piątek, 31 maja 2013

Greg Olsen "Wszędzie śnieg"

Wszędzie śnieg Gregga Olsena to kolejna powieść w wersji elektronicznej, którą miałam możliwość przeczytać. Szczerze mówiąc sama się dziwię jak bardzo czytnik do e-booków się u mnie przyjął..ale do rzeczy. 

Od Wydawcy:
Hannah Griffin była dzieckiem, gdy na rodzinnej farmie doszło do tragedii. Wciąż pamięta blask płomieni odbijający się od świeżego śniegu i trupy, które znalazła policja – w tym ciało jej matki. Było to jedno z najbardziej makabrycznych miejsc zbrodni, jakie Ameryka widziała od dziesięcioleci, a mordercy nigdy nie znaleziono... Dwadzieścia lat później, gdy Hannah robi błyskotliwą karierę w laboratorium kryminalistycznym, przeszłość znów puka do jej drzwi. Tłumione do tej pory pytania domagają się odpowiedzi. Zabójca po latach pragnie wyrównać rachunki. Anonimowa wiadomość mrozi Hannah krew w żyłach: Dzwoniła Twoja matka...

Ode mnie:

Wszędzie śnieg to powieść, którą czytałam z niesamowitą przyjemnością. Po poprzedniej lekturze o kolejnej ciemnej historii w KK, obcowanie z książką, przy której nie muszę zbytnio myśleć stanowiło niezbędną dla mnie przeciwwagę i możliwość złapania równowagi intelektualnej (jeżeli można to tak nazwać i rozumiecie o co mi chodzi;)) Gregg Olsen to pisarz, któremu udało się mnie zaskakiwać na każdym kroku. Autor zręcznie dawkował mi informacje co spowodowało, że chętnie wracałam do książki i z niecierpliwością czekałam, aż dany wątek się rozstrzygnie (a Olsen posiada umiejętność zręcznego przesuwania tego w czasie, co powodowało, że jeszcze ciężej było mi się oderwać od jego powieści). Wszędzie śnieg to jedna z tych książek, która bardzo mnie absorbowały i zaprzątały moje myśli zwłaszcza wtedy kiedy nie mogłam po nie sięgnąć. Sprawne budowanie napięcia przez pisarza, skupienie się na głównym wątku i odpowiednio (czyli nie za mało i nie za dużo) rozbudowane wątki poboczne sprawiały, że zawsze kiedy ktoś próbował mi przerwać czytanie reagowałam z poirytowaniem lub wręcz ze złością. 
Reasumując - dostałam do ręki intrygującą powieść, która jest przyjemnym towarzyszem w pochmurne wiosenne wieczory i genialnie zapełnia czas. Jej zakończenie może zadziwiać, ale to jest dodatkowy atut tejże książki. Wszędzie śnieg spodobał mi się tak bardzo, że jak tylko pojawiła się możliwość przeczytania innej książki tego samego autora chętnie skorzystałam i mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się tu notka o Zgliszczach...póki co czekam, aż do mnie dotrą;)

czwartek, 30 maja 2013

"Milczenie. Tajne stosunki Kościoła Katolickiego z argentyńską dyktaturą wojskową. Od papieża Pawła VI do kardynała Bergoglia" Horacio Verbitsky

Dziś chcę Wam napisać o książce trudnej - trudnej, ale moim zdaniem bardzo ważnej, ponieważ jej autor podjął się opisania wydarzeń należących do ciemnych kart Kościoła Katolickiego. Takie tematy zawsze budzą kontrowersje, a opinii jest tyle ilu ludzi. O czym piszę? Chodzi mi o Milczenie. Tajne stosunki Kościoła Katolickiego z argentyńską dyktaturą wojskową. Od papieża Pawła VI do kardynała Bergoglia autorstwa Horacio Verbitsky'ego

Od Wydawcy: 
Gdy w 1979 roku Międzyamerykańska Komisja Praw Człowieka odwiedziła siedzibę Szkoły Mechanicznej Marynarki Wojennej (ESMA) w Buenos Aires, nie znalazła ani śladu po przetrzymywanych tam więźniach. Marynarka wojenna, z pomocą Kościoła, ukryła ich na wyspie Silencio, zwyczajowym miejscu wypoczynku kardynała arcybiskupa Buenos Aires. To jedyny znany na świecie przypadek obozu koncentracyjnego w posiadłości kościelnej. Do tajnych stosunków, jakie po blisko trzech dekadach ujawnia niniejsza książka, należą wpływy admirała Massery na papieża Pawła VI, podwójna gra ówczesnego prowincjała Towarzystwa Jezusowego Jorge Bergoglia, zaangażowanie nuncjusza apostolskiego, Pía Laghiego, i sekretarza ordynariatu polowego, Emilia Grassellego, w „program resocjalizacyjny” dla więźniów ESMA. W tej pasjonującej książce, którą czyta się jak najlepszy thriller, Horacio Verbitsky opisuje fascynację złem w instytucji, której zdeklarowanym celem jest czynić dobro.

Jedna z najbardziej dyskutowanych książek ostatnich miesięcy autorstwa sławnego publicysty tropiącego zbrodnie argentyńskiej junty. Autor odkrywa kontrowersyjne stosunki Kościoła z dyktaturą wojskową i opisuje fascynację złem w instytucji, której zdeklarowanym celem jest czynić dobro.




Ode mnie: 

Mnie osobiście zawsze zadziwia to jaki los ludzie potrafią zgotować sobie nawzajem - i to niezależnie od tego w jakich czasach mieszkają lub mieszkali. W powyższej publikacji zaskakuje fakt, że w instytucji, która deklaruje czynienie dobra wciąż znajdują się ludzie zdolni do czynów, które po prostu nie mają prawa zaistnieć. Opisywanie tejże sytuacji jest dla mnie aktem  godnej podziwu odwagi. Autor w swojej publikacji powołuje się nie tylko na słowa świadków, ale też przytacza dokumenty, do których udało mu się dotrzeć. 

