wtorek, 31 grudnia 2013

Koniec roku

Ubiegły rok minął mi bardzo szybko, a ostatnie miesiące po prostu gnały jak szalone. Dzisiaj jest taki dzień, że chyba każdy robi jakieś podsumowania i plany. I ja nie mogę się od nich powstrzymać. 

Styczeń

Nowy rok przywitałam ze znajomymi. Sylwester nie należał do najbardziej udanych, ale za to cieszyliśmy się swoim towarzystwem. W styczniu również poznałam Rafała. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że będzie dla mnie kimś ważnym. A jednak - wydaje się, że zadomowił się w moim życiu na dobre. 

Luty

Pamiętam, że zaskoczyło mnie zdziwienie R., że obchodzimy walentynki. A czemu nie...w końcu 14stego minął nam miesiąc bycia razem;p. W tym miesiącu też zaczęłam opiekować się Arturkiem;]

Marzec

Kolejna rocznica moich urodzin...poza tym w marcu urodził się też mój tato;p

Kwiecień

Po raz pierwszy kupowałam prezent urodzinowy dla mojego Faceta. To nie było łatwe zadania. Chociaż tak sobie myślę, że mogłabym kiedyś zrobić cykl notek z inspiracjami prezentów dla mężczyzn;]. 

Maj 

Dopiero w tym miesiącu moja rodzina poznała Rafała. To nie było trudne, bo mieszkam w innej miejscowości niż moja rodzina;)

Czerwiec

Lato...jak ja nie znoszę lata:(

Lipiec

Upały - nienawidzę upałów...ale na szczęście byłam zaopatrzona w filtry;]

Sierpień

Wtedy właśnie zaczęłam pracę w MOPSie. Niestety tylko do dziś mam umowę i nie wiadomo co będzie ze mną dalej. Ale się okaże.

Wrzesień

Nie działo się nic specjalnego. Praca i Rafał pochłaniały większość mojej uwagi. 

Październik

Zamiast grono współlokatorów rozrosło się o kolejną osobę. (I nie jest to Rafał)

Listopad

Mój siostrzeniec skończył 2 lata (doprawdy nie wiem kiedy to minęło) i zaczął mówić na Rafała wuj;p. 

Grudzień

Dużo pracy, dużo stresu i spotkań rodzinnych. Coraz śmielsze pytania o ślub i dzieci, co mnie bardzo irytuje, bo nie lubię być naciskana. No niestety. 


Ten rok nie był tak ciekawy i bogaty w wydarzenia jak 2011 czy 2012. Pewnie dlatego zdążyłam przeczytać więcej książek niż w latach ubiegłych, bo jest ich 60 sztuk:). 

Plany na następny rok? 

  • Dalej być z Rafałem - być wobec Niego bardziej wyrozumiała, ale też bardziej stanowcza, jeżeli wymaga tego sytuacja;). 
  • Pracować - jak nie w MOPSie, to gdzieś indziej. Może założyć własne stowarzyszenie?
  • Zapisać się na kurs językowy.
Planów jest jeszcze kilka, ale wole je zostawić dla samej siebie, bo swoją drogą nie chcę zapeszać. Tymczasem życzę Wam, aby nadchodzący rok był dla Was lepszy niż ten, który skończy się dziś o północy. 

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Moje nawilżacze do ciała.

W takim dziwnym okresie, jaki teraz mamy nie nie mogę sobie pozwolić na brak nawilżenia. Kiedy przez kilka dni zaniedbałam nakładanie balsamu czy jakiegokolwiek innego smarowidła do ciała, to nie dość, że miałam napiętą skórę, to jeszcze zaczęłam się sypać;p. Po kilkudniowej przerwie, kiedy spryskałam się olejkiem do ciała moja skóra piekła niesamowicie...dlatego obiecałam sobie, że nigdy więcej nie pozwolę sobie na lenistwo jeżeli chodzi o nawilżanie skóry. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać mój standardowy zestaw nawilżający, który ostatnio używam. 

Jak widać na załączonym zdjęciu są to: 
  • nawilżający olejek do ciała z serii Planet Spa z firmy Avon;
  • odżywcze mleczko do ciała do skóry suchej oraz bardzo suchej z Nivei.
Olejek z Avonu ma za zadanie nawilżyć, podkreślić opaleniznę oraz wygładzić, nie pozostawiając przy tym tłustej warstwy na skórze. Z tego co znalazłam na etykiecie ma on być z kwiatem frangipani i trawą cytrynową. Mnie on trochę jedzie alkoholem, który zapewne jest w składzie, ale nigdzie na opakowaniu nie mogę go znaleźć:(. Ten produkt jest przydatny, kiedy muszę na szybko, chociaż trochę nawilżyć swoją skórę. Przeważnie używam go rano po prysznicu (kiedy nie mam czasu i ochoty, aby czekać na to, żeby normalne mleczko mi się wchłonęło) i czasem wieczorem jak nie mam siły smarować się mleczkiem. Dla suchej skóry nie jest to nie wiadomo jak dobry produkt, ale można go stosować jako uzupełnienie pielęgnacji. Ja go dorwałam swego czasu za złotówkę, więc niewiele wydałam, a mogłam spróbować. 

Czy do niego wrócę? 
Raczej nie, bo wracam do produktów, które w większym stopniu nawilżają moją skórę, a ten niestety robi to niedostatecznie:/. Jednak jeżeli nie macie tak wymagającej skóry pod względem nawilżenia jak ja to spokojnie możecie go wypróbować?

W przypadku mleczka z Nivei rzecz ma się inaczej. W moim przypadku jest to produkt, do którego regularnie wracam (szczególnie w okresie jesienno - zimowym). Idealnie nawilża moją skórę i sprawia, że mam poczucie odprężonej skóry. Nic dodać nic ująć:). Nawilża, nie podrażnia i nie uczula. Poza tym jest dość wydajny oraz ma przystępną cenę, więc czegóż chcieć więcej? Na pewno będę do niego wracała i używała zamiennie z innymi sprawdzonymi produktami do nawilżania ciała. 

Na bardziej zimne i wietrzne dni już czeka olejek do ciała z Nivei, ale o nim za jakiś czas, bo jeszcze nie wiem jak się u mnie sprawdzi;). 

niedziela, 29 grudnia 2013

Domowa aromaterapia;)

Od kiedy pamiętam lubię świece zapachowe i inne rzeczy, które nadają pomieszczeniom zapach. Ostatnio na topie są u mnie głównie olejki zapachowe do kominka. Ja w swojej bardzo skromnej kolekcji mam dwa olejki zapachowe, które są dostępne w sklepie internetowym Aromatella, a dwa z nich można znaleźć w Rossmanie. 

