piątek, 27 września 2013

Recenzja dwóch produktów z Biovaxu

Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją dwóch produktów z Biovaxu:

1. Aktywnego serum do rzęs;
2. Odżywczego serum do paznokci;


Zacznijmy od tego pierwszego, czyli od serum do rzęs. 
Jak twierdzi producent jest to produkt z innowacyjnym kompleksem ActiveLash, który stymuluje wzrost rzęs, zapobiegając ich wypadaniu. Silnie regeneruje rzęsy i brwi przywracając im zdrowy wygląd. 
Dodatkowo kreatyna uzupełnia niedobór składników budulcowych rzęs i zwiększa ich sprężystość i elastyczność; L-arginina (aminokwas) aktywuje wzrost rzęs i wydłuża ich fazę wzrostu; Prowitamina B5 ma zapewnić rzęsom i brwiom większą wytrzymałość, nadaje im naturalny połysk. 

Serum jest zamknięte w podobnym opakowaniu do tuszu do rzęs i nakłada się je szczoteczką:). Zaleca się je stosować przez min. 30 dni - ja stosowałam praktycznie 1,5 miesiąca - czyli nieco dłużej. 
Pojemność produktu: 7 ml;

Po tych kilku tygodniach stosowania powyższego kosmetyku moje rzęsy nieco się poprawiły - mam wrażenie, że są trochę gęstsze i wydają się lekko pociągnięte tuszem do rzęs. Jednak nie zauważyłam, żeby mniej wypadały:/. 

Osobiście nie wiem czy wrócę do tego serum, ale chętnie rozejrzę się za jakim innym, więc jak wiecie o jakimś podobnym produkcie to dajcie znać;)
Cena ok. 13 zł

Jeżeli chodzi o odżywcze serum do paznokci to muszę przyznać, że ono uratowało mi paznokcie, które masakrycznie wysuszyła mi jedna z odżywek z Eveline (tak ta, która jest już kultowa;]). A o to mi właśnie chodziło - o nawilżenie płytki paznokcia;)

A co oferuje nam producent w tym przypadku?

Na swoich pazurkach mamy mieć efekt: 
  • zdrowych i odżywionych paznokci,
  • nawilżonych i wygładzonych skórek,
  • mocnych i niełamliwych paznokci (nie zauważyłam tego kompletnie:/),
  • gładkiej i lśniącej płytki paznokcia,
  • i niepopękanych oraz "nierozdwajających się" skórek;
Inne atuty tego produktu?
  • świeży i przyjemny zapach, 
  • szybka wchłanialność produktu,
  • brak wrażenia lepkości
Faktycznie moje paznokcie były odżywione i lśniące po zastosowaniu powyższego kosmetyku. Zamierzam do niego wracać w kryzysowych sytuacjach;)

A Wy znacie, któryś z tych produktów?

P.S. Dajcie znać czy chcecie notkę o tym jak pielęgnować skórę i włosy chodząc na basen;)

środa, 25 września 2013

Delia; regenerujące serum do twarzy z olejkiem arganowym - moja opinia

Na początku przypominam o konkursie: 
http://mojportret.blogspot.com/2013/09/konkurs.html
Dzisiaj chcę Wam napisać o produkcie, który jest w mojej kosmetyczce już jakiś czas, więc mogę o nim napisać kilka słów. Jest to regenerujące serum do twarzy z olejkiem arganowym z Delii. Kupiłam go w drogerii Drogerie Polskie za 12,5 zł. 
Produkt ma 10 ml., więc jest malutki, ale starcza na jakiś czas, bo przecież ten kosmetyk zaleca się stosować 2 razy w tygodniu. 

Na opakowaniu znajdujemy informację, że w buteleczce znajdziemy skoncentrowany preparat stworzony z myślą o kompleksowej pielęgnacji skóry, która wymaga intensywnej regeneracji, wzmocnienia oraz wygładzenia. 

Działanie kosmetyków oparte jest na bogactwie składników aktywnych takich jak: 

  • olej arganowy "Eliksir Młodości" - ma doskonale nawilżać i ujędrniać; przeciwdziałać procesom starzenia się skóry oraz poprawiać jej elastyczność i jędrność, 
  • olej migdałowy - zmiękcza naskórek i wzmacnia jego barierę ochronną,
  • olej sojowy - intensywnie odżywia i działa przeciwzmarszczkowo, 
  • oliwa z oliwek - regeneruje, wzmacnia i koi, 
  • witamina E - eliminuje szkodliwe działanie wolnych rodników
Producent zapewnia nas, że efekty są zauważalne już po pierwszym zastosowaniu. Skóra ma pozostać elastyczna, aksamitnie gładka i pełna blasku. 

Jak dobrze wiecie mam suchą, wrażliwą i naczynkową skórę, która często źle reaguje na czynniki zewnętrzne (pogoda, ogrzewanie itp.) i różne produkty, więc nie tylko muszę uważać na to co kładę na twarz, ale odpowiednio ją pielęgnować. Jednym ze sposobów przeciwdziałania powstaniu przedwczesnym zmarszczkom w moim przypadku jest odpowiednie nawilżanie skóry, więc chyba już zawsze będę skazana na tak zwaną specjalną pielęgnację i stosowanie dodatkowych preparatów. Po serum z Delii sięgnęłam z ciekawości. Już od jakiegoś czasu miałam ochotę na ten kosmetyk i kiedy skończyło mi się inne serum zdecydowałam się na to powyższe

Sam produkt ma oleistą konsystencję i wg. mnie jest mało wydajny ze względu na to, że trzeba go trochę wziąć, żeby w ogóle odczuć jego działanie. Jedyne co mogę stwierdzić na pewno to, to, że nawilża i odżywia moją skórę, czyli jakby nie było poniekąd spełnia swoje zadanie. W przypadku chociażby poprawy elastyczności skóry i jej jędrności nie mogę się zbytnio wypowiadać, bo w końcu w moim przypadku jeszcze jest za wcześnie, żeby mówić o ich braku. Inne skutki działania są bardziej odległe, bo ciężko jest oceniać chociażby działanie przeciwzmarszczkowe. 

Jednakże dla mnie samej już samo lepsze odżywienie i nawilżenie skóry mojej twarzy jest czymś niemalże zbawiennym. Często po serum z Deli dodatkowo sięgałam np. gdy oczyszczałam skórę jakąś maseczką. 

Powyższy kosmetyk mnie też nie uczulił i nie podrażnił, poza tym mnie też nie zapchał - co mógłby zrobić np. przy cerze innego rodzaju niż moja;).

