czwartek, 31 lipca 2014

Lipiec 2014 - w zdjęciach

Lipiec był dla mnie czasem, w którym odkryłam nowe aplikacje na telefon (Retrica) i Instagrama: http://instagram.com/mojportret. Dlatego też robiłam zdjęcia jak szalona, testując nowe możliwości, które obudziły we mnie wątpliwego talentu fotografa;p. Dlatego też możecie mieć więcej zdjęć, w przeglądzie lipca niż z innych miesięcy;p 



Lipiec był miesiącem, w którym nauczyłam się piec nowe ciasto - może banalne, ale kojarzące się z dzieciństwem i na pewno jedno z moich ulubionych:D. Przepis >>TU<<



Przetestowałam też bardzo mało letni wosk z Kringle Candle - Cozy Cabin. Notka o nim >>>TU<<<


W lipcu częściej zdarzało mi się czytać po nocach, ale takie jest życie, a książka sama się nie przeczyta (chyba, że zarzuci się jakiegoś audiobooka;p)




Kawa - bardzo często ratowała sytuację...chociaż czasem i ona nie pomagała:/



W zeszłym miesiącu czasem dopadał mnie deszcz na drugim końcu miasta. Na szczęście często bywał przelotny, co było dla mnie błogosławieństwem, bo przeważnie nie miałam ze sobą parasola;p 




Rozwadów - bardzo klimatyczna (jak dla mnie) dzielnica mojego miasta. A do tego ze swoją niepowtarzalną historią. 





Szkoda, że jest zaniedbany, ale nawet zły stan dróg i budynków nie przeszkadza mi dobrze się tam czuć. Poza tym jest tam całkiem fajna biblioteka;p Poza tym, jak już wspomniałam odkryłam nową aplikację na telefon, która umożliwia robienie zdjęć w wersji retro. I tak jak widać poniżej ganiam po mieście i robię zdjęcia, wykorzystując nowe możliwości:







 "Josef Mengele, doktor z Auschwitz." Ta książka wywarła ma mnie przeogromne wrażenie i długo jej nie zapomnę. Recenzja >>>TU<<<




Wizyta w bibliotece i stos nadprogramowej literatury do poczytania.




Przyjemny przerywnik między fragmentami powieści o Aniele Śmierci. Recenzja "Miodu na serce" >>>TU<<<


Stos fiszek do przerobienia lub powtórek.


Trzeba było wykorzystać pomidory, więc zrobiłam pizzę z sosem;] Przepis >>>TU<<<



Czas nadrobić książkową wersję "Gry o tron", jak dobrze pójdzie niebawem będę dalej niż serialowa fabuła;p. Recenzja >>>TU<<&lt;




Moja mięta przerosła moje oczekiwania;p 




Pokusiłam się też o notkę na temat dbania o włosy, którą znajdziecie >>>TU<<&lt;




W zeszłym miesiącu poszliśmy z Rafałem na spacer pod miasto i ponownie spotkaliśmy krowy;) 




Pyszności! 




Herbata z miętą - moje świeże odkrycie:D




Podczas ostatnich dwóch miesięcy przybyło mi trochę książek;] 



Garden Time od Yankee Candle. Recenzja >>>TU<<<

Poza tym jak wspominałam wcześniej latałam po mieście jak głupia i robiłam zdjęcia;p:








Dlatego też wybierałam (wybieraliśmy) często nową trasę, żeby móc zrobić więcej zdjęć;p




Ostatnio postanowiłam ożywić trochę swoje mieszkanie, a przez Biedronkę nie mogłam się powstrzymać od dokonania pewnych zakupów. Wyniosłam ze sklepu podkładki, w cenie 3,99 za dwie i dwa słoiki za które zapłaciłam 6,24 zł. za sztukę;p. 


Słoiki postanowiłam wykorzystać inaczej niż na przechowywanie żywności. W jednym ż znalazły się woski z YC, co by się nie walały w różnych miejscach. A drugi będzie na samplery. Jednakże czekam na jesienną kolekcję od YC, bo przyczajam się na te z serii Q3;]. 