Sytuacja, w której dochodzi do opisywanych przez Verbitsky'ego wydarzeń dla mnie jest nie do pomyślenia i sprawia, że w mojej głowie (i tak już wystarczająco uprzedzonej do KK) pojawia się jeszcze więcej dystansu, pytań i wątpliwości odnośnie do instytucji, która niegdyś była dla mnie bardzo ważna. Myślę, że zarówno agnostycy jak i ateiści dostaną dzięki Milczeniu... kolejny argument przemawiający za ich postawą, natomiast wielu z katolików będzie próbowało oswoić sobie w pewien sposób opisywane prze autora fakty chociażby przez racjonalizowanie nowo nabytych informacji, tudzież próby tłumaczenia ludzi zaangażowanych w cały proceder. Uważam, że takie publikacje są potrzebne, chociażby po to, żeby dać ludziom do myślenia i pomóc im w funkcjonowaniu, w katolickiej rzeczywistości. Moim zdaniem dzięki tego typu pozycjom każdy z katolików jest zmuszony do postawienia sobie pytania o to czy wierzy w idee głoszone przez KK i w jakim stopniu ciemna strona ludzi kościoła wpływa na jego postawę wobec wyznawanej religii. Osobiście uważam, że przy takich sprawach należy brać pod uwagę to, że w te złe wydarzenia wplątana jest tylko część ludzi, jednak wiele osób związanych z KK potrafi czynić wiele dobra. W końcu źli ludzie zdarzają się nie tylko w Kościele Katolickim...

Publikacja o stosunkach Kościoła Katolickiego z argentyńską dyktaturą wojskową jest pozycją trudną nie tylko dlatego, że traktuje o poważnym temacie, ale też dlatego, że laikowi takiemu jak ja ciężko jest zrozumieć jej treść, ponieważ łatwo jest pogubić się w faktach i nazwiskach bez uprzedniej znajomości zagadnienia. 

Myślę, że ukazywanie się książek o takiej tematyce jest ważne i niezbędne, ponieważ mamy prawo wiedzieć o tego typu procederach. Jednak każdy z nas powinien sam wyrobić sobie zdanie ich temat, a to głównie dlatego, że ilu ludzi tyle...światopoglądów, opinii i spostrzeżeń... Zatem każdy z nas będzie miał inny stosunek do faktów opisanych przez autora. 

niedziela, 26 maja 2013

Podróże małe i duże #1: Łuk Tryumfalny, Bruksela


Chyba każdy z nas ma takie miejsca, które są dla niego ważne; za którymi tęskni, kiedy nie może tam regularnie bywać, i które wiążą się z wieloma wspomnieniami. Ja mam kilka takich miejsc, które zawsze zabieram ze sobą we wspomnieniach - gdziekolwiek bym nie przebywała. Dla mnie jednym z takich miejsc jest Bruksela. Spędziłam kilkanaście wspaniałych tygodni, które będę wspominać do końca życia. Do Łuku Tryumfalnego miałam od siebie dwa przystanki metrem i prawie każdego dnia mijałam go pokonując swoją zwyczajową trasę. Wtedy nie doceniałam tego, że mam blisko do tak klimatycznego miejsca i fakt, że mogłam w każdej chwili wsiąść do tramwaju lub metra, by móc poczytać książkę w cieniu tej budowli stanowił dla mnie część codzienności. Dziś chciałabym móc wracać do Brukseli regularnie - odwiedzać takie miejsca jak to i chłonąc ich atmosferę... Dla mnie park przylegający do Łuku Tryumfalnego był idealnym miejscem nie tylko na spacer czy czytanie książki, ale wyciszenie:


W parku, o którym już wspominałam jest sporo rzeźb, co mnie zaskoczyło, bo niektóre są na środku ścieżki spacerowej;)




Łuk Tryumfalny jest miejscem, które dla mnie jest pewną granicą między jedną z moich ulubionych brukselskich dzielnic (którą widzicie poniżej), a dzielnicą, w której znajdują się Komisje Europejskie i Parlament Europejski. To tam urokliwe kamieniczki zmieniają się w biurowce...zaskakujące, ale prawdziwe;) 
Aha i jeszcze jedno...Pod Łukiem Tryumfalnym często można kupić belgijski przysmak...gofry:p

Jak już Wam pisałam, chciałabym wracać do tego miejsca i mam nadzieję, że kiedyś będzie to możliwe. Jednakże na chwilę obecną lot do Brukseli jest w moim wypadku niemożliwy...

poniedziałek, 20 maja 2013

Inspiracje na Dzień Matki

Zbliża się Dzień Matki i urodziny mojej siostry. Ja już od jakiegoś czasu mam wzorcowy zestaw prezentów, który bardzo ułatwia mi sprawę jeżeli chodzi o robienie prezentów mojej mamie i siostrze. Poniższą listę opublikowałam już na moim drugim blogu przy okazji tego jak kupowałam prezent na  urodziny mojej mamie. Dziś chcę ją  przypomnieć i zmodyfikować. Zatem jakbyście nie mieli pomysłu na prezent dla swoich mam to macie garść inspiracji: 




1. Kwiaty/wino i belgijskie czekoladki



Też nad tym myślałam, ale ten prezent zostawiłam sobie na inną okazję (np. Dzień Matki?? Kto wie;)) Jak chcę komuś kupić dobrą czekoladę to zwykle zaglądam do sklepu Chocolissimo, który odkryłam po powrocie z Belgii, w momencie, w którym szukałam porządnej czekolady na Polskim rynku. Niestety tam ceny są już wyższe i jak robię tam zakupy to przede wszystkim na prezenty, albo w wyjątkowych sytuacjach...  Do czekoladek idealnie pasują kwiaty, albo jakieś dobre wino, chociaż nie zaprzeczam, że inne prezenty też wchodzą w grę - ja np. kupiłam kosmetyk, na który moja mama nie wydałaby pieniędzy, co nie znaczy, że nie chciała by go mieć;p.