Zapachy, którymi dysponuję to:

  • Jasmine, 
  • Angel Wings, 
  • Lilia wodna oraz
  • Kwiaty polne. 
Jak do tej pory najbardziej podoba mi się Angel Wings i używam go najczęściej mimo to, że najstarszym jest Lilia Wodna. O dziwo mój Partner dobrze toleruje fakt, że czasem jak przychodzi coś się u mnie świeci i pachnie;). Mam nadzieję, że niebawem moja mała kolekcja się powiększy o kolejne olejki i być może woski oraz granulki;) (za tymi, które mam nie przepadam, bo śmierdzą mi tandetnym odświeżaczem do powietrza). Niestety nie napiszę Wam jaką pojemność mają te olejki, bo nie pamiętam, a na buteleczkach nie ma nic napisane:(. Generalnie są fajne, chociaż ten jaśminowy jest trochę zbyt mdły, ale czasem mieszam go z innymi olejkami i jest lepiej;)

Jest jeszcze jedna rzecz, którą często używam. Jest to świeca zapachowa z Bomb Cosmetics, Arabian Nights.
Ma dość specyficzny zapach, do którego ciężko było mi się przyzwyczaić, ale na szczęście go polubiłam. Pachnie mi jakoś tak drzewnie i kadzidłowo;]. Na szczęście nie daje mocnego zapachu w pomieszczeniu i dlatego też da się z tym zapachem zaprzyjaźnić.

Często jak jestem zestresowana, albo miałam ciężki dzień lubię zrobić sobie coś dobrego do picia i zapalić świeczkę, albo kominek. To pomaga mi uspokoić myśli i ukoić nerwy.

sobota, 28 grudnia 2013

Czym jest wolontariat?

Jak zapewne zauważyliście mając chwilę wolnego masowo produkuję notki, dając upływ swojej wenie twórczej oraz grafomaństwu;). Później mogę nie mieć ani czasu, ani rzeczonej już weny, zatem korzystam póki mogę;). 

Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o bardzo ważnej dziedzinie mojego życia. A mianowicie o wolontariacie, który ma znaczący wpływ na moje życie. 

Wolontariuszką jestem już od czasów liceum i korzyści wypływające z działania wolontarystycznego mogłabym wymieniać bardzo długo. 

Wolontariat jest to dla mnie m. in.: 
  • szkoła charakteru, 
  • możliwość poznania ciekawych ludzi, 
  • szansa na sprawdzenie czy nadajemy się do jakiegoś zawodu;
  • możliwość przełamania własnych barier i rozwoju osobowości;
  • szansa na zdobycie doświadczenia zawodowego oraz kontaktów zawodowych, i wiele innych. 
Mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać, ale moglibyście tego nie znieść, więc Wam daruję (w końcu jeszcze na fali aury bożonarodzeniowej jestem, więc jeszcze nie pluję jadem i nie gryzę tak jak to bywa na co dzień;)). 

Według utartej definicji wolontariat to świadoma, dobrowolna oraz bezpłatna praca na rzecz innych (ludzi, zwierząt, przyrody). Jednakże wolontariatem nie możemy nazwać pracy wykonywanej na rzecz rodziny, znajomych czy też przyjaciół (tudzież sąsiadów). 
W tym miejscu, aż się prosi, żeby zaznaczyć również to, że określenie bezpłatna nie oznacza bezinteresowna, ale wykonywana bez wynagrodzenia finansowego. Każdy doświadczony wolontariusz powie Wam, że wolontariat nigdy nie jest bezinteresowny, bo zawsze przynosi jakieś niematerialne korzyści dla wolontariusza - chociażby takie, o których wspomniałam wcześniej. 

Muszę przyznać, że mimo mojego doświadczenia w tej dziedzinie wciąż ona mnie zaskakuje. Chyba głównie przez to, że jest to sfera życia społecznego, która bardzo prężnie się rozwija - zwiększa się świadomość na temat wolontariatu, co sprawia, że zwiększają się również możliwości i zakres działań, które może wykonywać wolontariusz. I to właśnie jest niesamowite, że robiąc coś na rzecz innych oraz na rzecz np. środowiska lub kultury mamy szansę się rozwinąć i wiele zyskać, chociaż wiele osób wciąż jeszcze nie docenia siły wolontariatu i wolontariuszy. Co więcej, coraz więcej instytucji zatrudnia osoby, które koordynują wolontariatem w danej placówce;). 

piątek, 27 grudnia 2013

Ziaja med, kuracja przeciwzmarszczkowa, krem na dzień oraz krem na noc - moja opinia

Chyba nie ma w Polsce kobiety, która nie rozpoznawałaby takiej marki jak Ziaja. Osobiście bardzo lubię ich masła do ciała, które poza fajną ceną mają świetne działanie na moją skórę, ale o tym może innym razem. 

Dzisiaj chcę Wam napisać o dwóch kremach, które stosuję już jakiś czas w mojej pielęgnacji. Są to krem na dzień i krem na noc z kuracji przeciwzmarszczkowej z linii Ziaja med. 


Teoretycznie jest to linia dedykowana dla skóry z pierwszymi zmarszczkami; w praktyce to wygląda tak, że silniejsze kremy mogą być stosowane w charakterze kuracji dla cer młodszych niż wynika to z przeznaczenia kosmetyków - przynajmniej tego dowiedziałam się na jednym ze szkoleń pielęgnacyjnych, na którym miałam okazję być. 

Krem na dzień ma za zadanie:
  • wzmocnić włókna kolagenu I, II, IV oraz elastyny;
  • redukować głębokość zmarszczek, 
  • poprawiać gładkość oraz jędrność skóry, 
  • regulować procesy melanogenezy (cokolwiek by to nie było), 
  • rozjaśniać przebarwienia skóry. 
Generalnie z tego co rozumiem powyższy produkt ma poprawić ogólny stan naszej cery. Jednakże przejdźmy do moich osobistych wrażeń... Dzienna wersja kremu ma lekką konsystencje i uważam, że nie zapewnia mi odpowiedniego nawilżenia skóry mojej twarzy. Fakt, że nie uczula, nie podrażnia i lekko odżywia nie zmienia faktu, że nie zaobserwowałam jakichś wielkich efektów, a użycie tego kremu pod podkład bez uprzedniego zastosowania serum (o którym Wam napiszę w jednej z kolejnych notek) skutkowało masakrycznym podkreśleniem skórek, co nie wyglądało dobrze:/. 

Podsumowując.
Moim zdaniem ten krem to przeciętniak, którego nawet nie czuć na twarzy. Po jego nałożeniu, w jednej chwili produkt się wchłania, co może być plusem np. przy mieszanej skórze twarzy. Jednakże jeżeli przypadkiem macie suchą, to odradzam, bo nie sprawdzi się Wam tak jak w moim przypadku - tym bardziej w okresie grzewczym. Dlatego też uważam, że dużo lepiej jest zainwestować w coś nieco droższego i mieć jakieś efekty, niż wyrzucić nawet niewielką sumę w błoto.

Jeżeli chodzi o krem na noc z tej serii, to tu sprawa ma się nieco lepiej. W tym przypadku rola tegoż kremu sprowadza się mniej więcej do tego samego, z tymże zamiast uzupełniania włókien kolagenu ma za zadanie uzupełniać niedobór naturalnych substancji odżywczych. W tym przypadku kosmetyk jest dużo bardziej treściwy i w końcu mogłam odczuć, że coś robi z moją skórą - a mianowicie dobrze ją nawilża. I tutaj jest duży plus dla tegoż produktu, bo moja skóra mogła w końcu się zrelaksować i odpocząć, po całym dniu zmian temperatur i suchego powietrza w pomieszczeniach. Co do innych efektów, to nie mogłam zaobserwować jakichś specjalnych skutków, chociaż uczucie nawilżonej i odżywionej skóry było po całym dniu bezcenne.

