środa, 31 lipca 2013

J. Czajkowska "Macocha" - kilka słów

W końcu udało mi się znaleźć trochę czasu na nadrobienie zaległości w czytaniu e-booków. Tym razem na tapecie miałam Macochę autorstwa Jadwigi Czajkowskiej

Jest to powieść o kobiecie, która wyszła za mąż za wdowca z dwójką nastoletnich dzieci. Weszła zatem w dość trudny i skomplikowany układ, który musi udźwignąć. Wszakże ich troje łączą wspólne geny, a ona jest osobą, która dla dzieci jest tak na prawdę obca. W tej sytuacji nie da się w magiczny sposób wymazać pamięci o byłej żonie i matce, bo ta już na zawsze pozostanie w ich sercach i pamięci. Iza (tytułowa macocha) odczuwa obecność Ewy na każdym kroku, a w dodatku chyba jest ktoś, komu zależy na zburzeniu spokoju panującego między dwojgiem małżonków. To jak główna bohaterka sobie ze wszystkim poradzi i czy znajdzie wsparcie w mężu będziecie się musieli sami przekonać...ja ewentualnie mogę dorzucić Wam jeszcze kilka słów od siebie na temat tej powieści...

Otóż musicie wiedzieć, że zawsze z dystansem podchodzę do polskich autorów, których jeszcze nie znam. Przede wszystkim ze względu na to, że wystarczająco dużo razy zawiodłam się na twórczości naszych rodowitych pisarzy. Jednakże po spotkaniu z powieściami Olgi Rudnickiej czy Jakuba Szamałka nabrałam jakby nieco większej odwagi i nadziei na to, że może nie jest tak źle w kwestii naszej  rodzimej literatury. 
Mimo wszystko Macosze długo kazałam na siebie czekać, tak jakby moje uprzedzenia do sięgania po kolejnych polskich autorów wciąż zbierały swoje owoce. Jednakże nadszedł czas na powieść, która, aż prosiła się o przeczytanie - chociażby ze względu na te wszystkie pochlebne opinie jakie ta książka zebrała. Zatem pełna nadziei i dobrych chęci zabrałam się do czytania i...nie zawiodłam się:)
Macocha to niezwykła opowieść o wchodzeniu w trudne relacje z potomstwem partnera; o byciu macochą oraz jej posiadaniu. Zaistniała na początku sytuacja na pewno nie jest dla wszystkich łatwa, ale tak na prawdę to od nas samych bardzo dużo zależy. Jadwiga Czajkowska bardzo sprawnie ukazuje różne aspekty funkcjonowania macoch w społeczeństwie, chociaż zwykle skupia się na ukazaniu trudności mogących się pojawić w momencie, gdy na horyzoncie pojawia się druga kobieta ojca. Jednakże powieść, którą oddała nam autorka tchnie jakąś taką nieokreśloną wiarą w to, że wiele zależy od nas samych i naszego nastawienia. 
Macocha to książka, która podejmuje trudny temat jednak mimo to jest w niej dużo ludzkiej życzliwości, wiary w przyszłość, humoru i ironii. Całość napisana jest w bardzo przystępny sposób, a ja niemalże nie odczułam tych pięciuset stron i żałowałam, że nie ma dalszego ciągu
Muszę przyznać, że pani Czajkowska jest dla mnie kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jeżeli chodzi o polskich pisarzy i z chęcią sięgnęłabym po jakąś inną jej powieść. Zatem pozostaje mi nadzieja, że wspomniana już autorka stworzy coś jeszcze;)

A Wy znacie już tą historię?

wtorek, 30 lipca 2013

Wieści, wieści

Dzisiaj miałam napisać recenzję książki, albo inny tekst. Jednakże tak się zdarzyło, że będzie inaczej - nie pierwszy raz już;)

Otóż jutro rusza nasz blogowy projekt - blog o szeroko pojętej kulturze. Spotkał mnie ten zaszczyt i mój tekst ukarze się jako pierwszy. Ta wiekopomna chwila nastąpi jutro:D Adres? 


Poza tym dziś stało się coś niesamowitego. Byłam w domu i czekałam na mamę, która miała mnie zabrać do siebie (czyt. do rodziców, z którymi mieszka siostra z mężem i synkiem). Jednakże najpierw wyskoczyło mi coś ważnego, a później przyszła pani listonosz z poleconym. Jak zobaczyłam, że to z instytucji, w której miałam pracować od razu pomyślałam, że to tylko pismo z informacją, że wybrali kogoś innego.
Ale nie!
Okazało się, że chcą mnie zatrudnić:)).
Zatem w poniedziałek idę podpisać umowę i w sumie od razu zaczynam pracę:)
Normalnie każdy, kto był na długotrwałym bezrobociu zna tą radość, która towarzyszy możliwości wyrejestrowania się z pośredniaka:)
Zatem życzcie mi powodzenia i trzymajcie za mnie kciuki...praco nadchodzę;)

P.S. Niech jeszcze ktoś mi powie, że w Polsce nie można dostać pracy w zawodzie to go trzasnę;)
Ja mimo bezrobocia ciągle starałam się coś robić - rozwijać się, szukać kontaktów, zdobywać doświadczenie (w charakterze wolontariatu, ale zawsze!), i jak się okazało w końcu jakieś drzwi się otwarły. Jestem z siebie niesamowicie dumna i przeszczęśliwa:) 

Aha...i musicie mi wybaczyć ułomność notki, jestem jeszcze w szoku;)

niedziela, 28 lipca 2013

Floslek, Intensywnie nawilżająca maseczka do twarzy z serii Happy Per Aqua - moja opinia

W zeszłym tygodniu w celu zrelaksowania się zrobiłam sobie domowe spa;].  A co?! Należało mi się jak psu buda;)Oprócz kąpieli z bąbelkami i przy świecach, zrobiłam sobie nadprogramowo peeling twarzy i nałożyłam maseczkę:). Kilkoro z Was pamięta, że jakiś czas temu dostałam paczkę z kosmetykami z Flosleku do testów. Dzisiaj chciałabym Wam napisać o maseczce do twarzy, która była wśród tych wszystkich dobrodziejstw;) 
W swojej przesyłce znalazłam trzy takie saszetki jak ta, którą widzicie obok, każda ma 10 ml, i jest podzielona na dwie części. Jedno opakowanie starcza mi na 4 użycia. 

Według producenta ta maseczka ma: 
  • łagodzić podrażnienia, 
  • stymulować procesy naprawcze skóry, 
  • zapobiegać powstawaniu nowych zmarszczek, 
  • uelastyczniać i ujędrniać skórę, 
  • głęboko nawilżać, 
  • wygładzać, odświeżać i wyrównywać koloryt skóry. 
Zanim przejdę do mojej opinii o tym produkcie, chciałabym zaznaczyć, że moim zdaniem na pielęgnacje twarzy składa się kilka kosmetyków, bo jednym nie jesteśmy w stanie niczego osiągnąć - nie oszukujmy się - nie ma cudownych kosmetyków do twarzy, które załatwią nam wszystko;]...a przynajmniej ja o takowych nie wiem;]
Jednakże każdy etap naszej pielęgnacji odgrywa jakąś rolę i pozwala odpowiednio zadbać o naszą cerę, więc nie wolno go bagatelizować czy też ignorować. Osobiście tak zwaną pielęgnację specjalną (czyli maseczki, sera itd.) staram się używać przynajmniej raz w tygodniu lub w razie potrzeby (np. jak moja skóra potrzebuje dodatkowego zastrzyku nawilżenia). Zatem skoro tą kwestię mamy już jasną przejdźmy do sedna. 
Maseczkę z serii Happy Per Aqua używałam zbyt krótko, żeby móc zaobserwować wszystko to o czym zapewnia nas producent. Jednakże z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że kiedy potrzebowałam szybkiego zastrzyku nawilżenia ten produkt sprawował się genialne. Efekt nawilżonej i odżywionej skóry miałam niemalże od razu:). 
Jak skończy mi się ostatnia saszetka to na pewno będę wracać do tego produktu i kupować go z własnej kiesy;). W końcu moja wrażliwa i sucha skóra nie przyjmie wszystkiego, a jak coś nawilża, odżywia i jeszcze nie podrażnia to znaczy, że w moim przypadku zdarzył się cud:D. Zatem logiczne jest, że nie chcę rozstawać się z kosmetykami, które mi się sprawdzają;)

