do niewątpliwych zalet tejże powieści na pewno należy świetne budowanie napięcia, kilka fajnych zwrotów akcji i oczywiście zaskoczenie na koniec;).
„Osaczoną” mogę polecić tym z Was, którzy po wytężonym wysiłku umysłowym, albo długim dniu chcą się odprężyć i nie potrzebują wymagającej lektury. Myślę, że nie powinniście być zawiedzeni – szczególnie jeżeli jesteście miłośnikami wyżej wspomnianej autorki. 

piątek, 23 stycznia 2015

Bielenda, Czarna Oliwka, masło do ciała

Jak już Wam niejednokrotnie pisałam, okres grzewczy jest dla mojej skóry utrapieniem. Chociażby dlatego, że w tym czasie jeszcze trudniej ją nawilżyć. Po kilku eksperymentach postanowiłam sięgnąć po wachlarz sprawdzonych przez siebie kosmetyków, które poradzą sobie z tym problemem. Na pierwszy rzut poszło masło do ciała z Bielendy z serii Czarna Oliwka do skóry bardzo suchej, które ma za zadanie nawilżać i natłuszczać.

Pojemność: 200 ml,
Cena: kilkanaście zł,
Dostępność: drogerie – te internetowe pewnie też;)

Zawiera takie składniki jak np.:

·         Oliwa z oliwek,
·         Kwasy Omega 3+6,
·         Witaminy A+E

Według producenta nawet najbardziej suchym miejscom przywraca aksamitną miękkość i gładkość oraz koi i łagodzi podrażnienia. Poza tym ma zapobiegać procesom przedwczesnego starzenia się skóry oraz powstawaniu rozstępów.

Powyższe masło odkryłam kilka lat temu, jeszcze zanim wyjechałam do Belgii, a później z niej wróciłam ;p. Więc sami widzicie, że to było już jakiś czas temu. Od tamtego czasu regularnie do niego wracam, w okresie jesienno – zimowym, kiedy moja skóra jest bardziej wymagająca. Konsystencja tego kosmetyku nie jest tak zbita jak w przypadku Bomb Cosmetics, ale moim zdaniem nadal jest bogata. Masło wchłania się stosunkowo szybko chociaż nie radziłabym go używać rano, ze względu na intensywny zapach, który może Wam kolidować z zapachem perfum. Nawilżenie po użyciu tego produktu utrzymuje się do poranka, jeżeli posmaruję się wieczorem. Zatem moim zdaniem jest całkiem ok. Zdecydowanie przynosi ulgę przesuszonej i zaczerwienionej już z wysuszenia skórze – przynamniej ta było w moim przypadku. Z pewnego źródła wiem, że działa też na przesuszone miejsca w przypadku mężczyzn. Od kiedy używam tego masła nigdy nie zrobiło mi nic złego – wręcz przeciwnie, dlatego pewnie będę do niego wracać co jakiś czas jak zajdzie taka potrzeba. Póki co zastąpiła je ciemnoniebieska Nivea, która też się u mnie sprawdza w kryzysowych sytuacjach. Ale o tym może kiedy indziej ;p.

środa, 21 stycznia 2015

Brownie - prosty przepis

Jakiś czas zastanawiałam się czy wrzucać Wam ten przepis. Jednak ostatecznie zdecydowałam, że jednak będzie to świetnym urozmaiceniem od notek o książkach. Swoją drogą mam jedną zaległą recenzję ;p. Ale ona innym razem;]. 

Dzisiaj przepis na ciasto czekoladowe, które powinno wyjść każdemu ;). 

Składniki:
  • 100 g masła,
  • 300 g cukru (spokojnie można dać mniej, jeżeli wydaje się Wam za dużo),
  • 120 g naturalnego kakao,
  •  ziarenka z 1/2 laski wanilii (ja zastąpiłam cukrem waniliowym),
  • 2 jajka, 
  • 40 g mąki pszennej (4 łyżki stołowe)
Wykonanie:

Rozgrzewamy piekarnik do 160*. 

Wyścielamy pergaminem kwadratową formę o boku 20 cm (pergamin powinien zwisać z jej brzegu). Możemy użyć też okrągłej - też się nada:). 

Roztapiamy i lekko studzimy masło. Mieszamy obrotach cukier, kakao, wanilię  sól. Miksując na niskich obrotach wlewamy do mieszaniny masło. Zwiększamy obroty, wbijamy jedno jajko i ucieramy. Kiedy jajko połączy się z ciastem wbijamy drugie i ucieramy dalej. 

Kiedy masa jest już gładka i puszysta wsypujemy mąkę i mieszamy - na tyle aby składniki się połączyły i nie było grudek. 

Wylewamy ciasto do formy i wyrównujemy wierzch. Pieczemy ok 25 - 30 min. Studzimy w formie, następnie wyjmujemy ostrożnie razem z pergaminem. 

Wg. przepisu podajemy z kwaśną śmietaną, ubitą kremówką lub sosem wiśniowym. Chociaż samo w sobie też jest niczego sobie:)

Przepis pochodzi z magazynu Kuchnia 01/2015

wtorek, 20 stycznia 2015

Jessica Treatway „Patrz na mnie”

Źródło: http://lubimyczytac.pl/
Niestety mam tendencje do wybierania sobie książek o trudnej tematyce. Mam tu na myśli gatunki takie jak kryminał, horror, książki obyczajowe itp., które często wiążą się z trudnymi emocjami, a już na pewno często są ciężkie w odbiorze. Swoją drogą zawsze mam problem jak chcę coś lekkiego pokroju Evansa, bo tego typu literatura rzadko gości w moim domu. Dlatego zgodnie ze swoimi skłonnościami czytelniczymi mam dla Was kilka słów o „Patrz na mnie” autorstwa Jessici Treadway.

