środa, 30 kwietnia 2014

Gofry belgijskie - przepis

Witajcie, 
przed nami długi weekend. Dla wielu z nas to kilka dni odpoczynku, a co za tym idzie możemy (a często nawet powinniśmy sobie dogodzić;)). Jedną z takich możliwości jest zrobienie sobie czegoś dobrego do jedzenia. 

Dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami przepisem na moje ulubione gofry - gofry belgijskie. Dla mnie jest to coś co bardzo kojarzy się z dzieciństwem. 

Poniższy przepis znalazłam gdzieś w necie i cieszę się niezmiernie, że się u mnie sprawdził. 

Składniki:


  • 270 mąki pszennej
  • 7 g drożdży instatnt
  • 2/3 szklanki mleka 
  • 100 g masła
  • cukier - 3-4 łyżki (podobno najlepszy jest cukier perlisty, ale ja użyłam zwykłego i też wyszły;)) 
  • łyżeczka cukru waniliowego
  • jajko
  • żółtko
  • szczypta soli
Wykonanie:

Do miski najpierw wsypujemy suche składniki, a później mokre (UWAGA! nie dodajemy masła i cukru). Ciasto zostawiamy do wyrośnięcia na ok pół godziny. Dodać miękkie masło i cukier i odstawić na 15 min. W tym czasie rozgrzać gofrownicę. Na foremkę nakładać ok. łyżki ciasta i piec do zarumienienia.

Mały stosik na początku robienia gofrów później zmienił się w wieelki stos;]


Mam nadzieję, że Wam też będą smakowały. 

Miłego dnia:)

wtorek, 29 kwietnia 2014

Peeling do ciała, Receptura Babci Agafii, recenzja

Witajcie:)

Ostatnio u mnie rzadziej pojawiają się kosmetyczne notki, dlatego też chciałabym to dzisiaj nadrobić;). Otóż tym razem chcę Wam napisać kilka słów na temat scrubu do ciała z firmy Receptura Babci Agafii - Rosyjska Bania. Kupiłam ten produkt jeszcze na fali ogólnego szału na rosyjskie kosmetyki, z nadzieją, że dostanę do ręki coś zarazem delikatnego, jak i skutecznego. O tym czy moje oczekiwania się spełniły za kilka chwil;]. Na samym początku chciałabym Wam napisać podstawowe informacje na temat posiadanego przeze mnie produktu.


Ja posiadam wersję śmietankowo - kawową i przyznaję się od razu, że już po pierwszym niuchu miałam ochotę wyjeść produkt łyżeczką, tym bardziej, że ma konsystencję budyniu;]. 


Na stronie sklepu (http://prostoznatury.com.pl/), w którym kupiłam powyższy produkt czytamy, że ze względu na naturalne produkty, które wchodzą w skład scrubu, produkt ten doskonale oczyszcza skórę oraz poprawia oddychanie przez stymulowanie metabolizmu. Regularnie stosowany pozostawia skórę gładką, aksamitną oraz delikatną w dotyku. Skutecznie oczyszcza przywracając skórze zdrowy blask. 

Do aktywnych składników wchodzących w skład powyższego kosmetyku wchodzą: 
  • ziarna kawy - zawierające wiele substancji zwalczających wolne rodniki. Kosmetyki z kawą również są niezastąpione w walce z celulitem, a kofeina przyspiesza spalanie tłuszczu i usprawnia odpływ limfy z tkanki tłuszczowej, 
  • śmietanka - zawierająca w dużej ilości tłuszcze, minerały oraz substancje biologiczne czynne. Dodatkowo nawilża oraz zmiękcza i odżywia skórę. 
Peeling ten delikatnie usuwa obumarły naskórek, pozbywa się toksyn zalegających w komórkach, pomaga ujędrnić skórę oraz poprawić jej elastyczność. Poza tym poprawia krążenie krwi w naczyniach włosowatych, poprawia ukrwienie oraz głęboko oczyszcza. Polecany jest osobom walczącym z celulitem. 

Pojemność: 400 ml. 
Cena: 18 zł

Muszę przyznać, że bardzo się zawiodłam na tym produkcie. Jest on bardzo delikatny i na pewno nada się do cienkiej i bardzo wrażliwej skóry, jednakże dla mnie on był, aż za bardzo delikatny. Nie odczułam praktycznie żadnego działania. Chociaż samo używanie go jest całkiem przyjemne - głównie ze względu na zapach. Ze względu na jego delikatność zaczęłam używać go również na dłonie i to sprawdza się całkiem nieźle. Poza tym dużym minusem jest opakowanie, z którego ciężko jest wydobyć produkt, który jest dość gęsty.

Niestety od produktu z tej kategorii w takiej cenie można już cokolwiek wymagać, ale znów trafiłam na kosmetyk, który nie urywa mi 4 liter. 

Jednak jeżeli chcecie wypróbować ten produkt zapraszam tu:


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Honey Blossom od Yankee Cndle

Każdy z nas ma taki zapach, który kojarzy nam się z jakimś miejscem, wydarzeniami czy też jakimś okresem w naszym życiu itd. To właśnie wspomnienia i sentyment sprawiają, że jest on dla nas wyjątkowy. Tak jest u mnie w przypadku Honey Blossom od Yankee Candle

Pamiętam, że jakiś czas temu jak dostałam paczkę z woskami to właśnie ten pachniał najbardziej intensywnie i od razu skojarzył mi się z...Brukselą i szamponem, którego wtedy używałam. Od razu postanowiłam go wypróbować. 

Jest to słodki i kwiatowy zapach, ale moim zdaniem ma w sobie jakieś nuty miodu, który właśnie przywołuje moje wspomnienia. Jednak nie jest to zapach na wiosnę i lato - jest zbyt słodki. Ale na pewno wrócę do niego jesienią, kiedy dni będą się robić coraz krótsze i zimniejsze.

Jak już wspomniałam jest bardzo intensywny i bardzo długo czuć go w pokoju po tym jak był palony. To własnie przy nim mogę się zrelaksować, odpłynąć i oddać wspomnieniom. 
Uwielbiam! 