Kiedy wybieram się na spacer często lubię oglądać witryny księgarni. Ostatnio przykuły moją uwagę dwie puszki - genialny pomysł na prezent i chyba znam osobę, która mogłaby dostać ode mnie tą niebieską;p 




Planuję na blogu więcej recenzji książek, które nie są nowościami i, o których nie czytałam dużo na blogu. Chciałabym, żeby było tu też więcej klasyki...mam nadzieję, że wytrwam w postanowieniu i nie zabraknie mi motywacji;] 


Największe zaskoczenie miesiąca? Wzięłam się za "Starcie królów" szybciej niż myślałam, a to dzięki temu, że spięłam poślady i  zmęczyłam "Bostończyków", w krótszym czasie niż myślałam;]. Recenzja tych drugich niebawem na blogu. 


Zapas wosków zaczął się kurczyć w zatrważającym tempie:(. Ale pod koniec sierpnia mam zamiar uzupełnić braki:D...powyżej widzicie resztki Loves me, loves me not od YC :((

środa, 30 lipca 2014

"Słowa skruszą mury. Pussy Riot" M. Gessen, recenzja


źródło obrazka: lubimyczytac.pl

Chyba każdy z nas słyszał o grupie kobiet, która jakiś czas temu  wtargnęła to jednej z rosyjskich cerkwi i zaśpiewała piosenkę "Bogurodzico przegoń Putina". Pamiętam, że znalazło to oddźwięk w naszych mediach, a nagranie z występu wciąż można znaleźć w sieci. Przyznam się szczerze, ze bardzo podziwiam te kobiety za odwagę i kiedy zobaczyłam, że ukazała się o nich książka postanowiłam zapoznać się bliżej z historiami tych kobiet. 

"Słowa skruszą mury. Pussy Riot" autorstwa Mashy Gessen jest historią walki wyżej wspomnianych kobiet o wskrzeszenie prawdy, w społeczeństwie zbudowanym na kłamstwach. 

21 lutego 2012 roku do cerkwi Chrystusa Zbawiciela w Moskwie weszło pięć kobiet. Nosiły jaskrawe, kolorowe sukienki i rajstopy, a na głowach miały kominiarki. W takich strojach wykonały w świątyni "punkową modlitwę", w której błagały "Matkę Boską" o "przepędzenie Putina". Ochrona szybko pozbyła się ich ze świątyni, a kilka miesięcy później trzy z nich zostały aresztowane i osądzone w trwającym kilka miesięcy procesie. Dwie z nich skazano na odbycie wyroków w koloniach karnych na Syberii. 

Mimo to działania Pussy Riot nie przeszły bez echa - wieści o nich trafiły na pierwsze strony zachodnich gazet, a nakręcony w czasie występu materiał szybko rozprzestrzenił się w sieci. Ludzie z całego świata dostrzegli, że ich czyn był nie tylko krytyką polityczną, ale również nosił znamiona sztuki, która w czasach i miejscu przesyconych kłamstwami stała się nowym sposobem głoszenia prawdy. 

Masha Gessen w swojej książce przedstawia nam moment narodzin tegoż niezwykłego zjawiska oraz historie poszczególnych aktywistek. Autorka dotarła do członków rodzin i znajomych osądzonych dziewcząt i zdołała odtworzyć fascynującą historię wewnętrznej transformacji, dzięki której grupę młodych kobiet zjednoczyła wspólna wizja artystyczna. 

W sumie na tym mogłabym zakończyć swoją notkę, ponieważ powyższy opis dla mnie jest wystarczający do tego, żeby kogoś zaintrygować historią Pussy Riot. Jednakże muszę wyrzucić z siebie jeszcze kilka słów na temat tejże książki. 