Hanna nie mogła przypuszczać, że poszukiwanie szczęścia przez młodszą z córek może doprowadzić do tragedii. Down od najmłodszych lat zmaga się z trudnościami związanymi z niezdarnością oraz uciekającym okiem, które nie tylko przysparza jej kompleksów, ale również jest powodem do drwin ze strony rówieśników. Kiedy dziewczyna przedstawia rodzinie swojego nowego chłopaka są zadowoleni, że rozkwitła i starają się stłumić niepokój, który w nich wywołał. Jakiś czas później Hanna z mężem (Joem) zostają ciężko pobici, w wyniku czego mężczyzna umiera. Hanna tylko cudem przeżywa napad. Kobieta musi zacząć żyć w świecie żalu, obaw i wspomnień. Głównym podejrzanym jest Rud, który zostaje osadzony w więzieniu. Jednak, gdy wygrywa apelację Down wraca do domu, a Hanna musi sobie przypomnieć noc napadu, aby móc zeznawać w powtórnym procesie i nie dopuścić do uwolnienia mordercy swojego męża. Jednak zmierzenie się z rzeczywistością nie jest wcale takie łatwe.

Wobec „Patrz na mnie” mam wiele mieszanych uczuć, przez które nie umiem jednoznacznie ocenić tej powieści. Z jednej strony było w niej wiele użalania się nad sobą przez Hannę i nadwrażliwości wobec otaczającego ją świata, co mnie bardzo irytowało. Dodatkowo było w niej wiele naiwności (chociaż, która matka chce wierzyć, że jej dziecko próbowało dokonać tego co Down?). Jednak z drugiej zakończenie i sama postać Down były całkiem dobre i wzbudziły najwięcej ciekawości i wzburzenia…tego pozytywnego, kiedy czytając książkę, aż targają człowiekiem emocje i pytania. Młoda kobieta zbudowała sobie alternatywne życie i bardzo jest w swojego chłopaka, którego darzy niezrozumiałym uczuciem i podziwem. Robi praktycznie wszystko, żeby go uratować przed karą, jednak w swojej głupocie pogrąża ich oboje. 

Co do moich wątpliwości, to uważam, że jakieś ¾ książki można było napisać dużo lepiej. Ja wiem, że po tak trudnych (mam tu na myśli Hannę) doświadczeniach pozbieranie się jest heroicznym czynem i wymaga wiele siły i woli walki. Ale zwykle po takim czymś idzie się na terapię, która pomaga wracać do normalności. Owszem była tu grupa wsparcia, ale jak dla mnie to było za mało, żeby Hanna mogła wrócić do życia, które można uznać za w miarę szczęśliwe i udane. Irytowało mnie zbytnie rozczulanie się nad młodszą córką (bo ona taka biedna przez tego zeza i na pewno przez to wszystkie te problemy) i niedostrzeganie tego co się z nią dzieje (tak to na pewno wszystkiemu winny jest ten łobuz z sąsiedztwa). Poza tym liczne retrospekcje, które z jednej strony pomagały zrozumieć sytuację i myślenie głównej bohaterki, z drugiej wydawały mi się zbyt obszerne. Czasem mniej znaczy więcej i na korzyść wychodzą zwięzłe, aczkolwiek treściwe opisy sytuacji. Tak było chociażby w „Zostań jeśli kochasz”, które pochłonęłam w ciągu jednego dnia, i które mnie wzruszyło. Natomiast z „Patrz na mnie” jednak trochę się męczyłam - właśnie przez te irytujące powroty do przeszłości. Mimo to zakończenie poniekąd wynagrodziło mi moją nadwyrężoną cierpliwość. Chociażby z tego względu, że w końcu zaczęło się coś dziać. W głowie zaczęły pojawiać mi się mnóstwo pytań o ludzką głupotę, naiwność i to jak można być ślepym na to co się dzieje wokół. Ale to było zaledwie ok. 20% książki. Wcześniej nie działo się prawie nic:(. 


O dziwo „Patrz na mnie” ma całkiem niezłe oceny na Lubimy Czytać. W sumie temat kontrowersyjny i do dyskusji, jednak jak dla mnie wykonanie mnie nie porwało i nie wstrząsnęło mną tak jak być może miało…

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Gayle Forman "Zostań jeśli kochasz"

Do literatury młodzieżowej podchodzę z dużym dystansem z dwóch powodów: 

  1. Kilka razy się przejechałam i natknęłam się na kiczowate książki, których nie dało się czytać. 
  2. Wiek, w którym można było mnie określić mianem młodzież mam już jakiś czas za sobą. 
Jednak czasem zdarza mi się sięgnąć po powieść dedykowaną młodzieży i odkryć perełkę, która dużo wnosi do mojego życia...może nie zmienia go diametralnie, ale pomaga dojrzeć pewne rzeczy. Tak było z "Zostań jeśli kochasz" autorstwa Gayle Forman. 

Powyższa powieść opowiada o młodej dziewczynie, która kocha swoją rodzinę, z którą lubi spędzać czas. Mia jest uzdolniona muzycznie i gra na wiolonczeli – co może nieco dziwić, ze względu na odmienne upodobania rodziców. Pewnego główna bohaterka wybiera się z rodziną na przejażdżkę. Wszystkich cieszy perspektywa spędzenia razem dnia. Niestety sielankę przerywa tragiczny wypadek, w którym Mia traci całą rodzinę, a sama ląduje w szpitalu z poważnymi obrażeniami i w śpiączce. Dziewczyna widzi wszystko co się dzieje jako duch (czy jakkolwiek to nazwać). Widzi jak lekarze walczą o jej życie oraz jak rodzina zbiera się w szpitalu oczekując na wieści o poszkodowanej. Mia ciągle obserwuje wszystko z boku i musi zdecydować czy chce umrzeć czy się obudzić. A decyzja wcale nie jest łatwa. Razem z nastolatką przeżywamy rozterki i dokonujemy retrospekcji poznając jej historię i rozterki związane z podjęciem decyzji. W końcu „umieranie jest proste. To życie jest trudne.”