będzie relaksująca wizyta:)

2. Komplet biżuterii

Wiem, że moja siostra planowała kupić jakiś zestaw biżuterii, więc już nie chciałam się dublować, więc sprawiłam jej prezent, o którym pisałam wyżej:).
Jestem pewna, że każdej kobiecie spodoba się coś ekstra jeżeli chodzi o biżuterię, której podobno nigdy dość;)

3. Książka

Są mamy, które lubią czytać (np. moja, ale nie ma na to czasu). Myślałam nad zakupem jej książki np. biografii Marka Grechuty, jeżelibym takową znalazła. Ale stwierdziłam, że to może poczekać do następnego roku, albo przynajmniej do świąt;)

4. Dobra płyta

Na pewno będzie to miły dodatek do prezentu - tym bardziej jeżeli ktoś lubi dobrą muzykę. A moja mama dużo słuchała swego czasu M. Grechuty, E. Geppert, E. Demarczyk i innych. Jednak uznałam, że coś co Ją zrelaksuje bardziej Jej się przyda;))



5. Zaproszenie na zabieg do kosmetyczki lub do spa



To jest mój prezent dla mojej mamy. Dlaczego wybrałam akurat to?
Moja mama jest zwykle zapracowana i ma mało czasu dla siebie. Chciałam Ją poniekąd zmusić do tego, żeby zrobiła sobie coś ponad to, że raz na jakiś czas zrobi coś z włosami, albo z paznokciami. Tym razem umówiłam ją na wizytę, podczas której pan kosmetolog dobierze dla Niej zabieg odpowiedni do Jej skóry. Mam nadzieję, że to 

6. Kosmetyki

Można też pomyśleć nad jakimś fajnym zestawem kosmetyków lub perfumami. Jednak moja mama jest już dobrze zaopatrzona w takie rzeczy, więc nie brałam tego tym razem pod uwagę;)

7. Bilety do kina/teatru




Myślę, że idealnym prezentem było by też wysłanie swoich rodziców do teatru (tam już prędzej niż do kina;)), co byłoby dobrą możliwością, żeby rodzice spędzili kilka chwil razem i można wtedy np. zmówić się z tatą, żeby wymyślił też coś od siebie na ten wieczór. Ale to jest w tym momencie dobra opcja na rocznicę ślubu. Hmm..to nie jest wcale taka głupia myśl;p


Z tej listy u mojej siostry nie sprawdzą się za bardzo płyty i książki. Chociażby z tego względu, że na książki nie ma czasu (chociażbym jej już na to znalazła czas;p), a na płyty jakoś nie ma parcia;p A mama zapewne będzie mówić, że niepotrzebnie wydawałam pieniądze na prezent dla Niej, ale na pewno będzie jej miło, że pamiętałam. W końcu to Dzień Matki jest;p
A Wy macie jeszcze jakieś pomysły??


P.S. Przy okazji zapraszam Was na drugiego bloga: http://nkatarzyna.blogspot.com/ i mój FanPage: MójPortret

niedziela, 19 maja 2013

Sam Pivnik "Ocalały"

Raz na jakiś czas sięgam po książki o tematyce holocaustu. Głównie po to, żeby pamiętać o tym co się działo i docenić własne życie oraz otaczającą mnie codzienność. Właśnie jestem świeżo po przeczytaniu Ocalałego autorstwa Sama Pivnika, który doświadczył czegoś, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć. 
Kiedy zaczęła się inwazja Niemców na Polskę, Sam kończył własnie trzynaście lat. Ze względu na to, że był jeszcze dzieckiem nie docierała do niego powaga sytuacji i niewiele rozumiał z tego co się działo wokół. Jednak jego życie zmieniło się nieodwracalnie. Sam przeżył będzińskie getto, a później przez pół roku pracował jako więzień na rampie w obozie Auschwitz-Birkenau, gdzie dokonywano selekcji więźniów z transportów - jednych kierowano do komór gazowych, a innych do obozu. Później trafił do obozu przy kopalni Fürstengrube, by następnie przeżyć marsz śmierci po obozach w głębi III Rzeszy. Autor powieści jest również jednym z niewielu, którym udało się przeżyć atak RAFu na statek Cap Arcona (sądzono, że uciekają nim esesmani). Obecnie Sam Pivnik jest w podeszłym wieku i opowiada, jak udało mu się przeżyć to czego doświadczył na wojnie. 
Muszę przyznać, że wciąż jestem wzburzona po przeczytaniu tej książki (chociaż to bardzo łagodne określenie mojego aktualnego stanu emocjonalnego). Z resztą powieści o tematyce holocaustu u wielu osób wywołują podobny stan. Nie ważne ile tego typu publikacji się przeczyta, to świadomość, że opisywane wydarzenia są faktami przytłacza i sprawia, że człowiek czuje się jakiś taki wymemłany...chociaż i to wciąż nie jest dobre określenie. Ja zawsze po tego typu lekturach czuję się jakby mnie ktoś przeżuł, wypluł i jeszcze po mnie przejechał czymś mega dużym i strasznie ciężkim. Tak też czuję się i teraz. 