Tahereh Mafi, "Dotyk Julii" recenzja


Dotyk Julii autorstwa Tahereh Mafi przeczytałam pod wpływem blogów książkowych, gdyż to właśnie na nich spotkałam się po raz pierwszy z tą powieścią i pozytywną opinią o niej. I mimo to, że zwykle literatura młodzieżowa się u mnie nie sprawdza, to tym razem postanowiłam zaryzykować - a jak zobaczyłam tą pozycję w Biedronce za 9.99 to już nie było o czym dyskutować;]. Ale do rzeczy!

Julia jest obdarzona pewnym darem, który mimowolnie stał się jej przekleństwem. Otóż jej dotyk ma zabójczą moc - dosłownie. Nikt nie wie dlaczego Julia zabija, jednak bezwzględni przywódcy Komitetu Odnowy chcą wykorzystać moc dziewczyny, by zawładnąć światem. Jednak Julia po raz pierwszy w życiu się buntuje i zaczyna walczyć, ponieważ u jej boku znalazł się ktoś kogo pokochała z wzajemnością. 

Historia zawarta w tej powieści jest banalna i dość przewidywalna, jednak mimo to czyta się ją z przyjemnością i bez najmniejszego cienia irytacji. Opowieść ta napisana jest w lekki sposób, z licznymi zwrotami akcji, które często nas zaskakują, a jednocześnie nie wymagają od nas większego wysiłku intelektualnego. Tak sobie myślę, że Julia w sumie mogłaby być typową nastolatką, która została odtrącona przez społeczeństwo, przez coś na co sama nie ma wpływu. Dlatego też wiele dziewczyn może się z nią utożsamiać - w sumie nawet ja sama odnalazłam w niej cień siebie z przed lat. Jako nastolatka momentami myślałam i czułam bardzo podobnie do tej bohaterki. Więc dla mnie to jest duży plus, kiedy mogę chociaż trochę utożsamić się, z którymś z bohaterów z książki - nawet z takiej, która dedykowana jest młodzieży. 

W Dotyku Julii znajdziemy historię o walce o własną przyszłość, a także o lojalności, dokonywaniu wyboru między dobrem i złem, a to wszystko wpisane w walkę o przetrwanie resztek cywilizacji, którą znamy. 

Powyższa powieść może nie jest zbyt ambitna, ale przemawia do mnie dużo bardziej niż chociażby seria Zmierzch, albo inne historie o zniewieściałych wampirach. Osobiście na pewno sięgnę po kolejne części z cyklu, którego początkiem jest właśnie Dotyk Julii. Zrobię to tym bardziej jeżeli będę potrzebowała z jakiegoś powodu dobrej i niewymagającej lektury. 

niedziela, 27 kwietnia 2014

Ziaja med, kuracja lipidowa - fizjoderm balsam, recenzja

Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o fizjoderm balsam z kuracji lipidowej z Ziaja Med, którą mam u siebie od ok. 4 - 5 miesięcy. Kupiłam go w promocji, w zestawie wraz z żelem pod prysznic, którego już dawno nie mam;p. Ale do rzeczy. 

Powyższy balsam przeznaczony jest do cery alergicznej, atopowej i odwodnionej. 
Stosowanie tego balsamu jest wskazane w momencie zaburzenia funkcji bariery ochronnej skóry.

Dodatkowo producent zapewnia nas, że jest to emulsja:
  • bezzapachowa (chociaż mi śmierdzi klejem szkolnym), 
  • bez parabenów, 
  • bez olejów mineralnych, 
  • bez silikonów, 
  • bez barwników,
  • uzupełnia ubytki składników fizjologicznych skóry, 
  • intensywnie nawilża oraz zmniejsza transepidermalną utratę wody,
  • wyraźnie redukuje przebarwienia, 
  • oraz nie narusza ciągłości warstwy lipidowej naskórka.
Jeżeli chodzi o moją skórę ciała to mam ją suchą i wrażliwą, więc cenię sobie takie produkty jak chociażby masła do ciała z Ziai czy też z Bielendy. Jakiś czas temu postanowiłam zaryzykować i sięgnąć po powyższy produkt, chociaż kiedy kupowałam ten balsam bałam się, że nie będzie spełniał moich oczekiwań i poniekąd tak jest. Dlaczego? Otóż wprawdzie jako tako nawilża on skórę jednak nie sprawdza się w przypadkach skrajnego przesuszenia tak jak jest to np. w okresie zimy (chyba szczególnie kobiety z suchą skórą wiedzą o co chodzi;)). Jednak nie jest zły, bo poza sezonem grzewczym sprawdza się całkiem nieźle i można go stosować nawet rano po prysznicu, bo wchłania się całkiem szybko. Jednak ja przy nim nie umiem całkiem zrezygnować chociażby z maseł czy też mojego ulubionego mleczka do ciała, bo wiem, że jak bym została tylko o tym balsamie to nie miałabym się czym podratować w krytycznych sytuacjach. 

Nie wiem jak się sprawdza w przypadku skóry atopowej i bardzo wrażliwej, ale mnie nie uczulił i nie podrażnił, chociaż o to u mnie nie trudno. 

Podsumowując
Dostałam do ręki całkiem przeciętny produkt, który może krzywdy nie robi i nawet trochę nawilża jeżeli nie ma krytycznych sytuacji, aczkolwiek tyłka nie urywa. I to by było na tyle w temacie. 

sobota, 26 kwietnia 2014

Angielski dla początkujących - 500 najważniejszych słów i zdań, fiszki, recenzja

Korzystając z tego, że mam luźniejszy dzień - luźniejszy tj. taki, który prawie w całości spędzam bez Rafała postanowiłam Wam napisać kilka słów o fiszkach, które goszczą u mnie już jakiś czas. Karteczki są z języka angielskiego z zakresu podstawowego.

W zestawie znajdziemy 500 fiszek z podstawowym słownictwem i zdaniami, dzięki którym nie tylko możemy utrwalić nowe słówka, ale również poznać ich użycie w kontekście. 

Kurs podzielono na 17 grup tematycznych, aby ułatwić zapamiętywanie materiału metodą skojarzeń. Specjalny dobór słownictwa, przykłady w zdaniach oraz kolorowe zestawy tworzą zestaw do skutecznej nauki języka angielskiego.Dodatkowo w opakowaniu znajdziecie 20 czystych kartoników do samodzielnego wypełniania, co zdecydowanie działa na plus, chociaż chyba taki zestaw czystych fiszek jest już w każdym ich pakiecie. 