„Zostań jeśli kochasz” jest niezwykłą opowieścią o dojrzewaniu, miłości, cierpieniu i podejmowaniu kluczowych decyzji w życiu. W tej historii nie tylko poznajemy wyjątkową i dość nietypową rodzinę, ale przede wszystkim poznajemy Mię i jej drogę, która zaprowadziła ją do miejsca, w którym jest oraz pomogła podjąć decyzję. Szczerze mówiąc bałam się, że to będzie kolejna totalnie sknocona i kiczowata powieść, przez którą ciężko będzie przebrnąć. Na szczęście okazała się dużo inna. „Zostań jeśli kochasz” jest niezwykle lekką i wzruszającą powieścią, która dotyczy trudnych spraw. Moim zdaniem spokojnie mogą po nią sięgnąć również dużo starsze osoby, które wiek młodzieńczy mają za sobą już od jakiegoś czasu. W podjęciu decyzji może Wam jeszcze pomoc to, że od czasu „Bez mojej zgody” nic mnie tak nie wzruszyło jak „Zostań jeśli kochasz”.


Na pewno będę chciała obejrzeć ekranizację tejże powieści, ponieważ jestem jej strasznie ciekawa, a kolejna część tej serii jest już w drodze…cóż punkty z PayBack bywają błogosławieństwem, chociaż strasznie ciężko je zebrać;)

sobota, 17 stycznia 2015

Stara Mydlarnia, regenerująca odżywka do włosów

Jakiś czas temu miałam okazję dostać kilka kosmetyków ze Starej Mydlarni. Jednym z nich jest mocno regenerująca odżywka do włosów.

Dostępność:http://www.mydla.pl/
Cena 31 zł. 
Pojemność: 300 ml

Producent poleca tą odżywkę do włosów zniszczonych, farbowanych i pozbawionych blasku. Ten kosmetyk jest bogaty w takie składniki aktywne jak masło shea, d-pantenol, witamina E, kompleks 12 ziół, olej arganowy i inne. Regularne stosowanie tej odżywki ma sprawić, że włosy odzyskają blask i zdrowy wygląd. 

Jeżeli chodzi o zapach to bardzo kojarzy mi się z produktami Green Pharmacy, które na razie u mnie się dużo lepiej sprawdzają od tych ze Starej Mydlarni. Dlaczego? Otóż po tej odżywce zauważyłam tylko nieznaczne odżywienie moich włosów. Poza tym nie robi zupełnie nic - nie nawilża i nie pomaga w rozczesywaniu. No chyba, że weźmie się na prawdę pokaźną ilość produktu, to wtedy jest ok. Szczerze mówiąc po Starej Mydlarni spodziewałam się czegoś lepszego...szczególnie, że się cenią. No chyba, że moje włosy nie tolerują naturalnych produktów...ale wtedy nie tolerowałyby naturalnego oleju kokosowego, a przecież się z nim polubiły;]. 

piątek, 16 stycznia 2015

TOP 3 seriale z zaświatami w tle:)

Dzisiaj zamiast książki chciałabym Wam polecić kilka seriali, które dotyczą zaświatów lub demonów. Właściwie tylko w jednym są demony, które przeplatane są z historiami o duchach, a reszta dotyczy tylko tych drugich.

1. "Nie z tego świata"

Historia opowiada o dwóch braciach, którzy polują na duchy i demony stanowiące zagrożenie dla ludzi. Jest to dla nich chleb powszedni i są uzbrojeni nie tylko w wiedzę, ale odpowiedni sprzęt. Ich motywacja jest bardzo osobista, gdyż ich matka zginęła przez demona i teraz usiłują się zemścić. Poza tematem przewodnim serialu bardzo podoba mi się humor, który jest w niego wpleciony oraz to jakie relacje łączą braci. Myślę, że producentom nie brakuje nie tylko poczucia humoru, ale również dystansu. Niedawno oglądałam odcinek dotyczący przekleństw. Bracia trafili na króliczą łapkę, która posiadającemu ją człowiekowi przynosi szczęście. Jednak, gdy ktoś ją zgubi spotyka go pech. a w ciągu tygodnia umiera. Na początku pomyślałam - serio? przecież ten odcinek jest zupełnie inny od reszty. To jednak nie przeszkodziło mi się później śmiać niemalże przez cały czas. Podczas oglądania "Nie z tego świata" na pewno najdą Was skojarzenia z dwoma następnymi serialami. Może wspólne cechy nie są jakoś bardzo zarysowane, ale przy niektórych odcinkach na pewno pomyślicie o pewnych nawiązaniach...

2. "Medium"

W tym wypadku mamy do czynienia z całą rodzinką:). Na początku tylko mama wykazuje zdolności związane z kontaktowaniem się ze zmarłymi. Z tego co pamiętam to z biegiem czasu przynajmniej starsza córka zaczęła zdradzać podobne zdolności. Ze względu na swoje zdolności główna bohaterka zaczyna pracę w prokuraturze i aktywnie uczestniczy w śledztwach - szczególnie tych, które dotyczą morderstw. Poza tym w serialu pokazane są perypetie całej rodzinki, które wzbogacają serial o różne humorystyczne sytuacje - chociaż nietypowe zdolności są dla nich bardzo często powodem do wielu zmartwień.
Warto :)

3. "Zaklinacz dusz"

To chyba najbardziej wzruszający serial z wszystkich trzech. Opowiada o Melindzie, która widzi duchy i pomaga przejść im na drugą stronę. Przez to co robi często pomaga również rodzinom tych dusz, które się do niej zgłaszają. Melinda jest przy okazji szczęśliwą mężatką i prowadzi sklep z antykami, a to co robi nie tylko odbija się na jej życiu zawodowym, ale również prywatnym.

