poniedziałek, 30 czerwca 2014

Czerwiec 2014 - chwile ulotne

Kolejny miesiąc mamy już za sobą. Dlatego też chciałabym Was po raz kolejny zaprosić na migawki z miesiąca. Trochę się działo i żałuję, że nie mogę Wam pokazać wszystkich zdjęć, bo albo ich nie mam, albo to nie zależy ode mnie czy mogę je opublikować, ale mam nadzieję, że te co mam i tak Was zainteresują. 


Na początek kilka kosmetyków do testowania:)


Odkryłam "Cukiernię pod Amorem" - mało brakowało, a nie przeczytałabym i tego egzemplarza;)


Moje wizyty w bibliotekach źle się kończą - zawsze wytargam zbyt dużo książek:/



Miłe zakończenie jednego z tygodni - pani listonosz przyniosła książkę;)


Urodziny jednego z moich chrześniaków;)


Lody z galaretką z truskawkami:) Pycha!


Truskawki po raz kolejny - tym razem z bitą śmietaną:) Uwielbiam!


W jeden z poniedziałków pani listonosz znów wręczyła mi książkę...przecudowne wydanie!


Mój książkowy zawód:( Recenzja >>>TU<<


Byłam w kolejnej bibliotece - to poskutkowało kolejną dawką książek:/


Niedaleko mojego bloku rosły takie oto kwiatki;]


11 czerwca w końcu był piękny ciepły dzień z lekkim wietrzykiem - ciepły, a nie z żarem lejącym się z nieba!



Dalej odkrywałam Kringle Candle:)




Czasem słońce, czasem deszcz;) 




Te szaszłyki były pyszne, ale wyszły już bardzo dawno...




Jeszcze więcej pyszności:) 




Dopadła mnie opryszczka...trzeba było sobie jakoś radzić...




Taki oto uroczy "Przepiśnik" dorwałam w czerwcu w Biedronce;)




Był pochmurny dzień, który bardzo przygnębiał, ale na szczęście dostałam książkę:D



Gofr zrobiony specjalnie dla mnie..tak na bogato!;)


Kolejny raz byłam w bibliotece "tylko" oddać książki, co zaowocowało kolejnym stosikem książek;p

  

W rodzinie mamy obowiązkową grę na telefonie. Siostrzeniec bardzo lubi się zajmować "pou";]



Warsztaty, Grupy Aktywnych Mieszkańców dzień 1. 


Lakierowy ulubieniec czerwca;]
Lovely 229


Moje miasto - niedziela, kilka chwil po 9 rano...i ma się wrażenie, że to miejsce jest opuszczone...


MDK, tu zasze można sobie coś obejrzeć w holu...


Ostatni dzień warsztatów, projekty i baza pomysłów gotowe. Teraz tylko czekamy, jakie 3 projekty przejdą, a co będziemy realizować nieco później... a poza tym kto się zdziwił, że odpowiadam za projekt związany z literaturą?

Mam nadzieję, że nadchodzący miesiąc będzie bardziej owocny w działania i różne wydarzenia...

niedziela, 29 czerwca 2014

Jak zapuszczam swoje paznokcie?

Witajcie,
ostatnio znowu było sporo o książkach, więc wypadałoby w końcu opublikować coś lżejszego. Zanim jednak przejdę do notki, to muszę Wam się przyznać, że chyba skasowałam dwa komentarze, które chciałam opublikować:(. Strasznie mi głupio z tego powodu:/. 

Ostatnio wzięłam się za zapuszczanie paznokci...w sumie moje płytki paznokci mi się w ogóle nie podobają, ale zdecydowanie zyskują jak są nieco dłuższe. Dlatego też postanowiłam się zawziąć w sobie i chociażby oduczyć się obgryzania paznokci na rzecz ich wzmocnienia i długości. 

Kiedy kupowałam nieszczęsne Regenerum  regeneracyjne serum do rąk, zgarnęłam również Regenerum - regeneracyjne serum do paznokci. Może być ono stosowane okresowo jako kuracja, lub przez dłuższy czas. Tubka zakończona jest pędzelkiem, co dla mnie jest utrudnieniem, bo produkt wydobywa się podobnie jak w przypadkach korektorów pod oczy w pędzelkach, z tą różnicą, że się go wyciska, a nie wykręca. Dlatego też trzeba uważać przy aplikacji produktu, żeby go nie wycisnąć za dużo. 
W sumie to serum nie jest złe, ale zadka nie urywa, a za 16, 50, można kupić dwie dobre odżywki do paznokci jak się dobrze poszuka;p. 

Jednakże skoro już to mam w domu postanowiłam to serum kłaść przed nałożeniem odżywki wzmacniającej z diamentem, z Eveline. A to dlatego, że mając w pamięci to, jak wysuszyła mnie bliźniacza odżywka z tej samej firmy - tylko ta 8w1, postanowiłam jakoś nawilżyć wcześniej swoje paznokcie. Póki co działa i raczej nic im nie jest;p!