Nie wiem czy jeszcze kiedyś sięgnę po te produkty, bo mam do nich mieszane uczucia, ponieważ nie sprawdziły się tak jakbym tego oczekiwała. Prawdopodobnie w walce ze zmarszczkami też nie sprawdzą się jakoś rewelacyjnie, a już nie wpłyną jakoś widocznie na stan naszej skóry. A szkoda, bo cenę mają bardzo przystępną. Chociaż może nie warto oszczędzać na pielęgnacji twarzy, bo efekty będą mizerne, a my będziemy rozczarowane...

W każdym bądź razie mam już upatrzone inne kremy do twarzy i mam nadzieję, że będę mogła Wam o nich napisać coś lepszego niż o tych powyższych. 

Pozdrawiam i życzę Wam
miłego popołudnia;). 

czwartek, 26 grudnia 2013

poświątecznie;)

Właściwie jesteśmy już po świętach. Ja właśnie usiadłam w zaciszu własnego mieszkania ze szklanką wody mineralnej w zanadrzu i odetchnęłam po całym tym świątecznym zamieszaniu i obżarstwie. Jakieś trzy dni z rodziną dla mnie w zupełności wyczerpuje limit wspólnego przebywania na małej powierzchni - nie dlatego, że się nie lubimy, tylko dlatego, że czasem ma ochotę się pobyć samemu i posiedzieć spokojnie razem ze swoimi myślami. Poza tym przyzwyczaiłam się już do samodzielnego mieszkania i na dłuższą metę nie do końca odnajduję się między dużą rodziną.

Dzisiaj przyszło mi zrobić krótkie podsumowanie świąt. Będę posiłkować się zdjęciami, bo tak będzie dla mnie łatwiej i szybciej;) Ot - takie małe przyzwolenie na jeszcze trochę lenistwa;).

W Wigilię u nas zawsze jest dużo zamieszania, a od kiedy pojawił się mały, to momentami pojawiał się chaos, ale geniusz sobie daje z tym radę, więc wszystko jakoś ogarnęliśmy. W domu u Rodziców zawsze jest dużo ozdób... 


 I oczywiście nie obejdzie się bez prezentów;)


 Przygotowania do Wigilii już niemalże ukończone...


 A jak nikt nie patrzył Gwiazdka dorzuciła jeszcze więcej prezentów;)


 Jeszcze chwila i będziemy mogli zacząć;)


A po kolacji przyszedł czas na kolędy i prezenty...pościel się przyda, ale czy to była jakaś sugestia ze strony Gwiazdki to ja nie mam pojęcia;]


 I chyba musiałam być bardzo grzeczna skoro dostałam też i taki prezent:


 I drobne uzupełnienie podstawowych kosmetyków...


 oraz słodyczy;)


A oto Nemo, o którym wspominałam niedawno...tak to ten mały piesek ze zdjęcia;). Niestety nie chciał przemówić ludzkim głosem;]


Od jutra wielu z nas wraca do swojej rzeczywistości...ja poniekąd też, chociaż w jakimś stopniu nie mogę się już doczekać;). Może i mało zdjęć, ale sami rozumiecie, że nie zawsze była okazja, żeby złapać aparat;). Jednakże mimo wszystko brakowało jednej osoby, ale mam nadzieję, że rozstanie na czas świąt nadrobimy niebawem;)

środa, 25 grudnia 2013

Nie chcę zostać matką...na obecnym etapie mojego życia

Ostatnie święta (te zeszłoroczne) upłynęły pod znakiem wypominania mi niejakiego K., którego miałam czelność spławić, a który tak bardzo był we mnie zakochany, że pewnie miałabym już na palcu obrączkę i zapewne przynajmniej oczekiwałabym potomstwa. Jednak wiedziałam, że to nie jest ten mężczyzna, z którym chcę spędzić życie, bo uważałam (i nadal tak myślę), że będzie ono zmarnowane z jednego prostego powodu - nie darzyłam K. żadnym innym uczuciem poza sympatią. Zatem nie chciałam się związać z Nim tylko dlatego, że sam mnie kochał. W związku męczylibyśmy się oboje, a ja przysporzyłabym cierpienia nie tylko sobie, ale naszym potencjalnym dzieciom.

Na początku tego roku pojawił się w moim życiu R., który mam nadzieję, że zostanie w nim do końca. Ostatnio do mojej rodziny dotarło, że z R. planujemy na poważnie wspólne życie. Najpierw zaczęły się pytania o ślub, a od niedawna nieśmiało pojawiają się pytania o dzieci. Budzi się we mnie bunt, kiedy słyszę, że powinnam postarać się o dziecko zaraz po tym jak się pobierzemy, bo do 30stki powinnam się ostatecznie wyrobić z pierwszym dzieckiem i że powinnam się poświęcić. Bo przecież z pierwszym dzieckiem w pewnym momencie może być za późno... A co to ja matka polka jestem, żeby się poświęcać w zupełności dziecku i mężowi? 

Kocham swojego R. i jestem dla niego w stanie zrobić bardzo dużo, ale to czy, kiedy i ile będziemy mieć dzieci jest tylko i wyłącznie naszą decyzją - moją i R..  Póki co ja się po prostu boję...ciąży, spróchniałych zębów, porodu i nieprzespanych nocy; tego, że nie sprawdzę się w roli matki... Był w moim życiu taki czas, w którym chciałam zajść w ciążę w trybie pilnym, ale jakiś czas temu mi przeszło...chyba od tego niańczenia cudzych dzieci:/ Kto wie...może za jakiś czas mi przejdzie ogólna niechęć i strach przed ciążą oraz porodem i przyjmę na klatę swoją przyszłą rolę matki, ale chciałabym móc chociażby nacieszyć się bliskością mężczyzny, którego kocham, a nie od razu zachodzić w ciąże, bo oczekują tego ode mnie wszyscy naokoło, włącznie z moimi dziadkami, rodzicami i rodzeństwem... Wiem jedno - na tym etapie mojego życia nie chcę mieć dzieci.

Nie wiem...może jestem okrutna, nienormalna, albo zaburzona, jednak nie chcę, żeby inni decydowali o tym, co i w którym momencie mam robić. W tej chwili pozostaje mi  jedynie udzielać wymijających odpowiedzi typu...najpierw ślub później pomyśli się o dzieciach... Co nie zmienia faktu, że naciski rodziny są dość męczące.

