wtorek, 26 lutego 2013

Eric - Emmanuel Schmitt "Kobieta w lustrze"

Eric - Emmanuel Schmitt jest jednym z moich ulubionych autorów i zawsze, kiedy widzę jakąś jego książkę na bibliotecznej półce biorę w ciemno;) Tak było w przypadku Kobiety w lustrze
Kobieta w lustrze jest historią trzech kobiet, które z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego. Jednakże w miarę czytania powyższej powieści zauważamy, że łączy je wręcz obsesyjna myśl o tym, iż muszą porzucić swoje dotychczasowe życie i odnaleźć w nim to, co jest dla nich ważne.

Anne - prosta dziewczyna z XVI w. zafascynowana jest przyrodą. Zachwycają ją proste rzeczy: promień słońca, który wpadł do pokoju; motyl, który przysiadł na drzewie za oknem itp. Anne może spędzać całe dnie w lesie, znajduje porozumienie ze zwierzętami... Młoda kobieta ucieka sprzed ołtarza, ponieważ nie potrafi podporządkować się stawianym wobec niej oczekiwaniom otoczenia. Anne jakiś czas później zamieszkuje w beginażu, który skupia kobiety żyjące samotnie oraz te przygotowujące się do wstąpienia do zakonu. Tam jej wyjątkowość zostaje zauważona i wzbudza różne emocje od podziwu i pewnego rodzaju fascynację po nienawiść ze strony swojej krewnej.

Hanna arystokratka, która pozornie nie ma powodu do narzekań. Posiada wspaniałego i bogatego męża, jest podziwiana i szanowana oraz ma wspaniały dom. Otoczenie oczekuje od niej, że niebawem urodzi dziecko, jednakże młodemu małżeństwu nie jest pisane posiadanie potomka. A przecież to określało wartość kobiety (i wciąż często posiadanie potomstwa jest czymś  wskazanym w przypadku zamężnej kobiety). Wokół tej postaci szybko skupia się wiele osób, które udzielają jej "dobrych" rad, o których skutkach będziecie musieli się przekonać sami...

Anny wzięta hollywoodzka aktorka uzależniona od substancji psychoaktywnych od dziecka funkcjonuje w świecie filmu. Kobieta odżywa dopiero na planie, mogąc uwolnić emocje i energię, którą w sobie nosi. Ta młoda zagubiona osoba obok narkotyków czy alkoholu zatraca się też w przygodnych stosunkach seksualnych z mężczyznami. Jesteśmy świadkami jej kryzysu, ale również powstania z upadku.

Kobietę w lustrze nie czytało mi się zbyt łatwo, ze względu na to, że historie tych bohaterek są opowiadane w rozdziałach naprzemiennie przez co trudno mi było się do nich przywiązać. Jednakże pod koniec zrozumiałam, że ten zabieg pozwala zauważyć jak sprawnie historie trzech kobiet zostały ze sobą połączone. Poza tym kiedy tylko przyzwyczaiłam się, do konstrukcji książki dałam się porwać tej powieści. Schmitt sprawił, że wyraźniej zobaczyłam, iż nie tylko ja jedna szukam własnej drogi, mam wątpliwości co do wciskania mnie w normy społeczne i szukam czegoś dzięki czemu bym się spełniała. Może nie będę odkrywcza jeżeli chodzi o tą książkę, ale uważam, że autor bardzo dobrze stworzył postacie kobiece i wykazał się znajomością psychiki kobiet. A to zadziwia, ze względu na to, że autor jest mężczyzną...tak sobie myślę, że mimo kobiecej tematyki, lektura Kobiety w lustrze mogłaby zrobić dobrze wielu mężczyznom - może odrobinę lepiej zrozumieliby kobiety;) Być może ja sama podsunę tą powieść komuś do przeczytania;)
Po tej lekturze już wiem na pewno, że E. - E. Schmitt został jednym z moich ulubionych autorów i będę po jego książki sięgać w ciemno.
A Wy czytaliście już może tą powieść? A może nie macie zamiaru jej przeczytać?

sobota, 23 lutego 2013

Znów wolontariacko

Wczoraj kiedy wracałam z pracy spotkałam moją koleżankę, z którą swego czasu pracowałam w jednym z miejscowych gimnazjów. Jednak mimo to, że nie pracujemy już razem widujemy się czasem z racji tego, że obie jesteśmy wolontariuszkami w Centrum Wolontariatu, a poza tym moje miasto jest małe, więc zdarza się, że wpaść na siebie na mieście. Rozmowa z Marysią skłoniła mnie do podzielenia się z Wami pewnymi przemyśleniami. 