Co do jasności to mam skórę suchą, wrażliwą i naczynkową, więc sprawa z pielęgnacją nie jest u mnie taka prosta. Musiałam nauczyć się czego muszę używać i czego nie. Zatem chciałam na koniec zaznaczyć, że ta maseczka z Flosleku może nie sprawdzić się u posiadaczek cery tłustej lub mieszanej w kierunku tłustej, bo będzie zbyt nawilżająca;]. Ja jednak póki co jestem  z tego produktu bardzo zadowolona, a przy jego cenie i dobrej dostępności nie zamierzam sobie odmawiać przyjemności z jego używania;)

A Wy znacie tą maseczkę? 

sobota, 27 lipca 2013

Przetrwałam;]

Jak pewnie wiecie miałam bardzo stresujący tydzień - miałam szansę na zaczepienie się w pracy w zawodzie na kilka godzin, jednakże nic z tego nie wyszło:( No, ale nic to będę sobie radzić bez tego - w sumie innego wyjścia nie mam. Zatem w swoim życiu miałam sporo zamieszania i musiałam sobie zastosować różne zabiegi niwelujące stres. 
Zatem poza zajmowaniem swojej głowy czymś co utrudnia mi myślenie (np. wizyta w kinie na nowym filmie) wzięłam sobie relaksującą kąpiel z bąbelkami przy świecach i dostarczałam sobie środki uspokajające w formie czekolady do picia;] 
Dzięki temu, że udało mi się podłapać trochę lewej kasy zrobiłam sobie zamówienie z mojego ulubionego sklepu z czekoladą - Chocolissimo. Pisałam Wam o ich produktach, jak miałam serię notek dotyczącą inspiracji na Dzień Ojca (jak chcecie sobie odświeżyć pamięć to zapraszam >>>TU<<<)

Wybrałam sobie dwa smaki - waniliowy i chili;) Czekolada przychodzi do nas w wersji kuleczek, które trzeba rozpuścić i później roztrzepać trzepaczką, albo wymieszać mikserem, więc jest nieco więcej pracy niż przy normalnej pitnej czekoladzie - a;e warto:).

Jeżeli chodzi o wersję waniliową to moja pierwsza myśl po pierwszym łyku brzmiała "jej smakuje zupełnie jak biała czekolada". I tak to była miłość od pierwszego łyku, bo przypomniało mi się dzieciństwo (biała czekolada już wtedy była moją ulubioną!). Jest ona bardzo słodka, więc trzeba uważać z dawkowaniem sobie ilości kuleczek, które rozpuszczamy, a charakteru nabiera dopiero po dodaniu cynamonu i/lub gałki muszkatułowej. 

Jeżeli chodzi o czekoladę o wersję z chili to jest ona w smaku bardziej wytrawna. Kiedy weźmiemy łyk najpierw mamy  w ustach eksplozję smaku gorzkiej czekolady, a dopiero gdzieś na samym końcu przebija się nienachalny smak chili. Też jest pyszna z cynamonem i/lub gałką muszkatułową. Ja do dodania jej słodyczy dodaję jeszcze odrobinę cukru, albo kulkę białej czekolady. Uwielbiam;) (właśnie piję drugą filiżankę tej czekolady;). 

Cena jest powalająca, bo każdy produkt kosztuje, aż ok. 36 zł za sztukę, ale te produkty są warte swojej ceny i czasem można zaszaleć (jak np. tak jak ja miało się dodatkowy zastrzyk gotówki). Myślę, że to będzie nieziemski produkt na jesienne i zimowe wieczory. W każdym bądź razie ja znalazłam już czekoladę, która smakuje jak czekolada, a nie jakiś wyrób czekoladopodobny, albo kakao;] 

Na koniec chcę zaznaczyć, że za te produkty zapłaciłam sama, zatem nikt mi ich nie dał w prezencie i nie pochodzą ze współpracy - piszę jakby ktoś miał wątpliwości co do tego czy znów mi czegoś nie zasponsorowali, co podobno może mieć wpływ na moją opinię;p. Otóż sprawa ma się tak, że przeważnie robię sobie u nich zakupy i płacę za nie z własnej kieszeni i zdążyłam polubić produkty z Chocolissimo na tyle, że zwykle moje zdanie jest podobne niezależnie od tego w jakich okolicznościach znalazłam się posiadaczką tych produktów;}
Więc to by było na tyle;]
Miłego weekendu wszystkim


czwartek, 25 lipca 2013

Misz masz, czyli o tym jakie wrażenie wywarł na mnie "Jeździec znikąd" i odrobina prywaty na koniec

Moim zdaniem Johnny Deep jest niekwestionowanym atutem, każdego filmu, w którym gra. Dlatego też jak tylko zobaczyłam zwiastun Jeźdźca znikąd stwierdziłam, że nie ma bata i muszę iść na to do kina. 

Film był reklamowany jako coś wyprodukowanego przez twórców Piratów z Karaibów, więc z tyłu głowy miałam, że być może produkcja będzie miała nieco wspólnych cech z Piratami...jednak nie myślałam, że aż tyle...

Niemniej zacznieijmy od początku. 
Akcja kręci się wokół tego, że Stróż Prawa na Dzikim Zachodzie wraz z Indianinem Tonto chcą pomścić swoich towarzyszy. Obaj stanowią skrajnie odmienne osobowości i każdym z nich kierują inne motywy działań; co czyni ten duet niepowtarzalnym. Na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje na to, że nie może im się udać, jednakże dla wspólnego celu starają się dogadać i połączyć siły. Na początku nie żywią do siebie sympatii, aczkolwiek w w miarę rozwoju akcji możemy zaobserwować w jaki sposób zmieniają się ich relacje, i o dziwo obaj jakoś dają radę;)
Jeździec znikąd to dla mnie taka kolejna wersja Zorra pomieszana z westernowską wersją Piratów z Karaibów, co niestety wywołało u mnie wrażenie, że to wszystko już gdzieś kiedyś było, a szkoda:(. Tu nawet Tonto jest dla mnie indiańską wersją Jacka Sparrowa, a niektóre z końcowych scen do złudzenia przypominają swoje odpowiedniki z czwartej części Piratów z Karaibów - ten kto oglądał oba filmy być może zauważył podobieństwa. Dodatkowo sam film trwa ponad dwie godziny przez co mnie ciągnął się niesamowicie:(...
Ale wiecie ja jestem tylko laikiem i nie znającym się na kinie szaraczkiem...może po prostu nie doceniam kunsztu tego filmu...a może po prostu autorzy polecieli po najniższej linii oporu i nie chciało im się tworzyć czegoś bardziej oryginalnego od historii, którą  już kiedyś wymyślili. Bo w końcu po cóż się wysilać skoro można przerobić coś, co  już się nakręciło?? No, ale cóż. Mimo to nie żałuję, że byłam na tym w kinie, tym bardziej, że mogłam spędzić kilka chwil z Rafałem. Poza tym chociaż na trochę mogłam oderwać się od zamętu dnia codziennego i zapomnieć o tym co w ostatnim czasie tak bardzo mnie stresuje

Tak poza tym nawet nie macie pojęcia jak bardzo się cieszę, że ten tydzień się kończy. Był on dla mnie bardzo trudny pod względem psychicznym - dużo stresu, życiowych zawirowań, chaosu i szczypta lekarskich badań... Ale też zdarzyło się wiele dobrych rzeczy, otwarło się nieco drzwi prowadzących do samorozwoju, a ja uwierzyłam, że czasem warto walczyć o swoje, nawet pomimo tego, że najbliżsi nie wierzą w powodzenie naszych działań...ja uwierzyłam, że warto i trzeba walczyć o swoje! Mimo wszystko...
Dodatkowo zamówiłam sobie z Chocolissimo czekoladę do picia i jest przepyszna...szczególnie ta jedna...ale to już temat na inną notkę. 

wtorek, 23 lipca 2013

Joanne Harris "Czekolada" - kilka słów ode mnie

Czekoladę autorstwa Joanne Harris chciałam przeczytać już od dawna. Naczytałam i nasłuchałam się tyle o tej książce, że po prostu nie mogłam przejść obok niej obojętnie i niemalże skakałam z radości znajdując ją na bibliotecznej półce w trakcie wizyty w tym moim małym raju na ziemi. 