Katarzyna Miller, "Nie bój się życia"

Katarzyna Miller jest absolutnie moją ulubioną psycholożką, która publikuje również książki. Podziwiam ją za to, że po ponad trzydziestoletniej praktyce terapeutycznej w zakresie terapii indywidualnej, małżeńskiej i grupowej nadal jest aktywna zawodowo i wydaje się, że wciąż nie traci pasji do wykonywania zawodu. Swego czasu czytałam jej Bajki rozebrane wydane razem z T. Cichocką, które urzekły mnie trafnością tego jak bardzo bajki z dzieciństwa potrafią nas charakteryzować. Dla tych co nie wiedzą Bajki rozebrane to publikacja, w której bajki zostały rozebrane na czynniki pierwsze pod względem psychologii. Jednak to nie o bajkach miało być, ale o zupełnie czym innym, chociaż również z zakresu psychologii. 
Źródło: www.lubimyczytac.pl

Nie bój się życia to zbiór felietonów Katarzyny Miller, które swego czasu ukazały się w Zwierciadle (które czasem zdarza mi się czytać). Kiedy zobaczyłam tą publikację na bibliotecznej półce sięgnęłam po nią bez wahania. W tejże książce autorka nawiązuje do doświadczeń swoich pacjentów, przyjaciół i znajomych. W poszczególnych felietonach autorka pomaga zmierzyć się z różnymi lękami np. z lękiem przed starzeniem się, szczęściem, złością czy popełnianiem błędów. Nie bój się życia nie należy jednak traktować jako gotowej recepty na rozwiązanie wszystkich swoich problemów jednak jak inspirację do rozpoczęcia nowej drogi ku własnemu szczęściu. 

Myślę, że ta książka jest warta uwagi, bo może wnieść coś do życia każdego z nas, a przy tym jest cieniutka, a rozdziały bardzo krótkie, przez co czyta się szybko. Ja przeczytałam ją w trakcie zamieszania świątecznego, więc myślę, że każdy może przeczytać ją na spokojnie w jeden wieczór, a nawet w godzinę czy dwie;p. W każdym bądź razie przeczytanie tej książki nie boli;p. Chciałabym, żeby było więcej takich autorów, którzy w prosty i krótki sposób przekazywali tyle treści; czego Wam i sobie życzę;).

Dziś miała być notka z wrażeniami po wigilii, ale niestety nie wzięłam sobie kabla usb do aparatu, więc sklecę coś jak wrócę ze świąt - czyli najpewniej pojutrze;p. 

Tymczasem życzę Wam udanego świętowania;).

wtorek, 24 grudnia 2013

Okołoświątecznie

Moi Drodzy, 
mam nadzieję, że Wasze święta zaczęły się spokojnie i bardzo rodzinnie. 

Dla mnie czas świąt, to też czas robienia podsumowań i planów na kolejnych 12 miesięcy. Do takich planów, które mogę Wam zdradzić należą:

  1. Zrobienie kursu językowego - z języka niemieckiego, albo angielskiego;
  2. Rozwój zawodowy przez szkolenia i ewentualne dodatkowe studia;
  3. Założyć własne stowarzyszenie;
  4. Poprowadzić dwa oddzielne blogowe projekty - możliwe, że pochwalę się nimi na tym blogu.
Poza tym jest kilka planów, które chcę zachować dla siebie, bo są bardzo osobiste, chociaż i tak pewnie wyjdą w praniu, więc i tak w swoim czasie się o tym dowiecie.  

Z dobrych wiadomości (albo i nie - jak kto woli) mam dla Was informację, że mam już materiał na kolejne 3 notki. Dzisiaj po Wigilii kiedy robiłam zdjęcia mama zapytała się mnie po co je robię...odparłam, że zbieram materiał na bloga;]...cóż bloger funkcjonuje trochę inaczej niż reszta społeczeństwa i najbliższym czasem ciężko żyć z taką osobą;p. W każdym bądź razie spodziewajcie się przynajmniej trzech notek po świętach, w krótkim odstępie czasowym;]. Mam nadzieję, że nie zwątpicie po kilku postach dodawanych dzień po dniu;)

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Przedświątecznie

Moi Drodzy, 
to niesamowite jak ten czas szybko leci...mnie osobiście bardzo ciężko uwierzyć w to, że już jutro Wigilia, chociażby dlatego, że w tym roku do ostatniej chwili pracuję, a poza tym nie ma śniegu, a ozdoby świąteczne w moim mieście są bardzo ubogie:/. Zupełnie nie czuć klimatu świąt:(, ale mam nadzieję, że niebawem go poczuję...chociaż nie wiem kiedy uda mi się dostać do rodziców... No cóż - takie są uroki samodzielnego mieszkania. 

W każdym bądź razie mam nadzieję, że Wy już jesteście w domach i możecie cieszyć się świąteczną atmosferą. 

Zdjęcie pochodzi sprzed dwóch lat, kiedy przyjechałam na święta z Brukseli;p

Z okazji świąt Bożego Narodzenia 
chciałabym Wam życzyć ciepłych i radosnych chwil spędzonych z rodziną;
miłości, która wypełni każdą chwilę Waszego życia;
nadziei, która codziennie dodaje Wam siły do walki o spełnienie mareć;
oraz 
spełnienia, które będzie uwieńczeniem Waszych wysiłków:)

Tymczasem pogoda jest piękna:)...przypomina mi tą sprzed dwóch lat, kiedy w moim życiu odbywała się rewolucja, a nasz domowy zwierzak był drobny, a nie sięgał po pas...zatem tak na dobry początek dnia, mały Nemo:


niedziela, 22 grudnia 2013

T. Tomczyk, Blog, pisz, kreuj, zarabiaj - słów kilka o książce

Ostatnio postanowiłam zacząć się rozwijać niczym dywan z kwiatów i nieco zainwestować czasu i energii w rozwijanie swoich zainteresowań. Poniekąd odbiło się to na moich spotkaniach ze znajomymi i rodzinie, bo poza zainteresowaniami mam jeszcze pracę, ale mam nadzieję, że nadrobię nieco spraw z okazji świąt;). Przynajmniej mam takie postanowienie na koniec roku;]. Dodatkowo niestety przeczytam mniej książek do końca roku niż sobie zakładałam;(, ale i tak będzie to mój rekord, więc zawsze to jakieś pocieszenie;)

Co do samorozwoju, postanowiłam zebrać więcej informacji dotyczących własnych zainteresowań. Dlatego też m. in. sięgnęłam po książkę Tomka Tomczyka, Blog Pisz Kreuj Zarabiaj.

Autor znany jako Kominek tym razem wydał książkę dla nieco bardziej zaawansowanych blogerów, którzy myślą o skomercjalizowaniu swojego bloga. Tomczyk pisze m. in. o kreacji w socjal mediach i współpracy z firmami, co przydaje się również początkującym blogerom. 

Dla mnie ta publikacja zawiera garść wiadomości, które odświeżyły moje spojrzenie na blogosferę i sprawiły, że zaczynam myśleć inaczej. Po przetrawieniu tego wszystkiego czego się dowiedziałam na pewno jeszcze nie raz będę wracać do tej książki, bo zawiera szereg cennych informacji, które chciałabym sobie jeszcze utrwalić.

Jeżeli jednak oczekujecie konkretnych porad typu zrób to i to, a Twój blog zwiększy zasięg i zyskasz np. zlecenia na notki sponsorowane, to możesz się rozczarować. Tak sobie myślę, że chyba nie ma prostego przepisu na osiągnięcie sukcesu w blogosferze. To każdy z nas musi znaleźć odpowiednią drogę do niego i swój sposób na poprowadzenie bloga w odpowiedni sposób. Uważam, że Kominek nam w tym nie przeszkadza - wręcz przeciwnie;]. 