Sam Pivnik opowiada w przejmujący sposób o swoich wojennych doświadczeniach, co u mnie sprawiało, że nie raz moje oczy zachodziły się łzami. Było tak nie tylko dlatego, że w mojej głowie pojawiały się brutalne obrazy opisywane przez autora, ale także przypominały mi się opowieści dziadków o wojnie. Fakty z Ocalałego sprawiały, że przypomniało mi się chociażby jak babcia mówiła rozstrzelaniu mojego pradziadka przed jego własnym domem na oczach rodziny (w tym malutkiego synka)... Człowiek automatycznie zastanawia się jaką bestią trzeba być, żeby w taki sposób traktować ludzi? Co kryje się w człowieku, który w okrutny sposób katuje na śmierć mężczyznę tylko za to, że ma biegunkę. Mnie osobiście trudno jest uwierzyć w to, że człowiek może być tak bardzo pozbawiony uczuć, by móc znęcać się nad drugą istotą ludzką w taki sposób jaki jest opisany w Ocalałym. Podobno wojna potrafi wyciągnąć z człowieka to co najgorsze i jest czymś idealnym dla psychopatów...niestety jest w tym sporo prawdy. Chociaż może ona wyciąga z człowieka to jaki jest tak na prawdę? Nie chciałabym tego sprawdzać na własnej skórze. 
Z każdą kolejną publikacją na temat holocaustu coraz bardziej dociera do mnie tragizm i okrucieństwo tego co się wtedy działo. Niby o tym się wie, bo zawsze się o tym mówi, ale nikt nie przekazywał mi tego tak wprost. Dopiero w momencie, kiedy czyta się tak szczerą historię jak ta z powieści powyżej człowiek, uświadamia sobie, że chociażby kanibalizm i przemoc seksualna między więźniami wcale nie były czymś niecodziennym, w obozach zagłady takich jak Auschwitz...

sobota, 18 maja 2013

C. R. Zafon, "Książę Mgły"

Carlosa Ruiza Zafona poznałam jakiś rok temu dzięki współpracy z wydawnictwem, które w Polsce wydaje jego książki. Do dziś przeczytałam już większość powieści tego autora i żałuję, że moje pierwsze spotkania z nim już się kończą...chociaż mam nadzieję, że Zafon wyda jeszcze nie jedną książkę.

Dziś skończyłam czytać Księcia Mgły - jedną z cyklu książek dla młodzieży. 


Max Carver przenosi się wraz z rodziną do rybackiej wioski. Tam mają zacząć wieść spokojne życie. Rodzina zamieszkuje dom, który kiedyś należał do rodziny Fleishmanów, których dziesięcioletni syn Jackob utonął w morzu. Już od momentu przyjazdu nowych mieszkańców zaczynają się dziać dziwne rzeczy. 
W nocy Max widzi w ogrodzie posągi artystów cyrkowych, które zdają się poruszać. Wkrótce Max i Alicja poznają Rolanda, który opowiada im kilka ciekawostek o miasteczku oraz zatopionym pod koniec I wojny światowej statku. Niebawem dzieci poznają również dziadka swojego nowego przyjaciela - latarnika Victora Kraya. To on opowie im o Księciu Mgły - czarowniku, który jest w stanie spełnić każde życzenie w zamian za bardzo wiele...

Nadchodzi moment, w którym nasi młodzi bohaterowie muszą zmierzyć się nie tylko ze swoimi lękami, ale również z przeciwnikiem, który jest dużo silniejszy i sprytniejszy od nich. Tak samo jak w innych powieściach Zafona, w Księciu Mgły znajdziemy historię, która opowiada nam o niezwykłym oddaniu przyjaciołom oraz gotowości poświęcenia za nich życia. A wszystko to owiane jest nutą tajemniczości i przyprawione szczyptą magii. Akcja dzieje się na tyle szybko, żeby móc się nią delektować i nie znudzić się nią, więc jest idealna dla młodych odbiorców. Nie oznacza to, że starsi czytelnicy nie znajdą niczego dla siebie;). Zakończenie powieści zawiera okruchy goryczy i przyprószone jest odrobiną żalu oraz tęsknoty za tym co bezpowrotnie zostało utracone i nie mogło się rozwinąć. Jakoś tak mam, że czytając powieści Zafona z serii dla młodzieży zapadam w jakiś bliżej nieokreślony stan melancholii i zawsze włącza mi się refleksja nad tym jak odnoszę się do swoich bliskich i czy byłabym w stanie zaryzykować dla nich życie...wnioski z moich rozmyślań pozostawię sobie, a Wam polecam sięgnąć po Księcia Mgły. On przeniósł mnie w zupełnie inny i magiczny świat - miałam wrażenie, że tam wszystko jest bardziej oczywiste i dużo prostsze, co powodowało, że chętnie się zatapiałam w lekturze tej książki. Szkoda tylko, że jest taka krótka...no i pochłonęłabym ją pewnie dużo szybciej niż 4 dni, ale nie dość, że miałam urwanie głowy, to jeszcze dopadł mnie jakiś wirus, który nie pozwalał mi się skoncentrować na czytaniu i cieszyć z obcowania z tak przyjemną powieścią. 

P.S. Nie może się ode mnie odczepić Noc w wykonaniu G. Turnaua - >>>KLIK<<<

wtorek, 14 maja 2013

R.P. Evans "Kolory tamtego lata"

R. P. Evansa poznałam dzięki Stokrotkom w śniegu. Mimo to, że jest to książka, którą uważam za dość naiwną to wszystko zakochałam się w niej, ze względu na to, że przeniosła mnie do świata, w którym ludzie mogą zmienić się na lepsze...
Wspomniany wcześniej autor zagościł w moim życiu czytelniczym na dobre i co jakiś czas sięgam po jego książki. Tym razem padło na Kolory tamtego lata, które w naszym kraju były wydane pod tytułem Ostatnia obietnica

Eliana to Amerykanka, która dla męża przeprowadziła się do Włoch. Przyjaciele  tej bohaterki powtarzają, że jej życie to bajka - wszak czyż nie mieszka w kraju, w którym język brzmi jak poezja, a jedzenie smakuje niczym dar niebios?
Eliana jest jednak nieszczęśliwa, ponieważ mąż nie tylko jest nieobecny, ale również za nagminnie ją zdradza. W pewnym momencie los stawia na jej drodze mężczyznę, który okazuje się być przeciwieństwem jej życiowego partnera, ponieważ daje jej to o czym mąż zapomina - czułość, swoją uwagę, czas itd. Jednak czy miłość między nimi ma szansę w ogóle rozkwitnąć? Główni bohaterowie zdecydują się na podjęcie ryzyka, aby być szczęśliwymi, a nie skupiać się na tym co powinni robić? 