Do małej francuskiej mieściny (jednej z tych, w których czas się zatrzymał) wraz ze swoją córeczką przyjeżdża tajemnicza i piękna młoda kobieta. Jej mieszkańcy ze zdumieniem obserwują, jak Vianne z Anouk odnawiają starą piekarnie znajdującą się na rynku i urządzają tam sklep z czekoladą. W dniu otwarcia właścicielka ofiarowuje odwiedzającym jej sklep takie czekoladki, które  każdy z nich lubi najbardziej - tak jakby znała ich najskrytsze myśli i pragnienia. Dla wielu mieszkańców przyjazd Vianne jest prawdziwym darem od losu, jednakże są i tacy, którym jest ona solą w oku i są w stanie zrobić niemalże wszystko, żeby tylko opuściła Lansquenet. Nadchodzi Wielkanoc i Vianne chce urządzić dla dzieci festiwal czekolady, ale nieprzychylni jej ludzie za wszelką cenę chcą jej w tym przeszkodzić. 

Czekolada okazała się magiczną powieścią o podróży, przełamywania własnych barier i słabości oraz o odnajdywaniu samego siebie i własnej przystani, w której można się zakotwiczyć.
Główna bohaterka jest kobietą, która nigdy nie mogła znaleźć tego miejsca, w którym mogłaby osiąść na stałe, i które tym samym stanowiłoby jej azyl. Tym razem ma nadzieję, że to właśnie w Lansquenet znajdzie swój dom i pozbędzie się swoich duchów i demonów z przeszłości. W ciągu tego czasu, kiedy Vianne mieszka w tej małej mieścinie ma niesamowity wpływ na ludzi, którzy niemalże jak za dotknięciem różdżki zmieniają się...na lepsze. Mimo to są tacy mieszkańcy, którzy dopatrują się w niej czarownicy, która sieje zamęt, zgorszenie i przyjechała sprowadzać ludzi na złą drogę. Mimo to dzięki niej wiele osób z udręczonych przemienia się w wolne i szczęśliwe istnienia, które na nowo zaczynają odczuwać uroki życia. Vianne sprawia, że paradoksalnie to inni odnajdują swoją bezpieczną przestrzeń, a wcześniej mają odwagę o nią walczyć i po nią sięgnąć. Ukazana przemiana poszczególnych postaci w tej historii jest niesamowita, ujmująca i czasem nawet dramatyczna. Jednakże nie chciałabym Wam psuć przyjemności z zapoznawania się z tą opowieścią (o ile jeszcze jej nie znacie) i zdradzać szczegółów. W każdym bądź razie Vianne pozwoliła ludziom, którzy z nią przebywają wydobyć z siebie swoje pragnienia, marzenia i człowieczeństwo, co było jak wsadzenie kija w mrowisko, w środowisku pełnym hipokryzji i uprzedzeń.

Joanne Harris w piękny i pełen wzruszeń sposób zmusiła mnie do refleksji nad samą sobą, własnymi lękami i uprzedzeniami, którymi kieruję się na co dzień. Poza tym niemalże z każdej strony wyzierał upojny zapach czekolady, który uwodził i sprawiał, że chętnie wracałam do lektury. (Tak na marginesie przez to nie mogłam się powstrzymać i zrobiłam drobne zakupy w moim ulubionym sklepie z czekoladą, ale o tym innym razem;)). 

Czekolada zostanie w mojej pamięci na długo i zapewne jak będę miała jakiś przypływ dodatkowej gotówki (np. taki jak ostatnio, że za napisanie jednego tekstu trafiło mi się trochę tzw. lewego grosza;)) na pewno zakupię sobie własny egzemplarz;]. Zapewne będę chciała jeszcze nie raz sięgnąć po tą powieść. Wiem, że pewnie jestem ostatnią osobą wśród moli książkowych, która dotarła do tej powieści, ale widocznie czekała ona na swój czas, co wyszło mi na dobre. 

Zatem jeżeli jakimś cudem znajdzie się wśród Was osoba, która jeszcze nie zna tej książki to szczerze zachęcam do rozejrzenia się za nią przynajmniej na bibliotecznych półkach. Szkoda, żebyście nie znali tak mądrej, pięknej i wzruszającej historii, która nawet cierpienie i zmiany potrafi ukazać w sposób niesamowity i niezwykle urzekający;) A teraz z wielką radością idę sobie nałożyć bakaliowych lodów i oddam się przyjemności, którą jest obejrzenie ekranizacji tejże powieści:D

niedziela, 21 lipca 2013

Moje aktualne zapachy na lato:)

Po tym jak objechałam poprzednią mgiełkę postanowiłam Wam napisać o zapachach na lato, które ja lubię i używam krótszy lub dłuższy czas. 
Zacznę od mojego ulubionego psiukadła na cieplejsze pory roku. I chyba niewielu z Was zdziwi to, że jest to Elisabeth Arden Green Tea Tropical. Używam go już od ok 1,5 roku, przez co mam z nim wiele wspaniałych skojarzeń i pięknych wspomnień, które budzi. 

Z informacji, które znalazłam na Stylistce wynika, że ten zapach otwiera liczi, które przechodzi w zieloną herbatę i chińską magnolię. Natomiast podstawę stanowi piżmo, tropikalne czarne porzeczki i morski mech. 

Zapach kupowałam na szybko i zupełnie w ciemno, ale potrzebowałam czegoś jak wyjeżdżałam do Belgii i nie miałam czasu specjalnie za czymś się rozglądać, bo pochłaniały mnie przygotowania do wyjazdu i przedwyjazdowe spotkania z rodziną i znajomymi. Jednak ten produkt był strzałem w dziesiątkę. Mi pachnie zieloną herbatą i cytrusami - jest bardzo świeży i orzeźwiający, co sprawia, że bardzo przyjemnie się go nosi wiosną i latem. Jednakże chętnie używałam go również jesienią i zimą, kiedy miałam dość cięższych zapachów używanych stosownie do danej pory roku. Obecnie produktu mam już na dnie i używam go bardzo oszczędnie i naturalnie na wyjątkowe okazje. Na pewno będę do niego wracać, bo jak już wspominałam mam z nim wspaniałe skojarzenia i na pewno będę go używać dalej;). Minusem jest na pewno niska trwałość, jednak mogę mu to wybaczyć. W regularnej cenie 100 ml kosztuje coś ok. 100 zł, ale można ją często dostać po promocji jak się dobrze poszuka;). 

Następnym produktem, o którym chcę wspomnieć jest różana mgiełka z Victoria's Secret. Kupiłam sobie ją w zeszłym roku na urodziny;]. Ma ona pojemność 250 ml i szczerze mówiąc nie mam pojęcia ile kosztowała, bo najzwyczajniej w świecie nie pamiętam. 
Jeżeli chodzi o zapach to mi pachnie różanie - bez żadnych upiększeń czy dodatków, więc spodoba się tym z Was, które lubią produkty o tym zapachu.  

Tego produktu używam głównie wieczorami, albo w chłodniejsze wiosenne lub letnie dni, ponieważ w cieplejsze dni najzwyczajniej w świecie by się nie sprawdził. 

Z racji swojej pojemności zużyłam mniej niż 1/3 produktu (chociaż dużo robi też fakt, że nie używam jej na co dzień, bo mi szkoda ze względu na to, że jest trudno dostępna w mojej okolicy i muszę się postarać, żeby dostać mgiełki z tej firmy). 

Ostatnią rzeczą, którą chciałabym Wam polecić jest mgiełka z Playboy z serii Play it Pin Up Collection
W nucie głowy znajdziemy: bergamotkę, ananasa i nektar z dojrzałej brzoskwini;
Nutę serca stanowią: wata cukrowa, dzika róża i jaśmin, 
A na bazę zapachu składa się: żywica Benzoin, drzewo sandałowe, paczula oraz subtelny aromat pralinek
Wzięłam ją nieco na tak zwanego czuja jak byłam na zakupach w Rossmanie i szczerze mówiąc nie była to miłość od pierwszego niuchnięcia.
Po powrocie do domu z zakupów stwierdziłam, że jak na lato jest to zbyt słodki zapach, który mi się nie przyda i będzie niepotrzebnie leżeć przez lato do jesieni, a do tego czasu o nim na pewno zapomnę. Jednakże postanowiłam dać szansę tej mgiełce i teraz noszę ją na co dzień;). Zaraz po spryskaniu się, faktycznie jest słodka i dusząca, jednak jak nieco wywietrzeje bardzo ładnie pachnie i wyczuwalny jest jaśmin, który tak bardzo lubię w zapachach;). Myślę, że jest to produkt, który z powodzeniem można używać przez cały rok:]. Minusem jest na pewno nienajlepsza trwałość, ale po mgiełkach nie ma co oczekiwać cudów. Jeżeli mi się będzie sprawdzać tak dalej zapewne zainwestuje w wodę toaletową o tym samym zapachu. 
A poza tym nie wiem jak Wam, ale mnie bardzo podoba się szata graficzna etykietki;)

A Wy jakich zapachów używacie na lato?

sobota, 20 lipca 2013

Mgiełka z Avon o zapachu fiołka i liczi.