Te trzy seriale poza tym, że same w sobie są świetną rozrywką, to jeszcze dodatkowo między wersami niosą ze sobą pewne przesłanie. Nie chciałam Wam pisać o nich zbyt wiele, żeby nie zdradzać ciekawych szczegółów, ale wiedzcie, że warto po nie sięgnąć. I dajcie znać czy oglądaliście któryś;). 

czwartek, 15 stycznia 2015

S. Bolton, "Ulubione rzeczy"

Od zawsze mam słabość do kryminałów w każdej formie. Uwielbiam je zarówno w formie serialowej i filmowej, jak również literackiej. Dlatego też w bibliotekach zwykle najpierw po nie wyciągam ręce – szczególnie, gdy trafiam na coś, czego czytałam dobrą recenzję. Tak było z „Ulubionymi rzeczami” autorstwa S. J. Bolton. Pamiętałam, że na jednym z blogów czytałam dość pochlebną opinię, a dodatkowym atutem stała się okładka, która bardzo przyciągnęła moją uwagę. Po prostu musiałam ją wziąć ze sobą do domu! I nie zawiodłam się.
Powieść zaczyna się od momentu, w którym martwa kobieta osuwa się na samochód młodej policjantki. To wydarzenie sprawia, że mimo woli zostaje włączona w sprawę zabójstwa. Już od początku pojawiają się skojarzenia ze sławnym wiktoriańskim mordercą – Kubą Rozpruwaczem. Wszystko wskazuje na to, że we współczesnym Londynie pojawił się naśladowca tegoż legendarnego już zabójcy. Zdawałoby się, iż Lancey została wplątana w śledztwo mimo woli – najpierw w charakterze świadka, a z czasem jako śledcza. Jednak okazuje się, że z jednej strony wzbudza podejrzenia jednego z kolegów, a z drugiej w trakcie rozwoju fabuły wiele rzeczy wskazuje na to, iż coś łączy ją ze sprawcą.
Niewątpliwym atutem „Ulubionych rzeczy” jest nie tylko nawiązanie do Kuby Rozpruwacza, ale także mroczna aura tajemnicy, która nadaje powieści niesamowity klimat. Dodatkowo policjanci to ludzie z krwi i kości – z własną przeszłością, tajemnicami i mrocznymi stronami. Bardzo podoba mi się w tej historii to, że autorka nie próbuje ich wybielać i ugładzać oraz pokazywać ich z jak najlepszej strony. Po prostu w powieści S. J. Bolton śledczy to też ludzie, których przeszłość była dość wyboista – zresztą ich teraźniejszość też często taka jest. Kolejnym niewątpliwym plusem tej historii są liczne zwroty akcji i zaskoczenia, które zostają nam serwowane. Kiedy już myślimy, że mamy chwilę spokoju S. J. Bolton nagle dorzuca nam zaskakującą wiadomość, albo serwuje nam trzymające w napięciu wydarzenie. Poza tym sama Lancey jest bardzo ciekawą i przyciągającą uwagę postacią. Cały czas wiemy, że coś skrywa, a autorka sprawnie dawkuje nam informację nie tylko na temat śledztwa, ale również o głównej bohaterce. Już sama ciekawość co ona skrywa przyszpila do „Ulubionych rzeczy” i zajmuje nasze myśli w chwilach, kiedy odkładamy je na bok.


            Obok tej książki po prostu nie można przejść obojętnie – moim zdaniem jest ona obowiązkową lekturą dla wszystkich miłośników kryminałów. Natomiast jeżeli dopiero macie przed sobą przygodę z tym gatunkiem to ta powieść jest idealna na początek. Nie mogłam Wam napisać o niej zbyt wiele, bo czytając ją nie mielibyście już takiej frajdy. A warto...szczególnie dla zakończenia, które sprawia, że szczęka opada, aż do podłogi…

środa, 14 stycznia 2015

Tess Gerritsen, "Czarna loteria"

"Czarna loteria" Tess Gerritsen to moje pierwsze spotkanie z tą autorką. Do tej pory dużo o niej czytałam, jednak nie było mi z nią po drodze. Do chwili, kiedy znalazłam jej książkę na bibliotecznej półce. 

Jak już pewnie wiecie powyższa autorka znana jest znana z kryminałów medycznych, zatem ta powieść nie mogła być wyjątkiem. "Czarna loteria" zaczyna się od momentu, w którym z pozoru banalny zabieg chirurgiczny kończy się śmiercią pacjentki. O błąd w sztuce lekarskiej oskarżona zostaje anestezjolog Kate Chense. A adwokat wynajęty przez rodzinę zmarłej kobiety jest całkowicie przekonany o winie lekarki. Jednak w wyniku zbiegu tajemniczych okoliczności ginie kolejna pielęgniarka, co sprawia, iż adwokat zmienia zdanie. W pewnym momencie mężczyzna wspólnie z Kate podejmuje własne śledztwo, w którym wychodzi na jaw, że morderca wybiera sobie ofiary spośród pracowników szpitala. 

Im dalej zagłębiamy się w fabułę zaczyna do nas docierać, że poszczególne ofiary coś łączy. Autorka podrzuca nam różne tropy i...wodzi nas na manowce. Okazuje się bowiem, że morderca czai się w cieniu i pozornie nie ma pojęcia ani o tym co łączy ofiary, ani o tragedii, która stała się jego udziałem. Jednak oprócz wątku kryminalnego mamy również rozwijający się wątek miłosny, który jest dość oczywisty i banalny, dlatego też nie będę rozwodzić się na jego temat, gdyż mogłabym zdradzić zbyt wiele. 

"Czarna loteria" nie jest zbyt wymagającą książką, ale niewątpliwymi zaletami są jej lekkość i fałszywe tropy podrzucane nam przez panią Gerritsen. Niewątpliwie jest to książka do pochłonięcia w jeden wieczór, podczas którego będziemy mogli oderwać się na chwilę od naszej codzienności. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Arganowa kuracja do włosów z lnem i jedwabiem; BingoSpa

Witajcie, 
dzisiaj będzie mały przerywnik pomiędzy jedną, a drugą opinią o książce. Albowiem nadszedł czas, abym podzieliła się z Wami opinią na temat arganowej kuracji do włosów z lnem i jedwabiem z BingoSpa. 

Pojemność: 250 g, 
Cena: 14 zł

Producent zaleca nam, aby preparat nałożyć na włosy i delikatnie wmasować w skórę głowy. Po 10 minutach kosmetyk należy spłukać ciepłą wodą, a włosy wysuszyć i rozczesać. Zabieg należy powtarzać codziennie przez 5 dni, a następnie profilaktycznie 1 - 2 razy w tygodniu. 