Moim zdaniem powyższy kurs jest przeznaczony głównie dla uczniów z podstawówki, tudzież tych, którzy zaczynają gimnazjum i mają spore zaległości. Uczniowie z tych szkół mogą go wykorzystać do szybkiej powtórki przed egzaminem gimnazjalnym.

Natomiast osoby, które miały już kontakt z językiem angielskim mogą być zawiedzione tym zestawem, bo przynajmniej zdecydowaną większość słownictwa będą znać - no chyba, że potrzebujecie sobie zrobić powtórkę, ale wtedy poleciłabym sięgnąć po większy zestaw z zakresu podstawowego. 

W zestawie mogłaby być też płyta z załączonymi nagraniami słówek, tak jak to jest w zestawie, o którym pisałam Wam >>>TU<<<. Taka płyta zdecydowanie ułatwiłaby nie tyle powtórki, co naukę osobom, które są samoukami.

Zatem podsumowując: 

Zestaw tych fiszek jest bardzo fajny i może Wam pomóc w początkowej fazie nauki angielskiego, lub szybkiej powtórce np. przed maturą. 

Osobiście do dziś nie mogę odżałować, że nie znałam tej metody nauki języka jak byłam w liceum:(. 

Loves me, loves me not

Jak już pewnie zdążyliście zauważyć i mnie dopadła mania na Yankee Candle i w zeszłym miesiącu zaopatrzyłam się w zapas wosków i jedną świecę;]. Muszę przyznać, że wsiąkłam zupełnie i chyba na tych moich zbiorach się nie skończy, dlatego też pewnie jak już pójdą z dymem zrobię sobie kolejny zapas;]

Wosk Loves me, loves me not ma być o zapachu stokrotki, jednak bardziej kojarzy mi się z...rumiankiem;] Jednak niezależnie od tego jakim kwiatkiem konkretnie pachnie, przywołuje on we mnie jedno wspomnienie z mojego dzieciństwa...to jak jestem u babci, mam może 5, 6 lat i obrywam listki kwiatka chcąc dowiedzieć się czy pójdę do szkoły czy nie. To właśnie chyba przez te wspomnienia powyższy wosk zużywa mi się w takim tempie i zapewne będę do niego często wracać;]. 

Ja swoje zapasy woskowe zrobiłam na stronie: http://swiatzapachow.pl/ - jeżeli zamówienie złożyłam o dość wczesnej porze to było już na następny dzień;]


piątek, 25 kwietnia 2014

M. Stepnova, "Kobiety Łazarza" recenzja

Kobiety Łazarza prześladowały mnie już jakiś czas i chorowałam na nie tym bardziej, że zewsząd niemalże atakowały mnie pochwalne recenzje tejże książki. 

I faktycznie Maria Stepnova stworzyła niezwykłą historię o tęsknocie za miłością, poszukiwaniu domowego ciepła i rodzinnego szczęścia, które są najbardziej poruszającymi wątkami tejże opowieści, dla której tło stanowi historia XXwiecznej Rosji. 

Kobiety Łazarza to powieść o trzech kobietach skupionych wokół jednego mężczyzny - Łazarza Lindta, genialnego fizyka i twórcy sowieckiej bomby atomowej, który został naznaczony nieodwzajemnioną miłością i staje się przyczyną cierpienia, bólu oraz nienawiści. W ślepym uwielbieniu dla swojej żony Galiny nie dostrzega, że wzbudza jej skrajną niechęć. To trudne życie sprawia, że Galina staje się odpychającą oraz zgorzkniałą kobietą. Już jako wdowa zafunduje swojej spragnionej ciepła i miłości wnuczce zimny wychów.

W sumie nie bardzo umiem odnieść się do tej powieści, ponieważ zawiera ona trudną historię, którą poniekąd trzeba sobie przetrawić. Tytułowy Łazarz to człowiek z niewątpliwie wielkim umysłem, jednakże jego geniusz nie sprawia, że jest on tym samym świetnie przystosowany społecznie. Dla mnie jest on krótkowzrocznym egoistą, który sprawia wrażenie, że nie potrafi kochać - a jeżeli już to swoją pozycje wykorzystuje do osiągnięcia celu (chociaż można się kłócić czy oby na pewno robi to świadomie). Dla mnie jest to upośledzony emocjonalnie człowiek, który jeżeli już obdarowuje kogoś uczuciem to robi to tylko i wyłącznie na własnych warunkach. Strasznie irytowała mnie jego krótkowzroczność i zaślepienie, które sprawiało, że nie widział oczywistych rzeczy, co sprawiło, że unieszczęśliwił teoretycznie najbliższe sobie osoby - żonę, syna i wnuczkę. 

To Marusia - pierwsza miłość Łazarza miała na niego znaczący wpływ, ponieważ to ją odnalazł w Galinie, która była zmuszona przez niego do rozstania z narzeczonym i przybrania bezdusznej powłoki, która nie potrafi pokochać zarówno swojego syna, jak i wnuczki. Losy tych kobiet są dodatkowo doprawione tłem historycznym, co dodaje całej książce wyrazu. 

Ta powieść nie spodoba się tym z Was, którzy szukają lekkiej, łatwej i przyjemnej historii do poduszki, która jest np. doprawiona platoniczną miłością, albo pikantnymi szczegółami z wyczynów łóżkowych poszczególnych bohaterów. Jeżeli macie ochotę na dobrą, wymagającą i piękną opowieść, która przeniesie Was do zupełnie innego świata to polecam! 

Podsumowując:
Kobiety Łazarza, to nie jest kolejna powieść z banalną fabułą, ale daje do myślenia, wzrusza i wymaga od czytelnika wysiłku nie tylko intelektualnego, ale też emocjonalnego. Mimo tematyki, która nie jest lekka warto się zaopatrzyć w tą książkę na długi weekend. Poza tym moim zdaniem może być ona idealnym pomysłem na prezent na Dzień Matki. 

czwartek, 24 kwietnia 2014

Avon, masło do ciała z linii Skin So Soft z olejkiem z jojoba, recenzja

Witajcie:)
Dzisiaj miała być recenzja Kobiet Łazarza, ale niestety nie wyrobiłam się z czytaniem i zapewne pojawi się ona jutro lub w sobotę. Dlatego też tematy notek trochę mi się poprzesuwały w czasie;]. 