Jak już jesteśmy przy produktach z Eveline to wzmacniającą odżywkę z diamentem powinno się stosować w taki sposób, że codziennie trzeba nakładać jedną warstwę preparatu, następnie po trzech dniach zmyć. Taki proces należy powtarzać przez 4 - 6 tygodni, po czym zrobić sobie przerwę w stosowaniu. 

Ja jednak ten produkt traktuję jako bazę pod lakier i póki co się sprawdza, bo:

  • dodatkowo wzmacnia paznokieć, 
  • lakier się lepiej trzyma na paznokciach,
  • płytka nie zabarwia się tak bardzo. 
Jednakże za jakiś czas będę chciała sobie kupić coś innego, co mogłabym stosować naprzemiennie z tą odżywką, bo mimo wszystko boję się ponownego wysuszenia paznokci:/. W końcu i ten kosmetyk zawiera formaldehyd. który może zrobić nam krzywdę.

Zauważyłam, że dość dobry wpływ na stan moich paznokci ma ich malowanie. A to z tego względu, że jeżeli mam pomalowane paznokcie jakoś nie mam ochoty ich obgryzać i dbam o to, żeby się nie łamały. Dlatego też na bieżąco dbam o dobry stan lakieru na moich paznokciach;]. 

W czerwcu bardzo często malowałam paznokcie lakierem 229 z Lovely, bo nie dość, że mi się podobał, to jeszcze bardzo często dostawałam komplementy dotyczące tego, że mam fajny lakier na paznokciach. W sumie nie dziwię się, bo jego kolor jest iście letni, dodatkowo ślicznie się mieni w słońcu, nawet długo się 3ma (jeżeli chodzi o moje paznokcie to ok 2 - 3 dni, co już jest wyczynem samym w sobie;)). Poza tym ma jeszcze jedną cechę - kosztuje mniej niż 10 zł., a znajdziecie go w Rossmanie;]. Z obawy przed tym, że to jest limitka, zakupiłam drugą buteleczkę na zapas;]. Mam nadzieję, że ten lakier jeszcze długo będzie mi służył;]. 

Dajcie znać, jakie Wy macie sposoby na zapuszczanie paznokci i ich pielęgnację, bo może coś podpatrzę;). 

sobota, 28 czerwca 2014

Olga Rudnicka "Fartowny pech", opinia

źródło: lubimyczytac.pl
Z twórczością Olgi Rudnickiej zapoznałam się już jakiś czas temu i polubiłam ją na tyle, że sięgam po każdą nieprzeczytaną jej książkę bez wahania. 

W najnowszej powieści wyżej wspomnianej autorki spotkamy posterunkowego Nadzianego, któremu nieustannie towarzyszy pech. Po serii niefortunnych zdarzeń dobrowolnie przenosi się na niewielką placówkę, gdzie nikt go nie zna i może wszystko zacząć od nowa. Na miejscu spotyka kolegę ze szkoły policyjnej (Dzianego), który po wlepieniu mandatu żonie komendanta i pobiciu przez dwuletnią dziewczynkę dochodzi do wniosku, że praca  policji nie jest jednak dla niego i zakłada agencję detektywistyczną. Dzianemu pomaga brat Gianni, który wrócił do Polski i jest specjalistą od trudnych przypadków, a jego klientela jest dość specyficzna. Pracuje bowiem dla bossów przestępczego półświatka. 

Pierwszym klientem Dzianego zostaje niejaki Padlina, który zamiast płatnego zabójcy potrzebuje prywatnego detektywa, gdyż najpierw musi się dowiedzieć, kogo ma zabić. Nic jednak nie toczy się jak powinno. Dziany zostaje postrzelony przez Nadzianego w stopę; Gianni postanawia, że będzie uczciwym człowiekiem, ale musi przyjąć kolejne zlecenie, a Padlina wywołuje wojnę gangów, w przekonaniu, że konkurencja zaatakowała jego człowieka. 

Ci z Was, którzy chociaż trochę znają już twórczość Olgi Rudnickiej wiedzą, że jej książki należy określać raczej mianem czarnych komedii niż kryminałami. Z "Fartownym pechem" nie jest inaczej. Znajdziemy tu mnóstwo nieporozumień, nieoczekiwanych sytuacji i często uśmiechniemy się do siebie czytając niektóre fragmenty. Tą książkę ciężko zaliczyć do ambitnej literatury, jednakże na pewno będzie jak znalazł, w momencie, w którym będziemy potrzebować czegoś lekkiego, co poprawi nam humor. Znajdziemy tu sporą dawkę dobrego humoru i kilka całkiem fajnych zwrotów akcji, a wszystko to podane w bardzo przystępnej formie. Dlatego też "Fartowny pech" będzie idealny do poczytania, w trakcie urlopu, kiedy to niekoniecznie chcemy sięgać po wymagającą lekturę. Osobiście przy tej książce bardzo odpoczęłam.  