Otóż, nie sądziłam, że ta historia mnie tak bardzo poruszy. Niby wiedziałam jak wygląda sytuacja w Rosji, że lekko tam nie mają, a rzeczywistość wygląda dużo inaczej niż u nas. Jednak mimo wiadomości, które czasem znajdowały się w serwisach informacyjnych, jakby nie do końca to do mnie docierały. Tymczasem Masha Gessen dość szczegółowo opisała historię kobiet z Pussy Riot, która pozwala na wgryzienie się w temat. Dziewczyny z wyżej wspomnianej grupy wzbudzały mój podziw, dzięki odwadze i sprytowi, którym musiały się wykazać i chociaż nie do końca przekonywało mnie to co robiły, to mimo wszystko skutecznie zwróciły uwagę świata na problem. 

Pamiętam, że kiedy usłyszałam o wspomnianym na początku występie w cerkwi, w jakichś wiadomościach pomyślałam o nich, że są kiczowate i po prostu głupie, ze względu na to, że myślą, iż cokolwiek zmienią w ten sposób. Poza tym ewidentnie narażały się na niebezpieczeństwo. Teraz jednak myślę dużo inaczej, być może też dlatego, że sama nie miałabym odwagi zdecydować się na takie działania jak aktywistki z Pussy Riot. Zrozumiałam sens ich działań i w pewnym sensie również to, w jaki sposób mogły oddziaływać na swoje społeczeństwo. I mimo to, że nadal uważam ich występy za w pewnym stopniu kiczowate to wiem, iż to tylko forma zwrócenia na siebie większej uwagi, żeby móc przekazać to co mają do powiedzenia. Inny sposób niekoniecznie zwróciłby uwagę na problem. 

Masha Gessen roztacza przed nami obraz, który pozwala bardziej zrozumieć temat i pokazuje nam to co działo się z dziewczynami z Pussy Riot począwszy od ich dzieciństwa, poprzez młodość, działania w Wojnie do Pussy Riot, procesu i ich życia po wyroku. Te kobiety nie są już dla mnie tak obce i niezrozumiałe jak wcześniej. 

Uważam, że powyższa publikacja jest idealna na teraz ze względu na to całe zamieszanie, które mamy wokół Rosji, chociaż same tematy niekoniecznie są ze sobą powiązane. "Słowa skruszą mury. Pussy Riot" pozwala nam sobie przypomnieć, że w tym kraju mieszkają też ludzie, którzy nie są zadowoleni z tego co się dzieje wokół nich, a ci którzy mają w sobie na tyle odwagi, żeby coś z tym zrobić często muszą za to słono płacić. 

poniedziałek, 28 lipca 2014

Ulubieńcy lipca 2014

Witajcie, 
dzisiaj na moim blogu po raz pierwszy pojawiają się ulubieńcy. Nie wiem czy będę robić taką notkę co miesiąc, ale raz na jakiś czas na pewno. Chciałabym Wam tu robić podsumowanie miesiąca nie tylko odnośnie kosmetyków, ale także książek, miejsc itp. Mam nadzieję, że starczy mi motywacji do nowego cyklu;)


Ulubionymi kosmetykami z zakresu pielęgnacji są głównie te, które uwiodły mnie zapachem. Tak jest w przypadku toniku do twarzy z Oriflame z ekstraktem z jagody i lawendy. Na szczęście w tym przypadku przebija zapach jagód, bo lawendy nie lubię i tego bym nie zniosła. Oprócz tego, że ładnie pachnie, to dodatkowo dobrze koi twarz i zbiera resztki zanieczyszczeń, które zostały po demakijażu i myciu twarzy. 

Cena ok. 10 zł. 

Jeżeli chodzi o mycie, to niewątpliwie moje serce podbiło mydło w płynie z Avonu Citrus Burst. Oprócz idealnego na lato zapachu dobrze spełniał swoją rolę i nie wysuszał mi dłoni. Cena ok. 7 - 8 zł. 

Trzeci produkt do pielęgnacji, to kremowy balsam do ciała z Eveline, o którym pisałam Wam >>>TU<<<, a który gdzieś zaginął  na jakiś czas wśród kosmetyków. Jak już go odnalazłam postanowiłam go zużyć do końca i zostało mi go na kilka użyć, więc do końca tygodnia powinnam się z nim wyrobić. 