Chętnie poznam Wasze zdanie na temat tego produktu, 

wtorek, 24 września 2013

Plany na następną podróż;)

Często marzymy o podróżach gdzieś bardzo daleko. Jednak czasem wystarczy się rozejrzeć, a podpowiedź przyjdzie sama. 

Ostatnio z ciekawości sięgnęłam po magazyn Voyage i znalazłam coś dla siebie;)
 We wrześniowym numerze znalazłam artykuł o Lublinie, a mianowicie o tym, że kiedyś mieszkało w nim sporo Żydów. Na pewno chciałabym ze świadomością zobaczyć miejsce, gdzie dawniej mieściła się dzielnica żydowska - zobaczyć Bramę Grodzką i podzamcze ze świadomością, że tam był inny świat i jeżeli dam radę odwiedzić stary i nowy kirkut. 
 Przy okazji chciałabym odwiedzić Mandragorę, w której można zjeść żydowskie jedzenie, w (ponoć) przytulnie urządzonym miejscu. 
 Inspiracją do podróży obok artykułu były również zdjęcia, w nim zamieszczone...


Jak widzicie wyżej opisałam i pozakreślałam sobie najbardziej interesujące mnie fragmenty. Mam nadzieję, że jak tylko pozwoli mi czas i fundusze to wyskoczę (a właściwie wyskoczymy) do Lublina chociażby na jeden dzień. 

Poza tym w Lublinie podobno można znaleźć jakieś promocje na książki, których nie spotyka się u mnie w mieście;), a już na pewno wiem, że można tam dostać całkiem dobrą kawę;) 

P.S. 
Przypominam o konkursie: 
http://mojportret.blogspot.com/2013/09/konkurs.html

niedziela, 22 września 2013

Koethi Zan "Siła strachu" - moja opinia


Strach - każdy z nas go doświadcza. Również każdy z nas ma swoją listę rzeczy, których po prostu się boi. Jednak są sytuacje, w których strach popycha nas do rzeczy, których byśmy się po sobie nie spodziewali. Doświadczenie tej emocji sprawia, że uświadamiamy sobie jakie instynkty w nas drzemią, i że jesteśmy w stanie robić rzeczy do których czujemy odrazę.

Takiego rodzaju strachu doświadczyła Sara i Jennifer, bohaterki powieści pt. Siła Strachu, którą skończyłam czytać wczoraj wieczorem. 
Pewnego dnia obie dziewczyny zostały uprowadzone po akademickiej imprezie przez kierowcę podejrzanej taksówki. W przypadku tych kobiet ich nieostrożność jest zadziwiająca, bo do tej pory podejmowały wszelkie znane im środki bezpieczeństwa, w przeróżnych sytuacjach. Jednak chwila nieuwagi kosztuje je trzy lata więzienia w piwnicy wraz z dwiema innymi kobietami. Są to lata przepełnione strachem, nadzieją i...sadyzmem. 

Dekadę później trzydziestojednoletnia Sara wciąż stara się wrócić do normalnego życia. Żyje pod innym nazwiskiem, wciąż nie mogąc się pogodzić z faktem, że nie udało jej się uratować najlepszej przyjaciółki. W dodatku pojawiła się szansa, że jej oprawca zostanie zwolniony warunkowo z więzienia, a sama Sara nie jest w stanie znieść jego pokrętnych listów, które śle jej z więzienia. 

W końcu Sara postanawia zacząć działać i wyrusza w podróż, która prowadzi przez świat perwersyjny BDSM, sekt oraz wyrafinowanych tortur. W trakcie podróży kobieta stawia czoła nie tylko swoim fobiom, ale także towarzyszkom niedoli, które wciąż żywią do niej urazę. W końcu Sara odkrywa  bardziej przerażającą prawdę, niż kiedykolwiek mogłaby się spodziewać.

Zabierając się za powyższą książkę spodziewałam się relacji kobiety z jej pobytu w piwnicy i tego jak sobie radzi po jej opuszczeniu. Jednakże dostałam do ręki ciekawy thriller psychologiczny, który na prawdę wciąga, i który nie jest tym czego się spodziewałam. Na początku w fabułę wkrada się nieco chaosu poprzez nagle występujące retrospekcje, Jednakże jak już się przyzwyczaiłam do języka zastosowanego w powieści nie mogłam się od niej oderwać (szczególnie w drugiej połowie książki). W Sile strachu znajdziemy wiele nieoczekiwanych zwrotów akcji, a dodatkowo z każdą kolejną stroną dowiadujemy się czegoś nowego o postaciach, co sprawia, ze jeszcze trudniej jest nam odejść od tej historii. Zatem szykujcie się na wiele zaskoczeń! Dodatkowo w powieści jest ukazane kilka postaci i wpływ strachu na nie same i ich życie co samo w sobie jest bardzo ciekawe. 

Sama nie wiem co tak bardzo przyciąga ludzi do perwersji, sekt i tortur, ale mi osobiście ciężko było się oderwać od tej opowieści - do tego stopnia, że wczoraj przełamywałam senność, żeby móc skończyć czytać tą książkę. Zadziwiały mnie reakcje kobiet na różne sprawy i to, że dobry manipulator, aż tak może wpływać na innych ludzi i ich życie. Ludzka psychika jest zadziwiająca i zawiera wiele mrocznych zakamarków, co nie tylko mnie wciąż zaskakuje i pociąga, a Siła strachu obnaża niektóre z nich. 

W sumie dziś trochę żałuję, że nie skończyłam jej czytać rano, bo może nie miałabym wtedy koszmarów, ale z drugiej strony to tylko świadczy o tym jak ciężko jest się oderwać od tej książki i jaki ma wpływ na odbiorce...a możecie mi wierzyć, albo i nie, ale jeżeli chodzi o książki to muszą one być na prawdę dobre, żeby wywołać u mnie jakąś głębszą reakcję - niezależnie czy to jest śmiech, strach, wzruszenie czy koszmary. Na szczęście ostatniej nocy nie byłam sama w mieszkaniu, bo wątpię, czy udałoby mi się zasnąć...

sobota, 21 września 2013

Jak to kopytka zainspirowały mnie do nauki gotowania...

Jak wiele kobiet dużo rzeczy nauczyłam się gotować przy mamie, babci lub innych kobietach w rodzinie. Jednak mimo mimowolnej nauki w domu nie wykazywałam większych chęci do rozwijania swoich umiejętności kulinarnych (bądź co bądź nikogo jeszcze nie zatrułam i nikt się nie żalił na perturbacje żołądkowe po moich kuchennych rewolucjach). 