Otóż często powtarzam, że wolontariat jest czymś, co nie może kolidować nam z naszym życiem i obowiązkami. Uczniowie nie mogą zawalać przez niego szkoły, ludzie pracujący swojej pracy, nie można tego robić kosztem swojej rodziny i przyjaciół itd. Wielu ludzi nie podejmuje działań wolontariackich, ponieważ nie ma na to ochoty czy też swój czas wolny chce przeznaczyć na zupełnie coś innego. I to nie jest zła postawa, chociaż jak dla mnie tacy ludzie nie wiedzą co tracą;).  Ale wracając do spotkania z Marysią;). Zanim przejdę do sedna chciałabym Wam jeszcze napisać, że jest to kobieta starsza ode mnie, która ma swoją rodzinę. Wychowuje dziewczynkę z autyzmem (nie wiem czy ma jeszcze jakieś dzieci po za tą małą) i sama nie ma mega dobrej sytuacji życiowej. Jednak w pewnym momencie powiedziała coś co mnie samą bardzo zmotywowało do działania i nie rezygnowania z niesienia pomocy tylko dlatego, że mam teraz więcej obowiązków. Mianowicie w pewnym momencie stwierdziła, że tak na prawdę zawsze znajdzie się coś co przeszkadza nam pomagać innym - bo mamy chore dziecko, własne obowiązki i wymagającą pracę lub zmagamy się z jej brakiem. Jednak jeżeli chcemy pomagać zawsze znajdziemy możliwość, żeby zrobić coś dobrego dla innych - nawet jeżeli nie będzie to nic wielkiego i wymagającego to zawsze warto pomóc. W tym momencie wywiązała się między nami rozmowa o plusach pomagania (ja ze swojej strony pisałam o tym kilka notek wcześniej;)). 
Rozstałam się z Nią zmotywowana, a już na pewno miałam więcej wiary we własnych wolontariuszy, którzy nie tylko sami się udzielają mimo przeciwności, którzy sami muszą pokonać, ale również przekonują do pomagania innych. To jest bardzo budujące. Swoją drogą wciąż mnie zadziwia, że tak dużo energii można czerpać od innych ludzi...

wtorek, 19 lutego 2013

Życiowo

Moje życie stało się bardziej intensywne od kiedy zaczęłam pracować po 8 godzin w dni robocze. Nie chcąc rezygnować z wolontariatu i czytania książek sama sobie podkręciłam śrubę, bo przecież jest jeszcze R., który zapełnia mi część czasu wolnego. Dlatego też siłą rzeczy cierpią na tym moje spotkania pierwszego stopnia z literaturą, które przestały być tak intensywne:(. Jednak jest plus zamieszania w moim życiu, bo mam wrażenie, że w pewien sposób odżyłam i czuję się spełniona:). Dzielę swój czas między pracę, ludzi oraz zainteresowania i mimo to, że doszło mi ostatnio trochę obowiązków mam jakby więcej energii na co dzień. Odnoszę też wrażenie, że przez zintensyfikowanie mojego życia bardziej doceniam chwile spędzone w towarzystwie książki i kawy. Często między pracą, a dyżurem w biurze mam bardzo mało czasu i muszę się streszczać, żeby chociaż coś zjeść. A przecież od przyszłego tygodnia znów zacznę udzielać korepetycji z...j. niemieckiego;). Dlatego też boję się czy dam radę i chyba będę musiała sobie odpuścić te korki...niestety nie jestem ze stali i jednak muszę zwolnić o ile nie chcę się zajechać. Niestety po raz kolejny okazuje się, że nie można robić wszystkiego na raz:((, no ale cóż - takie życie. Nie potrafię bowiem zrezygnować z biura, Stalowych Czytaczy, książek no i przede wszystkim z R.;). Nie umiem też zaniedbywać znajomych, dla których ostatnio miałam mniej czasu. Dlatego też czasem staram się przełamywać moje lenistwo i zmuszam się do wyjść ze znajomymi mimo to, że czasem mi się nie chce. Kiedy już dochodzi do spotkania okazuje się, że dobrze mi robi takie wyjście i czasem jest okazją do zdobycia nowych doświadczeń np. ostatnio po raz pierwszy grałam w kręgle, co mi się spodobało, chociaż nie wychodziło mi zbyt dobrze;]. 
Póki co mam nadzieję, że ogarnę swój ogródek na tyle szybko, żeby jeszcze w tym tygodniu napisać Wam recenzję książki, którą czytam (Kobieta w lustrze Schmitta). Tymczasem życzę Wam miłego wieczoru, a ja spadam się ogarniać. W końcu jutro wstaję o nieludzkiej porze i nie chcę szaleć po nocy;). 