Moim zdaniem jeżeli ktoś chce poszerzyć swoją wiedzę na temat prowadzenia bloga to ta książka jest idealnym sposobem na to, żeby rozpocząć poszerzanie swoich informacji, chociażby dlatego, że napisana jest w bardzo przystępny sposób, który sprawia, że po jej przeczytaniu wiele zostaje człowiekowi w głowie. Powyższa publikacja może również przydać się tej drugiej stronie (czyli firmom, które chcą współpracować z blogerami), chociażby poprzez to, że pomoże zrozumieć mentalność blogera oraz przez pokazanie jak funkcjonuje blogosfera.

Nie mówię, że T. Tomczyk jest wyrocznią jeżeli chodzi o blogosferę, ale skoro jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych blogerów, który jeszcze w dodatku u3muje się z tego co robi, to warto zapoznać się z jego sposobem postrzegania blogosfery. 

sobota, 21 grudnia 2013

Green Pharmacy, Olejek łopianowy z czerwoną papryką.

Może pamiętacie jak kilka miesięcy temu pisałam Wam o tym, że zaopatrzyłam się w kilka produktów z Green Pharmacy. Dzisiaj chciałabym Wam napisać kilka słów o olejku łopianowym z czerwoną papryką. 
Według producenta ten olejek ma mieć właściwości stymulujące wzrost włosów oraz wzmacniające te, które są osłabione. Czerwona papryka pobudza mikro-cyrkulacje krwi co pomaga przedostawaniu się dobroczynnych składników oleju łopianowego w głąb cebulek włosowych. W efekcie włosy mają się stać gęstsze, mocniejsze oraz lśniące i pełne życia. 

Moim zdaniem ten olejek przede wszystkim bardzo dobrze odżywia włosy. Nie zauważyłam jednak, żeby były wzmocnione, albo szybciej rosły. Możliwe, że nie zauważyłam większych efektów dlatego, że używałam go z różną częstotliwością, ponieważ nie zawsze miałam czas i siły na nałożenie go na włosy i pozwolenie mu na podziałanie na nie;]. Jednakże odkryłam, że genialnie sprawdza się w czasie jesienno - zimowym, kiedy temperatura spada. Dzięki temu kosmetykowi moje włosy z suchych i matowych zamieniły się w odżywione i lśniące z czego niesamowicie się cieszę. Dlatego też zamierzam wrócić do jego używania, bo po co zmieniać w pielęgnacji coś co się sprawdza?

Chociaż przyznam Wam się w tajemnicy, że przyczaiłam się już na olejek z Khadi, który jest dostępny w sklepie obok mojego bloku;], dlatego też grzech nie skorzystać z okazji, więc jeszcze nie wiem czy Green Pharmacy nie przegra z Khadi...w sumie później mogę zrobić porównanie obu produktów;]. 

środa, 18 grudnia 2013

Chcesz adrenaliny? Przejedź się busem;]

Aż chciałoby się sparafrazować klasyka: Marcel ty pizdo!
Zatem:
Marcel ty pizdo!;]

Tubylcy, którzy tu zaglądają doskonale orientują się, że Marcel, to nazwa busów, które głównie łączą Rzeszów z kilkoma innymi miastami. Jednakże życie z Marcelem do łatwych nie należy. Owszem ma jedną zaletę - kursuje często, ale jazda nim stanowi nie lada wyzwanie i nie raz dostarcza dodatkowej dawki adrenaliny, która chociażby budzi niedomagających po całym dniu na uczelni studentów. Ostatnio miałam wątpliwą przyjemność podróżować tym środkiem komunikacji międzymiastowej, a ostatnim razem doszłam do wniosków, które muszę wyrzucić z siebie, bo inaczej staną mi (k)ością w gardle.

Główny problem podróżowania busem między Rzeszowem, a moim miastem jest to, że człowiek zwykle modli się do wszystkich znanych sobie bogów o to, by oszczędzili go tym razem i cało dotarł do celu. Kiedy w zeszłym miesiącu jechałam na szkolenie do naszej stolicy województwa jedna z koleżanek zapytała mnie czy jechałam Marcelem? Na co odparłam, że a i owszem;]. I Ty żyjesz? - padło ironiczne pytanie. To stwierdzenie powinno Wam wystarczyć jako skrócony opis bezpiecznej jazdy jeżeli chodzi o zdecydowaną większość kierowców z tej firmy.

Dodatkowym minusem jest fakt, że często busy są tak zapchane, że nie można oddychać - ale czasem nie ma wyjścia, bo do domu jakoś wrócić:/

Najgorsze jest to, że busy nie mają zbytniej konkurencji, bo PKS nie ma zbyt częstych kursów, a co do pociągów to nawet nie wiem czy jakieś jeszcze kursują;/.

Zastanawiam się tylko jak długo jeszcze będziemy musieli czekać na poważny wypadek z udziałem busa...może wtedy coś się zmieni...


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Ogłoszenia parafialne

Witajcie, 
nie planowałam dzisiaj dwóch notek, jednak muszę się Wam czymś pochwalić. A mianowicie tym tekstem: http://rst24.pl/kategoria-wydarzenia/wydarzeniatop/3736-blog-sposob-na-ycie-spdzanie-wolnego-czasu-i-dzielenie-si-swoj-wiedz.html

Wiem, że nie wszyscy z Was śledzą mnie na Facebooku dlatego postanowiłam podzielić się z Wami tą radosną wiadomością i tu;]. 

Jeżeli chcielibyście polubić mój FanPage to zapraszam:

FanPage portalu rst24.pl:

Tymczasem Wam życzę dobrej nocy, a ja niebawem zbieram się do snu...jutro czeka mnie trudny, stresujący i długi dzień...zatem 3majcie kciuki.

Pozdrawiam

5 produktów, które pomogą Ci ładnie wyglądać na zdjęciach

Dzisiaj chcę Wam o kilku produktach, które nieoczekiwanie okazały się niezawodne przy robieniu zdjęć i udzielaniu wywiadów do kamery. Niestety mój zawód czasem wymaga tego, żeby kontaktować się z dziennikarzami (co niekoniecznie jest przyjemne, ale jak trzeba to trzeba:/).

Kiedy wiem, że mam wywiad z góry zakładam, że będą mi robić zdjęcia, bo z telewizją to wiadomo, że jak cię dopadną to nie ma przeproś i masz im ładnie wszystko powiedzieć co tam od ciebie chcą, a to wszystko przed kamerą;]. Staram się wtedy nie przesadzić z makijażem, ale wyglądać w miarę naturalnie, rześko, a przy okazji staram zakryć to co się da i podkreślić to co tylko mogę;]. A to nie jest łatwe zadanie, oj nie jest.

Ale przejdźmy do konkretów. 