Od razu muszę Wam się przyznać bez bicia, że nie bawiłam się w nakładanie tego kosmetyku codziennie przez 5 dni, bo po prostu nie mam na to czasu. Natomiast od momentu, w którym ta kuracja trafiła w moje ręce zaczęłam stosować ją regularnie 1 - 2 razy w tygodniu i mimo, że używam ją już ponad 2 miesiące to zużyłam jej dopiero połowę (przy włosach sięgających nieco za ramiona). Jeżeli chodzi o działanie to przede wszystkim zauważyłam, że moje włosy są bardziej nawilżone i miękkie, co przy tej cenie jest zadowalającym efektem. Przy tej wydajności reszta produktu starczy mi jeszcze na ok. 2 miesiące. Zatem nie tak źle:) 

Czy wrócę do tej kuracji? 

Prawdopodobnie tak, chociaż wcześniej będę chciała spróbować również innych produktów do włosów z tej kategorii. 


niedziela, 11 stycznia 2015

Tina Seskis, "O krok za daleko"

Źródło zdjęcia: http://s.lubimyczytac.pl/upload/books/228000/228254/297767-352x500.jpg 
Zastanawialiście się co musiałoby się stać w Waszym życiu, żebyście obudzili się pewnego ranka i postanowili uciec od współmałżonka, dziecka i reszty rodziny? Czego trzeba doświadczyć, żeby poczuć się doszczętnie złamanym, ale nie na tyle, aby zdobyć się na odwagę popełnienia samobójstwa?

Emily Coleman ma z pozoru szczęśliwą rodzinę, uroczego syna i piękny dom. Kobieta pewnego dnia opróżnia swoje konto, pakuje kilka podstawowych rzeczy i ucieka z domu. Emily skrywa swoje tajemnice i pod zmienionym nazwiskiem usiłuje odnaleźć się w Londynie i tam na nowo ułożyć sobie życie. Nie wiemy co ją kieruje. Domyślamy się tylko, że musiało wydarzyć się coś strasznego, co pchnęło ją do tego czynu. Kiedy uciekła jej mąż nie potrafi się z tym pogodzić, jednak niewiele może zrobić, aby ją odnaleźć, więc usiłuje odbudować sobie życie. 

Autorka głownie skupia się na doświadczeniach głównej bohaterki, stosując liczne retrospekcje pozwalające poznać nie tylko ją samą, ale również jej przeszłość. W trakcie lektury towarzyszyły mi mieszane uczucia. Z jednej strony współczułam Emily jej doświadczeń, ale jednak z drugiej nie byłam w stanie sobie wyobrazić tego co mogłoby się stać, abym postąpiła tak jak ona. Muszę Wam się przyznać, że irytowała mnie jej naiwność i infantylność oraz brak umiejętności wyjścia życiu na przeciw i zmierzenia się ze swoimi doświadczeniami. W końcu wystarczyło rozwieść się z mężem i na spokojnie ponownie układać sobie życie. To wydało mi się dużo łatwiejsze. Mimo to z chęcią wracałam do lektury "O krok za daleko", ponieważ Tina Seskis umiejętnie budowała napięcie i wzbudzała ciekawość. 

Jeżeli miałabym porównać do czegoś tą historię, to chyba tylko do "Zaginionej dziewczyny", której ekranizacje widziałam nie dawno. W obu opowieściach mamy niezrównoważone kobiety, które na swój sposób próbują się odnaleźć w świecie i ułożyć sobie życie. W każdej z tych historii mamy również mężów, którzy o nie walczą i bardzo podobne zakończenia - chociaż jedno jest dość szczęśliwe i dające nadzieję na to, że bohaterom jednak się powiedzie; a drugie raczej przytłacza i sprawia, że nie umiemy się z nim pogodzić. Nie powiem Wam czy to właśnie "O krok za daleko" dobrze się kończy, bo to będziecie musieli sprawdzić sami. Jednak zdradzę Wam, że mamy tu kilka nieco papierowych postaci, które często posuwają się zbyt daleko w swoich poczynaniach raniąc nie tylko innych ludzi, ale również samych siebie. Aha - zakończenie mnie nieco zdziwiło, chociaż byłam przeczuwałam podobne motywy ucieczki Emily z domu. 

"O krok za daleko" to książka, która z pewnością nie jest pozbawiona wad, jednak jest warta polecenia. Chociażby dlatego, że daje do myślenia i zmusza do refleksji nad własnym życiem. Dodatkowo napisana jest w lekki sposób, co pozwala ją pochłonąć w 1 - 2 wieczory.