Nie wiem czy to przez pogodę za oknem czy przez coś innego, ale mam wrażenie, że włoskie klimaty od jakiegoś czasu  towarzyszą mi częściej niż dotychczas. A wszystko zaczęło się w marcu, na spotkaniu Czytaczy, we włoskiej knajpce w naszym mieście;p. W każdym bądź razie wygląda na to, że bardzo spodobało mi się we Włoszech;p. Ale do rzeczy...

Podobno Kolory tamtego lata to historia, która faktycznie się wydarzyła i nie jest fikcją literacką; jednak jest napisana z charakterystyczną dla Evansa cukierkowatością, aż do tego stopnia, że człowiek zaczyna się zastanawiać czy ta historia faktycznie się wydarzyła. Czytając tą książkę miałam wrażenie, że mam przed sobą kolejną bajkę ze szczęśliwym zakończeniem, chociażby z tego względu, że ciężko jest mi uwierzyć, w wyrozumiałość, oddanie czy determinację niektórych z postaci wykreowanych w tej opowieści. Jednak chcę wierzyć w to, że takie rzeczy się zdarzają...że można zmienić swoje życie jeżeli tylko chce się zawalczyć o swoje szczęście... W Kolorach tamtego lata  przebija się cierpki smak goryczy rozstania i ciężkich wyborów, co wcale nie oznacza, że ta słodycz obecna u Evansa została przytłumiona;]...ale to sprawiło tylko, że mnie nie mdliło zaraz po kilku stronach;). 

A Wy czytaliście? A może macie w planach? 

niedziela, 12 maja 2013

Tarta cytrynowo - migdałowa...czyli moje pierwsze poważniejsze próby samodzielnego pieczenia;]

Kuchnia włoska - Maxine Clark
Pewnego razu podczas zakupów w Biedronce natknęłam się na książkę kucharską Kuchnia włoska autorstwa Maxine Clark. Pomyślałam, że skoro chcę się nauczyć robić pizze i tarty to może być to coś dla mnie. Na pierwszy rzut postanowiłam zrobić tartę migdałowo - cytrynową, ponieważ nie wydawała się trudna jak na moje możliwości kulinarne. 
Naturalnie wprowadziłam pewne zmiany ponieważ dodałam np. płatki migdałów zamiast je zmielić i nie ścierałam skórki cytrynowej, ponieważ moja tarka odmówiła posługi już jakiś czas temu, a ja nie miałam okazji kupić nowej;p Z informacji, którą znalazłam w książce dowiedziałam się, że ten wypiek jest odmianą klasycznej francuskiej tarte au citron, a migdały nadają jej dodatkowego wyrazu i większej zawartości. Poza tym podobno lepiej ją wykonać ze świeżo mielonych migdałów, które obdarzone są kremową teksturą i lepszym smakiem niż te kupione po zmieleniu - i chyba dodają gęstości tej masie, którą się dodaje na ciasto, bo ja jak robiłam wyszło mi strasznie rzadkie. Następnym razem spróbuję np. dodać mniej soku z cytryny. Ale od początku:

 Na ciasto potrzeba: 

  • 200 g masła, 
  • 300 g mąki uniwersalnej, 
  • 100 g cukru pudru,
  • 2 żółtka,
Produkty na nadzienie cytrynowo - migdałowe:
  • 4 duże jajka lekko ubite, 
  • 120 g cukru pudru,
  • drobno starta skórka i świeżo wyciśnięta skórka z 3 cytryn,
  • 120 g niesolonego masła, 
  • 120 g mielonych migdałów,
  • bita śmietana do przybrania

No i teraz powiem Wam, że przy moim sposobie robienia wystarczyłby sok z 2 cytryn, bo nie dodawałam mielonych migdałów, więc pewnie nadzienie wyszło trochę rzadsze niż powinno, ale i tak dało radę się ściąć;]...mój facet porównał jego konsystencje do konsystencji sernika i chyba coś w tym jest;]

Przygotowanie ciasta (tekst z książki + komentarze ode mnie):

1. Ugniataj masło z mąką i cukrem do chwili, gdy mieszanka zacznie przypominać starty parmezan. Do małej miski włóż żółtka, dodaj 1 łyżkę wody i lekko ubijaj.
2. Wlej jajka do mieszanki z mąką i mieszaj zaokrąglonym nożem, aż zacznie przypominać bryłki parmezanu.
3. Włóż ciasto na stolnicę i ugniataj jak będzie gładkie.
4. Uformuj z niego kulę, spłaszcz ją, po czym owiń folią aluminiową i odstaw na 30 minut (ode mnie: niektórzy twierdzą, że ciasto do tarty dobrze jest włożyć do zamrażalki, co też uczyniłam)

Rozgrzej piekarnik do 190 stopni (kuchenka gazowa 5)

5. Na omączonej powierzchni rozwałkuj ciasto. 
6. Zwiń je na wałek i za jego pomocą połóż na foremce do ciasta , ugnieć je w foremce. 
7. Przejedź wałkiem po foremce, aby odciąć krawędzie ( u mnie nie było czego odcinać;] - wolałam sobie zrobić nieco grubsze ciasto;)).
8. Ponakłuwaj całą powierzchnie całą powierzchnię widelcem i schładzaj ją przez 15 min. (moja była już wcześniej schłodzona, więc sobie odpuściłam;p)

Foremkę z ciastem wyłóż folią aluminiową, zawijając jej brzegi do wewnątrz, by nie zahaczała o ciasto. Wsyp na nią kulki do pieczenia, całość przełóż na tace do pieczenia i przez 10 - 12 min. piecz na środkowej półce w rozgrzanym piekarniku. Ja odpuściłam sobie zabawę z kulkami, bo ich po prostu nie mam. Niektórzy używają np, groch do tego, którego też nie mam. Ja po prostu wsadziłam na chwilę spód do taty, żeby nie był całkiem surowy jak włożę na niego nadzienie. Wyjmij folię z kulkami, a foremkę z ciastem włóż na powrót do piekarnika i piecz przez kolejnych 5 -7 minut do całkowitego wysuszenia. Ja swój spód 3małam w piekarniku ok 15 min;]

Przygotowanie nadzienia:

W misce umieść jajka, cukier, skórkę i sok z cytryn. Utrzepuj składniki, aż masa stanie się lekka i puszysta. Dodaj stopione masło i migdały. Zamieszaj dokładnie i przelej do przygotowanej foremki z ciastem. Piecz w rozgrzanym piekarniku przez 25- 30 minut, aż brzeg i krawędź tarty staną się złocistobrązowe. Wyjmij z piekarnika, ostudź i wstaw do lodówki, Podawaj tartę udekorowaną bitą śmietaną.