piątek, 27 czerwca 2014

stos biblioteczny

Witajcie,
jako, że dzisiaj poszłam do biblioteki jak zwykle "tylko oddać książki" muszę pochwalić się Wam tym co z niej wytargałam. A upolowałam kilka fajnych sztuk:D


Zatem od góru:

  1. Jacek Piekara "Płomień i krzyż" - oj polowałam na to bardzo długo i szczęśliwie w końcu mi się udało:D
  2. Shirlee Busbee "Uległa i posłuszna" - nie mam pojęcia co to jest, ale jakoś tak ręka sama po to powędrowała;p
  3. A. Ziemiański "Achaja" - w ramach nadrabiania zaległości...to moje II podejście do tej serii,
  4. Urlich Volkein "Josef Mengele doktor z Auschwitz" - czytał ktoś? Mam nadzieję, że dowiem się czegokolwiek o tym człowieku, bo mnie bardzo ciekawi. 
To by było na tyle. 
Miłego weekendu:)

czwartek, 26 czerwca 2014

"Nielegalni" V. V. Severski, kilka słów

Nie potrafię skończyć książki, która mi nie podchodzi. Wiem, że niektórzy z Was pewnie mają odwrotnie, chociażby dlatego, że nie lubią mieć na swoim kącie niedoczytanych książek. I ja czasem doczytuje niefortunnie wybrane książki, jednakże muszę być do niej chociaż odrobinę przekonania...

Ale od początku.

"Nielegalni" Vincenta V. Severskiego to książka, o której było swego czasu dość głośno na blogach, na których zbierała pozytywne recenzje. I w sumie nie dziwię się, bo może ona przypaść do gustu wielu czytelnikom. 

Otóż oficer polskiego wywiadu, pracujący za granicami polski, pod przybraną tożsamością, napisał pod pseudonimem trylogię. W pierwszej części serii autor odsłania warsztat pracy służb szpiegowskich w różnych krajach świata. Akcja powieści rozgrywa się współcześnie w Polsce, Szwecji, Rosji, na Białorusi i Ukrainie, a autor w fabułę wplata epizody historyczne z czasów II wojny światowej oraz wiele współczesnych wątków politycznych oraz z osobami z życia publicznego. 

Pisarz odkrywa tajemnice stosunków polsko - rosyjskich, sięgając do lat 40. XX w. oraz nieznanych wątków katyńskich i dokumentów IPN. Nawiązuje do współczesności, odsłaniając kulisy obejmowania władzy w Polsce przez prawicę.  Tropi również polskiego łącznika Al-Kaidy i pokazuje metody działania szwedzkich służb specjalnych. 

Bohaterami powieści są tak zwani nielegałowie, którzy są supertajnymi szpiegami, którzy posługują się za granicą nową tożsamością i dorobioną "legendą".

Konrad wraca do Warszawy po zakończonej fiaskiem misji na Bliskim Wschodzie. Ponownie nie udało mu się dopaść "Karola" vel Safira as-Salama - polskiego odszczepieńca i łącznika Al - Kaidy. W gabinecie prezesa IPN zjawia się profesor Barda i twierdzi, że ma dokumenty, które rzucają nowe światło na zbrodnie katyńską.  Dodatkowo w Polsce stanowisko prezydenta sprawuje St. ZIeliński, lecz faktyczna władza spoczywa w rękach szefa jego kancelarii - człowieka o mało reprezentacyjnej aparycji, jednak cieszącego się poparciem konserwatywnego elektoratu. Niejaki Hans Jorgensen szuka w szwedzkiej prasie na pozór niewinnych ogłoszeń, z których odszyfrowuje zakodowane informacje. Natomiast pułkownik Stiepanowicz z mińskiego KGB pada ofiarą napadu i zostaje zamordowany. 

Wszystkie na pierwszy rzut oka odległe od siebie wątki, postacie, miejsca i wydarzenia mają łączyć się w niezwykłą i precyzyjnie skonstruowaną fabułę, tworząc wciągającą historię o wyjątkowej mocy.

A więc...