Jak to w życiu bywa nadszedł czas, w którym przyszło mi wyprowadzić się z domu - a raczej to rodzina wyprowadziła się ode mnie w zupełnie inne miejsce, chociaż w obu przypadkach wychodzi na jedno...mianowicie na to, że mieszkam sama (no dobra mam współlokatorkę, a od października dojdzie kolejna osoba;]). 

Obecnie jak sama nie zadbam o to, żeby było uprane, ugotowane i posprzątane nikt o to nie zadba, zatem musiałam zainteresować się chociażby takimi prozaicznymi czynnościami jak przygotowywanie posiłków tym bardziej, że zanosi się na to, że mogę niebawem mieć własną rodzinę (o zgrozo!) i o nią zadbać;]. 

Dlatego też postanowiłam, że nie ma, że boli - muszę nauczyć się robienia nowych rzeczy - przecież sama czasem mam na coś ochotę czego nie umiem/nie umiałam zrobić, a co czasem robiła mama, więc trzeba było się przełamać. 

Swego czasu naszło mnie na kopytka. Po tekście mojej mamy, że zawsze daje wszystkiego na oko postanowiłam sięgnąć po nieco inną pomoc i zajrzałam do Kuchni polskiej autorstwa Hanny Szumanderskiej. Tam znalazłam bardziej konkretną podpowiedź;]

A zatem potrzebujemy: 
  • 1 kg ugotowanych ziemniaków, 
  • 2 jajka,
  • 250 - 300 g  mąki pszennej,
  • 1 - 2 łyżki mąki ziemniaczanej,
  • sól
Przygotowanie:

Ugotowane ziemniaki przepuszczać przez maszynkę (ja takowej nie mam więc po prostu utłukłam ziemniaki;]), dodać mąkę, wbić jajka, posolić, wyrobić ciasto. Stolnicę posypać mąką, toczyć wałeczki wielkości palca, lekko spłaszczyć, kroić ukośnie, wrzucić kluski na osolony wrzątek. Gotować w dużej ilości wody. 
Podawać ze skwarkami, topionym masłem lub jako dodatek do pieczeni.

Ja lubię też takie z zasmażką;]. Poza tym tak sobie myślę, że np. z sosem grzybowym też by były dobre;); a poza tym ja robię trochę większe te wałeczki niż podane w cieście, a co za tym idzie same kopytka są większe. 
Niby prosty przepis, ale ja bardzo się cieszę, że nauczyłam się czegoś nowego.  



A na koniec przypominam o konkursie: http://mojportret.blogspot.com/2013/09/konkurs.html

środa, 18 września 2013

Kilka słów o dwóch produktach z Garniera

Okres jesienno - zimowy ma to do siebie, że moja skóra potrafi wyschnąć na wiór. Dlatego szukam ratunku i mimo to, że mam już sprawdzone produkty, do których wciąż wracam, to lubię testować te, których jeszcze nie używałam. Z racji tego że krem z Garniera z serii Intensywna pielęgnacja bardzo suchej skóry się u mnie bardzo dobrze sprawdza i postanowiłam wypróbować inne produkty z tej serii.

Dlatego też swego czasu robiąc zakupy kosmetyczne sięgnęłam po dwa dodatkowe produkty, w celu testów;]. Pierwszym z nich jest opatrunek w kremie przeciw przesuszeniu ze skoncentrowaną formułą: gliceryna i alatoinaJest to produkt, który w użyciu jest dość rzadko, bo kupiłam go w celu nagłych przypadków, kiedy moje ręce potrzebują natychmiastowej pomocy. I działa idealnie w momentach, w których wszystkie inne produkty mnie zawodzą;]. 

Myślę, że nie zawiedzie również i tych, którzy mają ręce narażone na większe wysuszenie. Jednak nie mogę zapewnić, że będzie działał w bardzo skrajnych przypadkach, bo w takowych go nie używałam;]. 

Jest to produkt o dość skoncentrowanej konsystencji, dlatego też może nie odpowiadać wszystkim osobom - np. takim, które nie mają problemu z wysuszaniem skóry;]. Chociażby dlatego, że w takich wypadkach może się nie wchłaniać i pozostawiać tłustą warstwę na dłoniach. 

Jeżeli chodzi o drugi produkt, który jest u mnie nowością, to jest to regenerujący balsam lipidowy, skoncentrowana formuła gliceryna + masło karite. Produkt ma standardową pojemność - 200ml. 

Ten kosmetyk jest przeznaczony dla bardzo suchej skóry, która jest wrażliwa na działanie czynników zewnętrznych, takich jak zimno, wiatr czy ocieranie ubrań.  Dzięki zawartości gliceryny i masła karite łagodzi skórę oraz chroni ją działając niczym "opatrunek". 

Przez ostatni czas do nawilżania ciała używałam tylko tego produktu i w moim przypadku dość dobrze się sprawdził. Jednakże posiada dwie cechy, przez które raczej do niego nie wrócę:
  • jest dość toporny i trudno się wyciska z opakowania,
  • ciężko się wchłania i rozsmarowuje. 
Jednak tak sobie myślę, że dam temu balsamowi jeszcze szanse, żeby się obronić i spróbuję wypróbować go w zimowych warunkach - może wtedy chociażby nieco lepiej będzie się wchłaniał;]. 

Dajcie znać czy znacie te kosmetyki i co o nich sądzicie;)

niedziela, 15 września 2013

"Nasiona zła kiełkują w ciemności i chłodzie..." Gregg Olsen "Zgliszcza" - moja opinia


Zgliszcza autorstwa Gregga Olsena to druga po Wszędzie śnieg powieść autora, którą miałam okazję przeczytać. Zachęcona dobrym początkiem znajomości przy pierwszym spotkaniu bez wahania sięgnęłam po Zgliszcza.
~*~ 
Na farmie w odludnej okolicy zostaje zamordowana kilkuosobowa rodzina, a jeden z synów, który przeżył znika. Emily Kenyon  podejmuje śledztwo podczas, którego ginie jej córka, która jak się okazuje jest o krok przed swoją matką, w drodze ku rozwiązaniu zabójczej zagadki. Podczas pracy nad rozwiązaniem sprawy pani detektyw musi się borykać nie tylko ze śledztwem, ale także z niewiedzą dotyczącą losów jej córki i problemami ze swojego prywatnego życia. Kiedy Emily dopasowuje do siebie elementy układanki zaczyna rozumieć, że bierze udział w wyścigu, w którym stawką jest życie jej córki...