piątek, 9 stycznia 2015

Laserowa korekta wzroku

            Dla okularników takich jak ja, którzy na drugi komplet oczu skazani są od dziecka wszelkie nowinki  korekty wzroku często nie są obce. Osobiście już od jakiegoś czasu  regularnie trafiam na informacje o laserowej korekcie wzroku, do której podchodzę dość sceptycznie, gdyż budzi nieco wątpliwości - chociażby to, że przy ingerencji w tak wrażliwy narząd jak oko coś się może stać. Ale o tym może nieco później. Na razie mam dla Was kilka informacji, abyśmy wszyscy mieli jasność o czym mówimy.
Słów kilka o laserowej korekcie wzroku
            Otóż z tego co się dowiedziałam obecnie jest dostępnych kilka sposobów laserowej korekcji wad wzroku. Aktualnie stosowane są takie sposoby leczenia laserem jak np. keratektomia fotorefrakcyjną PRK, LASIK - z wieloma odmianami np. epiLASIK czy femtoLASIK oraz metodę LASEK. Z artykułu, który macie podlinkowany na końcu notki wynika, że we wszstkich powyższych metodach, laserem operuje się w obrębie rogówki, którą pokrywa cienka warstwa nabłonka. Dlatego też konieczne jest wstępe usunięcie tej warstwy (nabłonka), by móc dostać się do warstw oka znajdujących się poniżej. W każdej z metod jest jakaś fizyczna interwencja w roówkę - np. w przypadku metody LASIK jest to nacięcie chirurgiczne rogówki mikrokeratomem. Po procesie modelowania rogówki laserem płatek nabłonka wraca na miejsce i tworzy coś w rodzaju naturalnego opatrunku.
Kto kwalifikuje się do zabiegu?
            Naturalnie jeżeli chodzi o wybór rodzaju zabiegu podejmuje go lekarz prowadzący, kierując się dobrem pacjęta. Jednak laserowo nie da się wyleczyć każdej wady zdoku. Szczególnie w momencie, kiedy krótkowzroczność przekracza - 10.00 dioptrii, nadwzroczność jest większa niż +5 dioptrii. Przed podjęciem decyzji o zabiegu brany pod uwagę jest również wiek pacjenta. Otóż może być on wykonany u osób, które skończyły 21 rok życia, ze względu na osiągnięcie fizyczneo rozwoju przez aparat wzrokowy. Ten wymóg jest również związany ze stabilizacją wady wzroku. Co nie zmienia faktu, że podobno zdarzają się ludzie, którzy mimo to, że są nieznacznie młodsi, mogą się poddać laserowej korekcie wady wzroku (ale to nie jest zbyt częste). Górną granicą wieku jest 50 r. ż. (rzadziej nawet wg. niektórych lekarzy 65 r. ż.)
Jakie są przeciwskazania do laserowej korekcji wad wzroku?
Należą do nich m. in.:
·         jaskra i zaćma,
·         zmiany w rogowce,
·         odwarstwienie siatkówki,
·         zmiany zwyrodnieniowe siatkówki,
·         pourazowe uszkodzenie rogówki,
·         niedobór wydzielania łez, i. in.
            Metoda LASEK jest podobno polecana przez lekarzy w przypadku, kidy pacjent ćwieczy sporty kontaktowe (np. boks). Jednak jeżeli pacjent ma cienką rogówkę, albo nie mogą być u niego zastosowane innego typu korekcje laserowe, również jest wybierana powyższa metoda. Niestety ok. 40% pacjentów ze względu na posiadanie zbyt cienkiej lub zbyt płaskiej czy też nieregularnej rogówki nie może mieć przeprowadzonej laserowej korekcji wady wzroku (dane z kliniki Mavit). Dlatego też badania kwalifikacyne proponowane są po 1 dniu bez noszenia soczewek kontaktowych, aby móc ocenić czy dany pacjent będzie mogł mieć wykonany zabieg laserowej korekcji wzroki. Po wstępnej kwalifikacji ok. 2 do 3 tygodni nie należy nosić soczewek, a następnie bezpłatnie powtarza się badania przed planowanym zabiegiem - przyajmniej takie znalazłam informacje odnośnie wyżej wspomnianej przeze mnie kliniki.
Przypuszczam, że w wielu wypadkach procedury mogą się różnić, więc nie widzę powodu, żebym miała Was nimi katować. Pewnie i tak lekarz Wam wszystko powie jeżeli kiedyś będziecie się decydować na zabieg. Zresztą macie to opisane w podlinkowanym artykule - zresztą tak samo jak opis przebiegu zabiegu.
Czy warto?
            Każdy musi sobie odpowiedzieć na to pytanie sam. Niestety laserowa korekcja wad wzroku nie są refundowane przez NFZ. W Polsce za obuoczną korekcję wad wzroku za pomocą lasera należy zapłacić około 4500 zł.
Nie wiem jak Was, ale mnie mimo wszystko stresuje myśl o tym, że ktoś (nawet jeżeli jest to fachowiec) tak ingeruje w oko podczas zabiegu. Nie wiem czy miałabym odwagę poddać sie takiemu zabiegowi i pozwolić sobie grzebać w oku. Jeżeli chodzi o mnie to pod tym względem byłabym oporną pacjętką, chociaż pewnie zależałoby to również od lekarza. Osobną rzeczą są koszty zabiegu. W końcu nie każdego stać na taki wydatek. Czy mając możliwość wykonania powyższego zabiegu skorzystałabym? Nie wiem. Z mojej strony to byłaby kwestia do przemyślenia.
Dajcie znać co Wy myślicie o tej metodzie korekty wzroku I czy mieliście taki zabieg. A może wolicie soczewki lub okulary?



środa, 7 stycznia 2015

Bomb Cosmetics, masło do ciała Rose Revolution

W okresie grzewczym moja skóra potrafi być bardzo trudna. W tym sensie, że bardzo trudno ją nawilżyć. I mimo to, że mam na to sprawdzone sposoby czasem lubię testować nowe rzeczy, w celu zwiększenia wyboru wśród produktów nawilżających. Ale od początku.

Dzisiaj kilka słów o maśle do ciała z Bomb Cosmetics - Rose Revolution. 

Dostępność: Sklepy internetowe. Ja dostałam na Aromatella.pl, ale widziałam, że już nie ma tej wersji zapachowej. Jednak wiem, że jest dostępna w innych miejscach, więc wystarczy tylko wpisać nazwę jeżeli będziecie zainteresowane. 
Cena: 39,99 zł. 
Pojemność: 200 ml

Z informacji, które znalazłam w internecie wynika, że to masło do ciała ma zawierać 30% czystego masła Shea oraz nawilżającego oleju słonecznikowego. Dodatkowo zawiera czyste olejki eteryczne z rozmarynu i geranium. Dodatkowo ma  ono głęboko nawilżać skórę i przywracać jej naturalny blask. 

Po otworzeniu opakowania atakuje nas pudrowo - różany zapach, który pokochamy lub znienawidzimy już po pierwszym niuchu. Jest dość intensywny, co może być uciążliwe, ale na skórze staje się delikatniejszy. 