Czymś do czego długo podchodziłam z bardzo dużym dystansem, a co się u mnie sprawdzało w zeszłym miesiącu są poczwórne cienie do oczu z Avonu. To właśnie jedna, albo druga paletka była w użyciu, jeżeli już zdecydowałam się na makijaż. Za jedno opakowanie dajemy coś ok 23 zł., jeżeli trafimy na promocję. 

Do ich cech zalicza się:
  • trwałość, 
  • dobra pigmentacja, 
  • łatwość w nakładaniu, 
  • duży wybór kolorów.
Ja mam w wersji nearly naked i vibrant souce. 

Naturalnie oczy malowałam tylko w te dni, w które pogoda pozwalała mi nałożyć coś więcej niż tusz do rzęs bez ryzyka, że wszystko mi spłynie z twarzy;p. Na blogu zamierzam umieścić ich szerszą recenzję, ale to za jakiś czas;p. 

Poza tym do ulubionych rzeczy w zeszłym miesiącu należało też coś, co już recenzowałam u siebie na blogu. Była to m. in. "Gra o tron" G. R. R. Martina.



Recenzję tej książki znajdziecie >>>TU<<< 


Elisabeth Arden, Green Tea Tropical - zapach, bez którego nie wyobrażam sobie lata. Coś więcej możecie znaleźć o nim  >>>TU<<<. Mam nadzieję, że jeszcze bardzo długo będzie na rynku, bo jest to mój ulubiony zapach i nie wyobrażam sobie, żeby miało go kiedyś zabraknąć. 


Yankee Candle Garden Time, był  najczęściej wyczuwalnym zapachem, w moim domu, w ostatnim miesiącu, o którym coś więcej możecie się dowiedzieć >>>TU<<<.



W zeszłym miesiącu bardzo często malowałam paznokcie i najczęściej decydowałam się na któryś z lakierów Lovely w kolorze 229 lub 33. A to dlatego, że bardzo ładnie mieniły mi się w słońcu;]. Odnośnie koloru 229 dostawałam bardzo dużo komplementów. 

niedziela, 27 lipca 2014

TOP 3 Ulubione kosmetyki, których nie miałabym czym zastąpić.

Witajcie, 
dzisiaj będzie o kosmetykach, które już długi czas goszczą w mojej kosmetyczce i za każdym razem kiedy się kończą do kupuję sobie je ponownie i nie wyobrażam sobie, żeby kiedyś miały zostać wycofane. 


Bez Green Tea Tropical od Elizabeth Arden nie wyobrażam sobie, wiosny, lata i jesieni. Czasem używam go nawet w zimie. Ten zapach kojarzy mi się z wieloma fajnymi wspomnieniami, o czym więcej >>>TU<<<



Czarna kredka z Avonu z linii SuperShock. Bardzo ją lubię za to, że jest świetnie napigmentowana i wystarczy jedno pociągnięcie, aby narysować kreskę. Jest dość trwała. Jednakże ma jeden minus:(...źle się struga:/, ale poza tym często do makijażu oczu wystarczy mi właśnie ta kredka i tusz do rzęs;). Dostaniecie je u konsultantek Avonu za kilkanaście zł. Osobiście używam jej praktycznie od momentu, w którym pojawiła się w katalogu.




Ostatnim produktem bez którego nie wyobrażam sobie mojej kosmetyczki jest balsam do ust z Nivea - ten najciemniejszy niebieski. To jest jedyna rzecz, która jest w stanie nawilżyć moje usta, a każda zdrada na rzecz innego pielęgnacyjnego kosmetyku do ust i tak kończy się powrotem do tego kosmetyku. Już nie wiem, które to moje opakowanie. W każdym bądź razie zaczęłam używać tego kosmetyku już w liceum, więc wracam do niego na pewno już jakieś 10 lat;]. 