 Od lewej macie:

  •  podkład WAKE ME UP z firmy Rimmel w kolorze 100 Ivory,
  • korektor pod oczy z z firmy Diament czy jakoś tak - niestety nie powiem Wam dokładnie, bo mi się napisy starły:(, w każdym bądź razie jest w odcieniu 01 jasny beż;];
  • tusz do rzęs z Avonu Super Drama Mascara,
  • high lihts z technic - uprzedzając Wasze pytania, ja zamówiłam go przez sklep internetowy;];
  • natomiast ten kończący się już bronzer mam również z firmy Rimmel;

Podkład i korektor pod oczy na mojej suchej i wrażliwej skórze sprawdzają się całkiem dobrze. Podkład WAKE ME UP,  w dostatecznym stopniu zakrywa nie tylko moje rumieńce na policzkach, ale również ewentualne niespodzianki w postaci wągrów i małych pryszczy. Natomiast jeżeli chodzi o korektor pod oczy, to może cudów nie robi, ale dodatkowo rozświetla okolice pod oczami i czyni moje cienie mniej widoczne. Oba te produkty czynią skórę bardziej rozświetloną i odświeżoną.
Jeżeli chodzi o rozświetlacz to przy jego wyborze kierowałam się tak zwanym czujem. Chciałam spróbować jakiegoś produktu w płynie, więc postanowiłam własnie na rozświetlacz (skoro już np. w róż jestem zaopatrzona). ten produkt jest zamknięty w podobnym słoiczku do opakowań lakierów do paznokci i ma różowy odcień. Ja zwykle nakładam go na szczyty kości policzkowych i odrobinę na środek czoła. To jeszcze dodatkowo pomaga rozjaśnić twarz - w sumie to ma robić. Prawda?;)Dodatkowo starczy mi na wieki.
Jeżeli chodzi o ten tusz to na moich oczach daje delikatny efekt - w końcu chcę podkreślić moje oczy, a nie schować je pod firanką rzęs;).

Natomiast w przypadku bronzera zawsze sięgam po ten najbardziej sprawdzony. Mam porównanie jeżeli chodzi o ten i jeszcze inny, który mam gdzieś w swoich kosmetykach, a ten zdecydowanie wygrywa. Niestety wydaje mi się, ze został już wycofany:(, a szkoda. No, ale cóż, będę próbować z innymi bronzerami - wyjścia za bardzo nie mam. 

Jak widzicie nie używam cieni. Nie mam zbytniej wprawy w robieniu makijażu oka i wolę z niego zrezygnować niż zaryzykować wpadkę. W końcu nie chcę straszyć ludzi bardziej niż to konieczne;]. Co do trwałości powyższych produktów to 3mają się u mnie kilka godzin, bez nakładania pod nie dodatkowej bazy pod makijaż. Ot jedno z nielicznych błogosławieństw suchej skóry. 

sobota, 14 grudnia 2013

T. E. Opoka, "Żona psychopaty" - moja opinia

Żona psychopaty - Teresa Ewa OpokaJako, że interesują mnie tematy związane z kryminologią, w tym również z psychopatią i psychopatami nie mogłam sobie odmówić skorzystania z szansy, którą było sięgnięcie po Żonę psychopaty, autorstwa T.E. Opoki

Książka opowiada historię Majki, która na początku studiów zakochała się i wyszła za mąż. Na początku wydawało się jej, że znalazła księcia z bajki, przy którym będzie wieść szczęśliwe życie. Jednakże rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. Po ślubie Edward pokazuje swoje prawdziwe oblicze - to bezwzględne i brutalne. Dodatkowo mężczyzna jest zazdrosny w irracjonalny sposób, a swoją żonę traktuje jak własność. Jednakże przed otoczeniem (rodziną i znajomymi) odgrywa rolę czułego i kochającego męża - sadystą jest tylko wtedy, kiedy jest z żoną sam na sam. Po latach małżeństwa Majka decyduje się zmienić swój los i składa pozew rozwodowy. Jednakże jak się okazuje droga do wolności wcale nie jest taka łatwa...

Żona psychopaty to moim zdaniem bardzo dobra książka, która przede wszystkim pokazuje to jak funkcjonuje ofiara w przypadku przemocy domowej. Mąż niekoniecznie musi być psychopatą - czasem wystarczy, że ma skłonności do agresji. Nie chcę się tu rozwodzić o tym jak funkcjonuje bo to nie czas na rozwinięcie tego tematu, jednakże jedno Wam mogę napisać. Powieść pani Opoki jest bardzo realistyczna, a przynajmniej taka jest postać Majki. Moim zdaniem to co przeżyła Majka mogło dotyczyć niejednej kobiety, a to jak funkcjonowała i myślała ta bohaterka było realnym obrazem tego jak funkcjonuje ofiara przemocy. Doskonale rozumiałam zachowanie Majki - nie dlatego, że sama jestem lub byłam ofiarą przemocy, ale dlatego, że rozumiem procesy, które w niej zachodziły. Ktoś mógłby pomyśleć, że odejść jest bardzo łatwo, jednakże są sytuacje, w których to przychodzi z trudem. Z jednej strony współczułam tej postaci, jednakże jej determinacja i dążenie do uwolnienia się z sideł momentami wzbudzały również mój szacunek. 

Dlatego też jeżeli chcecie sięgnąć po coś życiowego, co poniekąd da Wam do myślenia to nie możecie ominąć tej książki. 

Dajcie znać czy chcecie jakieś teksty o psychopatii lub przemocy domowej. Jak będę miała czas zbiorę materiały, żeby móc na co się powołać w celu poparcia swoich słów i wtedy napiszę Wam coś na ten temat...może jeden post, może kilka...to będzie zależało od Was i od tego jakie materiały znajdę;)

piątek, 13 grudnia 2013

Zrób sobie stop klatkę: BingoSpa, Maska do twarzy ze 100% olejkiem winogronowym

Dzisiaj w ramach cyklu Zrób sobie stop klatkę. Chciałabym Wam napisać o produkcie, którego możecie użyć podczas domowego SPA. Miałam ostatnio możliwość przetestowania maseczki do twarzy z BingoSpa ze 100% olejkiem winogronowym. 

Ten produkt zawiera 5% czystego oleju winogronowego i ujędrniający kompleks algowy. Z informacji jakie znalazłam na stronie firmy dowiedziałam się, że składniki zawarte w produkcie mają nam pomóc w regeneracji płynności i aktywności enzymów błony komórkowej - cokolwiek by to miało oznaczać;]. Kwas linolowy odgrywa istotną rolę w procesach metabolicznych skóry, a frakcja niezmydlająca się w postaci fitosteroli ma wzmacniać lipodową barierę naskórka (chronić przed wieloma czynnikami zewnętrznymi np. wiatrem, chłodem czy promieniowaniem słonecznym lub detergentami). Kosmetyk mamy nałożyć na twarz na 15 minut. 

Nie wiem jak Wy na to patrzycie, ale moim zdaniem informacje na stronie mogłyby być napisane w bardziej przystępny sposób (chociaż i tak starałam się nieco uprościć to co tam zastałam), ale to tylko i wyłącznie moja mała dygresja;). 

Jeżeli chodzi o sam produkt to pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę to jego zapach. Mianowicie jest on nieco chemiczny, co stanowi mały dyskomfort w jego używaniu (przynajmniej w moim przypadku). Jednakże powyższy kosmetyk jest czymś, po co sięgam zawsze jak chcę w delikatny sposób dodatkowo odświeżyć i odżywić moją skórę twarzy. W porównaniu do słynnej już błotnej maseczki z Avon jest słabsza, więc jeżeli np. chcecie silnego oczyszczenia możecie być zawiedzeni. Teoretycznie jest to maseczka przeznaczona do skóry tłustej, mieszanej i zanieczyszczonej, ale w moim wypadku (mam suchą i wrażliwą cerę) też się sprawdza pod warunkiem, że nie używam jej zbyt często. Ważną informacją może być również to, że powyższy produkt nie wywołał u mnie podrażnienia i uczulenia, co też coś o nim mówi;). Natomiast jeżeli chodzi o konsystencję produktu to jest ona galaretowata. 