Dziś chcę Wam napisać o nieszczęsnej mgiełce do ciała z firmy Avon, którą miałam wątpliwą przyjemność używać. Ja miałam tą o zapachu fiołka i liczi, i na prawdę nie wiem gdzie miałam głowę zamawiając ją sobie i pamiętając wszelakie negatywne opinie na jej temat.

Produkt ten kosztuje parę złotych; tak gdzież w przedziale od ok. 7 - 11 zł i jakoś rzadko kiedy pojawia się w większej cenie (o ile w ogóle można go za więcej dostać). O przepraszam w katalogu nr 11 można kupić ją za 17 zł jeżeli jest to jedyny produkt, który się zamawia z danego katalogu, a jak się kupi dowolną rzecz i tą mgiełkę to wtedy kosztuje 6,99;]. Cóż...szczerze mówiąc chyba bym zwątpiła jakbym dała za nią kilkanaście złotych mając świadomość, że w tej samej cenie jestem w stanie sobie kupić coś dużo trwalszego, co nie pachnie tandetnie;] W sumie tak po prawdzie to moja bardzo subiektywna opinia, bo mojej współlokatorce ta mgiełka się bardzo podoba i Jej przyszła teściowa też ją ponoć używa (albo używała - już nie pamiętam;]). W każdym bądź razie ja ten produkt używałam nie tylko na siebie, ale też np. jako odświeżacz powietrza...zatem teraz mam już go niezmiernie dość i na pewno do niego więcej nie wrócę. 
Póki co na szczęście mam na lato dwie inne mgiełki, które polubiłam, i o których napiszę Wam oddzielne notki;]


A Wy mieliście może jakieś doświadczenia z tymi produktami, z Avonu? 
Może jednak jest wśród Was ktoś, kto lubi te produkty? Bo może to tylko ja wydziwiam, albo tylko ta wersja jest taka słaba...

czwartek, 18 lipca 2013

Magnetyczny Kraków, czyli na co moim zdaniem warto zwrócić uwagę poza Wawelem i Rynkiem Głównym:)

Po moim kilkumiesięcznym pobycie w Brukseli, a później w Warszawie moja chęć do przeprowadzania się z miejsca na miejsce, a już na pewno podróży znacznie wzrosła. Jednakże od kiedy wróciłam z naszej rodzimej stolicy do domu nie miałam możliwości wyjechania dalej niż do pobliskiego Rzeszowa czy Tarnobrzega ( no i jeszcze ewentualnie do rodziców na wieś;p). Zatem jak się domyślacie u mnie z podróżami szału nie ma;]. Od powrotu do mojego rodzinnego miasta minęło już sporo czasu, a moja chęć do podróży dodatkowo wzrosła. Póki co lipiec mam dość intensywny co utrudnia mi jakiekolwiek dalsze wyjazdy, lecz mam nadzieję, że w sierpniu zaliczę przynajmniej jeden lub dwa wypady. 

Jednym z moich podróżniczych marzeniem jest Kraków - magiczne miejsce, w którym zapewne zawsze znajdzie się jakaś ciekawa atrakcja poza zwyczajową wizytą na Rynku Głównym czy też Wawelu. Chciałabym chociaż raz pojechać tam na dłużej niż dzień, żeby móc spokojnie zobaczyć wszystko co chcę, wziąć udział w jakimś ciekawym wydarzeniu czy po prostu przysiąść w jakiejś przytulnej kawiarni i móc chłonąć atmosferę tegoż miasta. Taka  dwudniowa lub dłuższa wyprawa wiąże się z nieco dłuższymi przygotowaniami niż te robione na krótki jednodniowy wypad. W końcu trzeba się spakować i zaplanować nocleg (w Krakowie pewnie takowych nie brakuje i mamy duży wachlarz noclegów do wyboru od hosteli po  hotele , więc możemy sobie coś upatrzyć w zależności od tego ile pieniędzy chcemy  na to wydać wydać) 

Zastanawiacie się pewnie co mnie kusi w Krakowie...przecież tam jest taki opatrzony przez wielu z nas standard typu Wawel, Rynek Główny, Barbakan czy Brama Floriańska. A ja znalazłabym jeszcze coś, co chciałabym tam robić i czego doświadczyć...w końcu w Krakowie tyle się dzieje!

Otóż jedną z takich rzeczy, które mam na liście "do zaliczenia" w naszej byłej stolicy jest zobaczenie żydowskiej odsłony Krakowa. Podążyłabym zapewne szlakiem żydowskim na którym obowiązkowymi elementami są  m. in. Stara Synagoga, fabryka Schindlera, Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli czy też Muzeum Żydowskie "Galicja". W trakcie II wojny światowej, w Krakowie znajdowało się przecież również jedno z żydowskich gett. Możecie sobie mówić co chcecie na temat tego judaizmu, ale jego wyznawcy już na zawsze będą nieodłącznym elementem naszej historii i kultury.

Kraków przyciąga też wydarzeniami kulturalnymi takimi jak chociażby Festiwal Kultury Żydowskiej, Noc Jezzu (która odbyła się w zeszły weekend), cyklicznie odbywające się Targi Książki czy najważniejsze wydarzenie w Europie związane z literaturą, a mianowicie Festiwal Conrada, który już od pierwszej edycji jest z nimi powiązany (trwa on od 21 - 27 października, więc może się załapię;)). 

W tym miejscu chciałabym zatrzymać się na chwilę właśnie przy Festiwalu Conrada, ponieważ nie spotkałam się jeszcze z tym wydarzeniem na żadnym z literackich blogów, które odwiedzam, a to może być dość ciekawe;). W końcu odwiedza mnie kilku moli książkowych, którzy mogą być zainteresowani tymże festiwalem.

Conrad Festival to zakrojony na szeroką skalę projekt Gminy Miejskiej Kraków, Fundacji "Tygodnika Powszechnego",  Krakowskiego Biura Festiwalowego i szeregu instytucji instytucji oraz podmiotów wspierających. 
Dlaczego właśnie Joseph Conrad stał się patronem festiwalu skoro nie jest to wydarzenie poświęcone jego twórczości? Otóż autor Jądra ciemności użycza swojego nazwiska jako patron święta literatury światowej dzięki temu, iż osiągnął międzynarodowy sukces tworząc w obcym języku. Conrad stwierdził, że może pisać tylko w języku angielskim, co było spowodowane jego morskimi doświadczeniami na angielskich statkach, które uczyniły z niego pisarza. 

To co w tym festiwalu jest fajne to, to, że gośćmi na tym wydarzeniu są autorzy z różnych krajów, a co za tym idzie  są to ludzie piszący w różnych językach oraz reprezentujący różne kultury i światopoglądy. Wśród zaproszonych w tym roku gości najbardziej jestem ciekawa Asy Larsson i braci Quay:). Kurczę, aż się zapaliłam do tego, żeby pojechać na ten festiwal choć na dzień lub dwa;p (tak jak wspominałam wyżej trwa on dobrych kilka dni i wątpię, żebym była w stanie rzucić wszystko na tak długo;)). By the way to cieszę się, że to wydarzenie kulturalne jest dopiero za trzy miesiące, bo może będę w stanie odłożyć trochę grosza, żeby móc w nim uczestniczyć. 

Jednakże wracając do Krakowa... To miasto kojarzy mi się z miejscem tętniącym życiem, bardzo klimatycznym, gdzie można "dotknąć" naszej historii (tej bardziej i mniej odległej). Dla mnie jest to jedno z najważniejszych miast w naszym kraju, więc trochę wstyd go nie znać, tym bardziej, że mieszkam stosunkowo blisko niego. Tak sobie pomyślałam, że idealnym rozwiązaniem byłoby nocować gdzieś u znajomych, którzy mieszkają w Krakowie, ale niestety z tymi, którzy tam są nie mam już dobrego kontaktu. Zatem pozostają mi tylko hostele i hotele oraz poleganie na własnych umiejętnościach planowania wyjazdów i posługiwania się mapą;)

W lipcu (i chyba też w  niestety sierpniu) nie dam rady się pojawić w naszej byłej stolicy, jednak jeżeli akurat macie lub planujecie urlop w najbliższym czasie, a nie macie na niego pomysłu to np. do 28 lipca trwa Letni Festiwal Jezzowy, a na Powiślu z tego co kojarzę są zaplanowane atrakcje dla dzieci, które odbywają się cyklicznie.