Tym razem chciałabym Wam napisać kilka słów o maśle do ciała z Avon, z linii Skin So Soft z olejkiem z jojoba. Zamówiłam go sobie w momencie, w którym dopiero wchodził do katalogu, jednakże troszeczkę kazałam mu na siebie czekać. 

Według producenta ma on zapewniać skórze 24-godzinne nawilżenie, a dzięki bogatej formule kosmetyku ma ona dodatkowo otrzymać doskonałe odżywienie i być aksamitna w dotyku przez długi czas. 


Jak możecie zaobserwować poniżej zostało mi go na dnie, więc mogę już o nim co nieco powiedzieć. 


Otóż jak co roku również w tą jakże "długą" zimę zdarzyło się tak, że moja skóra była w tragicznym stanie i niemalże się sypałam:/. Nie pomagało mi nic co aktualnie miałam pootwierane na półce, więc postanowiłam dać szansę temu produktowi. I niby się sprawdził czyli nawilżał, możliwie szybko się wchłaniał (chociaż i tak używałam go tylko na noc) i krzywdy mi nie zrobił, ale brakowało mi w nim tego  nieokreślonego czegoś, co mają w sobie chociażby masła z Bielendy i Ziai...tego takiego ostatniego szlifu, który sprawia, że moja skóra czuje się przyjemnie odprężona i wypoczęta. Poza tym zapach tego mazidła jest jak dla mnie zbyt intensywny, co sprawia, że korzystanie z niego jest jeszcze bardziej nieprzyjemne. 

Niby z tym produktem jest wszystko ok (no może poza tym nieszczęsnym zapachem), ale z drugiej strony coś nie gra do końca i sprawia, że raczej do niego nie wrócę, a skupię się na tych produktach, które znam i lubię. 

środa, 23 kwietnia 2014

Krem BB Skin Dream, Oriflame, recenzja

Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów na temat kremu BB z Oriflame. 

Krem BB Skin Dream od Oriflame ma być wielozadaniowym produktem, który łączy w sobie funkcje kremu nawilżającego, bazy pod makijaż, podkładu, korektora oraz filtru SPF. Dzięki niemu (temu produktowi) mamy uzyskać efekt długotrwale nawilżonej skóry, która przez cały dzień pozostanie jest gładka i rozświetlona. Dodatkowo niedoskonałości i przebarwienia zostaną zamaskowane. Natomiast filtr SPF 30 ma być gwarancją wysokiej ochrony przed promieniowaniem UV, a lekka konsystencja produktu sprawia, że nie daje on efektu maski i świetnie sprawdzi się w ciepłe dni.


Dla mnie niekwestionowanym plusem tego kremu jest fakt, że w końcu trafiłam na coś w moim odcieniu!, co nie jest takie łatwe, bo normalnie jestem bladziochem i ciężko mi w doborze kolorów (zwykle trafiam na zbyt ciemne). Dodatkowo do plusów tego kosmetyku należą: 
  • wydajność, 
  • cena, 
  • małe opakowanie, które łatwo można zabrać w podroż, 
  • ma właściwości nawilżające, 
  • nie podrażnia, 
  • nie uczula, 
  • ma fajną konsystencję, która łatwo się rozprowadza. 
Jednakże ma słabe krycie - za pierwszym razem praktycznie tylko wyrównuje koloryt twarzy, a pod dołożeniu drugiej warstwy delikatnie przykrywa zaczerwienienia. Dlatego też nie podejdzie Wam jeżeli szukacie czegoś bardziej kryjącego. Nie jestem pewna jeżeli chodzi o ten SPF, dlatego też zaopatrzyłam się niedawno w filtr;]. 

Nie muszę chyba wspominać Wam o tym, że nie wierzę w wielofunkcyjne kosmetyki, które jeszcze sprzątają i gotują obiad, a z opisu tegoż produktu tak by wynikało;]. Jednakże myślę, że  na wiosnę i lato jest to całkiem niezła alternatywa dla podkładu.

Komu polecam?

Osobom, które szukają czegoś lekkiego na wiosnę i lato, co sprawi, że ich cera będzie wyglądać zdrowo. Poza tym ten krem przyjmie się idealnie u tych z Was, które mają suchą cerę bez większych problemów i chcą jedynie wyrównać kolor skóry. 

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Sekretna księga Dantego" F. Fioretti, recenzja

Dante Alighieri zapewne inspirował wielu artystów. Nie inaczej było z pisarzami. Dzięki inspiracji Boską komedią powstały m. in. takie powieści jak: Pułapka Dantego autorstwa A. Delalande czy Klub Dantego M. Pearl'a, które bardzo mnie wciągnęły i ciężko było mi się od nich oderwać. Dlatego też kiedy zobaczyłam Sekretną księgę Dantego F. Fioretti na jednej z bibliotecznych półek nie wahałam się zbytnio przed sięgnięciem po tą powieść. Miałam nadzieję, że dostanę do ręki wciągającą i trzymającą w napięciu powieść, tym bardziej, że z opisu na okładce wynika, że być może ktoś chciał zabić pisarza, więc tak na prawdę nie zginął na malarię w Rawennie. 

Beatrycze - córka pisarza, która wstąpiła do klasztoru, były templariusz Bernard i medyk Giovanni z Lukki usiłują rozszyfrować zakodowaną wiadomość, którą autor poematu zostawił na dziewięciu kartkach. Z czasem wciąż mnożą się wyrafinowane zagadki. Przed kim i dlaczego Alighieri postanowił ukryć tak starannie ostatnich 13 pieśni Boskiej Komedii? Sekretna księga Dantego ma być panoramą czternastowiecznej Europy, a misterny splot zagadek stworzyć historię, której dotąd nikt nie opowiedział. No własnie ta panorama czternastowiecznej Europy powinna mi dać już do myślenia, ale o tym za chwilę. 