~*~
Biorąc się za Zgliszcza miałam nadzieję na tak samo dobrą lekturę jak Wszędzie śnieg. W końcu kolejna powieść tego samego pisarza nie może być gorsza od poprzedniej. Faktycznie dostałam do ręki dobry zamysł historii, ciekawie zapowiadający się modus operandi i kilka fragmentów, które czytałam z zapartym tchem. Jednakże w tej powieści dużo momentów, kiedy akcja wlokła mi się niesamowicie i miałam poczucie, że kilka rzeczy jest strasznie naciąganych, co nieco zniechęcało mnie do czytania. Niekiedy miałam wrażenie, że autor na siłę stara się kreować pewne sytuacje, relacje czy cechy charakteru; innym razem dostrzegałam przebłyski obietnicy dobrego kryminału. Powyższa powieść nie jest najlepszym kryminałem jaki czytałam, ale też nie mogę powiedzieć, że jest całkiem zły. Mimo wszystko przywiązałam się do niektórych bohaterów i kilka razy wstrzymałam oddech. Nie żałuję spędzonego czasu nad tą powieścią, bo mimo wszystko dobrze się bawiłam. 

Dajcie znać czy czytaliście tą książkę, albo macie ją w planach. Chętnie poznam Wasze zdanie na jej temat:)

sobota, 14 września 2013

Wolontariat - stan umysłu?

Szlachetna Paczka to akcja, w której brałam udział dwa lata temu i, po której mam wspaniałe wspomnienia. Do tej pory się do nich uśmiecham. Wczoraj byłam na spotkaniu rekrutacyjnym z tegorocznym Liderem i już wiem, że zakwalifikowałam się na wolontariuszkę - w sumie ciężko by było, żeby było inaczej w moim przypadku;). 

Przy okazji poznałam wolontariuszy, którzy będą razem ze mną będą w Szlachetnej Paczce i już nie mogę się doczekać jak to wszystko się zacznie dziać. W tym roku (jak wszystko dobrze pójdzie) zakwalifikuję się też na młodszego trenera, co sprawi, że być może otworzą się przede mną kolejne drzwi - chociażby do samorozwoju. 

Dla mnie możliwość rozwoju w tym kierunku, by w efekcie szkolić innych jest czymś niezwykłym, co pomoże mi przełamać kolejne swoje bariery i kompleksy. Kto wie...może nawet będę chciała pójść w tym kierunku i sprawić, żeby robienie szkoleń będzie czymś co robię zawodowo.  

Od wczoraj jeszcze bardziej nie mogę się już doczekać momentu, kiedy stanę się częścią tego wszystkiego. Wiem, że czeka mnie wspaniały czas pełen radości, wyzwań, pokonywania siebie, rozwoju i wzruszeń. (Za pierwszym moim razem wszyscy się popłakaliśmy jak zawoziliśmy paczkę do rodziny - w tym roku zapewne nie będzie inaczej). 

Coś czuję, że w grudniu nie będę wiedzieć jak się nazywam, tylko będę przez sen mamrotać o tych wszystkich akcjach, w których będę brać udział i o tym co robię w pracy, która ściśle związana jest z wolontariatem - nie zapominajcie, że jestem koordynatorem w Klubie Wolontariusza;). Ale ja lubię być zajęta w ten sposób - w końcu nie tylko robię to co lubię, ale też pomagam innym i zamieniam swoje pasje w coś z czego będę mogła się utrzymać (a przynajmniej mam taką nadzieję). 

Więcej szczegółów w miarę rozwoju sytuacji, tymczasem spadam szykować się na wyjazd;p. 

piątek, 13 września 2013

denka

Tak wypadło, że dzisiaj mam wolne, chociaż i tak będę miała nieco biegania. Pomyślałam sobie, że w końcu napiszę notkę z denkami, które zalegają już jakiś czas w mojej łazience, a których wypadałoby się już pozbyć. Być może ktoś znajdzie też coś dla siebie;). Więc startujemy: 

 od lewej:
Garnier, Ultra Doux, szampon nadający objętości - drożdże piwne i owoc granatu => część z Was wie o tym, że dużą rolę odgrywa tu mój sentyment, chociaż jakby te szampony się nie sprawdzały, to bym ich nie używała. Proste;). Akurat ten pachnie jak męskie perfumy;], jest dodatkowo bardzo wydajny (chyba zresztą jak wszystkie ich szampony;)). 
AA ciało wrażliwe, nawilżająco - witalizujący żel do mycia ciała o zapachu mango i papai - bardzo lubiłam go używać rano, bo jest orzeźwiający. Pachnie jak sok i aż chciałoby się go wypić. A poza tym działa normalnie jak żel. Nie uczula, dobrze się pieni i myje:)
Palmolive aquarium - kupiłam jak była promocja w Rossmanie, w sumie dlatego, że urzekło mnie opakowanie;)
 Od lewej: 
Floslek, nawilżający krem arnikowy => recenzja >>>TU<<<
Floslek, Seria do skóry z problemami naczyniowymi, Krem Półtłusty - jest ok, nawilża, jest bardzo bogaty i nie uczula. Myślę, że wrócę do niego na zimę, bo na razie mam co innego;),
Dermacos, krem wzmacniający na noc, skóra naczynkowa, skłonna do zaczerwienień i podrażnień - jest ok, jest lżejszy od tego z Flosleku, bardziej na wiosnę i lato niż na okres jesień - zima. 
 Od lewej:
Nawilżający balsam do ust z Nivei - używam go już od paru lat i jak tylko mi się skończy zazwyczaj od razu kupuj sobie nowy. Póki co najlepiej mi się sprawdza do nawilżania ust - wszelakie zmiany nie wychodzą mi na dobre i teraz nie pamiętam już nawet ile opakowań już zużyłam;)

Floslek, poziomkowa wazelina kosmetyczna -  wazelin z tej firmy też już zużyłam całkiem sporo, chociaż zawsze mi coś zostaje na dnie, bo jest tak wydajna, że nie jestem w stanie tego zużyć przed końcem ważności. Teraz mam różaną z tej firmy i jak ją wykorzystam będę chciała wypróbować Tisane. 
 Oliwkowe masło do ciała z Avonu, z serii Planet Spa => recenzja >>>TU<<<
 Elisabeth Arden Green Tea Tropical - to jeden z moich ulubionych zapachów. Brałam go ze sobą wszędzie gdzie jechałam, niezależnie od tego czy to była Bruksela, Warszawa czy moje miasto rodzinne, to często jej używałam. Dziś mam wiele pozytywnych wspomnień z tym zapachem. I żałowałam, że mi się skończył, bo ta buteleczka wiele pamięta. Na szczęście udało mi się dostać kolejną taką, tylko, że pełną:D
Paese, Long cover fluid => recenzja >>>TU<<<

Wiem, że było trochę tego, aczkolwiek to jest zbiór z kilku moich ostatnich tygodni. Część rzeczy niestety wyrzuciłam jak się zapomniałam;p, ale to o czym dzisiaj Wam wspomniałam to jest zdecydowana większość.
Dajcie znać czy używaliście któregoś z powyższych produktów;)

czwartek, 12 września 2013

Kosmetyki, które się u mnie nie sprawdziły

Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o produktach, na których się zawiodłam. Jeden z nich należy do tych, które albo się kocha, albo omija szerokim łukiem. Ale zacznijmy od początku;).