Podsumowując: 
Jak widzicie ja robiłam swoją tartę nieco inaczej niż w przepisie, ale mniej więcej tak jak jest w książce;] Udekorowałam swój wypiek resztką migdałów, zamiast bitą śmietaną, której u mnie nie uświadczysz w kuchni;p. Myślałam, że ciasto będzie słodkie, ale faktycznie okazało się orzeźwiające i bita śmietana wcale by mu nie zaszkodziła...więc może nabędę ją jutro jak będę wracać z pracy?;]. Kiedy przyszedł u mnie mój chłopak jeszcze się piekło, ale jak trochę wystygła to ją spróbowaliśmy. R. zjadł dwa kawałki. Nie wiem czy dlatego, że chciał mi zrobić przyjemność, czy faktycznie Mu smakowało. Ale to chyba oznacza, że nie wyszło mi tak źle jak myślałam;p. 

Co do samej książki kucharskiej to zapowiada się całkiem nieźle. Jest kolorowa, przepisy są dość dokładnie (czyt. szczegółowo) napisane i opatrzone zdjęciami. Moja tarta może nie wyszła tak jak na zdjęciu, ale to nie zmienia faktu, że jednak jest zjadliwa;p. 

Za tydzień planuję zrobić pizze. Powiedziałam R., żeby sam wybrał składniki, za to, że byłam trochę niedobra ostatnio (no ok...byłam trochę bardzo niedobra, ale cii;p) Dlatego też cud, że ostatnio ze mną wytrzymywał...ale najwyżej wynagrodzę Mu to w gotowaniu - i mam nadzieję, że będzie mi wychodzić dobrze, a nie źle, bo jeszcze wyjdzie na to, że będę chciała Go otruć;] 


Próbowaliście zrobić to w domu?
Chcecie dowiedzieć się, jak mi w przyszły weekend pójdzie z pizzą?


piątek, 10 maja 2013

Rei Kimura "Motyl na wietrze"

Motyl na wietrze autorstwa japońskiej pisarki Rei Kimura miała być dla mnie miłą odmianą od mnożących się ostatnio w moim życiu czytelniczym kryminałów. Ta książka skusiła mnie swoją egzotyczną tematyką i magnetyczną okładką. Jednakże już na początku przyszło rozczarowanie:(.  
Z opisu książki portalu Lubimy Czytać wynika, że powieść ma być wzruszającą historią o miłości aż po grób, która jest oparta na faktach autentycznych z życia „Tojin” Okichi. Główna bohaterka tuż przed swoim ślubem wbrew własnej woli została konkubiną amerykańskiego konsula w Japonii. Niezwykłej urody Okichi przyczyniła się do wynegocjowania korzystnych warunków traktatu między Ameryką a Japonią, jednak już do końca życia prześladowała ją niechęć i pogarda rodaków. Motyl na wietrze ukazuje jej historię, która niestety opisana jest bardzo pobieżnie, co obniża walory powieści. Z mojej perspektywy to wielka strata, ponieważ spodziewałam się, że ta książka będzie zawierać więcej elementów dotyczących mentalności i kultury ówczesnych Japończyków. Niestety autorka tylko ogólnie przedstawiła historię opisywanej postaci, na zasadzie:  gdzie się urodziła, z kim była zaręczona, gdzie pracowała, w jakich okolicznościach ponownie spotkała swojego ukochanego itp., itd. Gdybym nie wiedziała, że rzecz dzieje się w XIX wiecznej Japonii oraz gdyby nie wzmianka o pracy Okichi w domu gejsz można by było przypuszczać, że akcja może rozgrywać się w każdym miejscu na świecie, bo wydaje mi się, że główna bohaterka nie różniła się zbytnio od innych jej współczesnych kobiet z pozostałych kontynentów. Ups..no tak Okichi przez większość powieści pije sake i nosi kimono, co też wskazuje na miejsce wydarzeń. Mimo to, że historia na prawdę jest tragiczna to wciąż nie umiałam oprzeć się wrażeniu, że została potraktowana po macoszemu, przez co stała się jedną z tych przeciętnych opowieści, które szybko się zapomina. Motyl na wietrze zatem gdzieś gubi się wśród innych podobnych historii, a ja doszłam do przekonania, że już lepiej sięgnąć po klasykę w rodzaju Romea i Julii niż po tą małą książeczkę bez wyrazu...

A Wy czytaliście? Jakie książki o japońskiej tematyce możecie polecić?