czwartek, 14 lutego 2013

Annick Cojean "Kobiety Kaddafiego"

Wielu moich znajomych dobrze wie, że często, aż mnie skręca w środku na najmniejszy przejaw braku szacunku dla kobiet, albo ich dyskryminacji. Poza tym sama cenię sobie swoją niezależność, oraz możliwości, które sprzyjają mojemu rozwojowi. Jednakże są momenty, w których "łapię się" na tym, że nie doceniam tego co mam i zapominam, że wiele kobiet żyjących współcześnie ma dużo gorzej niż ja - żyje, albo żyło w strachu przed znieważeniem, albo chociażby nie może samodzielnie wyjść z domu ze względu na obyczaje panujące w ich ojczyźnie. Często tak się składa, że w takich momentach wpada w moje ręce książka, która przypomina mi o tym, że ja wcale nie mam tak źle, chociażby dlatego, iż mam możliwość wyżalenia się, mogę sama podróżować i nikt nie weźmie mnie za prostytutkę i mam możliwość normalnego życia, bez większego nacisku na to, że muszę założyć rodzinę, bo w innym wypadku nie będę szanowana i nikt mnie nie ochroni przed zagrożeniami. 
Podobnie było i tym razem, chociaż ostatnio miałam raczej powody do mruczenia;) niż do narzekania. Jednakże, kiedy pojawiła się możliwość przeczytania Kobiet Kaddafiego autorstwa Annick Cojean skorzystałam z przyjemnością. Jest to lektura trudna i mało przyjemna ze względu na swoją tematykę, chociaż dzięki niej oraz zdolnościom pisarskim Autorki czyta się na prawdę z ciekawością i w szybkim tempie. 
Kobiety Kaddafiego obnażają tabu związane z traktowaniem kobiet przez przywódce Libii, który nie tylko miał niezaspokojone potrzeby seksualne, ale miał też określone preferencje w tym względzie. Często uciekał się do przemocy, gwałtów i szantażu, w momencie, w którym jego ofiara próbowała odmawiać czy sprawiać trudności. Poza tym wiele z jego tak zwanych amazonek było wręcz seksualnymi niewolnicami, które musiały zaspokajać potrzeby Kaddafiego niezależnie od tego czy miały na to ochotę czy nie. Pani Cojean udało się dotrzeć nie tylko do kobiet, które były ofiarami przywódcy Libii, ale również podążyła śladami Sorai - kobiety, której historię opisała najbardziej szczegółowo. To pozwala nam w pewien sposób zrozumieć kontekst sytuacji oraz postawę kobiet oraz mężczyzn, którzy padli ofiarami Pułkownika. Tak, tak - albowiem ofiarami byli również mężczyźni i to nie tylko ci, którzy nie byli w stanie obronić własnych żon, matek, córek czy sióstr, ale również ci, których Kaddafi wykorzystywał seksualnie. 
Fakty opisane w powyższej publikacji napawają mnie niepokojem (chociaż to zbyt lekko powiedziane) oraz wprawiają z zadziwienie, że rządy takiego człowieka mogły trwać ponad 40 lat. Tak na prawdę nie miałam pojęcia o tym co się tam działo, bo jakoś nie mówi się dużo o takich rzeczach. Bardziej docierały do mnie wieści o sytuacji w moim kraju i o tym co się dzieje na Bliskim Wschodzie czy na szczytach w Brukseli. A wzmianki o Libii jak już były to tonęły w natłoku innych informacji. A szkoda, bo o takich sprawach nie należy milczeć, żeby uwrażliwić społeczeństwo na tego typu niehumanitarne traktowanie ludzi. Wprawdzie taki mały i nic nieznaczący człowieczek jak ja nic nie zdziała, ale żyję nadzieją (chociaż być może naiwną), że wielcy tego świata mogliby trochę wpłynąć sytuację, która miała miejsce.
Dla mnie jest Kobiety Kaddafiego to książka, która pozwoliła mi docenić moją swobodę, wolność wyboru i ubioru oraz fakt, że nie żyję pod rządami takiego tyrana jakim był Kaddafi. Dzięki tej powieści zmienił się trochę mój punkt widzenia i chyba nawet zyskałyśmy kolejny wspólny temat z moją Mamą. A dlaczegóż to? Otóż kiedyś moja Mama nocowała u mnie swego czasu ze względu na to, że wieczorem wyskoczyło jej coś w pracy, a miałaby problem z dotarciem do domu, więc siłą rzeczy nocowała u mnie. Kiedy pochwaliłam się nową książką w bibliotece zaczęła ją czytać jeszcze tego samego wieczoru i przygarnęła ją na kilka następnych dni. Szczerze mówiąc to nie sądziłam, że ją przeczyta, bo moja Mama to dość zabiegany człowiek jest i nie ma czasu i często nawet siły na czytanie książek. Jednak jakimś cudem tak się zorganizowała, że ją skończyła i mam wrażenie, że Kobiety Kaddafiego wywarły na niej podobne wrażenie co i na mnie. Obie zastanawiałyśmy się jak to możliwe, że ten człowiek rządził tyle lat i nikt nic nie zrobił...dlatego też uznałyśmy, że warto pisać o takich sytuacjach i takich przywódcach bo może będzie to jakąś nauką dla innych.
I tak sobie myślę, że jednym z wyznaczników tego czy jakaś powieść jest dobra jest chociażby to, czy ktoś tak zabiegany jak moja Mama jest w stanie znaleźć na nią czas. A skoro moja Rodzicielka zdołała się tak zorganizować, żeby ją przeczytać w dość szybkim tempie to znaczy, że Kobiety Kaddafiego muszą być dobre i nie jestem w tym odczuciu sama.
Dlatego też bardzo polecam tą powieść wszystkim tym, którzy szukają czegoś ambitniejszego co Was wciągnie i da do myślenia.