Jak już Wam wspomniałam nie wyobrażam sobie, żeby te kosmetyki były kiedyś wycofane, bo nie dość, że mam z nimi wiele pozytywnych wspomnień, to jeszcze ciężko byłoby mi je czymś zastąpić. Mam jednak nadzieję, że nie zostaną wycofane. 

sobota, 26 lipca 2014

S. Forward, D. Frazier "Toksyczni teściowie" recenzja

Z wykształcenia jestem pedagogiem i do tej pory lubię sięgać po literaturę z zakresu interesującej mnie tematyki ze studiów. Podczas jednej z ostatnich wizyt w bibliotece udało mi się dorwać "Toksycznych teściów" autorstwa S. Forward i D. Frazier. Nie mogłam się oprzeć sięgnięciu po nią, tym bardziej, że zarówno tą pozycję oraz "Toksycznych rodziców" polecała mi moja dobra znajoma pedagog z dużo większym ode mnie stażem zawodowym. 

Ale do rzeczy. W książce znajdziemy opis rodzajów toksycznych teściów, którzy potrafią wejść w rolę m. in. nadzorców czy krytyków. Poza opisami konkretnych ról teściów autorki dostarczają nam całą gamę informacji na temat tego jak sobie radzić w sytuacjach, kiedy teściowie nagminnie przekraczają granice, których nie powinni przekraczać. Wszystko to oprószone jest mnóstwem przykładów z praktyki terapeutycznej Suzan Forward. 

Bardzo podobało mi się, że w powyższej publikacji zachowany jest bardzo jasny, prosty, a zarazem rzeczowy język, który nie jest naukowym. Sztywny język z podręczników naukowych bardzo często mnie nużył i powodował, że trudniej przyswajałam zawarte w nim informacje. W moim przypadku styl robi bardzo dużo, a czytając powyższą publikację często odnosiłam wrażenie, jakby pani Forward siedziała obok mnie i dzieliła się swoim doświadczeniem w pracy ze swoimi pacjentami. Nie da się ukryć, że w "Toksycznych teściach" jest dużo odniesień do amerykańskiej rzeczywistości, jednakże mimo to, każdy z nas może znaleźć w nich coś dla siebie, bo jest w nich wiele uniwersalnych rad i wiadomości. Niezależnie od tego czy  teściowie są toksyczni czy nie często spotykamy się z rożnymi sytuacjami, które powodują napięcie. Tak to już w życiu jest, że w kontaktach społecznych często stajemy chociażby w obliczu konfliktu czy też nieporozumień. Moim zdaniem powyższa publikacja może przydać się również tym z Was, którzy mają świetnych teściów, ponieważ pomoże zrozumieć różne ich zachowania, z którymi możemy się spotkać w tej szczególnej relacji, a które nie zawsze są świadome.  Poza tym "Toksyczni rodzice" dostarczają nam cennych informacji dotyczących tego jak sobie radzić z trudnymi sytuacjami w relacjach z rodzicami naszego partnera. 

W tej niepozornej książeczce znajdziemy wyjaśnienia wielu motywów postępowania zarówno naszych teściów, partnera, jak i nas samych. Dodatkowo w drugiej części określone jest jak poszukiwać rozwiązań trudnych sytuacji i nie narażać się na większy stres niż to konieczne. 

Przy wszystkich zaletach "Toksycznych teściów" jest coś co mnie niesamowicie uwierało podczas ich czytania. Otóż w książce zamieszczone są przykłady, które zostają naprzemiennie rozwijane przez całą książkę. A to sprawia, że bardzo łatwo stracić wątek. Jednakże ta mała wada nie dyskwalifikuje wartości całego tekstu. 