środa, 8 maja 2013

"Za oknem cukierni" Sarah - Kate Lynch - recenzja gościnna

Mój Mężczyzna przeczytał książkę...ba! On napisał też recenzję. Tą książkę czytałam i ja, jednak mam zupełnie inne zdanie na jej temat, ale o tym może innym razem. Póki co zapraszam do zapoznania się z opinią mojego chłopaka:

Za oknem cukierni autorstwa Sarah-Kate Lynch, to pierwsza książka od bardzo dawna, która wpadła mi w ręce i przeczytałem ją z własnej i nieprzymuszonej woli. To znaczy, że do lektury nie zmusiły mnie obowiązki szkolne czy też praca. Po prostu pewnego razu Natalia zabrała mnie na jedno ze spotkań w kawiarni ze swoimi znajomymi należącymi do grupy co się zwie Stalowi Czytacze. Istotą tych spotkań jest to, że wspólnie wybiera się powieść, którą wszyscy czytają a następnie dzielą się wrażeniami z lektury na spotkaniu. Ponieważ na pierwszym spotkaniu spodobał mi się klimat wśród przychodzących ludzi, kultura rozmowy, możliwość wdania się w dyskusję oraz to, że nie panuje tam sztywna atmosfera i rozmawia się nie tylko o książkach postanowiłem przyjść na kolejne spotkanie i tym razem się do niego przygotować - to znaczy przeczytać wybraną w demokratycznym głosowaniu pozycję. Tym razem motywem przewodnim miały być włoskie klimaty, z uwagi na to, iż w trakcie spotkania leżało jeszcze dużo śniegu a każdemu bez wyjątku tęskniło się już za ciepłem, zielenią i długimi dniami. Było kilka propozycji wiążących się z tematem przewodnim. Najwięcej głosów otrzymała jednak powieść Za oknem cukierni. I tak zaczął się mój romans z tą historią. Po tym przydługawym wstępie przechodzę już do samej książki.

Historia opowiada o Lily – typowej kobiecie sukcesu w średnim wieku, która ma dobrze płatną pracę, mieszka w dużym apartamencie w centrum jednej z amerykańskiej aglomeracji, ma świetną figurę o którą bardzo dba, żeby się nie pogorszyła, a u jej boku jest idealnie do niej pasujący mąż. Jak na kobietę sukcesu przystało nie ma dzieci, dużo pije a większość czasu poświęca pracy i dbaniu o sylwetkę, zapominając oczywiście o mężu. Całe życie wywraca się jej do góry nogami gdy odkrywa, że jej idealny na pozór małżonek ma inną kobietę we Włoszech. O zgrozo ma nawet z nią dzieci, a w momencie tego odkrycia Daniel przebywa w interesach w tymże kraju. Ponieważ dla Lily jest to zupełne zaskoczenie i nie ma jak urwać głowy swojemu partnerowi. Pod wpływem impulsu, którego iskrą był alkohol rzuca pracę, zostawia mieszkanie i udaje się w podróż do Włoch. Główna bohaterka opowieści nie ma o tym kraju zielonego pojęcia, nie zna języka i nie wie gdzie dokładnie szukać męża - wie, tylko, że chce go znaleźć. Jak można przypuszczać po przyjeździe do Włoch Lily szybko wpada w tarapaty. Na szczęście z opresji ratuje ją książę na białym koniu – owdowiały Włoch Alessandro, który nawiasem mówiąc w trakcie czytania kojarzył mi się z bohaterem brazylijskich czy wenezuelskich telenowel – typem, do którego wzdychają wszystkie kobiety od małych dziewczynek po staruszki. Następnie Lily staję się celem i kolejnym wyzwaniem dla Ligi Owdowiałych Cerowaczek, które swatają wszystko ze wszystkim. Ich sukcesy można liczyć w setkach połączonych par. Często jednak zdarzają się im wpadki, przykładem jest kobieta, uczulona na wieprzowinę, które zacne panie swatają ze świniobijcą. A potem - potem to się zaczyna dopiero dziać...

Czy Lily odnajdzie swoje utracone szczęście we Włoszech, a Liga Owdowiałych Cerowaczek jej w tym pomoże? Nie chcę opowiadać wszystkiego. W każdym razie od połowy ksiązki zastanawiałem się jakie będzie zakończenie i bardzo mnie zaskoczyło, gdy do niego doszedłem.
Jedyne co dobrego o tej powieści można powiedzieć (a nie jest tego dużo), to jest to, że dobrze się ją czyta i strona za stroną znikają niezauważalnie. Nie jest to zasługa akcji ksiązki czy tego, że jestem ciekaw co za chwilę się stanie, po prostu powyższa książka jest zgrabnie i zrozumiale napisana. Poza tym czytanie i wyobrażanie sobie krajobrazu Toskani; lata; wolnego życia i nic nie robienia bardzo dobrze robi w dni, w których chce się zapomnieć o codzienności i uciec w marzenia. I to koniec dobrych rzeczy, które mogę powiedzieć o powyższej powieści.
Książkę można czytać na dwojaki sposób. Można traktować ją jako historię, która faktycznie mogła się wydarzyć lub jako bajkę. Na początku próbowałem czytać tą powieść w pierwszy sposób i denerwowało mnie w niej wiele nieprawdopodobnych rzeczy. Później tą opowieść zacząłem traktować jak bajkę i już dobrze się czytało.