Mój problem z tą książką polega na tym, że akcja ciągnie się niczym mordoklejka, mimo dobrego pomysłu na fabułę. Dodatkowo autor wymaga od nas ciągłego skupienia, bo wystarczy zaledwie chwila nieuwagi, a już możemy stracić wątek. O nie...nie mogę powiedzieć, żeby ta powieść była napisana z werwą i w dodatku lekkim niczym balerina językiem. Chociaż tak sobie myślę, że umysłom ścisłym może spodobać się ta powieść, bo dużo jest tu matematycznych rozwiązań i zawiłych zagadek, za którymi nie każdy może nadążyć. Poza tym dużo jest tu o tym jak wyglądała Europa tamtych czasów i jaką mentalność mogli mieć ludzie żyjący w tamtej epoce, co objawiało się w rozbudowanych postaciach (męskich - kobiece były rozbudowane dużo mniej, a przynajmniej tak mi się wydaje). Dlatego też i w pewnym sensie osoby o zacięciu historycznym mogą znaleźć coś dla siebie, chociaż dla studenta historii może być to za mało;]. W sumie akcja i te rozbudowane postacie sprawiały, że tą powieść bardzo przemęczyłam i jakoś nie podchodziłam do tej opowieści z entuzjazmem - ot po prostu ją chciałam ogarnąć, żeby mieć spokojne sumienie;]. 

Tak jak już wspominałam Sekretna księga Dantego może podobać się głównie osobom ze ścisłym umysłem dlatego jeżeli już polecam tą książkę, to własnie takim osobom oraz tym, którzy interesują się historią (szczególnie tą średniowieczną). W innych przypadkach sięgnięcie po tą powieść może być bardzo ryzykowne. Ale jak już wiecie też dużo zależy od tego czego oczekujecie ot tej powieści - czy (tak jak ja) ciekawej i trzymającej w napięciu historii, czy raczej nieco ścisłych zagadek okraszonych panoramą czternastowiecznej Europy. Zatem zdecydujcie sami czy ta książka jest dla Was;]. 

piątek, 18 kwietnia 2014

Pasta z makreli do kanapek - przepis;]

Dzisiaj będzie trochę postnie. 
Z tego co zauważyłam w różnych domach post ścisły jest różnie interpretowany. W moim rodzinnym domu od kiedy pamiętam nie tylko nie jadło się mięsa, ale jedliśmy lekkie śniadanie - zwykle kanapki z paprykarzem, albo konserwa rybna i jakiś lekki obiad. Dlatego też dzień wcześniej zwykle każdy chciał się najeść na zapas, a śniadanie dnia następnego było później, co sprawiało, że można było sobie pozwolić na późniejszy obiad;]. Herbatę piło się bez cukru, a jak ktoś chciał kawę to ewentualnie bez śmietanki;].

Jednak wiem, że niektórzy jedzą po prostu trzy posiłki dziennie, jednak przeważnie pilnują tego, żeby nie jeść mięsa i w sumie na tym się kończy. 

Dzisiaj mam dla Was propozycję pasty rybnej do kanapek...może jeszcze komuś się przyda;)


Co nam będzie potrzebne?
  • makrela wędzona (ok. 360 g),
  • biały ser (ja wybrałam chudy, można dać pół kostki lub całą - w sumie wg. uznania),
  • 1 - 2 wystudzone jajka na twardo,
  • sól, pieprz,
  • jeżeli ktoś chce to łyżka śmietany lub jogurtu greckiego
Wykonanie

Z makreli usuwamy skórę i ości, a rybę wsadzamy do miski. Po czym dodajemy ser, jajka (mogą być po prostu pokrojone w kawałeczki jeżeli nie macie kratki do jajek) i przyprawy. Wszystko razem miksujemy. Jeżeli chcecie, żeby Wasza pasta była bardziej mokra, to możecie dodać łyżkę lub dwie śmietany, albo jogurtu greckiego. 

Kiedy podajemy kanapki z powyższą pastą warto jeszcze położyć na niej kilka plasterków świeżego ogórka lub plasterek pomidora, żeby orzeźwić smak. 

czwartek, 17 kwietnia 2014

"Blaski życia" Katarzyna Miller, recenzja

Jak pewnie wiecie Katarzyna Miller jest absolutnie moją ulubioną psycholożką i uwielbiam jej książki oraz felietony. Blaski życia to kolejny ich zbiór tejże, jakże ciekawej kobiety;]

Z okładki publikacji dowiadujemy się, że codzienność przynosi nam dziesiątki zmartwień oraz problemów i czasem trudno wyłuskać z niej drobne radości nadające życiu blask. A może to właśnie one są kluczem do szczęścia? Katarzyna Miller przekonuje, że czasem warto przyjrzeć się chwilom, które są pozornie proste i zwyczajne oraz delektować się nimi i czerpać z nich prawdziwą radość, a także siłę. 

Katarzyna Miller podbiła moje serce jakimś takim ciepłem i optymizmem, który sprawia, że doceniam swoją zwykłą szarą codzienność i przypominam sobie o tym, że każda chwila - nawet ta bardzo trudna, jest potrzebna. Poza tym mam wrażenie, że ta kobieta ma w sobie dużo dystansu do siebie oraz poczucia humoru, co sprawia, że i ja przypominam sobie, iż warto je mieć. Zarówno Blaski życia, jak i inne książki Katarzyny Miller (np. Bajki rozebrane) sprawiają, że odkrywam w sobie coś nowego i mam wrażenie, że dana książka jest skierowana właśnie do mnie. Moim zdaniem to sztuka napisać tak książkę, żeby czytelnik mógł ją odebrać bardzo personalnie, a pani Miller niewątpliwie ją opanowała. Na przeczytanie aktualnie czeka Porozmawiajmy o seksie, ale musi się ono grzecznie ustawić w kolejce, bo mam przed nim przynajmniej dwie książki do przeczytania. 

Podsumowując

Blaski życia to zbiór felietonów, o tym co spotyka nas codziennie, a czego czasem nie doceniamy, a już nie wyciągamy z tego wniosków. Katarzyna Miller z właściwym sobie urokiem przypomina nam, że nasza rzeczywistość każdego dnia potrafi nam przynieść coś, co możemy przekuć na naszą siłę. 

środa, 16 kwietnia 2014

Sałatka z tuńczykiem + stos książkowy

Dzisiaj mam dla Was przepis na jedną z moich ulubionych sałatek z tuńczykiem. Jest bardzo szybka i prosta w przygotowaniu oraz można ją sobie modyfikować - np. zamiast tuńczyka dodać kurczaka, poza tym idealnymi dodatkami są m. in. ogórki konserwowe czy też pomidory suszone, zatem to co dodacie zależy tylko i wyłącznie od waszej kreatywności;] 

Co nam będzie potrzebne? 