Jak już zauważyliście produktami, które się u mnie nie sprawdziły są:

1. Skoncentrowana odżywka do paznokci,
2. Krem do twarzy z Ziaji dla suchej skóry z serii kozie mleko. 

Jeżeli chodzi o odżywkę do paznokci, to przez jakiś czas z powodzeniem spełniała swoją rolę. Jednak niestety po dłuższym stosowaniu przesuszyła moje paznokcie, a w efekcie były tak rozdwojone, że mogłam je zdzierać płatami:/. Próbowałam dać jej jeszcze szansę robiąc sobie przerwę w jej stosowaniu, ale niestety nie dało rady i ponownie zrobiła krzywdę moim paznokciomi. Jednak niestety tak to jest z tym produktem, że nie u wszystkich się może sprawdzić:/. Moje paznokcie uratowało odżywcze serum do paznokci z Biovaxu, więc na razie dramatu nie ma;). Jednak dajcie znać jeżeli wiecie co może pobudzić wzrost paznokci jednocześnie ich nie rujnując;). Będę wdzięczna. 

Natomiast w przypadku kremu z Ziaji to niesamowicie mnie podrażnił. Ledwo nałożyłam ten kosmetyk na twarz to moja skóra zrobiła się czerwona i zaczęła piec...cóż na to wygląda, że znalazłam kolejny produkt, który zamiast w miejsce swojego przeznaczenia "pójdzie" w stopy;). Swoją drogą szkoda, że ten krem się u mnie nie sprawdził, bo Ziaja jest marką, którą lubię, bo wiele z jej produktów się u mnie sprawdza, a dodatkowo są one w bardzo przystępnych cenach. 

Dajcie znać czy używałyście tych produktów i czy się u Was sprawdziły;). Ja tymczasem idę zbierać się do pracy;))
P.S. Nie zapomnijcie o konkursie z poprzedniej notki. Jak się sprawdzi będzie takich więcej;)). 

wtorek, 10 września 2013

KONKURS!!!:)

Ci, którzy śledzą mnie na FanPage bloga >>>KLIK<<< zapewne wiedzą, że w powietrzu wisi mały konkursik. W mojej własnej biblioteczce robię coś w rodzaju czyszczenia magazynu. bo muszę znaleźć trochę miejsca na nowe książki, które ciągle mi jakimś cudem przybywają:). Część z moich księgozbiorów właśnie poszła w dobre ręce, ale nowego posiadacza, ale niektóre wciąż szukają nowego domu:)

Co trzeba zrobić, żeby mieć szanse na dostanie książek? 

1. Dokończyć zdanie Książki są dla mnie... można napisać więcej niż jedno zdanie, ale niech to nie będzie długa wypowiedź. 

2. Zostawiać komentarze pod notkami. Niezależnie czy będą one nowe czy są starsze. Po prostu chce wiedzieć, że książki pójdą do kogoś, kto mnie regularnie odwiedza:).

Macie czas do 27 września b. r. Dlaczego aż tyle? Żeby dać szansę nowym osobom, które się pojawiły na blogu:). Nie chce, żeby brak komentarzy kogoś zdyskwalifikował;]. Jednakże przy okazji zaznaczam, żeby komentarze nie były spamem, bo na to jestem uczulona;). Aha, komentarze nie koniecznie muszą być decydujące - kiedy ktoś zauroczy mnie tekstem wysłanym na maila, a nie będę widziała zbyt wielu komentarzy od tej osoby, to pewnie ten ktoś wygra:) Jest jeszcze jedna ważna informacja - będę pomijać te osoby, które dodadzą dużo komentarzy jednego dnia, żeby tylko załapać się na konkurs;].

Co mam dla Was? 



1. J. Jodełka, Polichromia. Zbrodnia o wielu barwach. 
2. K. WIlson, Rodzina na pokaz

Gdzie macie wysyłać maile? 
Pod adres: nataliatw@onet.eu

Zatem jeżeli chcecie wyciągnąć ręce po obie książki życzę Wam dużo weny i cierpliwości do zostawiania komentarzy:). 
P.S. Konkurs/rozdanie naturalnie trwa od chwili pojawienia się notki;)

niedziela, 8 września 2013

Krótki wypad do Rzeszowa:)

Zeszłotygodniowy wypad do Sandomierza i późniejszy grill zainspirował nas (tj. mnie i Rafała) do ruszenia tyłków poza miasto i w tym tygodniu. I wcale nie przeszkadza mi to, że ten wypad był do innego miasta, a mianowicie do Rzeszowa, który jest jeszcze całkiem blisko:) W prawdzie nie zwiedzaliśmy niczego i nie byliśmy nawet w żadnym muzeum, ale uznaliśmy,że to niech będzie taki zwiadowczy wypad na luzie w celu zapoznania się z miastem. 

Zacznijmy od Bałkanicy w wykonaniu Piersi:



Teledysk był kręcony właśnie w Rzeszowie m. in. na rynku,na który skierowaliśmy pierwsze kroki. Po drodze kupiliśmy sobie lody włoskie i znaleźliśmy sobie dogodną miejscówkę na rynku.
Za towarzystwo mieliśmy siebie i Tadeusza Kościuszkę.


Studnia, którą możecie zauważyć w teledysku z początku notki mnie trochę rozczarowała - myślałam, że jest  nieco większa;]. 


Przeszliśmy się po okolicy przy okazji myśląc o tym, co można pójść zobaczyć następnym razem - myślę, że zejście do podziemi byłoby całkiem niezłym pomysłem i jak na jednodniowy wypad zobaczenie np. muzeum etnografii, albo muzeum dobranocek będzie w sam raz:). Wpadliśmy też do Galerii Milenium, która jest największa na podkarpaciu, żeby pochodzić po sklepach. Ja osobiście przy okazji zorientowałam się na co mogłabym uskładać sobie pieniądze;]. 