Przytoczę kilka rzeczy które mi się nie spodobało. Główna bohaterka - Lily, jak z takiej postaci można zrobić główną bohaterkę? Ta postać nie zasługuje,
żeby ją w jakikolwiek sposób wyróżniać. Kobieta-księżniczka, która chce żeby wszystko się wokół niej kręciło, typowa egoistka, a jak coś zaczyna się psuć to jest bardzo zaskoczona i zła na cały świat. Akurat ta postać jest realna, niestety dużo takich kobiet teraz funkcjonuje w społeczeństwie. Podejrzewam nawet, że autorka tej ksiązki jest jak jej główna bohaterka. Boże uchowaj mnie od takiej. Daniel, facet dla mnie nierealny, powód zdrady Daniela wytłumaczony jest bardzo mało wiarygodny. No chyba, że ten mężczyzna zdradza dlatego, że ma taką żonę. Poza tym Daniel po zdradzie w jednej sytuacji płacze. Który facet tak robi? Tak postępują raczej kobiety. Alessandro – tak mi się wydaje, że amerykanki chcą postrzegać Włochów: silny facet z zasadami, tradycja w sercu, uwodziciel, który swoim uśmiechem uspokoi nawet płaczące dziecko, a obcej kobiecie postawi obiad i nie chce w zamian sexu. Czy tacy są naprawdę Włosi? Liga Owdowiałych Cerowaczek – zamiast klnąć i narzekać działają i uszczęśliwiają samotne, opuszczone serca, poza tym połowa z nich zna angielski. Zresztą połowa Włochów w tej książce zna ten język. Dobre chyba mają tam szkoły. Same Włochy i Toskania przedstawione są jako raj na ziemi, gdzie wolno płynie czas, ludzie mają wielkie posiadłości ziemskie, prowadzą małe działalności gospodarcze, np. zakład fryzjerski, cukiernia czy stragan z warzywami lub też utrzymują się z turystyki. Nie ma fabryk, dużego ruchu, rumuńskich i tunezyjskich imigrantów. Czy takie są Włochy? Czytając książkę zastanawiałem się czy autorka faktycznie była we Włoszech. Z okładki dowiedziałem się, że jednak tak; ja nie byłem. Mimo wszystko i tak mam wątpliwości co do tego, że tak sielankowe życie jest w Toskanii. No i ten brak moralności w zakończeniu książki, bardzo mnie rozczarował, wszechogarniająca radość mimo zepsucia i rozpusty.

Podsumowując, to nie jest książka dla faceta takiego jak ja. Nie jest to też powieść dla kogoś kto wraca do czytania po długiej przerwie. Nie żałuję, że ją przeczytałem mimo wszystko dobrze się ją czyta i nie jest taka zła. Myślę, że na jej podstawie mogłaby powstać dobra komedia romantyczna, może baśń filmowa, jakby zmienić parę rzeczy w scenariuszu, bo sam pomysł na tą historię jest dobry, ale zbyt wiele mnie w niej razi. Dla mnie to typowa bajka dla naiwnych dziewczynek.
A co wy sądzicie o tej książce?


Za oknem cukierni zapamiętałam dużo inaczej. Ale tak sobie myślę, że postaram się wygrzebać czas, żeby ją ponownie przeczytać. Wtedy napiszę coś od siebie. Co Wy na to?

poniedziałek, 6 maja 2013

"Na skraju ciszy" K. Ohlsson

Na skraju ciszy autorstwa Kristiny Ohlsson czekało na mnie długo. Dziś żałuję, że kazałam tej książce tyle na siebie czekać. A to dlatego, że dość długo miałam pod nosem bardzo dobry kryminał. 
Na skraju ciszy - Kristina Ohlsson

W lesie w Midsommarkeansen pod Sztokholmem zostaje znalezione ciało młodej kobiety. Okazuje się, że to zaginiona przed dwoma laty studentka. W trakcie śledztwa policja w tym samym miejscu znajduje kolejne zwłoki. Okazuje się, że znalezienie ciał to początek skomplikowanej sprawy, w której wątki mieszają się, a sprawca nie jest oczywisty do samego końca. Tropy w śledztwie doprowadzają funkcjonariuszy policji do starej kobiety mieszkającej w domu opieki, która kiedyś była uznaną autorką bajek dla dzieci. Od trzydziestu lat jednak nie wypowiedziała ani jednego słowa. Ekipa śledcza powoli dochodzi do przerażającej prawdy, a policja trafia na trop mordercy, który jest w stanie zabić każdego, kto zechce mu przeszkodzić w egzystencji, którą na co dzień wiedzie. 

Na skraju ciszy jest moim pierwszym spotkaniem z autorką. Przed podejściem do tej powieści myślałam, że będzie to kolejny kryminał jakich wiele. Jednakże bardzo mile się rozczarowałam:) Kristina Ohlsson zaskoczyła mnie mnogością wątków oraz tym jak się ze sobą łączyły i przeplatały. W trakcie czytania musiałam bardzo się skupić, żeby  się nie pogubić w akcji, co z jednej strony było minusem, a z drugiej było plusem, gdyż w kryminałach chodzi własnie o to, że nie może być tak łatwo;p.
W powieści ukazany jest tok śledztwa oraz ludzka twarz funkcjonariuszy policji - ich problemy i rozterki, z którymi muszą sobie radzić w codziennym życiu i nie mogą pozwolić, żeby miały wpływ na ich pracę co jak się okazuje nie zawsze jest takie łatwe jak może się wydawać. Moją uwagę przykuła też postawa staruszki mieszkającej w domu opieki - jej determinacja i poświęcenie dla syna, którego chroniła tyle lat biorąc na siebie odpowiedzialność za jego czyny. To niezwykłe jaką siłę potrafią znaleźć w sobie rodzice jeżeli chcą ochronić własne dziecko. Na szczęście wspomniane przeze mnie wątki nie są głównymi w powieści. To sprawiłoby, że Na skraju ciszy byłaby tylko przeciętną publikacją. Kristina Ohlsson skupia się przede wszystkim na zbrodni i śledztwie, które jest z nią związane. Cieszę się, że w końcu trafiłam na kryminał bez zbędnie rozbudowanych wątków pobocznych. A to sprawiło, że mam ochotę przyjrzeć się bliżej powieściom powyższej autorki. Mam nadzieję, że dorwę gdzieś również dwie pozostałe powieści tej pisarki:)

Być może panująca moda na skandynawskie kryminały sprawia, że znajdują się ludzie, którzy nie mogą już patrzeć na twórczość tamtejszych autorów. Sama też pewnie nie skusiłabym się na powyższą powieść, gdyby nie współpraca z wydawnictwem Prószyński i S-ka. Wiem, że blogerzy są często krytykowani za przyjmowanie egzemplarzy recenzenckich jednak ja sobie to cenie chociażby ze względu na to, że dzięki temu znalazłam kilka literackich perełek takich jak ta:) oraz możliwość prowadzenia współpracy pozwoliła mi na przekonanie się do nowoczesnych form książek. 

Znacie już Na skraju ciszy? A może zamierzacie przeczytać?