Osobiście pocieszam się jedynie faktem, że w Krakowie często coś się dzieję i jak tylko czas oraz finanse mi pozwolą nie odmówię sobie przyjemności odwiedzenia tego miasta. I na pewno będę chciała włożyć więcej wysiłku w to, żeby zobaczyć coś więcej niż tylko Wawel, Rynek, czy Bramę Floriańską. Tak jak wspominałam wystarczy znaleźć tylko odpowiedni nocleg i niezależnie od tego czy nocujemy u znajomych, w hostelu czy hotelu, sami jesteśmy w stanie spędzić ciekawie czas, który upłynie nam nie wiadomo kiedy...

A Wy planujecie gdzieś wakacyjne wyjazdy? Co jest na Waszej podróżniczej liście marzeń (oj moja jest niemiłosiernie długa)? 
Jak wybieracie sobie noclegi podczas wyjazdów?  
Szukacie hosteli lub hoteli, a może kierujecie się możliwością postawienia namiotu na jakimś polu namiotowym? 
Jestem ciekawa Waszych doświadczeń i tego czy np. macie jakiś sposób na znalezienie noclegu dostosowanego do Waszych możliwości? 
Uważam, że dobry nocleg też ma spory wpływ na to jak przeżyjemy dany wyjazd dlatego chcę na zaś się zorientować. Moim marzeniem byłoby móc nie zwracać uwagi na koszty i wybrać sobie jakiś dobry hotel, chociaż domyślam się, że jeżeli mamy dobrze zaplanowany wyjazd i odbywamy podróż w doborowym towarzystwie to w tym momencie dobrze mieszka się i śpi nawet na polu namiotowym czy u znajomych (ewentualnie rodziny);)
A tak przy okazji może możecie mi polecić jakiś hostel, albo niedrogi hotel właśnie w Krakowie? 

P.S. A tak swoją drogą właśnie wpadłam na to, żeby "obczaić" teatry w Krakowie;]...może znajdzie się jeszcze jeden argument za tym, żeby odwiedzić to miasto;)

wtorek, 16 lipca 2013

My Vibe od Avon - kobiecym okiem

Nie wiem jak Wy, ale ja lubię zapach ładnych męskich perfum, a jak już Ten mój ładnie pachnie to mam podwójną przyjemność I wcale nie musi być to drogi produkt...jeżeli nie pachnie tandetnie to nawet pachnidło za jakieś 30 zł. przejdzie. Takim właśnie produktem jest My Vibe z Avonu, bo jak jest w promocji (w której można złapać go przeważnie) kosztuje mniej więcej te trzy dyszki;]

Tak po prawdzie mój Wybranek dostał ode mnie jedną buteleczkę w sumie nieco przez przypadek, bo moje fundusze były dość okrojone, kiedy robiłam Mu prezent, a chciałam dołożyć do tego coś jeszcze, więc wybór padł na ten produkt. Jednakże kupione na czuja psiukadło okazało się być strzałem w dziesiątkę, bo razem z bratem zamówili sobie kolejną buteleczkę tegoż zapachu;]. Ostatnio nawet tak sobie pomyślałam, że muszę Mojemu sprawić kiedyś inną wodę toaletową, albo coś -  ot tak dla urozmaicenia;)

Z informacji, które znalazłam na Stylistce dowiedziałam się, że jest to zapach z kategorii owocowo-fougere (cokolwiek to nie znaczy;)) i składa się na niego orzeźwiająco - słodka woń melona i świeże szałwiowe nuty, a akordy drzewa cedrowego uzupełniają całość i nadają jej męskiej wyrazistości. 
Produkt ma 50 ml i szczerze Wam powiem, że nie mam zielonego pojęcia jak jest u niego z trwałością i wydajnością, bo sama jej nie używam, a Rafał mi nic nie wspominał;]. Jednakże myślę, że nie ma zbyt wiele wymagać od tegoż produktu...chociaż może nie ma co oceniać tego po cenie;]

W każdym bądź razie polecam jako zapach na co dzień, bo w swojej kategorii cenowej jest całkiem niezły - jest całkiem przyjemny dla nosa, więc źle nie jest:), a do tego służy nie tylko mojemu Mężczyźnie, ale też i Jego bratu oraz pośrednio mnie.

Znacie ten zapach? Może Wasi mężczyźni używają lub używali? A może sami mieliście okazję go sprawdzić na sobie? 



poniedziałek, 15 lipca 2013

Andrzej Zieliński, "Skandaliści w koronach. Łajdacy, rozpustnicy i głupcy na polskim tronie"

W mojej karierze edukacyjnej chyba miałam pecha do historyków. Przedmiot, którego uczyli jawił mi się jako nudny zbitek dat, nazwisk i faktów. Jednakże od jakiegoś czasu moją niechęć do historii wywołaną niezbyt dobrymi nauczycielami zaczęły przełamywać książki (no bo w sumie cóż innego;p). 


Jakiś czas temu trafiłam na książkę pt.


Skandaliści w koronach. Łajdacy, rozpustnicy i głupcy na polskim tronie. autorstwa Andrzeja Zielińskiego. 


Autor pisze o sprawach, które w sumie powinny być oczywiste ze względu na to, że każdy wie, iż na dworach panowała bardziej rozwiązła atmosfera i wielu dworzan (i władców) nie cofnęło się przed najgorszymi nawet czynami. Mam jednak wrażenie, że przez wyidealizowany obraz historii, który jest nam przekazywany często nie mamy świadomości tego, że i nasi monarchowie byli tylko ludźmi - wraz ze swoimi słabościami, pragnieniami i pokusami.

Naginanie historii do własnych potrzeb, a nawet jej upiększanie ma bardzo długą i bogatą tradycję w naszym kraju. Naszych królów i ich czyny idealizowali nadworni kronikarze tacy jak Gall Anonim, Wincenty Kadłubek czy Jan Długosz. A czasach kiedy traciliśmy niepodległość pozwalało to przywoływać dawnych monarchów z całą listą ich wspaniałych zalet i czynów. Zresztą nawet w podręcznikach do historii zwykle poprawiało się wizerunki naszych władców, gdyż nie pasowało to do budującej wizji naszych dziejów czy też zdaniem autorów nie zasługiwało na pamięć. 

Zieliński w swojej publikacji zrywa kilka zasłon i pokazuje, że obok czynów, którymi bez wątpienia mogli się poszczycić nasi władcy był też cały szereg skandali i zbrodni czy też czynów, które można najzwyczajniej nazwać głupotą. W Skandalistach w koronach... autor stara się zmusić nas do refleksji i zweryfikować poglądy na nasze dzieje i monarchów, którzy rządzili naszym państwem. 

Przyznam się Wam, że na początku czytania tej książki żałowałam, że nie robiłam sobie notatek i rozpiski jeżeli chodzi o panowanie i pokrewieństwo postaci, które opisuje autor. W tym wszystkim można łatwo się pogubić szczególnie osobom, które tak jak ja są wzrokowcami i nie mieli szczęścia do nauczycieli.  A przecież Zieliński dodatkowo wspomina również o osobach, o których wielu z nas mógł najzwyczajniej w świecie nie usłyszeć na lekcji historii;]. Dlatego też ta pozycja wymagała ode mnie większego skupienia, ale z czasem było już tylko łatwiej;).
Andrzej Zieliński ostatecznie pogrzebał moją idealizację wszelakich postaci historycznych. Do tej pory żyłam w złudnych przekonaniach wpojonych mi przez nauczycieli, a które szczęśliwie zostały obalone przez kilkoro autorów ukazujących nasze dzieje jako wynik działań ludzi, którzy posiadali takie jak my wady i byli wystawieni na pokusy, którym mogli ulegać ze względu na swój społeczny status oraz majątek, który posiadali. 
To zadziwiające ile w naszej historii było walk bratobójczych, królobójstw, zdrad małżeńskich, klątw rzuconych przez wysokich hierarchów Kościoła i śmierci...na syfilis;]. Książkę pochłonęłam z przyjemnością i poza kolejką;p...jakoś tak nie mogłam się jej oprzeć i miałam rację. Moim zdaniem Skandaliści w koronach... są idealną lekturą zarówno dla historycznych laików, jak również dla tych co wiedzą nieco więcej, chociażby ze względu na pewne perełki jeżeli chodzi o naszą historię. 
Ja z przyjemnością sięgnę po inne pozycje Zielińskiego i mam nadzieję i na niektóre z nich już ostrzę sobie pazury. Pozostaje mi mieć nadzieję, że znajdę te publikacje i będę mogła pomóc stopnieć moim ostatnim obiekcjom jeżeli chodzi o historię naszego państwa...

piątek, 12 lipca 2013

Yrsa Sigurdardóttir "Statek śmierci"

Od dawna lubię czytać powieści, przy których mogę się trochę pobać, a już bajką jest jeżeli autor zawarł w niej jakąś intrygę, albo wątek kryminalny. Statek śmierci autorstwa Yrsy Sigurdardóttir zapowiadał się własnie na taką książkę... 