niedziela, 10 lutego 2013

leniwie;)

Ostatni weekend obfitował u mnie w spotkania z ludźmi. Przede wszystkim przez ostatnie dwa dni, przewinęło się sporo osób ze Stalowych Czytaczy, z którymi bardzo dobrze się czuję. Poza tym wczoraj miałam u siebie imprezę ostatkową, co sprawiło, że biegałam cały dzień po mieszkaniu, żeby ogarnąć panujący w nim na co dzień twórczy chaos. To był też dla mnie wyjątkowy dzień ponieważ poznałam brata mojego chłopaka, a on poznał się z moją siostrą i szwagrem. Więc przez cały dzień towarzyszył mi z tego powodu lekki niepokój, ponieważ chciałam, żeby wszyscy się polubili. Na szczęście panowała całkiem fajna atmosfera, która sprawiła, że się rozluźniłam i nabrałam energii przed nadchodzącym tygodniem. Dziś już na spokojniej mogę złapać oddech przed rozpoczęciem nowego tygodnia, który będzie pełen nowych wyzwań...nowa praca, nowe wyzwania i brak chęci rezygnowania z czegokolwiek co robię. Będzie ciężko, bo zapowiada się, że będę mieć napięty grafik jeszcze przez długi czas. Ale ja lubię być zajęta - wtedy czuję się najlepiej i mimo wielu zajęć jak chcę potrafię znaleźć czas na wszystko. Poza tym mam poczucie, że znalazłam bezpieczną przystań w moim życiu i ramiona, w których czuję się bezpiecznie;). Może dlatego mam poczucie, że wszystko  w moim życiu powoli znajduje się na swoim miejscu...
Póki co idę się jeszcze zrelaksować z małą dawką alkoholu i książką, której recenzja pojawi się prawdopodobnie na początku przyszłego tygodnia. 
A Wam jak mija weekend? 
Mam nadzieję, że równie dobrze i leniwie jak mnie;)