Cena, którą znalazłam na stronie: 12 zł

Podsumowując:

Powyższa maseczka jest całkiem dobrym produktem, który może nas nie zaskoczy, ale spełni swoją rolę. Jeżeli pominąć zapach, który mi nie do końca przypadł do gustu (co jest sprawą bardzo indywidualną) nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. 

Nie mogę Wam powiedzieć czy macie go kupić czy nie, ale jeżeli kogoś interesuje moje zdanie to ja mogę polecić ten kosmetyk ze spokojnym sumieniem. 

środa, 11 grudnia 2013

Philippa Gregory, "Odmieniec"

Jeszcze nie tak dawno miałam ambitny plan, żeby przeczytać określoną ilość książek do końca roku, która była znacznie większa od tej początkowo zakładanej. Jednakże pocieszam się faktem, że w efekcie będzie to i tak całkiem niezła liczba przeczytanych książek przez cały rok i już mogę się pochwalić tym, że jak do tej pory będzie to mój roczny rekord;p. Ale o tym pod koniec grudnia;]. Póki co jeszcze walczę i mam nadzieję, że nie wszystko stracone;]. 

Odmieniec - Philippa Gregory
źródło: www.lubimyczytac.pl
Dziś jestem świeżo po lekturze Odmieńca autorstwa Philippy Gregory. Podobno nie jest to najlepsza powieść tej autorki, ale do tej pory przeczytałam zaledwie dwie, więc nie mogę się jeszcze wypowiadać. 

Nastoletnia Izolda zostaje zamknięta w klasztorze, aby jej brat mógł przejąć jej majątek. Kiedy zakonnice, nad którymi sprawuje pieczę zaczynają lunatykować oraz zdradzać oznaki obłędu do klasztoru wraz z dwojgiem towarzyszy przybywa inkwizytor. Luca i Izolda stawiają czoło podejrzanym wydarzeniom oraz największym lękom średniowiecznego świata: czarnej magii, szaleństwu i wilkołakom. Rozpoczyna się poszukiwanie prawdy i własnego przeznaczenia. 

Kiedy sięgałam po tą książkę nie miałam wobec niej nie wiadomo jak ambitnych oczekiwań. Liczyłam na dobrą i ciekawą rozrywkę, której niestety nie dostałam:/. Historia zawarta w tej powieści jest strasznie naiwna, przewidywalna i infantylna, co sprawiło, że nie sięgałam po nią z wypiekami na twarzy, w nerwowym oczekiwaniu na rozwój wydarzeń. Sam pomysł na fabułę może i był ciekawy, jednakże wykonanie nie zadowalało. W trakcie rozwoju akcji można było domyśleć się dalszych wydarzeń i reakcji bohaterów, którzy są bardzo płascy i papierowi. Zero dreszczyku emocji czy trzymania w napięciu. Dlatego też raczej nie sięgnę po kolejne tomy z serii, ponieważ wolę sięgnąć po coś znacznie bardziej absorbującego i interesującego. Cóż szkoda:(, jednakże i tak zamierzam sięgnąć po inne powieści pani Gregory - chociażby po Kochanice Króla

wtorek, 10 grudnia 2013

Asertywność - cecha, której wciąż się uczę.

Żyjąc i pracując wśród ludzi nie możemy obejść się bez bardzo ważnej umiejętności, którą jest asertywność. To niezbędna cecha, wykorzystywana mniej lub bardziej w kontaktach międzyludzkich

W pracy ta umiejętność przydaje się nam głównie w kontaktach z kierownictwem oraz innymi pracownikami, jednakże w zawodach, w których pracownik ma dodatkowo kontakt z klientem jest ona nam niezbędna. Takie zawody jak pracownik socjalny, nauczyciel, psycholog, pedagog; a nawet sprzedawca, telemarketer i wiele innych są szczególnie narażone na kontakt z przeróżnymi ludźmi, którzy czasem bywają napastliwi, tudzież /lekko mówiąc/ nieprzyjemni.

Jednakże zacznijmy od podstaw, a mianowicie od wyjaśnienia tego czym jest asertywność. 
Otóż w uproszczeniu asertywność to umiejętność wyrażania swojego zdania, krytyki, życzeń czy też potrzeb; przy świadomości tego, że kto może mieć inne zdanie czy nie koniecznie chce i/lub może zaspokoić wyrażane przez nas potrzeby czy pragnienia. Asertywność wiąże się także z przyjmowaniem oceny, krytyki czy też...pochwał od innych. Tak, tak - pochwały też trzeba umieć przyjmować, bo jak się okazuje to nie jest takie proste. Najlepiej, w momencie kiedy ktoś mówi Ci, że np. ładnie dziś wyglądasz z odpowiedzieć dziękuję, cieszę się, że tak myślisz; albo dziękuję, też tak myślę. Posiadanie powyższej cechy wiąże się również umiejętnością kulturalnego odmawiania, czyli takiego, które nie uraża uczuć innych. A to bywa dość trudne w zetknięciu z rzeczywistością i innymi ludźmi. 

Asertywność wiąże się z posiadaniem m. in. takich cech jak: wrażliwość na innych, świadomość siebie, dobra samoocena czy też stanowczość. Kiedy nie umiemy obronić własnych poglądów, albo odmówić w sposób asertywny to, albo dajemy sobie wejść na głowę, albo reagujemy agresywnie.

Kiedy czasem przychodzi do mnie wolontariuszka ze swoimi oczekiwaniami i wyobrażeniami o wolontariacie, które zderzają się z rzeczywistością często muszę jej tłumaczyć jak jest i dlaczego tak jest. Ze względu na to, że wciąż jestem uważana za osobę młodą często traktowana jestem po macoszemu przez osoby starsze ode mnie, które zarzucają mi brak wiedzy o życiu i poniekąd brak kompetencji. To jest przykre, ale pocieszające jest to, że z wieku się wyrasta. Chociaż nigdy nie zapomnę tego, że jak dostałam swoją pierwszą pracę wszyscy reagowali ze zdziwieniem Taka młoda w tym zawodzie? Cóż życie;) Na szczęście większość moich wolontariuszy jest wspaniała i często służy mi swoją radą i wyrażeniem własnych opinii na jakichś temat, które często są słuszne i powodują, że zmieniam swoje działania;). 

Poza tym ostatnio w pracy miałam telefon - klient dzwoni i prosi, żebym do niego przyszła (najlepiej zaraz) pomóc napisać pismo. Długo mu zeszło zanim dotarło do niego, że nie mogę wyjść z biura, w którym muszę pracować na miejscu, a wolontariusza nie znajdę na zaraz, bo każdy ma swoje życie (pracę, szkołę, rodzinę itd.) i nie rzuci wszystkiego, żeby komuś pomóc. Cóż...niezbadane jest rozumowanie ludzi. Z jednej strony rozumiem człowieka, że potrzebuje i mu zależy, żeby zrobić to na już; jednak też w takich momentach nachalność mnie przytłacza...