W samej galerii można spotkać dość nietypowe miejsca do odpoczynku. Ten żółty fotel jest na prawdę ogromny - wybaczcie, ale nie odważyłam się na niego siąść;]. 


 Będąc w galerii zdecydowaliśmy się coś zjeść. Zaryzykowaliśmy i zdecydowaliśmy się na coś co niby ma być kuchnią tajską, chociaż na niej się nie znam i nie wiem ile było w tym kuchni tajskiej. Ja zdecydowałam się na kurczaka w cieście kokosowym, a mój Mężczyzna na podwójnie smażonego kurczaka (czy cokolwiek to było;))

Kurczak w cieście kokosowym z ryżem i surówką. 
Kurczak podwójnie smażony z tymi samymi dodatkami co u mnie;)
Oboje stwierdziliśmy, że jak dla nas to taki słodko - kwaśny obiad nie jest do końca w naszym guście, chociaż takie złe nie było, chociaż może nie do końca smakowicie wyglądało.  W każdym bądź razie zawsze to było jakieś nowe doświadczenie kulinarne;)
Wpadliśmy też do Matrasa - mimo moich ostrzeżeń, że to może się  źle skończyć. No i z księgarni wytargaliśmy m. in. Kuchnię polską autorstwa Hanny Szymanderskiej, która kosztowała 19,90 - normalnie grzech było nie wziąć;]


Zorientowałam się, że w galerii jest Coffeheaven i nie mogłam sobie odmówić wstąpienia na kawę. Padło na Turtle. Czyli kawę, która składa się z: zielonej herbaty, miodu, wanilii, espresso i spienionego mleka. Jest słodka, ale mega dobra i póki co nie piłam lepszej kawy;]. Tak sobie myślę, że cieszę się, że nie ma tego u mnie w mieście, bo moje finanse bardzo by ucierpiały;]. A tak w ogóle ten żółwik na piance mnie rozwalił na łopatki;)


Kiedy po wypitej kawie wyszliśmy do galerii natknęliśmy się na stoisko z żelkami - ostatkiem sił powstrzymałam się, żeby czegoś nie kupić;]. 


Poza tym urzekła mnie kolejka, która jeździła po centrum handlowym. Moim zdaniem jest to świetna atrakcja dla dzieci;). 


 Mam nadzieję, że przy okazji następnej wizyty w Rzeszowie będę przy kasie i będę mogła sobie pozwolić na jakieś konkretne zakupy i np. na wypad do muzeum, żeby móc Wam pokazać coś ciekawszego;]. Mimo to, że ten wypad nie był zbyt treściwy jeżeli chodzi o zwiedzanie, ale mnie osobiście dobrze zrobił, bo mogłam się na kilka chwil oderwać od mojej codzienności i własnego miasta;)

sobota, 7 września 2013

Incandessence i Incandessence Lumiere - moja opinia.

Zapach odgrywa w naszym życiu ważną rolę. Pachnące jedzenie jest dla nas zachętą, aby po nie sięgnąć; zapach naszego domu sprawia, że czujemy się w nim swojsko i możemy się w nim odprężyć; a zapach drugiego człowieka może wzbudzić zarówno niesmak i obrzydzenie (np. w komunikacji miejskiej w upalny dzień, kiedy w dodatku ktoś się nie umył przed wyjściem z domu) jak i przyciągnąć do niego. 

No właśnie jeżeli chodzi o zapachy innych ludzi to bardzo przydatne są dezodoranty i różnego rodzaju wody toaletowe czy też perfumowane;]. Nie wiem jak Wy, ale ja mam coraz większą słabość do tego typu rzeczy. Przywiązuję większą uwagę nie tylko jak pachnie w moim domu, ale też jaką woń można poczuć ode mnie. Chociaż to jak pachnie mój Mężczyzna też nie jest tak zupełnie obojętne (swoją drogą uwielbiam zapach ładnych męskich perfum).

Incandessence oraz Incandessence Lumiere

Jednym z moich ulubionych zapachów jest Incandessence z Avonu oraz jego siostrzany zapach Incandessence Lumiere również z tej samej firmy. Ten pierwszy towarzyszy mi już od lat. Kojarzy mi się ze studiami i mam z nim wiele przyjemnych skojarzeń. Jeżeli wierzyć w to co piszą na Wizażu to Incandessence ma w nutach zapachowych: orchideę, konwalię, bergamotkę, tulipana, frezję, magnolię oraz mimozę. 
Bardzo lubię wracać do tego zapachu - szczególnie wtedy jak mnie weźmie na wspomnienia, albo mam gorszy dzień;]. Mogę śmiało stwierdzić, że dodaje mi nieco pewności siebie - miałam go na obronie pracy magisterskiej i później jak broniłam pracy na podyplomówce;). Incandessence używam przeważnie na jakieś wyjścia, albo do pracy. Moim zdaniem należy do tych zapachów, które można zakwalifikować jako eleganckie. Zdecydowanie jest to produkt, do którego będę wracać dotąd, dokąd będzie dostępny. 

Natomiast jeżeli chodzi o Incandessence Lumiere to w moim przypadku nie było to zauroczenie od pierwszego niuchu. Kiedy go po raz pierwszy powąchałam to pomyślałam, że się z nim raczej nie zaprzyjaźnię, a o dłuższym romansie z tym zapachem nawet nie było mowy. Pachniał mi strasznie mydlanie i mdło. Jednak przezornie zagrzebałam go gdzieś wśród innych zapachów, by po kilku miesiącach do niego wrócić. Kiedy temperatura zaczęła spadać wygrzebałam nieco cieplejsze zapachy na jesień, więc trafiłam i na ten. Kiedy go powąchałam stwierdziłam, że się na da na codzienny użytek i w końcu...go polubiłam:). W  nutach zapachowych Incandessence Lumiere znajdziemy: bergamotkę, kwiat pomarańczy, tuberozę, jaśmin, piwonię, cedr, wanilię i paczulę. Teraz wydaje mi się, że ten zapach jest nieco łagodniejszą wersją podstawowej wersji przez co śmielej go można stosować na dzień;). Być może i ten produkt zostanie ze mną na dłużej, ale mając wybór między wersją podstawową, a Lumiere wybiorę tą pierwszą.

Znacie może któryś z powyższych zapachów?

czwartek, 5 września 2013

Lisa Kleypas, "Wołanie miłości"

Książki odgrywają w moim życiu bardzo ważną rolę. Od kiedy pamiętam w moim domu zawsze było ich pełno. Najpierw moja mama gromadziła ich całkiem spore ilości, a teraz moja domowa biblioteczka ma szansę pobić na głowę tą maminą. 