piątek, 8 lutego 2013

7 rzeczy, które czynią moje życie łatwiejszym;)

Wielu z nas ma w swoim życiu pewne rytuały, które umilają dzień i stanowią w miarę stały element dnia czy też tygodnia. Ja pośród ostatnich zmian zachodzących w moim życiu ostatnio utrzymuję kilka rzeczy, które często pomagają mi przetrwać ciężki dzień czy też pozwala się ogarnąć.

1. Poranna kawa - czasem przed wyjściem z domu mogę nie zjeść śniadania, ale kawa musi być;). Jakoś tak pozwala mi szybciej się obudzić o nieludzkiej porze, o której przyszło mi ostatnio wstawać (5:30 - toż to przecież środek nocy;)). Poza tym nawet jak nie muszę wstawać wcześnie, to i tak źle się czuję jak jej nie wypiję - czyżby uzależnienie?

2. Książka - jak niegdyś pisałam niemalże nie ruszam się bez niej z domu. Nigdy nie wiadomo kiedy może mi się przydać. I niezależnie czy jest to audiobook czy tradycyjna wersja książki - ona musi być pod ręką. Ostatnio nawet zastanawiałam się nad kupnem czytnika...hmm, czyżby mój konserwatyzm jeżeli chodzi o książki się przełamywał?

3. Muzyka - w sumie każdego dnia towarzyszą mi ulubione dźwięki. Niezależnie od tego czy gdzieś idę/jadę czy jestem w domu często mi coś gra;)

4. Wolontariat - kilka razy w tygodniu daję radę jakoś się udzielać charytatywnie. Jest to nie tylko forma pomocy innym, ale także sposób na spędzenie czasu wolnego inaczej niż nad książką czy przed komputerem;).

5. Blog - chyba jestem uzależniona od blogowania. Zaglądam tu nawet kilka razy dziennie;). Mój alternatywny świat i wirtualni znajomi na szczęście nie są dla mnie najważniejsi i mam własne życie, wspaniałych znajomych i rozwijające się zainteresowania.

6. Belgijska czekolada - niestety nie mam do niej takiego dostępu, jak w momencie, w którym mieszkałam, w Brukseli. Jednak raz na jakiś czas robię sobie przyjemność i ją sobie kupuję...na szczęście jest sklep internetowy, w którym jest dostępna;). Niestety jest droga, więc nie mogę sobie na nią pozwolić zbyt często:(.

7. Jest jeszcze coś, ale ciii...jeszcze nie wiem czy mogę o tym tak otwarcie pisać;) Chociaż tą kwestię to chyba zostawię dla siebie, bo leży w zbyt prywatnej jak dla mnie sferze i niekoniecznie chcę się dzielić tym ze wszystkimi...


A Wy macie jakieś drobiazgi, które czynią Wasz dzień/tydzień lepszym.

środa, 6 lutego 2013

P. Gregory "Czerwona królowa" kilka słów spisanych na szybko;)

Moje życie od miesiąca zaskakuje mnie pozytywnymi zmianami. Dlatego też zmienił się nie tylko mój plan dnia, ale też mój czas wolny uległ skurczeniu;). Jak się domyślacie w efekcie mam mniej czasu na czytanie książek, chociaż pewnie będą mnie ratować audiobooki;)
W każdym bądź razie ostatnio udało mi się skończyć czytać Czerwoną królową autorstwa P. Gregory. 
Czerwona królowa - Philippa Gregory