W Reykjawiku rozbija się luksusowy jacht, a na jego pokładzie nie ma nikogo z załogi ani turystów, którzy nim płynęli. Jacht jest własnością Banku Islandzkiego, od momentu, w którym jego poprzedni właściciel popadł w długi. Dwoje pasażerów miało wykupione polisy na życie za wysoką kwotę, a firma ubezpieczeniowa chce mieć pewność, że nie doszło do oszustwa ubezpieczeniowego. Tora (prawniczka zajmująca się sprawą ubezpieczeń dwojga turystów) usiłuje ustalić co wydarzyło się na pokładzie i wkrótce odkrywa przerażającą prawdę oraz misternie uknutą intrygę. 

Wyobraźcie sobie, że jesteście na środku morza i w pewnym momencie w zamrażalce znajdujecie ciało, którego wcześniej tam nie było, a w krótkim czasie od dokonania tego znaleziska zaczynają dziać się dziwne rzeczy, po czym zaczynają ginąć Wasi współpasażerowie - i to w tajemniczych okolicznościach. Aparatura zawodzi, więc nie ma z nikim kontaktu...,aż ciary przechodzą po plecach... Akcja rozgrywająca się na statku wciągnęła mnie bardzo i z niecierpliwością czekałam na każdy kolejny rozdział opisujący wydarzenia na jachcie. Jednakże tak jak tam wszystko rozgrywało się dynamicznie, tak na lądzie nie było już tak ciekawie... Czasem miałam wrażenie, że autorka na siłę wtrąca pewne dialogi czy opisy sytuacji - na szczęście nie zdarzało się to często. 

Przystępując do lektury powyższej powieści miałam nadzieję na to, że spodoba mi się przynajmniej tak samo jak Pamiętam cię, które czytałam niespełna rok temu. I faktycznie Statek śmierci okazał się być bardzo ciekawą lekturą, która momentami trzymała w napięciu, dzięki czemu poszczególne fragmenty czytałam z zapartym tchem. Często wracałam do domu z pracy na tyle szybko na ile mogłam, żeby skończyć to co zaczęłam. 

Powyższa powieść nie jest idealna, ale mimo mankamentów wciągnęła mnie na tyle, że zwykle chętnie do niej wracałam. Zatem jedyne co mi pozostaje to polecić Wam tą książkę o ile będziecie mogli po nią sięgnąć;)

środa, 10 lipca 2013

Manga "Shingeki no Kyojin" - recenzja



Nadszedł czas na moją kolejną gościnną notkę u Natalii. Dziś nie zamierzam pisać o kolejnej przeczytanej książce lecz o czymś, co jest nowością na tym blogu. W ostatnią sobotę, buszując po Internecie natknąłem się na serial anime Shingeki no Kyojin (Attack on Titan) i od razu obejrzałem w ten sam dzień wszystkie 14 odcinków które są dostępne. Każdy z nich jest z polskimi napisami. 


Historia jest tak niesamowita i wciągająca, że na drugi dzień przeczytałem 47 rozdziałów mangi o tym samym tytule, na podstawie której zrobiono serial animowany.


Bardzo krótko napisze, że akcja serialu toczy się w fikcyjnym czasie ok. roku 850, ludzkość żyje na niewielkim terytorium oddzielonym od reszty świata wysokimi na kilkadziesiąt metrów murami, gdzie chroni się przed tytanami – olbrzymami, które zdziesiątkowały ludzkość ok. 100 lat przed czasem w którym toczy się akcją serialu. Mury są na tyle wysokie, że za nimi ludzkość wraca do normalnego życia, gdyż żaden tytan nie jest w stanie ich pokonać, a tym samym zagrozić ludziom. No ale każdy mur kiedyś musi runąć, i tu zaczyna się właściwa akcja serialu. Pojawia się olbrzymi tytan który robi dziurę w murze przez, który mniejsze tytany wkraczają na i tak małe terytorium kontrolowane przez ludzi. Ludzkość staje do nierównej walki by uchronić się przed całkowitym unicestwieniem.
Ta historia bardzo wciąga i jak przeglądałem fora dotyczące Shingeki no Kyojin okazało się, że nie tylko ja przy pierwszym kontakcie z tą opowieścią obejrzałem od razu wszystkie odcinki i przeczytałem całą mangę. Zastanawiam się teraz co sprawiło, że tak się wciągnąłem w tą opowieść. Myślę, że stało się to za sprawą zagadek, pytań które stawia serial np. skąd się pojawiły w świecie ludzi tytani? jak powstały wielkie mury chroniące ludzie przed tytanami, chodź ludzkość jest na poziomie średniowiecza i nie dysponuje technologiami do budowania takich murów nawet dziś? Dlaczego tytani zjadają ludzi? Autor chce żebyśmy zgadywali, domyślali się co z czego wynika i dlaczego tak jest. W trakcie rozwoju fabuły dostarczane są odbiorcy wskazówki dotyczące niewyjaśnionych kwestii, których sens jest jasny dopiero gdy autor ujawnia rąbek tajemnicy. Na przykład bardzo ciekawy byłem jak autor wyjaśni powstanie wielkich murów, ludzie nawet dziś nie mogliby ich wznieść, a co dopiero w krótkim czasie i mierząc się z takim ogromnym zagrożeniem. Myślałem, że autor w banalny sposób to wyjaśni, bądź w ogóle się o to nie pokusi, a się bardzo zaskoczyłem rozwiązaniem tej kwestii, które zasugerował. Dużo w tym wszystkim fantastyki, trochę sensacji, akcji, przygody, polityki, wojskowości, taktyki. Postacie nie są czarno - białe jak to zwykle jest w zachodnich filmach. A i jeszcze jedno od czego powinienem zacząć tą recenzje. Najwięcej w tym wszystkim jest horroru. Obraz rozrywanych i zjadanych przez tytanów ludzi, właściwie to chleb powszedni Shingeki no Kyojin więc nie polecam czytać czy też oglądać tego podczas posiłku. I nie przesadę jeśli odradzę tą lekturę komuś kto ma słabe nerwy, bo sceny walk są dosadne, wręcz obrzydliwe.
Mnie to jednak nie odstrasza, lecz bardziej szokuje i tym samym przyciąga.
Jedynym minusem tej historii jest to, że historia walki ludzi z tytanami nie ma jeszcze zakończenia i chyba długo mieć nie będzie. Chciałbym już poznać odpowiedzi na wszystkie pytania i zobaczyć w końcu jak ludzie wracają na szczyt łańcucha pokarmowego. Niestety serial pokazuje tylko pierwsze rozdziały opisane w mandze. A sama manga wydawana jest w rozdziałach, które ukazują się co miesiąc. Akcja w komiksie dzieję się bardzo powoli, mimo licznych bardzo dynamicznych momentów. Jest w niej też bardzo wiele „przegadanych” rozdziałów które czasem rodzą więcej pytań niż dają odpowiedzi. Jak się domyślacie nic mi nie dało, że przeczytałem w niedzielę wszystkie dostępne rozdziały. Myślę, że na zakończenie będę musiał poczekać jeszcze ze 2 lata przy tym tempie publikowania poszczególnych rozdziałów. 
Mimo wszystko polecam. Z pewnością będę śledził ukazujące się kolejne części tej historii.
Nie będę więcej się rozpisywał o czym jest ten serial czy komiks, inni zapaleni fani japońskiej sztuki komiksu zrobili to z pewnością dużo lepiej niż ja mógłbym to zrobić. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę tytuł serialu i powinniście się zdziwić, (a przynajmniej ja się zdziwiłem) jak wiele jest w Polsce osób, które tym serialem/komiksem się zachwycają. Aż dziwi, że ten serial nie został pokazany w Polskiej TV (właściwie dopiero teraz po raz pierwszy jest emitowany w Japonii). 
Jeżeli chcecie wiedzieć więcej polecam recenzję:


wtorek, 9 lipca 2013

Krótkie opinie o kosmetykach, które właśnie mi się skończyły.