Kilka ostatnich lat było dla mnie bardzo trudnych. Wiele się zmieniało - włącznie z miastami i krajem, w którym mieszkałam i pracowałam. Jednak podczas tych lat jedyne co pozostawało niezmienne to książki, które zabierałam w każdą podróż niezależnie od tego jak daleko jechałam. Literatura stała się dla mnie czymś w rodzaju małej odskoczni i prywatnego terapeuty - i to całkiem darmowego;). 

Nie mam ulubionego rodzaju powieści, ponieważ zawsze wybieram typ książki w zależności od tego jaki mam nastrój i na co akurat naszła mnie chęć;]. W ostatnim czasie padło na romans, bo potrzebowałam czegoś lekkiego i przyjemnego, co zrelaksowałoby mnie z chaosie zmian i zwiększonego stresu. Na liście powieści, na moim czytniku wciąż wisiało Wołanie miłości, które od jakiegoś czasu niemalże błagało o to by w końcu je przeczytać. Ostatnio nadszedł jego czas - w końcu:). 

~*~

Kiedy sięgałam po Wołanie miłości spodziewałam się lekkiej rozrywki, która oderwie mnie od stresującej codzienności. Ot kolejne puste romansidło - myślałam i początek historii faktycznie na takowy się zapowiadał. Ale od początku...
On outsider zamieszkały z dala od swoich stron i znienawidzony przez miejscowych ludzi. Ona ma narzeczonego z dobrej rodziny, bez którego nie wyobraża sobie życia. Jednakże życie pisze dziwne scenariusze, które często najbardziej zadziwiają nas samych. Kiedy ścieżki Lucindy i Heath'a się zetknęły już na zawsze miały biec równolegle. Pożądanie, jakie w nich wezbrało na nowo napisało miłosną historię pełną wzlotów i upadków, która o dziwo wciąż mnie zaskakiwała. Z pozoru to nie mogło się udać, jednak okazało się, że miłość znajduje drogę jeżeli tylko da się jej szansę...

Opowieść zawartą w tej książce ciężko jest nazwać ambitną, jednakże sama zdziwiłam się jak dobrze charakteryzuje pewne cechy kobiecego charakteru. Cóż - nie oszukujmy się, niektóre rzeczy pozostają niezmienne, niezależnie od czasów, w jakich przyszło nam żyć. 

Chyba każda z nas chce być kochana i doceniana, a przede wszystkim zauważana przez mężczyznę swojego życia. Wołanie miłości opowiada właśnie o tym. Mamy tu historie miłosne (łącznie z wątkiem głównym), które nie raz rozpadały się, albo były na skraju rozpadu, w momencie, kiedy któryś z partnerów zamykał się na tego drugiego, albo kierował się tylko sobie znanymi pobudkami.

Nie spodziewałam się, że napiszę coś takiego zaczynając czytać powyższą książkę, ale w pewnym sensie utożsamiałam się z główną bohaterką. Wiedziałam jak mogła się czuć w momencie kiedy przeżywała sytuacje, w których mogła stracić mężczyznę, którego kocha. Znałam smak tęsknoty i powrotów, których ona doświadczała oraz bliskości ukochanego mężczyzny. Wiedziałam jak smakuje zazdrość, którą przeżywała i świadomość, że może znaleźć się jakaś inna kobieta, dla której jej partner może ją opuścić....

Własnie zaczęłam się zastanawiać co się ze mną stało, że tak bardzo ta powieść do mnie przemówiła - czy to starość czająca się za progiem; a może miłość, która podobno zaburza nie tylko pracę hormonów, ale przede wszystkim rzuca na mózg czarodziejskie zaklęcie, przez które człowiek zmienia się nie do poznania...

Cóż niezależnie od tego co sprawiło, że ta książka stała się jedną z moich ulubionych (chociaż przypuszczam, że talent autorki jest tu nie bez znaczenia), to wiem, że pewnie jeszcze nie raz po nią sięgnę i to z przyjemnością;). Ciekawa jestem jak spojrzę na fabułę za kilka miesięcy, a może lat...możliwe, że będę się śmiała z tego jak ją dziś odebrałam, ale wiem jedno - nie żałuję, że ją przeczytałam. 

Czas spędzony na lekturze tej powieści był ciekawym czasem, który o dziwo coś wniósł do mojego życia i chociażby dlatego śmiało mogę Wam ją polecić. 

Na początku pisałam Wam, że spodziewałam się lekkiej rozrywki po tej książce...jednak nie zawsze taką była... 

Aha i jeszcze jedno...w książce jest kilka pikantniejszych fragmentów. Na szczęście nie zalatują tandetą czy też wulgaryzmem. To moim zdaniem zawsze jest jakimś atutem tej książki;). 

Cóż rozpisałam się za bardzo, ale jakoś nie mogłam się powstrzymać;). Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. 
A tymczasem życzę Wam dobrej nocy...nie wiem jak Wy, ale ja jutro wstaję bladym świtem:/

środa, 4 września 2013

Floslek Laboratorium, Dwufazowy płyn do demakijażu oczu - moja opinia.

Ostatnio czas przecieka mi przez palce, co wywołane jest rozpoczęciem pracy. Jednak chaos związany ze zmianą w moim życiu zaczyna ustępować uporządkowanej codzienności. 
Dzisiaj znalazłam dość dużo czasu na to, żeby napisać Wam coś nowego:). Tym razem będzie o dwufazowym płynie do demakijażu oczu z Floslek Laboratorium.

Jeżeli chodzi o działanie tegoż kosmetyku to producent obiecuje nam, że produkt szybko i skutecznie usunie wodoodporny makijaż oczu. Dodatkowo pielęgnacyjna formuła tego płynu zawiera kojący i łagodzący wyciąg ze świetlika lekarskiego. Płyn ma skutecznie oczyszczać rzęsy i powieki, a skóra wokół oczu ma być wygładzona i nawilżona. 
Poza tym na stronie Flosleku znalazłam informację, że ten produkt jest dobry dla osób noszących szkła kontaktowe - ja takowych nie noszę więc nie mogę się wypowiedzieć na temat czy faktycznie tak jest. 