Kiedy sięgnęłam po tą książkę byłam bardzo podekscytowana czekającą mnie historią, która jawiła mi się jako niezwykle wciągająca opowieść, od której zapewne nie będę mogła się oderwać. Jednak już przy pierwszych 100 stronach czułam, że coś jest nie tak. Otóż mnogość wątków sprawiała, że musiałam bardzo się skupić, żeby się nie pogubić. Jednakże pomyślałam, że dam szansę tej powieści, bo może być tak, że wszystko się rozkręci i później będzie tylko łatwiej. Jednakże naprzemienność opisywanych wątków sprawiła, że mimo to, iż faktycznie było nieco łatwiej, to i tak nie było lekko. Miałam nadzieję, że poszczególne motywy zaczną się posuwać na przód i bardziej wciągać, ale bardzo się myliłam. Odnosiłam wrażenie, że fabuła niemalże stoi w miejscu. Dlatego też postanowiłam przestać się męczyć i zaprzestałam czytania krótko po tym jak przebrnęłam przez dwieście kilka stron... Cóż, nikt nie powiedział, że ta książka każdemu musi przypaść do gustu. 

wtorek, 24 czerwca 2014

"Rainy Day" od Kringle Candle, krórka opinia

Witajcie:)
Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o wosku "Rainy Day" od Kringle Candle, z drugiej przesyłki od Scented.pl.

Pojemność: 40 g

"Rainy Day" to zapach deszczowego dnia. Ozonowe nuty zapachowe powietrza po deszczu łączą się w nim ze słodkimi zielonymi nutami, które mają przypominać zapach zroszonej trawy.

Szczerze mówiąc to po otwarciu tego wosku i pierwszym niuchu poczułam zapach...proszku do prania. Oj nie tak wyobrażałam sobie zapach deszczowego dnia, który w naturze sprawia, że biorę wdech pełną piersią. Po odpaleniu wosku nadal nie mogłam pozbyć się wrażenia, że  wokół unosi się zapach proszku do prania. Jednakże po pewnym czasie zaczął mi bardziej przypominać coś co kojarzy się ze świeżością i powrotem z pola (w niektórych regionach nasze "na pole" to "na dworze") w deszczowy dzień. 

Po pierwszym rozczarowaniu i po jakimś czasie nawet oswoiłam się z tym zapachem i polubiłam go do tego stopnia, że towarzyszył mi on bardzo często w ciągu ostatnich kilku dni. A jego intensywność sprawia, że czułam go w znacznej części mojego mieszkania;]

Dajcie znać czy Wy również mieliście takie ambiwalentne uczucia jeżeli chodzi o ten wosk. 

Póki co jeżeli chcecie po niego sięgnąć zapraszam do Scented.pl

niedziela, 22 czerwca 2014

weekendowo

Ostatnio zadziwiam samą siebie, bo przez kilka ostatnich tygodni w weekendy bywałam u Rodziców na wsi, na zmianę z wizytami w rodzinnych stronach Rafała. Właściwie kilka chwil temu wróciliśmy do domu od Rafała, a wczoraj z przyszłym szwagrem i Jego dziewczyną zrobiliśmy sobie ognisko. 


Pogoda była niepewna, więc mieliśmy obawy, czy się uda, ale na szczęście wczoraj ostatecznie nie padało. 


Jeszcze za dnia zaszliśmy do przydomowego ogródka i poczęstowaliśmy się owocami z drzewek...w sumie grzech było nie spróbować;p. 


Ok. godzinę przed rozpaleniem ogniska, z którego ostatecznie zrobiliśmy grilla wzięliśmy się za przygotowanie jedzonka:D 


Te szaszłyki są pyszne - a szczególnie kurczak. A poza szaszłykami mieliśmy oczywiście kiełbaskę i karkówkę w marynacie:D 


Spędziliśmy przy ognisku kilka godzin z racji tego, że noc była jasna, a nam się dobrze gadało. 


Mimo niemałych apetytów i kilku osób nie daliśmy rady zjeść wszystkiego i zostało nam na dzisiaj. Myślę, że może być dobre, chociaż na pewno nie będzie tak pyszne jak wczoraj. Weekend można uznać za udany, chociaż po takich tłumach ludzi, z którymi spędziłam weekend będę musiała chwilę odetchnąć. Introwertykom takim jak ja nie ma lekko w towarzystwie. Ale co zrobić? Nic nie zrobić - charakteru się nie wybiera;p

sobota, 21 czerwca 2014

D. Wolfolk Cross "Papieżyca Joanna" recenzja

"Przed kobietami, które są dość silne, by marzyć, otwierają się zadziwiające możliwości. Ta książka to opowieść o jednej z takich marzycielek" wyznała kiedyś autorka "Papieżycy Joanny". 