Dziś chciałabym Wam napisać krótkie opinie dotyczące kosmetyków, które właśnie wykorzystałam. Postanowiłam opisać je w jednej notce ze względu na to, że nie mam zbyt wiele informacji, które chciałabym  Wam przekazać na ich temat. 

1. Żel pod prysznic Palmolive; seria Absolute Relax z olejkiem eterycznym  Ylang - Ylang i ekstraktem z delikatnego irysa


Dostałam ten żel  w prezencie jako jedną z kilku rzeczy na jakieś imieniny, albo inne mikołajki;p. Wiem, że chęci obdarowującej były szczere, ale niestety zapach produktu jest zupełnie nie trafiony:(. W prawdzie sam kosmetyk bardzo dobrze sprawdza się pod prysznicem, nie uczula, dobrze się pieni i jest wydajny, to  zapach sprawiał, że kończyłam ten produkt zapewne dużo wolniej niż normalnie zużywam tego typu kosmetyki. Jednakże na pewno sięgnę po inne żele pod prysznic z tej firmy, bo są dobre i większość z nich bardzo ładnie pachnie. 
Niestety nie wiem jaka jest cena, bo sama nie kupiłam sobie tego żelu, a będąc na zakupach nie zwróciłam na nią uwagi:/

2. Żel pod prysznic z Yves Rocher; seria Jardins du Monde; zapach pomarańczowy.



Uwielbiam ten żel! Jego zapach kojarzy mi się z pomarańczową mambą, a przez to przypomina mi się dzieciństwo i babcia, od której dostawałam te gumy do żucia;). Produkt jest w tak zgrabnej buteleczce, więc spokojnie można go zabrać ze sobą na jakiś wyjazd. Osobiście na pewno do niego kiedyś wrócę;)

3. Odżywka do włosów w spreju z firmy Gliss Kur do włosów cienkich, płaskich i zniszczonych


Ten produkt wiele razy ratował mi tyłek, kiedy miałam mało czasu, albo nie miałam siły na stosowanie odżywki ze spłukiwaniem. Nie zauważyłam jakiejś radykalnej poprawy stanu moich włosów po stosowaniu tej odżywki aczkolwiek od niej wymagałam tylko, żeby nieco odżywiła moje włosy oraz pomogła je rozczesać i spełniła moje oczekiwania w tym względzie. 
Pewnie do niej wrócę, ale chciałabym wypróbować inne odżywki w sprey'u:)

Znacie któryś z tych kosmetyków? 
Jakie macie zdanie na ich temat? 

Jak macie jeszcze ochotę na jakąś kosmetyczną notkę, to zapraszam >>>TU<<<

poniedziałek, 8 lipca 2013

Zakupy:)

Która z nas nie lubi zakupów? Pewnie każda kobieta ma jakiś swój "konik" zakupowy, w którym mogłaby  wybierać i przebierać...ja mam tak, że mogę długo utknąć w jakiejś księgarni lub drogerii i chociaż nie mam tak jeżeli chodzi o zakupy obuwnicze czy ubraniowe to i takie jestem zmuszona czasem robić. W weekend miałam okazję zrobić sobie większe zakupy, więc chciałabym Wam się pochwalić częścią z nich: 

1. Książki:


W mojej biblioteczce w końcu zagościł Atlas chmur Davida Mitchella, który mnie wręcz prześladował od jakiegoś czasu. Będąc w księgarni nie mogłam oprzeć się Nocnej zmianie S. Kinga. Oj tak - niestety książki są niebezpieczne dla mojego portfela:(

3. Woda perfumowana o zapachu konwalii i malin z firmy Estetica:


Większość letnich zapachów mam już na wykończeniu, więc postanowiłam zaopatrzyć się w jakiś taki na co dzień. Jest bardzo słodki, więc zapewne będę go używać w bardziej wietrzne dni, albo wieczorami, kiedy nie jest tak duszno - w innym wypadku szybko by mi zbrzydł ten zapach. 

3. Buty:


Bardzo często zaopatruję się w ubrania i buty na tak zwanym rynku, z kilku względów:

  • jest to siedlisko perełek, 
  • jest bardzo tanio, więc nie jest żal w razie czego;),
  • zwykle to tam mogę znaleźć coś w swoim rozmiarze - a mała to ja nie jestem;]
Balerinki kupiłam za całe 20 zł, z przeznaczeniem na co dzień;]. Chciałabym sobie kupić przynajmniej jeszcze jedną parę do śmigania, ale to może za tydzień jak się uda;). Poza tymi rzeczami kupiłam sobie dwie pary standardowych dżinsów, ale nie ma w nich nic wyjątkowego, więc uznałam, że nie ma sensu ich pokazywać;).

A Wam udało się poczynić jakieś zakupy w ostatnim czasie? 

niedziela, 7 lipca 2013

Ka Hancock "Tańcząc na rozbitym szkle" - moja opinia

Jeszcze do niedawna myślałam, że największym przejawem miłości do drugiej osoby jest pozwolenie jej żyć życiem mimo to, że wiąże się to z tym, że ta osoba będzie fizycznie nieobecna w naszym życiu, a nawet z czasem urwie się z nią/nim kontakt. Może to dlatego, że takie doświadczenie mam już za sobą i kiedy to przeżywałam było mi bardzo ciężko. Jednakże z czasem nauczyłam się, że miłość sama w sobie wymaga odwagi i siły, aby jej sprostać, szczególnie jeżeli jest to miłość trudna - z góry skazana na wiele prób. Tak było w przypadku Lucy i Mickey'a - bohaterów powieści Tańcząc na rozbitym szkle, autorstwa Ka Hancock

Lucy jest obciążona genetycznie ryzykiem zachorowania na raka, Mickey cierpi na chorobę afektywną dwubiegunową. Ta dwójka nigdy nie powinna się w sobie zakochać, nie tylko ze względu na z góry określone trudności, ale także na ryzyko obciążenia genetycznego potencjalnego dziecka oraz ryzyko przedwczesnej utraty drugiej osoby. Jednak mimo obaw, wątpliwości i obrony przed rodzącym się między nimi uczuciem Lucy i Mickey zakładają rodzinę. Dla obojga jest to tytułowy taniec na rozbitym szkle ponieważ Lucy towarzyszy swojemu mężowi w każdorazowym napadzie jego choroby, co do łatwych i przyjemnych nie należy. Wymaga to od niej dużo miłości i siły oraz odwagi. Dodatkowo przy zachorowaniu na raka wcale nie jest takie oczywiste, że mąż będzie przy niej.
Dla dwójki bohaterów tej powieści najtrudniejszy czas nadchodzi w momencie gdy Lu zachodzi w ciążę. Na początku małżeństwu towarzyszy szok – przecież dołożyli wszelkich starań, żeby uniknąć poczęcia dziecka, a tu z niewiadomych przyczyn ono się pojawia. Szok, strach i wątpliwości przechodzą w miłość i radosne oczekiwanie na dziecko. Jednak ta historia zapowiada się, na opowieść bez szczęśliwego zakończenia, bowiem okazuje się, że w trakcie trwania ciąży u Lucy nastąpił nawrót raka - złośliwy i z przerzutami do płuc. W tym momencie główna bohaterka jest bliska dokonania aborcji...

Tańcząc na rozbitym szkle to poruszająca powieść o trudnej miłości, która zmusza bohaterów do podejmowania trudnych decyzji i walki z przeciwnościami losu, których ten im nie szczędzi. W powieści szczególnie dwójka głównych bohaterów staje przed moralnymi dylematami, które sprawiają, że każda podjęta decyzja wyda cierpkie owoce. To jak potoczy się historia Lu i Mickey'a musicie sprawdzić sami. Ja mogę Wam tylko zdradzić, że chciałabym być tak kochana jak Lucy i tak silna jak ona. Miłość, którą przeżywają główni bohaterowie jest trudna i wymaga od obojga wielu poświęceń, a to czego doświadcza ta literacka para często jest normalnie powodem do rozpadu związku – mimo wielkiej miłości i podejmowania licznych prób utrzymania relacji z kochaną osobą.