  • makaron (w moim przypadku są to kokardki;)), 
  • puszka kukurydzy,
  • puszka tuńczyka (w kawałkach lub sałatkowego i w zależności jaki wolicie w sosie własnym lub w oleju), którą można dostać chyba w każdym supermarkecie;p,
  • garść żurawiny, 
  • majonez,
  • musztarda, 
  • nieco jogurtu greckiego, 
  • pieprz,
Wykonanie: 

Sos:
Sos do sałatki robimy na bazie jogurty naturalnego, więc możemy kupić mały jogurt, do którego dodamy po łyżeczce lub dwóch musztardy. Naturalnie wszystko mieszamy i dopieprzamy do smaku;p. 

Sałatka: 
Ugotowany i wystudzony makaron przesypujemy do dużej miski (ja ugotowałam tak 1/3 opakowania). Następnie wsypujemy odcedzonego tuńczyka i kukurydzę oraz żurawinę. Wszystko mieszamy, następnie dodajemy sos i mieszamy jeszcze raz;]. Wstawiamy naszą sałatkę na ok. godz. do lodówki, aby składniki miały szansę się "przegryźć". Następnie możemy przełożyć sałatkę do salaterek lub od razu na talerz i zabierać się do konsumpcji;). 


Jak widzicie nie ma w niej niczego skomplikowanego. Mam nadzieję, że będzie Wam smakować.
Na koniec mam jeszcze dla Was stosik, który przytargałam sobie ostatnio z biblioteki:] 


Od góry:
  1. Francesco Fioretti "Sekretna księga Dantego",
  2. Petra Prochazkova "Ani życie, ani wojna. Czeczenia oczami kobiet"
  3. Katarzyna Miller "Blaski życia" - przeczytałam już i recenzja będzie prawdopodobnie w następnej notce;]
  4. K. Miller i in. "Porozmawiajmy o seksie"
Muszę przyznać, że jestem strasznie ciekawa każdej z tej powieści, póki co jestem na "Sekretnej księdze Dantego", a na święta być może zabiorę "Ani życie, ani wojna...", ale to będzie zależeć od tego na jakim etapie będę z "Sekretną księgą Dantego"

wtorek, 15 kwietnia 2014

Organic Therapy, intensywnie nawilżający krem do twarzy z olejkiem z gardenii, recenzja

Witajcie, 
dawno nie było notki kosmetycznej, a mam kilka kosmetyków, o których chciałabym Wam wspomnieć. Jednym z nich jest krem do twarzy z Organic Therapy, który jak może pamiętacie znalazł się wśród zakupów z http://prostoznatury.com.pl/


Ten krem stosowałam przez ostatni czas i zużyłam go może z pół opakowania i więcej niestety nie byłam w stanie, o tym dlaczego tak się stało za chwilę - najpierw chcę wyjść od tego co obiecuje nam producent. 

Otóż powyższy produkt ma być intensywnie nawilżającym kremem do twarzy z olejkiem z gardenii, który jest przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Tenże kosmetyk ma sprawić, że nasza skóra będzie wyglądała zdrowo i będzie pełna blasku oraz świeżości. Z informacji, które znalazłam na opakowaniu wynika, że olej z gardenii sprzyja dystrybucji oraz akumulacji wody w skórze oraz regeneruje ją i odżywia, pozostawiając ją miękką, elastyczną, i jedwabiście gładką. Organiczny sok Aloe Vera zawiera bogactwo substancji odżywczych, szybko wnika w głębokie warstwy skóry zapewniając intensywne nawilżenie i odżywienie. Dodatkowo poprawia elastyczność skóry oraz sprzyja jej dotlenieniu. 

Nie zawiera: 
  • parabenów, 
  • glikoli,
  • ftalanów,
  • silikonów
  • barwników syntetycznych
Cóż, niestety muszę przyznać, że ten krem nawilżający nie jest w ogóle. Po jego zastosowaniu miałam ściągniętą skórę, co było dość nieprzyjemnym uczuciem i powinno od razu dać mi do myślenia. Jednakże przez ostatnie kilka tygodni usiłowałam dać mu czas, z nadzieją, że to jeden z tych produktów, który go potrzebuje. No niestety nie pomogło, bo nie dość, że moja skóra była napięta, to jeszcze po chwili nie było na mojej twarzy ani śladu tegoż kosmetyku tak jakbym wcale go nie nakładała:(. Zbytnio nie pomagało też nałożenie serum pod krem:/. Zatem nie dało się nałożyć jakiegokolwiek podkładu na twarz (o ile robiłam makijaż), bez dodatkowych wspomagaczy, bo niestety podkreślenie suchych skórek było straszne (właśnie przez brak nawilżenia). 

Możliwe, że dam mu szansę jeszcze latem, kiedy nie będzie ogrzewania i tak bardzo zmiennej pogody. Wtedy zapotrzebowanie mojej skóry na nawilżenie może się zmniejszyć i może będzie lepiej. Póki co musiałam nieco (a nawet bardzo) zmienić pielęgnację twarzy. 

Podsumowując

Powyższy krem nie robi nic złego, ale dobrego też nic mi nie uczynił. Dlatego też uważam, że jeżeli macie suchą i bardzo suchą skórę raczej nie warto po niego sięgać. Już lepiej wybierzcie się do apteki po dobry krem, który dostaniecie w porównywalnej cenie.

A tak przy okazji zapraszam na mój FP:
oraz Twitter

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Kuchnia filmowa", Paulina Wnuk, recenzja

Witajcie,
dziś chciałabym Wam napisać kilka słów o Kuchni filmowej autorstwa Pauliny Wnuk z bloga http://www.frommovietothekitchen.pl/. Już od dawna miałam na nią ochotę, i jakiś czas temu szczęśliwie znalazła się w moich łapkach;p 


Uważam, że Kuchnia filmowa to świetnie wydana książka kucharska, która ma niesamowicie magnetyczną okładkę. Każdy przepis opatrzony jest zdjęciem z filmu i dodatkowym komentarzem. Jednak jest niestety jeden mały minus - wydanie w twardej oprawie jest dość uciążliwe jeżeli chodzi o użytkowanie przy wykonywaniu konkretnych przepisów w kuchni. Jednakże to nie stanęło na przeszkodzie, żeby z niej korzystać;].