No właśnie kobieta papież...ta postać przez jednych uważana za legendarną, a przez innych za postać historyczną fascynowała mnie już od dawana. Dlatego też kiedy w bibliotece znalazłam książkę poświęconą tej postaci sięgnęłam po nią bez wahania. Tym bardziej, że na wizytę miałam zaledwie kilka minut, więc musiałam decydować się bardzo szybko;]

"Papieżyca Joanna" to książka o kobiecie, która miała na tyle odwagi i siły, aby sięgnąć po spełnienie swoich marzeń. Jej imię polecono usunąć z większości dokumentów, jednak zachowane nieliczne wzmianki zainspirowały Donnę Wolfolk Cross do napisania powieści. Wykorzystała je, aby z rosmachem opisać dzieje Joanny, która w IX wieku zbuntowała się przeciw surowym regułom zabraniającym kobietom dostępu do nauki. Joanna w klasztorze w Fildzie, w męskim przebraniu zgłębiała tajniki wszelkiej wiedzy (w tym także tej medycznej). Po kilku latach zasłynęła jako utalentowany lekarz, a przełomem w jej życiu stał się dzień, w którym wezwano ją do umierającego papieża. 

Powyższa książka jest dla mnie jedną z tych, którą zapamiętam na długo, ponieważ poznałam wspaniałą kobietę, której siłę bardzo podziwiałam. Jej wytrwałość w dążeniu do celu i jej siła oraz odwaga, którą okazywała w obliczu niebezpieczeństwa jest niezwykle inspirująca i dodająca wiary w to, że mimo wielu przeciwieństw losu możemy wiele osiągnąć i spełniać swoje marzenia. Musimy tylko nauczyć się ryzykować i nie bać się batów, które mamy otrzymać od losu. Joanna zmagała się z wieloma sytuacjami, w których niejednokrotnie mogła być zdemaskowana lub umrzeć (w sumie często zdemaskowanie wiązało się ze śmiercią), a jednak wychodziła cało z różnych sytuacji, z których teorytycznie nie powinna się wytaraskać. Sama nie wiem czy wierzyć w jej istnienie czy nie, ponieważ książka pani Wolfolk Cross jest dla mnie jednak niczym bajka, która nie miała prawa się zdarzyć, a jednak coś w mojej głowie mówi mi, że może jednak istniała...

"Papieżyca Joanna" to niezwykła historia, warta przeczytania. Mnie zainteresowała na tyle, że już tego samego dnia obejrzałam ekranizację powieści, która jednakowoż mnie trochę zawiodła. Dlaczego? Otóż czytając książkę wyobrażałam sobie jak coś może wyglądać na ekranie, jednak wiele wątków w filmie zostało pominętych. Chociażby to, że papież Sergiusz miał brata, poza tym nie uwzględniono jednego papieża między papieżem Sergiuszem, a Joanną, nie było powodzi Rzymu, spotkania Joanny z ojcem w klasztorze i kilku pomniejszych wątków, które mogłyby pomóc zrozumieć całość. Oglądając film mówiłam Rafałowi co pominęli i wyjaśniałam kilka spraw, które były niejasne. Dlatego też w tym przypadku zdecydowanie  zalecam kolejność najpierw książka, potem film.

Historia tej niezwykłej kobiety nie tylko inspiruje, ale daje do myślenia i sprawia, że doceniamy to w jakich czasach żyjemy - chociażby to, że mamy prawo do edukacji i samodecydowania o sobie. Dlatego też jest to w moim odczuciu lektura obowiązkowa dla wielu kobiet, o ile nie dla każdej z nas;] 

Zatem drogie Panie - odważcie się marzyć!

piątek, 20 czerwca 2014

M. Gutowska - Adamczyk "Cukiernia pod Amorem. Cieślakowie" recenzja

Gdyby nie blogi pewnie nigdy nie zwróciłabym uwagi na "Cukiernię pod Amorem", którą przegapiłabym wśród innych książek. Jednakże mimo wielu pozytywnych recenzji moją pierwszą myślą na temat tej serii nie było "Muszę to przeczytać!", ale "To może mi się nie spodobać, ale poczekam jeszcze trochę". Postanowiłam bowiem przeczekać falę recenzji na blogach i poczekać, aż cały szum wokół tej książki nieco przycichnie. Nauczyłam się, że jeżeli coś określane jest przez wszystkich bestsellerem niekoniecznie musi mi się spodobać. Dlatego wolałam podejść do "Cukierni pod Amorem" ze spokojnym umysłem, a nie na fali zachwytów tą polską sagą. 

W drugim tomie powyższego cyklu autorka przedstawia dalsze losy rodu Zajezierskich. Razem z jedną, z bohaterek wyrusza za ocean, roztaczając przed czytelnikiem życie polskich emigrantów na przełomie XIX i XX wieku. 

Dodatkowo na scenę wkracza również rodzina Cieślaków, co urozmaica fabułę. Odbiorca poznaje półświatek złodziejaszków z warszawskiego Powiśla oraz środowisko artystyczne przedwojennych teatrów i kabaretów.

Również w tej części "Cukierni pod Amorem" nie brakuje pięknych i zdecydowanych kobiet, przełomowych wydarzeń z dziejów Polski i świata oraz historii miłosnych. 