Uważam, że powyższa pozycja przyda się początkującym asystentom rodziny, pracownikom socjalnym czy też psychologom lub pedagogom, którzy pracują z małżeństwami, albo rodzinami. Na pewno przyda się też tym z Was, którzy są w stałych związkach, bo pomoże rozjaśnić Wam pewne rzeczy, do których być może nabierzecie dystansu. 

czwartek, 24 lipca 2014

Sekret długich i zadbanych włosów #2

Jak już wspominałam w poprzedniej notce o mojej pielęgnacji włosów, w tej części będzie o maskach i odżywkach. Aktualnie Biovax przez przypadek zdominował moją pielęgnację włosów. W sumie sama nie wiem dlaczego mam taką słabość do tej firmy... Jeżeli chodzi o szampony to nie będę o nich pisać, ponieważ uważam, że mają one myć i jakoś nie przywiązuję się specjalnie do tych, których używam (chociaż swoją drogą często wracam do szamponów z Garniera z linii Ultra Doux). 

 Zaczynając od masek jak widać po lewej jedną mam z serii z kreatyną i jedwabiem, której recenzję znajdziecie >>>TU<<<. Druga maska pochodzi z serii z naturalnymi olejami (arganowym, makadamia i kokosowym). W tym przypadku przydałoby się kilka słów o tymże kosmetyku, żebyście mieli chociaż ogólny obraz tego co ma robić z włosami. 

Otóż intensywnie regenerująca maseczka z naturalnymi olejami ma dać nam efekt
  • odmłodzonych, pełnych życia i energii włosów, 
  • równomiernego nawilżenia i wygładzonej powierzchni włosów,
  • włosów lśniących zdrowym blaskiem, 
  • elastyczności i sprężystości.
Poza tym ma nam zabezpieczać włosy przed promieniowaniem UV, co też jest jakimś atutem;). 


Jak już wspomniałam maska zawiera w swoim składzie 3 oleje, zawierające cenne substancje substancje odżywcze. 

Tak więc olej arganowy zawiera witaminę E, która chroni włosy przed destrukcyjnym działaniem wolnych rodników oraz promieniowaniem UV. Poza tym hamuje procesy starzenia i dodaje włosom blasku, sprężystości oraz wygładza ich powierzchnię. 

Olej makadamia stanowi bogate źródło kwasu polmitooleinowego C16:1, który harmonijnie funkcjonuje z naturalnymi lipidami skóry. Dodatkowo doskonale odżywia skórę głowy, warunkując prawidłowy wzrost zdrowych włosów. 

Ostatnim olejem, który ma w składzie powyższa maska jest olej kokosowy, który wnika do głębokich warstw włókna włosa, gdzie hamuje utratę jego składników budulcowych. Wzmacnia strukturę włosów, zapobiegając ich łamliwości oraz zapewnia silny i długotrwały efekt nawilżenia. 

Powyższa maska nie raz ratowała sytuację, w momentach, w których moje włosy przesuszały się i wymagały intensywnego nawilżenia. W moim przypadku idealna jest zimą, kiedy ogrzewanie w mieszkaniu i chłód na polu robią swoje, ale i tak lubię ją użyć raz na tydzień lub dwa. 

Natomiast jeżeli chodzi o odżywki, które używam, to są "na chodzie" są dwie: jedna jest z Oriflame, a druga z Biovaxu. 


Odżywką, która jest już praktycznie na wykończeniu to regenerująca odżywka do włosów z Oriflame z linii Hairx. 

Na stronie producenta znalazłam informację, o tym, iż kosmetyk przeznaczony jest do codziennego stosowania. Ma on zmiękczać i odżywiać włosy oraz wzmacniać je i chronić przed uszkodzeniami powstającymi podczas rozczesywania. Formuła z dodatkiem olejku arganowego została opracowana z myślą o włosach suchych i łamliwych. 

Pojemność: 200 ml
Cena promocyjna 10,90

Nie zauważyłam, żeby ten produkt jakoś wzmacniał mi włosy, ale prawdą jest, że mam od tego inne kosmetyki. Jednak dość dobrze odżywia mi włosy po umyciu i ułatwia rozczesywanie włosów. Jednak czasem miałam wrażenie, że przeciąża mi włosy, ale na szczęście nie zdarza się to często. 