Zanim przejdę do wyrażania własnej opinii musicie wiedzieć, że ja nie maluję się zbyt często. Makijaż robię jedynie do pracy i ewentualnie na jakieś wyjścia ze znajomymi lub jak wiem, że będę musiała udzielić wywiadu do lokalnych mediów (co też jest związane poniekąd z moją pracą). Dlatego też wszelakie produkty do demakijażu starczają mi na bardzo długo. Poza tym musicie wiedzieć, że nigdy nie używałam też kosmetyków wodoodpornych, co sprawia, że nie wiem jak ten kosmetyk zachowa się w ich przypadku. Jedyne z czym miałam zazwyczaj problem to zmycie tuszu do rzęs. 

Zatem jak już możecie się domyśleć powyższego płynu do demakijażu nie używałam codziennie, więc dlatego zwlekałam z napisaniem o nim czegokolwiek, bo chciałam dać mu szansę i doszukać się jakichś minusów. Jednak w moim przypadku takowych nie było:) Powyższy produkt bardzo dobrze sobie radził z ciemnym makijażem oczu oraz z tuszem do rzęs - co jak wspominałam w moim przypadku nie było takie łatwe. Poza tym ten płyn do demakijażu nie uczulił i nie podrażnił okolic moich oczu - o co u mnie jest bardzo łatwo. Po użyciu tego kosmetyku faktycznie miałam bardziej odżywioną skórę w okolicach oczu, co jest bardzo ważne, bo jak wiecie tu jest ona bardzo cienka.

Jak już wspominałam zwykle miałam problem ze zmywaniem tuszu do rzęs. Na szczęście teraz mam do wyboru dwa produkty, które na pewno sobie z tym poradzą:
1. Bezzapachowy olejek myjący z Biochemii Urody 
2. Dwufazowy płyn do demakijażu oczu z Floslek Laboratorium:)

Jednakże produkt numer dwa jest dużo bardziej dostępny, bo można go kupić w drogeriach, a olejek z BU z tego co się orientuje jest dostępny tylko na stronie internetowej. 

Ja na pewno będę wracać do płynu do demakijażu oczu z Flosleku - no chyba, że najdzie mnie na testy i znajdę coś lepszego, albo będę mieć akurat olejek z Biochemii Urody. Moim zdaniem oba są porównywalne, chociaż ze względu na dostępność aktualnie bardziej skłaniam się ku produktowi z Flosleku. 

A Wy znacie już ten produkt?

niedziela, 1 września 2013

Kilka słów (i zdjęć) z szybkiej wizyty w Sandomierzu:)

Witajcie:)
Mam nadzieję, że nie zapominacie o mnie mimo to, że z moją obecnością na blogu i u Was różnie bywa. Możliwe, że kilkoro z Was wie, że mieszkam na podkarpaciu i mam rzut beretem do Sandomierza - czyli  jakby nie było do sąsiedniego województwa. Ostatni weekend spędziliśmy u rodziców (my tj. ja i mój chłopak), którzy mieszkają w wiosce, która jest już bardzo blisko i jak się wie gdzie popatrzeć z okna widać w oddali hutę szkła i góry stołowe. 

Razem z Siostrą i Szwagrem udało nam się wyskoczyć na chwilę do naszego małego Rzymu. Bo grzechem jest tam nie bywać, skoro mamy tam rzut beretem (niezależnie od tego czy jest moherowy czy nie). Skąd nawiązanie do Rzymu? Otóż Sandomierz jest położony na siedmiu wzgórzach (tak jak podobno Rzym) oraz jak pewnie wiecie mamy diecezję sandomierską, więc jakieś luźne nawiązania do Rzymu są. Może wizyta była krótka, ale zrobiłam kilka zdjęć, więc postanowiłam się nimi z Wami podzielić. 

Poszliśmy na rynek, więc wizyta na Bramie Opatowskiej była obowiązkowa. Dla mnie osobiście wejście na nią jest nie małym wyzwaniem ze względu na mój lęk wysokości. Jak się wchodzi na górę trzeba pokonać dość sporo stromych schodów, ale się opłaca:)



 Powyżej widok na starówkę - w tle Wisła:). Być może pamiętacie, że trzy lata temu mieliśmy powódź w tych rejonach, zatem z racji tego, że większość mojej rodziny tam mieszka, to niestety powódź ich dotknęła.


Widok na starówkę - tym razem z nieco innej perspektywy niż na pierwszym zdjęciu.
Spacerując starówką mija się nie tylko restauracje, ale także miejscowych grajków, którzy umilają spacer. Jednak krępowałam się zrobić im zdjęcia - chociażby przez wzgląd na szacunek dla nich. Z resztą sama nie chciałabym, żeby ktoś umieszczał moje zdjęcie gdzieś w necie bez mojej wiedzy i zgody.



Powyżej macie widok na Góry Pieprzowe - wiem, że widok kiepski, ale fotograf ze mnie żaden i dodajcie do tego tłumy na małej powierzchni i mój lęk wysokości;). Poniżej macie widok na samą Bramę Opatowską. 



Kiedy byliśmy na rynku zobaczyliśmy, że pod ratuszem jest zmiana warty - to było chyba dokładnie przy Matce Boskiej:



Chyba normalnie nie ma takich wart (jak się mylę to mnie poprawcie), ale trafiliśmy na Oazowy Dzień Wspólnoty, który zorganizowany był bardzo wystawnie, więc przy okazji to była dodatkowa atrakcja. Mieliśmy bardzo blisko samdomierską katedrę więc jeszcze przeszliśmy się w jej pobliże. Nie szliśmy prosto z rynku tylko uliczką, która biegnie m. in. obok Collegium Gostomianum. Muszę przyznać, że same te uliczki są bardzo urokliwe. 
 Nie wiem jak Wy, ale ja lubię takie latarenki czy co to, to jest jak ta poniżej:





Tak, żeby móc Wam cokolwiek pokazać z naszego wypadu do Sandomierza to mam tyle zdjęć - reszta jest prywatna;]. W tym mieście jest więcej do pokazania, ale nie miałam zbytniej okazji, żeby zrobić zdjęcia pod bloga - za dużo ludzi się kręciło, a poza tym Siostra ze Szwagrem spieszyli się do domu, bo mają niespełna dwuletniego synka, który akurat przez większość naszej małej wycieczki spał. 


Swoją drogą pewnie z Rafałem na spokojnie odwiedzimy Sandomierz i pewnie będę mogła zrobić więcej zdjęć, którymi będę mogła się z Wami podzielić. A tak przy okazji chcecie, żebym pisała takie posty? Czy zupełnie nie interesują Was podróże?


P.S. Weekend mieliśmy dość intensywny. W sobotę wieczorem mieliśmy rodzinnego grilla i hitem wieczoru była Bałkanica




Swoją drogą w tle widzicie Rzeszów, do którego też mam całkiem blisko;).