Jeżeli chodzi o same przepisy to po przeglądnięciu ich wszystkich stwierdziłam, że każdy jest dość prosty do wykonania, więc nawet początkująca w kuchni osoba jest w stanie je ogarnąć;) Powyżej i poniżej widzicie przykłady dwóch z nich, które wykorzystałam.


Moim zdaniem ta książka jest dedykowana przede wszystkim osobom, które zaczynają swoją przygodę kulinarną, bo proponowane w niej przepisy są bardzo proste. Myślę tak dlatego, że skoro takiej niemocie kuchennej jak ja, która nie piekła samodzielnie ciast wyszedł pyszny sernik, to już raczej wszystko z Kuchni filmowej mi wyjdzie;]. W każdym bądź razie przede mną jeszcze wiele przepisów do wypróbowania z tej książki. 

Przyznam się szczerze, że Paulina Wnuk zainspirowała mnie do rozwijania swoich umiejętności kulinarnych, właśnie dzięki swojej książce. Mam nadzieję, że starczy mi motywacji i nie okaże się, że mój zapał jest słomiany;p, a przede mną jeszcze wiele pysznych potraw do zrobienia. 

A Wy znacie tą pozycje, albo bloga Pauliny? 

sobota, 12 kwietnia 2014

"Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele", Eva Mozes Kor i Lisa Rojany Buccieri, recenzja

Z powieścią W kraju niewidzialnych kobiet zeszło mi więcej czasu niż myślałam, ze względu na to, że trochę się zadziało w moim życiu i nie zawsze byłam w stanie sięgnąć po książkę wtedy, kiedy miałam na to ochotę. Takie życie;). Jednakże w tym tygodniu w pewnym sensie sobie odbiłam potrzebę czytania i w sumie w jeden dzień pochłonęłam pozycję Evy Mozes Kor i Lisy Rojany Buccieri zatytułowaną Przetrwałam. Życie ofiary Josefa Mengele.

Eva tak jak wielu Żydów znalazła się w Auschwiz, gdzie wraz ze swoją siostrą była ofiarą pseudometycznych eksperymentów Josefa Mengele, który przeprowadzał swoje badania m. in. na bliźniakach i Cyganach. Sięgając po tą książeczkę miałam nadzieję na to, że dowiem się więcej o poczynaniach Anioła Śmierci lub o nim samym, bo o nim zarówno na lekcjach historii, jak i w różnych publikacjach wojennych dostałam śladowe ilości wiedzy na jego temat. Tak jak wiele jest wspomnień obozowych i publikacji o różnych bohaterach oraz zbrodniarzach wojennych, tak jakoś Josef Mengele wciąż pozostaje dla mnie nieuchwytny i gdzieś mi umyka. Tak, tak...nadal wiem o nim niewiele więcej niż wcześniej, ponieważ we wspomnieniach Evy Mozes Kor znajdziemy historię bardzo podobną do wielu innych, które wcześniej czytałam. Otóż autorka pisze jak wyglądało jej życie przed obozem, jakie panowały nastroje w trakcie wojny w jej rodzinnej miejscowości, jak się znalazła w obozie i jak go przeżyła, oraz jak się z niego wydostała i układała życie. O Josefie Mengele i jego eksperymentach było bardzo niewiele. Tylko tyle, że zostały robione na niej i jej siostrze różne badania i testy oraz, że wiele bliźniaków znikało, a ich towarzyszami niedoli byli również Cyganie i osoby niepełnosprawne. 

Dlatego też mimo to, że w książce podjęty jest ważny i bardzo trudny temat, o którym powinno się pisać i mówić, żebyśmy o tym pamiętali to zawiodłam się na niej i nie wiem czy bym po nią sięgnęła mając taką wiedzę na temat tej publikacji jaką mam teraz. Dlatego też tą publikację mogę polecić jedynie tym z Was, których interesują wspomnienia wojenne, a nie sama osoba Anioła Śmierci, ponieważ o nim i jego pseudomedycznych eksperymentach są praktycznie śladowe ilości. 

piątek, 11 kwietnia 2014

Ciastko a'la napoleonka - przepis

Pod przepisem na sernik było sporo komentarzy, więc dzisiaj postanowiłam się z Wami podzielić kolejnym przepisem na bardzo szybkie i mega proste ciasto, które wyjdzie Wam nawet jeżeli nie jesteście mocni w pieczeniu ciast. 

Niezbędne produkty: 
  • 2 paczki solonych krakersów,
  • budyń zrobiony z dwóch opakowań, 
  • cukier puder do posypania.

Wykonanie:
 
Wykonanie jest banalne, ponieważ dużą blachę należy wyłożyć krakersami, polać przygotowanym i lekko wystudzonym budyniem, a na wierzch położyć kolejną warstwę krakersów. Budyń jak zrobić chyba każdy wie, więc nie muszę tego tłumaczyć, a w razie czego zawsze można kupić gotowy;p. Tak przygotowany deser należy ok. godzinę studzić w lodówce, aby krakersy przeszły budyniem. Później można posypać cukrem pudrem.


Chociaż przyznam się Wam w tajemnicy, że chyba najlepiej smakuje na następny dzień, jednak część tego deseru znika już po tym jak ledwo zastygnie;). 

czwartek, 10 kwietnia 2014

"W kraju niewidzialnych kobiet" Quanta A. Ahmed, recenzja

Islam to religia, która wzbudza we mnie równocześnie strach i pewnego rodzaju fascynację, co sprawiło, że sięgnęłam po książkę W kraju niewidzialnych kobiet autorstwa Quanty A. Ahmed. Autorka tej powieści jest lekarką, która równocześnie jest również komentatorką problematyki islamskiej, a jej teksty ukazały się m. in. w The Guardian, USA Today, The New York Post. Quanta Ahmed także występuje w CNN, National Public Radio oraz Głosie Ameryki. Na co dzień mieszka i pracuje w Stanach Zjednoczonych,

W kraju niewidzialnych kobiet to zapis doświadczeń autorki z dwóch lat spędzonych w Arabii Saudyjskiej. Ahmed już od pierwszych chwil spędzonych w wyżej wspomnianym kraju czuje, że zderzyła się z inną cywilizacją i wiele zmieni się w jej codziennym funkcjonowaniu. Znalazła się w świecie olbrzymich kontrastów społecznych, władzy policji obyczajowej oraz surowych zasad. Jako liberalna muzułmanka nie może pogodzić się z rolą kobiet, którą tu im wyznaczono.