Powyższa powieść dołączyła do tych nielicznych historii, przy których wylałam sporo łez – a wzruszyć mnie nie jest łatwo. Będąc świeżo po lekturze tej książki zastanawiam się dlaczego tak długo kazałam jej na siebie czekać...możliwe, że po prostu ta powieść potrzebowała odpowiedniego czasu (chociaż po trosze bałam się, że to będzie kolejna z tych banalnych i mdłych historii, przez którą ciężko będzie mi przebrnąć). Teraz mogę Wam jedynie powiedzieć, że jeżeli wachacie się co do tego czy sięgnąć po tą pozycję to moim zdaniem powinniście ich się wyzbyć. Ale naturalnie ostateczna decyzja należy do Was...



sobota, 6 lipca 2013

Floslek Laboratorium; Masło do pielęgnacji ciała liczi, arbuz - moja opinia

Obecnie jestem w trakcie czytania Statku śmierci i Tańcząc na rozbitym szkle, tą drugą powieść powinnam skończyć do jutra zatem jej recenzja pewnie najpóźniej pojawi się w poniedziałek. Na moją opinię o tej pierwszej będziecie musieli jeszcze trochę poczekać;p [życie;]]. 

Tymczasem w ramach przyjemnego przerywnika między recenzjami książek mam dla Was pierwszą recenzję produktu z tych, które znalazły się w paczce z Flosleku:). Chodzi mi o masło do pielęgnacji ciała o zapachu liczi i arbuza, o pojemności 240 ml
Samego produktu (jak możecie zauważyć na załączonym obok zdjęciu;]) zostało mi już tylko na dnie, więc stwierdziłam, że ta minimalna ilość w opakowaniu nie będzie miała znaczącego wpływu na moją opinię dotyczącą tegoż kosmetyku i mogę się zabrać do pisania o nim notki:)

Ten produkt według producenta ma poprawiać kondycje skóry, jej ukrwienie i wygląd. Ekstrakt z owoców liczi ma pomóc w utrzymaniu odpowiedniego nawilżenia skóry, a naturalne oleje: słonecznikowy, babassu, masło Shea oraz oliwa z oliwek mają zmiękczyć i wygładzić skórę. Ten produkt latem ma regenerować naszą przesuszoną i odwodnioną po opalaniu skórę, a zimą zapewnić prawidłowe nawilżenie i natłuszczenie skóry wystawionej na działanie centralnego ogrzewania. 

Kiedy otworzyłam to masło w pierwszym momencie pomyślałam sobie, że pachnie jak arbuzowa guma balonowa dla dzieci, co sprawiło, że od razu chciałam go użyć, ale musiałam jeszcze nieco poczekać, bo właśnie wyjeżdżałam na weekend i musiałam już wyjść nie mając czasu na dopakowanie dodatkowego kosmetyku do swojej podróżnej torby (poza tym chyba nie było już gdzie go wcisnąć;p). 
Produkt (tak jak to w przypadku maseł) ma gęstą i dość zbitą konsystencje, chociaż odniosłam wrażenie, że nie jest tak treściwy jak chociażby niektóre masła z Bielendy, których swego czasu używałam. Jednakże w moim przypadku wyszło to na plus, ponieważ nie dawał wrażenia klejącej się skóry oraz wchłaniał się w odpowiednim czasie (jednak nie na tyle krótko, żebym mogła nakładać go rano przed wyjściem z domu). Na mojej skórze niestety zapach nie utrzymuje się zbyt długo, jednakże moja łazienka pachniała nim nieco dłużej;)
Przez ostatni czas używałam go regularnie i nie używałam w tym okresie niczego innego do smarowania ciała, więc to co jeszcze mogę powiedzieć to, to, że moja skóra po jego stosowaniu, jest odpowiednio nawilżona i odżywiona, a sam kosmetyk nie uczula. Jednakże mam wątpliwości czy to masło do ciała sprawdzi się u mnie kiedy będzie głęboka zima, a moja skóra wyschnie na wiór. Myślę, że będę w stanie cokolwiek napisać w tym temacie jeżeli uda mi się sięgnąć po ten produkt jeszcze w jesienno - zimowym okresie  (o ile przy okazji nie zapomnę tego zrobić, co z moim roztrzepaniem nie jest takie trudne) i zrobię porównanie jego działania latem i zimą;]...ale to tylko wtedy, kiedy będę mogła sobie pozwolić na wydanie nieco więcej pieniędzy na masło do ciała, bo ten produkt kosztuje ok 22 zł - przynajmniej w tym Rossmanie, w którym robię zazwyczaj produkty. Widziałam jeszcze wersję wanilia - czekolada na półce, więc pewnie jak przyjdą chłodniejsze dni sięgnę po ten wariant zapachowy (no chyba, że będą akurat dostępne jeszcze inne zapachy, które bardziej przypadną mi na tamtą chwilę do gustu;)). W każdym bądź razie zapowiada się, że będę wracać do tego produktu co jakiś czas mimo jego ceny.

A Wy znacie już ten produkt? 
Lubicie? A może wręcz przeciwnie? 

wtorek, 2 lipca 2013

J. Szamałek "Morze Niegościnne"

Morze Niegościnne to moje drugie spotkanie z twórczością Jakuba Szamałka. I muszę Wam powiedzieć, że tak jak po powieść Kiedy Atena odwraca wzrok sięgałam z lekką nutką dystansu i sceptycyzmu, tak po drugą książkę autora sięgnęłam, jako po pewniak. 

Leochares wraz ze swoją rodziną z Aten dotarł do miast Bosporu położonych nad Morzem Czarnym. W tym miejscu szukał spokoju i szansy na nowe życie z dala od polityki i wojen. Jednakże wbrew swojej woli zostaje rzucony w sam środek spisu, który ma wstrząsnąć całym starożytnym światem. W siedzibie władcy Bosporu zostaje zamordowany poseł, który prowadzi sekretne negocjacje. Leo musi znaleźć morderce zanim wiadomości o jego śmierci zburzą kruchy pokój. W trakcie śledztwa główny bohater obnaża sieć pałacowych intryg oraz bliżej poznaje ludy zamieszkujące rubieże ówczesnego znanego świata. Leochares odkrywa również, że jego małżonka zna się na prowadzeniu śledztwa nie gorzej niż on sam. Mimo to wspólne dochodzenie prawdy zamiast ich zbliżyć powoduje, że ich związek staje pod znakiem zapytania.

Sięgając po Morze Niegościnne chciałam przeczytać kryminał, który nie tylko będzie ambitniejszy od Londynu we krwi, ale również spowoduje, że przeniosę się w zupełnie inną rzeczywistość. Pamiętając poprzednią książkę Szamałka przeczuwałam, że nie zawiodę się na tej powieści. Tak też było!:)
Autor daje nam do ręki książkę z wartką akcją i niemalże na każdym kroku zaskakuje nas nie tylko rozwojem śledztwa, ale także postaciami, które kreuje. Pisarz zręcznie dawkuje nam informacje, co sprawia, że zakończenie ma szansę być dla odbiorcy zaskoczeniem. W Morzu Niegościnnym mamy okazję zobaczyć starożytnych Greków nie jako papierowe i wyidealizowane postacie, ale także jako ludzi, którzy mają swoje marzenia, plany i obawy oraz wiodą zwykłe życie pełne trosk, nadziei i radości. W tej powieści czytelnik jest motywowany do zerknięcia pod płaszczyk pozorów i czujności, czego w wielu powieściach brakuje. 
Bardzo polubiłam klimat powyższej powieści, ich bohaterów i sposób w jaki przedstawiana jest starożytność - a właściwie ludzie żyjący w tamtych czasach. Niestety miałam to nieszczęście, że uczący mnie historycy skutecznie zniechęcali mnie do tego okresu w historii poprzez sposób, w jaki o nim mówili, a podczas przygotowań do matury był on dla mnie zmorą niemalże nie do pokonania. Dlatego też moje spotkanie z tą publikacją sprawiło, że nie dostaję uczulenia na najmniejszą chociaż wzmiankę o starożytności. Chciałam sobie dawkować przyjemność, jaką było czytanie Morza Niegościnnego, jednakże przez ponad 100 ostatnich stron nie potrafiłam się oderwać od tej powieści i pochłonęłam je niemalże jednym tchem... Podczas lektury tejże powieści nie raz wstrzymywałam oddech, uśmiechałam się pod nosem, albo po prostu wybuchałam śmiechem, ponieważ pewne sytuacje wywoływały u mnie bardzo pozytywne skojarzenia. 
Dziś wiem, że jeżeli Jakub Szmałek opublikuje coś jeszcze ja z pewnością będę chciała po to sięgnąć. Na koniec mogę Wam jeszcze napisać, że cieszę się, iż trafiłam na tak zdolnego polskiego autora, który dla mnie jest nadzieją na to, że z naszą rodzimą literaturą nie jest jeszcze tak źle;)

A Wy znacie już powieści tego pisarza?