Konsystencja tego masła jest dość gęsta i zbita, co utrudnia rozprowadzanie go na skórze. Mogłabym mu wybaczyć tą drobną niedogodność, gdyby był w stanie ją nawilżyć. Niestety ten kosmetyk w moim przypadku daje tylko chwilowe poczucie ulgi dla napiętej i wołającej o pomoc skóry. Sucha i bardzo sucha skóra niestety ma to do siebie, że każdy nawilżający produkt chłonie niczym gąbka wodę. Kiedy nakładałam to masło przed pójściem spać i budziłam się rano moja skóra była znów napięta, a najbardziej przesuszone miejsca, w ogóle nie były bardziej nawilżone jak wcześniej. Tak jakbym wieczorem nie nakładała nic:/ Zdaję sobie sprawę, że nie jestem wstanie nawilżyć bardzo suchych miejsc po jednym nałożeniu kosmetyku, ale oczekuję przynajmniej minimalnej poprawy. Niestety nie ma również żadnego efektu nawet przy regularnym stosowaniu powyższego produktu, a ja już mam go na dnie:/. Jeżeli chodzi o wydajność, to jest przeciętna - dużo lepiej sprawdzają się w tym przypadku (i nie tylko w tym) produkty z Bielendy czy Ziai, które są dużo tańsze i moim zdaniem są lepszej jakości. Ostatnio zaczęłam używać masła do ciała z Bielendy w wersji zapachowej czarna oliwka i sprawdza się o niebo lepiej. Przynajmniej moja skóra nie jest rano znowu wysuszona na wiór, tylko lekko nawilżona. Dlatego też zamierzam na razie używać tego masła na zmianę z czymś z Ziai. Tym bardziej, że w cenie jednego masła z Bomb Cosmetics mamy dwa z Bielendy i jeszcze nam zostaje;]. 

Jak już zdążyliście się domyśleć nie polecam tego produktu, chociaż być może sprawdzi się on przy normalnej skórze. 


poniedziałek, 5 stycznia 2015

J. Kosiński, "Malowany ptak"

Jerzy Kosiński to autor bardzo kontrowersyjny, którego książki w Polsce komunistycznej znajdowały się na indeksie cenzury. Do tej pory jest to człowiek, który jest przez wielu uważany za antypolskiego pisarza, a już na pewno za bardzo kontrowersyjnego. Po lekturze "Malowanego ptaka" (jednej z najbardziej znanych książek pisarza) nie dziwię się już tak bardzo tym opiniom - przynajmniej dotyczących jego kontrowersyjności. 

W powieści zawarte są losy kilkuletniego żydowskiego chłopca, którego rodzice na początku wojny oddają pod opiekę pewnemu mężczyźnie, mającemu znaleźć mu dom. Dziecko trafia do starszej kobiety, a po jej śmierci zaczyna tułaczkę po kresach wschodnich. W trakcie swojej wędrówki chłopiec ściąga na siebie prześladowania zabobonnych i prymitywnych chłopów, którzy uważają go za Żyda lub Cygana. Bity i torturowany tuła się po wsiach i okolicznych lasach będąc świadkiem okrucieństw i zbrodni. W końcu zło, z którym się styka staje się również jego udziałem. 

"Malowany ptak" to niewątpliwie kontrowersyjna i przepełniona przemocą książka, której (mimo niewielkiej objętości) nie da się przeczytać w jeden czy dwa wieczory. W pewnym momencie człowieka po prostu przerasta to co czyta i czasem zapomina nawet, że opisywane są losy dziecka. Po prostu doświadczenia tego chłopca są na tyle ciężkie i brutalne, że niejeden dorosły nie dał by rady, a co dopiero bezbronne i kruche dziecko. Dodatkowym elementem, który sprawia, że zapominamy, iż czytamy o losach dziecka jest to, iż chłopiec przeżywa inicjację seksualną. Pamiętajmy, że mały w chwili zakończenia powieści ma ok. 12 lat. Mimo to trzeba wznieść się nieco ponad to, żeby w "Malowanym ptaku" zobaczyć nie tylko przemoc i zacofanie, ale także to, że wojna nie jest niczym dobrym. W końcu nie tylko rozdziela rodziny i wydobywa z człowieka wszystko to co najgorsze, ale sprawia, że nie możemy się rozwijać...a już na pewno nie możemy rozwijać swoich horyzontów. Poza tym chociażby dzieci są skazane na to, żeby dorosnąć w trybie natychmiastowym. Po powyższej lekturze człowiek nie jest już taki sam i potrzebuje lekkiej odskoczni, która złagodzi zderzenie z twórczością Kosińskiego. Gorzej zniosłam jedynie biografię Josefa Mengelego, po której uwierzyłam, w poksiążkowego kaca. 

Jak widzicie na pewno nie jest to lekka książka, więc jeżeli czytacie zwykle lekkie książki a pewno Wam się nie spodoba. Uważam, że jest też ona dla starszych dorosłych. Obawiam się, że osoby ok. 18 i dwudziestukilku lat mogą tej książki nie zrozumieć i zobaczyć w niej tylko przemoc i zacofanie. "Malowany ptak" jest również złym pomysłem, w momencie kiedy chcecie wrócić do czytania po dłuższej przerwie. Nie polecam go też kobietom w ciąży i młodym matkom, ze względu na drastyczność scen - od mam wiem, że zmienia się wtedy wrażliwość, więc przez tą książkę możecie nie przebrnąć jeżeli jesteście w ciąży lub macie małe dzieci.

Reasumując

"Malowany ptak" jest trudną i pełną przemocy opowieścią o dziecku, które nigdzie nie czuło się jak u siebie. W każdym miejscu, do którego trafiało starało się pokazać, że jest takim człowiekiem jak inni, jednak wszędzie był niezrozumiany. Do lektury tej książki trzeba dojrzeć, ze względu na duży ładunek emocjonalny i przekaz, który z sobą niesie. Dlatego też przed sięgnięciem po powyższą powieść musicie sobie przemyśleć czy na pewno jesteście sobie poradzić z jej treścią. Nie umiem jej Wam polecić lub napisać, że jest to kiepska powieść. Myślę, że jest to jedna z tych książek, która jest poza oceną, a z którą wypadałoby się zmierzyć. 

sobota, 3 stycznia 2015

Scrub do skóry głowy, Natura Syberica

Wciąż zmagam się z "Malowanym Ptakiem" Jerzego Kosińskiego i muszę przyznać, że nie wybrałam sobie najłatwiejszej lektury na przełom jednego i drugiego roku. Mimo to, że lektura ma nieco ponad 300 stron razem z uwagami autora czyta ją się powoli ze względu na jej treść...ale o tym za jakiś czas. 

Dzisiaj mam dla Was coś lżejszego. A mianowicie moją opinię o scrubu do skóry głowy z firmy Natura Siberica. 