Ostatnio musiałam się też podratować odżywką, która ratuje mnie w te dni, kiedy się spieszę i każda rzecz, która pomaga mi skrócić jakieś działania jest błogosławieństwem. Dlatego też sięgnęłam po dwufazową odżywkę bez spłukiwania jedwab + kreatyna z L"biotica Biovax.

Zdecydowałam się na nią, ponieważ stwierdziłam, że będzie idealnym dopełnieniem mojej codziennej pielęgnacji. 

Powyższy produkt ma nam pomóc w reperacji uszkodzeń strukturalnych zarówno zewnętrznych, jak i powstałych w głębszych warstwach włókna. Jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć jak działa, bo użyłam jej może ze 3 razy, ale w każdym bądź razie, póki co spełnia swoją podstawową funkcję, czyli ułatwia rozczesywanie włosów i ich odżywienie po ich umyciu, a niekwestionowanym plusem jest na pewno to, że nie obciąża włosów.

Dostępność: apteki
Cena: ok. 15 zł. 
Pojemność: 200 ml

To na razie byłoby wszystko jeżeli chodzi o pielęgnację włosów. Pewnie za kilka miesięcy nie obejdzie się bez aktualizacji, jednakże póki co ta forma pielęgnacji jest w pełni zadowalająca. 
Pozdrawiam 

wtorek, 22 lipca 2014

George R.R. Martin "Gra o tron"

"Gra o tron", George R.R. Martin
"Gra o tron" - od czego się zaczęło? 

W "Grze o tron" - pierwszym tomie kultowej już serii przenosimy się do Zachodnich Krain, które mają osiem tysięcy lat zapisanej historii. Jednakże nad Siedmioma Królestwami zawisło widmo wojen i katastrofy. Zbuntowani władcy pokonali Smoczego Króla, Aerysa Targeryena zasiadającego na Żelaznym Tronie, a władze objął najznamienitszy z buntowników -  Robert. 

Jednakże po wielu latach pokoju nad królestwem znowu zbierają się czarne chmury, a sytuację najlepiej oddaje dewiza jednego z najstarszych rodów "Nadchodzi zima". Lodowate wichry wieją z północy, a za Murem wciąż żyją pradawne rasy i starzy bogowie wyparci przez ludzi. 



Moim zdaniem: 

Ta część jest moim zdaniem wstępem do całej historii - dość obszernym, ale jednak. Uważam tak dlatego, że poznajemy w niej wszystkie rody, powiązania oraz mentalność poszczególnych bohaterów, a także istoty i świat, w którym żyją. Tym z Was, którzy nie znają jeszcze powyższej historii z serialu. a zamierzają sięgnąć po książkę, na początku może być ciężko połapać się w bohaterach, ponieważ jest ich całkiem sporo. Jednak powoli wszystko się rozjaśnia i człowiek sam nie wie, w którym momencie zostaje wchłonięty przez fabułę i przenosi się do świata, w którym bardzo realistyczny świat miesza się z tym fantastycznym, w którym występuje magia i różne dziwne, chociaż ciekawe stworzenia.



Momenty, w których znajdujemy się w Królewskiej Przystani ciekawiły mnie najmniej, bo życie tam wygląda tak jak w większości dworów - jest pełno intryg, rycerskich turniejów, relacje międzyludzkie są określane przez dworską etykietę, a najwyżej postawione osoby dbają o własny zadek i często los ludu jest tym co najmniej ich obchodzi. Jednakże chwile, w których przenosiłam się na Mur i zapoznawałam z losami Daenerys oraz jej brata były dla mnie momentami smakowania niemalże każdego zdania. Nie obyło się również bez bohaterów, którzy nie wzbudzili mojej sympatii. Jest tak chociażby w przypadku...Sansy. Bardzo mnie drażniła ta postać. Dla mnie jest to mała, rozpieszczona i naiwna dziewczynka, która jak wiele dzieci w jej wieku marzy o zostaniu królową i przesłodzonym życiu wśród pięknych miłych ludzi i pięknych rzeczy, u boku swojego wspaniałego, przystojnego i jakże kochanego króla. Ot taka dziewuszka bez wyrazu i bez charakteru, która lubi tylko miłe i ładne rzeczy. Za przeproszeniem, aż chce się rzygać tęczą... Myślę, że w zamierzeniu Martina Sansa właśnie miała taka być, a jej siostra Ayria jest jej zupełnym przeciwieństwem co dawało wytchnienie od zachwytów Sansy nad księciem, którego miała poślubić i zachłystania się tym, że kiedyś zostanie królową. Reszta bohaterów nie wzbudzała, aż takiego zainteresowania lub irytacji, jak Ci, o których wspomniałam wyżej i nie chcę Was tym zanudzać, bo ten i tak już przydługi post nabrałby właściwości usypiających;p.