Podczas jednej z wizyt, w miejscowych bibliotekach zobaczyłam, że dwie ostatnie części "Cukierni pod Amorem" stoją sobie spokojnie na bibliotecznej półce, tak jakby czekały właśnie na mnie. Dlatego też, bez wahania po nie sięgnęłam chcąc poznać dalsze losy Zajezierskich. Nie mogłam doczekać się, aż znowu wkroczę w magiczny świat roztoczony przede mną w pierwszej części. Jednakże niestety drugi tom tej historii nie ma już tej niezwykłej otoczki, która tak bardzo podobała mi się w pierwszej części. Poza tym w tym przypadku miałam wrażenie, jakby autorka ciągnęła pewne wątki i postacie na siłę, w celu zwiększenia ilości stron książki. Dodatkowo współczesny wątek był bardzo skąpy w tej części - tak jakby pani Gutowska - Adamczyk nie miała na niego pomysłu, co było kolejnym elementem, który mnie zawiódł. Dlatego też chyba sobie odpocznę od "Cukierni pod Amorem", a po ostatni tom (jeżeli już) sięgnę za jakiś czas. 

środa, 18 czerwca 2014

Ochronny krem na dzień przeciw przebarwieniom z Bio Clinic od Oriflame, recenzja

Niedawno skończył mi się mój krem do twarzy na dzień. Dlatego też przyszedł czas na napisanie kilku słów na jego temat. 

Jest był to ochronny krem na dzień przeciw przebarwieniom z filtrem SPF 45 od Oriflame z linii Bio Clinic.

Ten kosmetyk przeznaczony jest dla skóry z nadmierną pigmentacją (cokolwiek to nie znaczy). Jego używanie powoduje wyraźne zmniejszenie przebarwień skóry, a rezultaty zostały udowodnione klinicznie. Ten krem działa na poziomie komórkowym, dążąc do poprawy przejrzystości skóry oraz rozjaśnienia istniejących ciemnych plam, w miejscach gdzie nadmierna pigmentacja może być wynikiem zwiększonej produkcji melaniny w skórze. Tenże produkt ma przeciwdziałać różnym formom hiperpigmentacji. Opatentowana technologia wspomaga rozjaśnianie przebarwionych komórek oraz przyspiesza proces odnowy skóry. Dodatkowo gwarantuje wysoką ochronę przeciw przebarwieniom wywołanym przez promieniowanie UV, która tak jak wspomniałam wynosi SPF 45. Według producenta może zastępować kosmetyki przeciwsłoneczne. 

Pojemność 30 ml. 
Cena w promocji: 69,90

Kiedy sięgałam po ten krem miałam wobec niego wielkie oczekiwania. Tani nie jest, więc miałam nadzieję na to, że moja skóra twarzy się trochę rozjaśni - osoby, które mają skórę naczynkową wiedzą jak bardzo uciążliwe są zaczerwienienia. Pękającym naczynkom często towarzyszy suchy rodzaj cery i bardzo ważne jest również nawilżanie. Jednakże złudne były moje nadzieje:(. Skóra wprawdzie jest napięta i odżywiona, a produkt nadaje się pod podkład, ale nie tego oczekiwałam od kremu, który przecież miał zająć się przebarwieniami, a po chwili zupełnie nie czułam go na twarzy, co sprawiło, że odniosłam wrażenie, że nie robił mi zupełnie nic:(. Krzywdy mi nie zrobił, ale także swego zadania nie spełnił mimo regularnego stosowania. A ten jego chemiczny zapach jeszcze bardziej zniechęcał do jego używania. Dlatego też czuję się nim zawiedziona i raczej do niego nie wrócę, bo nie jest wart swojej ceny:(. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Black Cherry od YC, kilka słów

Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o Black Cherry od YC, do którego ostatnio wróciłam. 

Ten wosk pochodzi z serii classic Yankee Candle, a jego czas palenia wynosi ok. 8h. Podobno jest to zapach, który zdobył rzeszę miłośników Yankee Candle, a który ma być aromatem czereśni zbieranych w upalni letni dzień. Tymczasem mnie kojarzy się z...różową gumą Orbit;]. Nie jest to nieprzyjemne skojarzenie, bo sprawia, że powracają do mnie mega fajne wspomnienia. Jednakże moim zdaniem nie jest to zapach czereśni jaki znam, więc będą zawiedzeni ci z Was, którzy będą szukać w nim naturalnego zapachu owoców.

Nie jest to mój ulubiony wosk od YC i nie wiem czy do niego będę wracać, bo mimo to, że wzbudza bardzo pozytywne skojarzenia, to nie tego się po nim spodziewałam. Ten wosk jakoś dopalę, ale to czas pokarze czy do niego wrócę. 

Jean des Cars "Kobiety, które zawładnęły Europą" recenzja

Po kilku notkach nie związanych z literaturą przyszedł w końcu czas na kolejną recenzję książki. Tym razem rzecz dotyczy ślicznie wydanej publikacji zatytułowanej "Kobiety, które zawładnęły Europą" autorstwa J. des Cars.

