wtorek, 10 czerwca 2014

Henry James "W kleszczach lęku" recenzja

Henry James to autor, po którego już od dawna chciałam sięgnąć. Dlatego też w momencie, kiedy zobaczyłam "W kleszczach lęku" na bibliotecznej półce bez wahania po nią sięgnęłam - tym bardziej, że i objętościowo była zachęcająca.

Z opisu, który znajduje się na okładce wynika, że w ponurym wiktoriańskim dworze na prowincji Bly, młoda guwernantka opiekuje się dwójką uroczych sierot. Dzieci są niemalże idealnymi wychowankami, jednakże coś w ich zachowaniu niepokoi młodą kobietę. Niebawem odkrywa, że rodzeństwo ma tajemniczych przyjaciół, którymi są...zjawy ich poprzednich opiekunów. Oprócz tej trójki nikt nie widzi zjaw. 

Czy owe duchy na prawdę istnieją i czy guwernantka postradała zmysły? A może dzieci nie są tak niewinne, jak się wydaje? 

Pod piórem Jamesa ta krótka historia miała zamienić się w prozatorskie arcydzieło pełne wieloznaczności i pytań, na które nie ma jasnych odpowiedzi...

Na prawdę chciałabym rozpływać się tu w zachwytach nad powyższą książką - tym bardziej, że jest to historia w moich klimatach. Jednak nie mogę tak zrobić. Dlaczegoż tak nie jest? 

Otóż Henry James miał roztoczyć przed nami historię, która ma zapewne w jakiś sposób budzić grozę i skłaniać do przemyśleń. Jednakże ta historia ciągnie się niczym mordoklejka sprawiając, że szybko tej historii mamy dość i już po krótkim czasie zaczynamy wyglądać końca. Przez całą powieść o młodej guwernantce i jej podopiecznych myślałam o niej, jak o młodej i naiwnej dziewczynie, która nie umie odnaleźć się w swojej roli. Ja wiem, że w tamtych czasach służba nie miewała lekko, a wychowankowie guwernantek potrafili być nieznośni (z czym ich nauczycielki niewiele mogły zrobić ze względu na to, że po prostu mogły zrobić wyrzucone z pracy), ale to ciągłe biadolenie, żeby niechcący nie urazić tych biednych niewiniątek doprowadzało mnie do szaleństwa. Dziwiło mnie to tym bardziej, że młoda kobieta właściwie miała wolną rękę w wychowaniu dzieci. Poza tym miałam wrażenie, że w tej historii nie dzieje się nic oprócz tego, że główna bohaterka mija się na korytarzu ze zjawami i niezdarnie usiłuje dojść do tego o co w tym wszystkim chodzi i jaką rolę w całej maskaradzie odgrywają dzieci. 

Cóż...niestety nawet książki, w ulubionym klimacie i z ulubionej epoki potrafią nas zawieźć - również te, które zbierają bardzo pozytywne recenzje. Jednakże dam przynajmniej jeszcze jedną szansę temu autorowi...w końcu na przeczytanie czekają już "Bostończycy" 

4 komentarze:

  1. Skoro ciągnie się jak mordoklejka (fascynujące porównanie!) to nie zamierzam sięgać ;) Szkoda że się zawiodłaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki;)...tymczasem dokończyłam ją z czystego poczucia obowiązku.

      Usuń
  2. Książka z nieznośnymi dzieciakami i mimozowatą główną bohaterką? Zdecydowanie nie dla mnie, a szkoda bo opis wyglądał zachęcająco.

    OdpowiedzUsuń