Opis z lubimyczytac.pl:
Powieść przybliża nieomal zapomnianą historię założycielki rodu Tudorów, Małgorzaty Beaufort. Poślubiona mężczyźnie dwukrotnie od niej starszemu, urodziła dziecko w wieku lat niespełna czternastu i rychło owdowiała. Zepchnięta na margines postanawia odwrócić kartę losu i odnieść ostateczny tryumf nad wszelkimi przeciwnościami. Na tronie Anglii chce zobaczyć swego jedynego syna bez względu na to, ile to będzie kosztowało ją, Anglię i nieszczęsnego chłopca. Ignorując pozostałych pretendentów do tronu i rosnących w siłę rywali - Yorków - nadaje synowi imię: Henryk, po królu; wysyła go za granicę na dobrowolne wygnanie; zmusza do małżeństwa z najstarszą córką znienawidzonej Elżbiety Woodville. Na tle rozdzierających kraj konfliktów, Małgorzata zawiera kolejne dwa małżeństwa z rozsądku i nie przestaje spiskować.

Ode mnie:
Lubię powieści historyczne, a szczególnie te, których fabuła rozgrywa się na dworach. Pociągają mnie w nich intrygi, konwenanse i dworskie zwyczaje. W przypadku Czerwonej królowej czytelnik zostaje wprowadzony w niezwykły świat realiów, z którymi musieli sobie radzić ludzie. Szczególnie zwróciłam uwagę na sytuację kobiet, które często musiały wykazywać się sprytem, przebiegłością, siłą i odwagą. W brutalnym dworskim świecie kobieta nic nie znaczyła bez mężczyzny - niezależnie od tego czy był to jej mąż czy też syn, kobieta wyższych sfer znaczyła coś tylko w obliczu posiadania męża i syna.  Małgorzata Beaufort - główna bohaterka powieści została wykreowana na postać pewną swego i tego, że jej ambicje są wolą Boga. Muszę przyznać, że niezmiernie mnie irytowała ta postać, ze względu na to, że miałam wrażenie, że mimo swojej pobożności jest osobą pyszną i skupioną tylko i wyłącznie na sobie i swoich ambicjach. Jednak z drugiej strony czego tu wymagać po kobiecie z królewskiego rodu? Z minusów jest jeszcze jeden. A mianowicie taki, że pod koniec męczyły mnie opisy, które wydawały mi się za długie...ale to może dlatego, że nigdy nie lubiłam ich czytać;]. Jednakże mimo nieznacznych irytacji i dłużących się opisów powyższą powieść czytało mi się bardzo przyjemnie i z chęcią po nią sięgałam. 
A póki co przede mną lektura kolejnej książki (Kobiety Kaddafiego) i wychodzenie naprzeciw nowym wyzwaniom, które dopiero co pojawiły się w moim życiu;). 3majcie za mnie kciuki:)

poniedziałek, 4 lutego 2013

E. A. Poe "Czarny kot" (audiobook) - moja opinia:)

Ostatnio odkryłam w swoim życiu...audiobooki:]. Sama się zdziwiłam jak bardzo polubiłam tą formę książki i jak bardzo ułatwia mi szybsze zapoznanie się z dziełami, które zapewne wciąż czekałyby na swoją kolej. Dzięki promocji na audiobooka, o której Wam pisałam ostatnio >>>KLIK<<< w moje ręce wpadł Czarny kot autorstwa E.A. Poe, który czyta G. Przybył.