W książce znajdziemy dwanaście rozdziałów, które dotyczą dwunastu wyjątkowych kobiet - królowych mających wpływ na losy całych narodów oraz granice Europy od XVI w. do współczesności. 

Każda z nich na swój sposób jest fascynująca i niepowtarzalna. Autor ma nam odpowiedzieć na pytania o to kim były, czym się wsławiły, jak sięgały po władzę i dlaczego nie możemy o nich zapomnieć?

Ich życie to dni chwały na polu wojen, walk sukcesyjnych, zawieranych sojuszy czy też czas wypełniony pałacowymi intrygami przeplatanymi szczęściem lub cierpieniem.

Jean des Cars ukazuje kobiety postawione na czele państwa, małżonki monarchów lub regentki, które naznaczyły swoje czasy, wykuwając przymierza, knując spiski, stawiając czoło walkom sukcesyjnym, wywołując wojny, poszukując pokoju czy też takowy zawierając. Oddziaływały swoimi czynami, inteligencją lub też urokiem osobistym. Wśród władczyń były kobiety zamężne lub nie; obyczajowo skromne, albo znane z prawdziwych lub przypisywanych im romansów, które znaczyły czasem więcej niż królowe z uwagi na rozległość czy też zróżnicowanie terytoriów podległych ich Koronie.

W tej publikacji autor ma przedstawiać nowe, często zaskakujące fakty historyczne, szczegółowe obrazy dzieciństwa, prawdziwe oblicza władczyń pełniących jednocześnie role matek, kochanek i żon. Dzięki "Kobietom, które zawładnęły Europą" mamy zobaczyć wady i zalety królowych oraz dowiedzieć się ciekawostek dotyczących mody, urody i strojów typowych dla danej epoki.

Kiedy odpakowałam przesyłkę zawierającą tą książkę byłam (i w sumie nadal jestem) zachwycona tym jak została wydana ta książka. Niesamowita okładka, dobrej jakości papier oraz portrety opisywanych królowych sprawiły, że wprost nie mogłam doczekać się sięgnięcia po tą publikację, co zmotywowało mnie do szybkiego zakończenia powieści, którą aktualnie czytałam. 


Na początku lektury tejże publikacji miałam wobec niej wielkie oczekiwania. Liczyłam na to, że dowiem się tego jakie były królowe, co lubiły, jakie miały wady i zalety czy też jakie miały dzieciństwo. I faktycznie autor powołuje się na rożne przywary, tychże kobiet, jednak było kilka rzeczy, które podczas czytania mnie uwierały. Otóż często miałam wrażenie, że autor się zapomina i opisuje bardziej wydarzenia historyczne i osoby z otoczenia władczyń niż je same. Rozumiem, że osób nie da się opisywać w oderwaniu od ich rzeczywistości, ale z drugiej strony nie można pozwolić, żeby to przysłaniało postacie, które mają być tematem książki. 

Moim zdaniem całość jest też nieco chaotyczna. Autor często nie trzyma się chronologii co utrudniało mi czytanie. Poza tym mam wrażenie, że były powtórki w tekście, co było dość irytujące. Tak było chociażby w rozdziale o królowej Wiktorii, gdzie na początku rozdziału jest napisane, że jej matka była siostrą Leopolda I (króla Belgii), aby kilka zdań później napisać, że królowa Wiktoria to siostrzenica Leopolda I...no sorry bardzo, ale to dla mnie masło maślane. 

Jednak nie mogę powiedzieć, że ta publikacja jest zła. Mimo swoich wad ma też zalety, które sprawiają, że docenia się ogrom pracy, który trzeba było włożyć w stworzenie 12 portretów niesamowitych kobiet, zmagających się z trudną rolą królowej i nie raz z trudnymi czasami, w których przyszło im sprawować władzę. 

Po tej lekturze człowiek zaczyna doceniać pewne postacie, za odwagę, inteligencję i siłę, którą musiały się charakteryzować, żeby zmierzyć się ze światem. 

Moim zdaniem "Kobiety, które zawładnęły Europą" to publikacja warta uwagi każdego miłośnika historii, ale też tych z Was, którzy chociażby zamierzają zdawać maturę z historii lub są już na studiach historycznych i np. szukają materiałów do napisania jakiejś pracy. Ta książka może być Wam bardzo przydatna, bo zawiera wiele cennych wiadomości. 

sobota, 14 czerwca 2014

Silikonowa baza pod makijaż, FM Group, recenzja

Witajcie,
wiem, wiem - miała być notka książkowa, ale jeszcze sobie na nią poczekacie, bo jeszcze nie jest gotowa na tyle, żeby ją publikować;] 

Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o silikonowej bazie pod makijaż z FM Group.