Autorka książki w każdym kolejnym rozdziale opisuje inne swoje doświadczenie tudzież spotkanie z ludźmi, którzy reprezentują określoną postawę wobec życia w społeczeństwie Arabii Saudyjskiej. Poznajemy nie tylko realia życia w tymże arabskim państwie, ale również Ahmed uchyla nam rąbka wiedzy na temat mentalności i sposobu myślenia oraz funkcjonowania Saudyjczyków. Powołuje się na wiele sytuacji i zasad, z którymi nie umie się pogodzić np. z tym, z jaką brutalnością mężczyźni z Arabii Saudyjskiej potrafią traktować kobiety i dzieci czy też z wszechobecnym antysemityzmie i nienawiści do zachodniego świata, który często jest dobrze kamuflowany przez wielu nawet bardzo wykształconych ludzi. Jednakże Quanta Ahmed dzieli się również doświadczeniami wyniesionymi ze spotkań z ludźmi, którzy sprawili, że poczuła się lepszą muzułmanką i rozwijała się duchowo. Dodatkowo przedstawia także obraz kobiet, które mimo to, że zmuszane do całkowitego zakrywania się znajdują swoje sposoby na to, żeby poczuć się bardziej kobiece i móc się rozwijać (mimo nałożonych na nie ograniczeń). To jak się okazuje wymaga od nich wiele sprytu i inteligencji, chociaż i tak zdarza się, że za swoje ambicje muszą zapłacić wcale nie małą cenę. Muszę przyznać, że podziwiam te z Saudyjek, które zdobyły się na odwagę, żeby walczyć o swoją pozycję i przyszłość, co w pewien sposób ma wpływ na bardzo powolne zmiany zachodzące w Arabii Saudyjskiej.

Tak jak wspomniałam publikacji W kraju niewidzialnych kobiet autorka dzieli się również swoimi osobistymi przeżyciami i emocjami, a mianowicie chociażby swoimi doświadczeniami z takiego wydarzenia jakim jest hadżdż czy swoimi uczuciami, którymi obdarzyła swojego kolegę z pracy.

Quanta Ahmed roztoczyła przed nami egzotyczny świat i nakreśliła nam opowieść, która pozwala nam docenić kulturę, w której się urodziłyśmy – naszą wolność i swobodę, która objawia się chociażby tym, że możemy same wyjść po zakupy czy poprzez decydowanie o samej sobie bez potrzeby kombinowania, co u Saudyjek okazało się w wielu wypadkach wręcz niezbędne. Mój egzemplarz powieści W kraju niewidzialnych kobiet jest niemalże cały obklejony znacznikami, ponieważ znalazłam w tej opowieści wiele cennych i niezwykłych fragmentów, do których będę mogła zaglądać bez zbędnego szukania.

Najbardziej poruszyły mnie rozdziały, w których znalazły się opisy tego jak bardzo potrafią być wykorzystywane dzieci, które często są bite i wykorzystywane do pracy, a lekarze nie wiele mogli zrobić, bo w tym kraju prawa człowieka podobno leżą i kwiczą, a przynajmniej tak było na początku XXI w. Bardzo mnie poruszyła historia pięciolatka, który był wykorzystywany do wyścigów wielbłądów i który prawdopodobnie również musiał dbać o te zwierzęta. Do szpitala trafił już nieżywy, z licznymi obrażeniami i źle zrośniętymi złamaniami. Czułam wtedy niemalże wściekłość na to, że tak bardzo można nie szanować czyjegoś życia, a już na pewno życia dziecka...


Chciałabym wrócić za jakiś czas do tej powieści, ale nie odbędzie się to zbyt szybko, bo przede mną jeszcze wiele książek nie tylko tych dotyczących Islamu, ale także wiele innych;]. Oj tak, moja lista książek do przeczytania jest długa;).  

wtorek, 8 kwietnia 2014

Yankee Candle, Bomb Cosmetics i Pachnąca Szafa (olejki z Rossmana) - moje świece, woski i olejki do kominków;]

Wiele, a właściwie wielu z nas lubuje się w świecach zapachowych i innych różnych dziwnych rzeczach, które mają nadać najbliższemu otoczeniu zapach, który sprawi, że poczujemy się lepiej. Różnego typu olejki, woski czy inne produkty do kominków oraz wspomniane wcześniej świece zapachowe są nie tylko elementem aromaterapii (pomocnej np. w czasie relaksu w czasie kąpieli), ale też często stanowią nieodłączny element wystroju naszego domu czy mieszkania. 

Obecnie na składzie mam dwie świece. Jedną z Yankee Candle i jedną z Bomb Cosmetics. 

Wyżej bardzo świeża, typowo wiosenno - letnia świeca; poniżej świeca o ciężkim zapachu, który kojarzy mi się z kadzidłami, albo czymś takim;]


Oczywiście nie mogło zabraknąć olejków zapachowych, które pojawiły się zanim odkryłam woski. Dwa dostępne w Rossmanie i dwa z Bomb Cosmetics (produkty z tej firmy są dostępne raczej online).


 A poniżej moja mała kolekcja wosków. Poki co nie rozrasta się z dwóch powodów: 

  • szkoda mi na nie kasy,
  • chcę ich trochę zużyć zanim kupię kolejne...chociaż wśród tych, które widzicie poniżej mam już swojego faworyta i zastanawiam się czy nie kupić przypadkiem świecy w jego zapachu...i nie nie jest to stokrotkowy;]


Poza jedną świecą, którą postawiłam w dużym pokoju wszystko zgromadziłam w tym, w którym przeważnie rezyduje;]. 

Niestety mimo tego, że doceniam woski, to mam jednego bubla:((


Być może wiele z Was tu się ze mną nie zgodzi, ale on mi śmierdzi jak jakaś tania męska woda toaletowa z kiosku. Próbowałam się do niego przekonać, ale niestety nie wyszło:/