To moje pierwsze spotkanie z Edgarem Allanem Poe, do którego przymierzałam się jakiś czas. Wprawdzie myślałam, że najpierw sięgnę po Opowieści niesamowite, które już czekają na półce, ale napatoczył się akurat powyższy audiobook, którego wysłuchałam biegając po mieście i załatwiając swoje sprawy;). 
Nie mam zbyt dużego doświadczenia, jeżeli chodzi o audiobooki, gdyż to był trzeci, z którym miałam bezpośrednią styczność, jednak zaskoczyło mnie w nim to, że została w nim zamieszczona muzyka i efekty dźwiękowe, które odegrały nie małą rolę w budowaniu grozy i napięcia. Dlatego też wciąż byłam zaskakiwana - i to zaskakiwana całkiem pozytywnie:)
Moje pierwsze spotkanie z Poe okazało się bardzo udane, chociaż ostatnio nie miałam zbyt wielu okazji do obcowania z tego typu literaturą. Może to dlatego tak bardzo podobała mi się ta książka? Po prostu potrzebowałam obcować z pełną napięcia i grozy literaturą. Podobno autor Czarnego kota jest dobry w tworzeniu historii opisujących psychodeliczne stany umysłu i najskrytsze zakamarki potępionej duszy, które czasem objawiają się nieoczekiwanie nawet dla osobnika, który je przejawia. Mam nadzieję, że niebawem będę mogła się przekonać czy na pewno tak jest. W każdym bądź razie ja mam ochotę zarówno na spotkanie z E. A. Poe, jak i wysłuchanie kolejnego audiobooka. I tak sobie myślę, że świat się chyba jednak kończy skoro ja - nie tak dawny jeszcze przeciwnik nowoczesnych form książek sama się do nich przekonuje;). 
Jeżeli macie ochotę możecie jeszcze dostać powyższy audiobook w promocji (czyt. za darmo), a szczegóły znajdziecie w notce, którą Wam zalinkowałam na początku tego postu:). 
Pozdrawiam i życzę Wam miłego tygodnia:)

Stosik:D

W ostatni weekend w naszym blogowym światku zawrzało. Mam wrażenie, że już każdy bloger, który prowadzi swojego książkowego bloga słyszał o artykule pani Pauliny Małochleb, który przedstawia nas w mało przyjemnym świetle.
Nie miałam publikować tej notki, ale jednak wyżej wspomniany artykuł zainspirował mnie do opublikowania drugiej części stosiku styczniowo - lutowego;)
Egzemplarze recenzenckie:
O. Rudnicka Drugi przekręt Natalii (recenzja)
A. Cojean Kobiety Kaddafiego

Z biblioteki
W. Kuczok To piekielne kino (recenzja)
E. A. Poe Opowieści niesamowite
P. Gregory Czerwona królowa - teraz czytam
P. Challen Dr House. Biografia Hugh Lauriego i przewodnik po serialu

Czekam jeszcze na przesyłkę z Muzy i chyba wychodzi na to, że jestem infantylną grafomanką, która sprzedała się wydawnictwom i jedyne na czym mi zależy to nabijanie sobie statystyki;) Cóż - takie życie;))

sobota, 2 lutego 2013

Blaski i cienie wolontariatu

Wolontariat jest jedną z tych rzeczy, które ukształtowały mój charakter i miały znaczący wpływ na moje życie. Z moją pracą wolontarystyczną wiąże się wiele wspomnień, doświadczeń i znajomości.  Wielu ludzi, których poznałam dzięki wolontariatowi jest w moim życiu nadal i te znajomości bardzo sobie cenię. Praca wolontariuszy ma swoje blaski i cienie, ale z perspektywy czasu widzi się więcej plusów niż minusów - a właściwie to same plusy. 