Dużo czytałam i słyszałam o tym, że robienie peelingu głowy nie tylko wpływa na stan naszej skóry głowy, ale również na to, że odżywki, oleje czy maski do włosów mają dużo lepsze oddziaływanie niż bez robienia sobie powyższego zabiegu. Dlatego też zaczęłam testować różne rodzaje peelingów do skóry głowy.

Scrub z Natura Syberica poszedł w ruch kilka miesięcy temu i na początku stosowałam go dość regularnie, co zmieniło się pod koniec listopada. Jednakże zacznijmy standardowo od tego jak powinien działać tenże kosmetyk. 


Tym razem posiłkowałam się stroną http://triny.pl/.

Tam znalazłam informację, że ten scrub powinien:
  • głęboko oczyszczać skórę głowy,
  • wzmacniać cebulki włosowe, 
  • stymulować wzrost włosów 
  • zapobiegać pojawianiu się łupieżu. 
Podobno można go stosować do każdego rodzaju włosów. 

Cena:  ok. 22 zł 
Pojemność: 200 ml,
Dostępność: sklepy internetowe

Jeżeli chodzi o działanie to na początku byłam bardzo zadowolona. Używając tego kosmetyku mogłam sobie robić masaż włosów i przygotowywałam swoją skórę do mycia włosów. Stosowałam go w tym samym czasie co olej na porost włosów, więc nie mogę się wypowiedzieć jeżeli chodzi o jego działanie pod względem ich porostu. Mimo to wierzę, że miał jakiś wpływ na wzmocnienie cebulek. A przy tym cudownie pachnie sokiem o smaku tropikalnym co sprawia, że ma się ochotę go wypić. Jednakże minusem, który przekreśla go w moich oczach i sprawia, że do niego nie wrócę jest to, że tragicznie się wypłukuje i we włosach pozostają drobinki. To właśnie jest główny powód, że go odstawiłam. Jak widzicie zostało mi go jeszcze trochę i prawdopodobnie zużyję go jako peeling do ciała - mam nadzieję, że chociaż w ty przypadku lepiej się sprawdzi. 

piątek, 2 stycznia 2015

Czytelnicze podsumowanie grudnia 2014 i ubiegłego roku

Witajcie, 
wraz z nowym rokiem postanowiłam wprowadzić podsumowania miesiąca pod względem przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Jako, że mamy styczeń to podsumowanie miesiąca zbiegnie się z podsumowaniem roku - przynajmniej jeżeli chodzi o książki. 

Zatem lecimy z grudniem. 

W zeszłym miesiącu udało mi się przeczytać 5 książek: 
  1. George R. R. Martin "Nawałnica mieczy. Stal i śnieg" [recenzja]
  2. Phillip Pullman "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży" [recenzja]
  3. Gok Wan "Lata chude, lata tłuste. Moja autobiografia" [recenzja]
  4. Paweł Szlachetko "Adwokat spraw ostatnich. Kontrakt" [recenzja]
  5. Marek Harny "Dwie kochanki" [recenzja]


Książki, które dostałam w ubiegłym miesiącu:
  1. Guillermo Del Toro, Chuck Hogan "Wirus" - z tego co wiem, to nie dla ludzi o wrażliwych sercach i żołądkach;)
  2. Gok Wan "Lata chude, lata tłuste" - uwielbiam tego gościa;)
  3. Konstanty Ildefons Gałczyński "Szarlatanów nikt nie kocha"
  4. Konstanty Ildefons Gałczyński "Portret muzy"
Jeżeli chodzi o filmy to w grudniu udało mi się obejrzeć następujące filmy:

  1. "Zbaw nas ode złego"
  2. "Zaginiona dziewczyna"
  3. "22 Jump Street"
  4. "Zły Mikołaj"
  5. "Listy do M."
Dajcie znać jeżeli chcecie, żebym zrecenzowała, któryś z filmów. 

Podsumowanie roku:

Ilość przeczytanych książek - 76  (mogło być więcej, ale i tak to mój rekord;))

Najlepsze książki przeczytane w ubiegłym roku: 
  1. Eric Emmanuel Schmitt, "Małżeństwo we troje"
  2. Nicola Cornick "Skandalista"
  3. Stephen Miller "Wysłanniczka" 
  4. Charlotte Link "Grzech aniołów" 
  5. Quanta A. Ahmed "W kraju niewidzialnych kobiet"
  6. Emma Donoghue "Ladacznica"
  7. Veit Etzold "Cięcie" 
  8. George R. R. Martin "Gra o tron", "Starcie królów", "Nawałnica mieczy. Stal i śnieg"
  9. Sarah Kate Lynch "Miód na serce"
  10. Paula Daly "Gdy przejdziesz przez próg"
  11. James Dashner "Więzień labiryntu"
  12. Suzanne Collins "W pierścieniu ognia", "Kosogłos"
  13. Phillip Pullman "Baśnie braci Grimm dla dorosłych i młodzieży"
  14. Gok Wan "Lata chude, lata tłuste. Moja autobiografia"
  15. Paweł Szlachetko "Adwokat spraw ostatnich. Kontrakt"
Szkoda tylko, że na liście jest tylko jedna książka polskiego autora:(, ale może w tym roku będzie lepiej:)

Najgorsze książki przeczytane w zeszłym roku: 

  1. E. Stachniak "Katarzyna Wielka. Gra o władzę"
  2. Andrzej Komorowski "Miłość ci wszystko wypatrzy"
  3. Anais Nin "Delta Wenus"
  4. Piotr Cielecki "Zasypianie"
  5. F. Fioretti "Sekretna księga Dantego"
  6. M. M. Lamberg "Zasługa nocy"
  7. M. Izaguirre "Tamte cudowne lata"
  8. M. Harny "Dwie kochanki"

Pocieszające jest to, że tych gorszych książek jest dużo mniej. W tym roku życzę sobie, żeby tych dobrych było jeszcze więcej, a tych złych jak najmniej. Naturalnie wszystkie recenzje znajdziecie na blogu;). Jakby co zawsze możecie skorzystać z opcji wyszukiwania, które jest dostępne z prawej strony zaraz nad rybkami;]

A Wy robiliście sobie takie podsumowanie?