Reasumując:


"Gra o tron" jako początek całego cyklu wprowadza nas w świat, w którym ewidentnie coś wisi w powietrzu. Autor zręcznie buduje napięcie i podtrzymuje uwagę odbiorcy, który z każdą stroną jest coraz bardziej zainteresowany dalszymi losami bohaterów i tym dlaczego Inni wzbudzają strach lub są bagatelizowani. Mimo to akcja toczy się jakby nieśpiesznie, zaskakując nas nieoczekiwanymi zwrotami akcji, które pobudzają naszą ciekawość i chęć zostania w świecie wykreowanym przez G.R.R. Martina jeszcze dłużej. Czasem miałam wrażenie, że autor się nami bawi, drażniąc naszą ciekawość i ucinając historię w momencie, w którym chcemy czytać dalej. Jednakże innym razem uważałam, że Martin niepotrzebnie rozbudowuje pewien fragment na siłę przedłużając książkę. 


Ci z Was, który myślą, że pierwszy tom serii bardzo różni się od serialu doznają zaworu. Jednakże znajdziemy tu wiele rzeczy, które niewątpliwie nam rozjaśnią dużo wątków, przez co lepiej zrozumiemy całą historię. Poza jednak znajdziemy kilka różnic, chociaż nie powiem Wam jakich, bo tego będziecie się musieli dowiedzieć sami;p.


"Gra o tron" jest historią, w której każdy z nas znajdzie coś dla siebie. Obok dworskiego życia pełnego przepychu i intryg, autor wysyła nas również w wir wojny, świat smoków i innych niezwykłych postaci, które nie tylko niosą mądrość ludziom z południa, ale także stanowią  dla nich niesamowite zagrożenie. Czytelnik zapoznaje się też z życiem Nocnej Straży, która broni ludzi przed istotami zza Muru. Jak już wspomniałam w powietrzu wisi jakaś nieokreślona groźba katastrofy, którą dostrzegają nieliczni, a zbyt wielu bagatelizuje lub wręcz ignoruje. 


Całość oprószona jest osobistymi klęskami i sukcesami poszczególnych bohaterów, z którymi w wielu przypadkach możemy się zidentyfikować. 


Jeżeli jesteście przed obejrzeniem ekranizacji Pieśni Lodu i Ognia to wcześniejsze przeczytanie powieści bardzo ułatwi Wam zrozumienie niektórych wątków. Przyznam się Wam szczerze, że żałuję, że przed obejrzeniem serialu nie sięgnęłam po książkę, bo wiele by mi to dało. Także jak widać łamanie zasady "najpierw książka, później ekranizacja" nie wychodzi mi na dobre.  


W każdym bądź razie przede mną jeszcze kolejne tomy tej serii i mam nadzieję, że przed następnym sezonem będę już wiedziała, co mniej więcej będzie dalej, chociaż podobno im dalej w las, tym książka i serial bardziej się od siebie różnią. Mimo to, chcę nadrobić książkową wersję tej opowieści.  



P.S.  A tak w ogóle to czy tylko ja mam jakąś nieokreśloną słabość do Hodora? Czy może jest nas więcej?