Blaski

Osobiście nauczyłam się odpowiedzialnie podchodzić do zadań, które mi zostały powierzone. A to dla tego, że miałam poczucie, iż ktoś mi zaufał, na mnie czeka, albo obiecałam...tak po prostu. Przyznam się jednak, że czasem miałam chwile słabości i miałam dość tego co robię, albo po prostu nie chciało mi się czegoś zrobić. Jednak poczucie, że ktoś na mnie polega, jestem potrzebna i robię coś ważnego sprawiało, że zwykle się przełamywałam. Dzięki temu nauczyłam się wytrwałości, co owocowało w późniejszym czasie - chociażby w dążeniu do osobistych celów (np. w zaliczaniu kolejnych egzaminów w sesji;)). 
Poza tym już od początku mojej działalności wolontariackiej musiałam zacząć przełamywać swoją nieśmiałość, bo skoro chciałam robić coś wśród ludzi to, to było nieuniknioną zmianą. Moja topniejąca nieśmiałość sprawiała, że było mi coraz łatwiej otworzyć się na innych ludzi, bez których teraz nie mogę się obejść i wśród, których bardzo dobrze się czuję. 
W miarę jak coraz bardziej ogarniałam wolontariat poznawałam samą siebie, swoje zainteresowania i możliwości, co sprawiło mi nie małą przyjemność, chociaż często dziwiłam się, że posiadam jakieś właściwości charakteru, o które się nie podejrzewałam. A to dlatego, że przez długi czas byłam szarą myszką, która nie lubiła się wyróżniać, jednak dzięki ludziom, którzy zauważyli we mnie potencjał mogłam rozwinąć w sobie chociażby umiejętność zarządzania ludźmi i koordynowania np. akcjami, albo wolontariackim biurem. O zdolność do tych rzeczy nie podejrzewałam się w ogóle przez większość mojego życia. Jednakże dzięki wsparciu innych wolontariuszy mogłam wiele się nauczyć, dostrzec w sobie potencjał i zacząć działać. Nowa sytuacja związana z koordynacją biurem wolontariatu, a co za tym idzie z ogromną odpowiedzialnością nauczyła mnie nie tylko odporności na stres i radzenia sobie z sytuacjami kryzysowymi, ale też pozwoliła mi nabrać dystansu do tego co się dzieje wokół. Miałam już wiele takich sytuacji, że ludzie kontaktowali się ze mną w jakiejś sprawie i chcieli mieć wszystko załatwione na już - nie biorąc pod uwagę np. moich możliwości czasowych. Poza tym czasem działy się rzeczy zupełnie niezależne ode mnie, a które sprawiały, że wątpiłam w to, że to co robie ma jakikolwiek sens. Takie coś wymagało ode mnie czasu i cierpliwości, ponieważ musiałam nauczyć się radzić w takich sytuacjach. Jednak dzięki temu wszystkiemu dziś jestem pewną siebie i zdecydowaną kobietą. W każdym bądź razie nauczyłam się stawiać granice innym ludziom (oczywiście w poszanowaniu ich godności) i wyrażać swoje oczekiwania czy też stanowisko; a już na pewno nauczyłam się walczyć o swoje marzenia. A to jest bardzo ważne;]

Cienie?

Bycie wolontariuszem wiązało się dla mnie też z odczuwaniem bezradności i własnej niemocy. Często musiałam po prostu zaakceptować to, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie przeskoczyć i  nauczyć się z tym radzić. Jednak nawet to czegoś mnie nauczyło, bo zrozumiałam, że tak po ludzku nikt nie jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, bo jest tylko człowiekiem. Więc tak na prawdę cień bezradności i niemocy okazuje się blaskiem, który na początku był przyćmiony przez chmury. 

Dlaczego mnie natchnęło na taką notkę? 
Otóż dzisiaj pomagaliśmy przy organizacji koncertu kolęd w DPSie. Razem z moimi wolontariuszami i harcerkami pomagałyśmy w przygotowaniach, a później w ściąganiu świątecznych ozdób. Kiedy wróciłam do domu dotarło do mnie, że tym razem to ja wychowuję nowe pokolenie wolontariuszy - ludzi, dla których wolontariat może stać się czymś tak samo ważnym jak i dla mnie. Z jednej strony jestem z tego powodu bardzo dumna, a z drugiej czuję na sobie odpowiedzialność za tych młodych ludzi - za to, jak będą postrzegali działalność społeczną i co mogą z tego wynieść. Niemniej jednak mam poczucie, że znów robię coś ważnego, że mam wpływ na coś, co może być promyczkiem nadziei w świecie, w którym czasem ciężko znaleźć odrobinę dobroci, radości i pocieszenia... Naprawdę  przyjemnie się patrzyło na tych młodych ludzi palących się do pracy i otwartych na potrzeby innych. Tacy ludzie jak oni zawsze przypominają mi, że z ludźmi jeszcze nie jest tak źle, bo wciąż tkwi w nas wiele optymizmu, nadziei i wrażliwości na potrzeby innych ludzi. 
Może przesadzam i podchodzę do tego zbyt osobiście i sentymentalnie, ale nie umiem inaczej...w końcu wolontariat zmienił mnie, a co za tym i moje życie;)