Koszt: ok. 30 zł. 
Pojemność: 15 ml


Nastronie: http://makeup.perfumy.fm/ znalazłam informację, że powyższy produkt to transparentna baza, która ma sprawiać, że skóra staje się idealnie gładka, a rozszerzone pory i drobne zmarszczki mniej widoczne. Dodatkowo ten produkt ma przedłużać trwałość makijażu oraz ułatwiać jego perfekcyjne nałożenie. Poza tym producent zapewnia nas, że ten kosmetyk ma matowić skórę zapewniając jej świeży wygląd. 

Sekretem receptury jest połączenie wygładzających silikonów, kompleksu witamin C i E oraz łagodzącego bisabololu. 

Lekka i aksamitna formuła sprawia, że łatwo się rozprowadza, szybko wchłania i nie powoduje uczucia ściągania. 

Według producenta jest odpowiednia do każdego rodzaju skóry. 

Powyższy produkt może zadziwiać swoją pojemnością, bo 15 ml. to jest jednak dość mało. Jednakże biorąc pod uwagę, że bazy pod makijaż nie powinno się używać zbyt często, to tą pojemność można wybaczyć - wręcz staje się ona zrozumiała, bo przy rzadkim stosowaniu okazuje się ona wystarczająca (no chyba, że jesteś wizażystką to zmienia postać rzeczy). Ja używam tego produktu przed większymi wyjściami np. weselami. Baza pod makijaż bardzo przydaje się również w momentach, w których chcę mieć trwalszy make up lub chcę jeszcze bardziej zminimalizować ryzyko podkreślenia przez podkład suchych skórek na twarzy. 

Z tego co słyszałam w przypadku baz pod makijaż istnieje zasada, że często mniej znaczy więcej. Czyli nie można przesadzić z ilością produktu nakładanego na twarz. Dlatego ja wyciskam z opakowania kuleczkę odpowiadającą mniej więcej ziarnku groszku, rozcieram między palcami, po czym rozprowadzam na twarzy. Jeżeli wydaje mi się, że trzeba gdzieś dołożyć to dokładam minimalną ilość. Muszę przyznać, że faktycznie tuż po nałożeniu produktu na twarz jej skóra jest wygładzona i bardziej świeża, a podkład trochę lepiej się rozprowadza. Natomiast kiedy potrzebuję większej trwałości makijażu to dzięki tej bazie go mam - po powrocie z wesela już nad ranem zauważyłam, że mimo to, że mój makijaż nie był już pierwszej świeżości to i tak jest w lepszym stanie niż po nie jednej imprezie, na której miałam makijaż bez położonej pod nim bazy. 

Póki co ta baza mi się sprawdza i mam nadzieję, że jeszcze długo mi posłuży. 

piątek, 13 czerwca 2014

A CHILD'S WISH od Yankee Candle recenzja

Witajcie, 
ostatnio przyszalałam nieco z postami o tematyce książkowej, więc dam Wam jeszcze nieco od niej odetchnąć. Ale nie bójcie się - następny post prawdopodobnie znów będzie o tematyce książkowej:D

Tym razem będzie o mojej nowej miłości woskowej, która nazywa się A CHILD'S WISH. 

Ten zapach czekał bardzo długo na odkrycie, bo w ostatniej przesyłce z Scented.pl były jeszcze dwa inne woski, więc jakaś kolejność palenia musiała być - chociaż ciężko było się zdecydować...no i te dwa pozostałe woski zdecydowanie dominowały u mnie w ostatnim czasie.

Ale wracając do rzeczy A CHILD'S WISH ma być ciepłą kompozycją aromatu delikatnych kwiatów, w połączeniu z nutami zapachowymi, które mają przywodzić na myśl beztroskie dzieciństwo i dni spędzone na zabawie w ogrodzie. 

To kolejny zapach od YC, w którym absolutnie się zakochałam. Jednakże zamiast z ogrodem kojarzy mi się bardziej z jakimiś orzeźwiającymi, letnimi męskimi perfumami;]. Więc jakby moje skojarzenia trochę odbiegają od nazwy wosku - no chyba, że tak mógłby pachnieć tato, w którego ramionach można się schronić przed wszelkimi strachami.

Osobiście bardzo lubię palić ten wosk w niezbyt upalne letnie popołudnie lub wieczorem. Jednakże z racji tego, że ostatnie kilka dni było zbyt upalnych to niestety wszelakie woski poszły w odstawkę, bo mnie od nich odrzucało...jednak póki co ostatnio temperatura nieco spadła, więc myślę, że wieczorami mogłabym już wrócić do palenia;p. 

A Wy palicie coś w upalne dni? Jak tak to zarzućcie mi jakimiś propozycjami - może mnie zainspirują przy następnych woskowych zakupach. 

A ten i inne woski oraz świece znajdziecie na: Scented.pl