Na szczęście takie sytuacje nie zdarzają się zbyt często, ale jednak się zdarzają, więc nie mogę zapomnieć o pewnych rzeczach. 

Mnie do asertywnej osoby dużo brakuje, ale staram się tego uczyć, bo wiem, że w moim zawodzie to niezbędna cecha, na której brak nie mogę sobie pozwolić. Dodatkowo w moim życiu nadszedł czas, w którym czeka mnie wiele wyzwań, w których asertywność będzie mi bardzo potrzebna. Ehh...chyba powinnam się wybrać na jakieś warsztaty czy coś, żeby się podszkolić;]. 

niedziela, 8 grudnia 2013

Szlachetna Paczka - po raz kolejny w moim życiu;]

W ostatni piątek zaczął się weekend cudów w Szlachetnej Paczce. Z racji tego, że jestem wolontariuszką w akcji to miałam okazję uczestniczyć w każdym jej etapie, a finał jest jej uwieńczeniem. Wczoraj byłam z Paczką u "swojej" rodziny. Już od jakiegoś czasu mówiłam, że nie mogę się doczekać spotkania z Darczyńcą, a tym bardziej z Rodziną, której reakcji byłam bardzo ciekawa. 
Sama paczka może nie zawierała nie wiadomo jakich rzeczy, bo rodzina przede wszystkim chciała podstawowe rzeczy takie jak żywność, środki czystości czy ubrania. W szczególnych upominkach znalazły się zabawki dla najmłodszej pociechy i słodycze oraz kosmetyki dla reszty członków rodziny. Paczki zajęły rodzinie większość domu i wszyscy (łącznie z rodziną) zachodziliśmy w głowę jak to oni wszystko pomieszczą;]. 

Pan X. kiedy przynieśliśmy pierwsze 3 paczki przyjął to ze stoickim spokojem, który stracił na resztę dnia po tym jak dowiedział się, że do wniesienia jest jeszcze jakieś 10:]. W rozmowie przyznał, że się nie spodziewał, że ktoś będzie chciał przygotować dla jego rodziny tak dużo rzeczy i włoży w to tyle serca. Z trudem ukrywał łzy, a nam trudno było ukryć zadowolenie z tego, że udało nam się mile zaskoczyć rodzinę i sprawić, że ich dzień i święta będą lepsze. Miło było usłyszeć słowa o tym, że teraz o święta nie będą musieli się martwić, i że ciężko będzie się odwdzięczyć za to co dostali. Takim wydarzeniom zawsze towarzyszy wiele emocji zarówno przy spotkaniach z Rodziną, jak również w kontakcie z Darczyńcą. W takich chwilach towarzyszy nam wiele radości, wzruszeń i łez, a oczy nam się niesamowicie świecą ze szczęścia i świadomości, że pomogliśmy konkretnej osobie i mieliśmy wpływ na mały skrawek naszego świata. Takie chwile pamięta się długo i długo się wspomina.

Ja ze swoim Darczyńcą widziałam się już w piątek, bo niestety nie mogli przywieść paczki w sobotę. Pamiętam, że wtedy przyjechało kilku darczyńców na raz i wolontariusze w całym zamieszaniu często na siebie wpadali - no bo przecież trzeba było chwile siąść porozmawiać, pomóc przynieść paczki i dać przygotowany wcześniej prezent, a przy okazji nie zapomnieć o wszystkich formalnościach. No i jeszcze były wspólne zdjęcia! Duużo zdjęć;D. To zadziwiające, że wszystko ogarnęliśmy, ale geniusz panuje nad chaosem, zatem daliśmy radę. Na szczęście darczyńcy z wyrozumiałością podeszli do tego radosnego zamieszania. 

Dla wielu z nas to był radosny czas, ale zdarzały się też chwile konsternacji i zwątpienia, o których też długo się wspomina, ale one są po to, żeby wyciągnąć wnioski na przyszły rok. W Szlachetnej też spotykamy się z różnymi sytuacjami, z którymi musimy sobie radzić, bo jak w każdej dużej akcji zdarzają się sytuacje podbramkowe. Ale na szczęście kto ma je rozwiązać jak nie SuperW? Na szczęście tych trudnych i przykrych sytuacji jest dużo mniej, co sprawia, że sama akcja ma niesamowity wpływ nie tylko na rodziny, którym się pomaga, ale też na wolontariuszy i darczyńców.

Jestem ciekawa Waszych doświadczeń ze Szlachetną Paczką. Ja zawsze się stresuję podczas jej trwania i zmagam się ze swoimi słabościami, ale w gruncie rzeczy zawsze wspominam ją bardzo dobrze. Jednakże w tym roku były ofiary w ludziach. Mojego R. coś łamie w krzyżu...to chyba od przerzucania tych paczek...w sumie trochę tego było...

piątek, 6 grudnia 2013

Zrób sobie stop klatkę - odstresuj się!

Ostatnio jestem jednym wielkim kłębkiem nerwów, co sprawiło, że mój intensywny plan czytelniczy poszedł się paść. Albowiem nie zawsze byłam w stanie skupić się na czytanej książce, bo zwyczajnie nie wiedziałam co czytam. Jednakże to był również czas, w którym dowiedziałam się, że mam wokół siebie odstresowywacze, które niekoniecznie sobie uświadamiałam. 

Pierwszy sposób, który często u mnie działa od jakiegoś czasu to zadbanie o siebie i zrobienie sobie domowego wieczoru spa. W tym tygodniu królowały włosy;] O specjalnej pielęgnacji możecie przeczytać w notce Przygotuj się na wielkie wyjście...pielęgnacja włosów. Jeszcze jakiś czas temu nie spodziewałam się, że dbanie o siebie będzie mnie tak relaksowało. Przez długi czas nie odczuwałam potrzeby robienia sobie maseczek na twarz czy włosy. Chociaż tak teraz sobie myślę, że to przez to, że to wydawało mi się strasznie puste... Teraz mam na szczęście trochę inne zdanie - bo przecież wiele rzeczy jest dla ludzi jeżeli korzysta się z tego z rozumem. 

O dziwo kojąco działał na mnie mój R., który mimo to, że nie robił nic specjalnego jakimś cudem koił nerwy i sprawiał, że nie myślałam o tym co mnie stresuje. Zatem okazuje się, że mężczyźni jednak potrafią się do czegoś przydać, chociaż mój R. ma wiele innych zalet, ale to nie czas i miejsce, żeby się nad tym rozwodzić (jeszcze by obrósł w piórka i co?;)). 

Nie mogło obyć się też bez muzyki. Po andrzejkach na topie jest to:



A tak poza tym zdecydowałam się pójść oddać krew...w końcu - ktoś z Was ma jakieś rady dla świeżaka?

czwartek, 5 grudnia 2013

Ingrid Cosmetics, baza pod cienie - moja opinia

W przygotowaniach do wielkich wyjść liczy się m. in. utrwalenie makijażu, w czym pomagają nam bazy pod cienie i bazy pod podkład. Ja w swoim życiu testowałam 3 bazy pod cienie, z których najmilej wspominam bazę z firmy Pupa. Miała bardzo wygodne pudełeczko, fajną konsystencję, a przede wszystkim przedłużała trwałość cieni i podbijała ich kolory...no i jeszcze nie zbierała się w załamaniach. 

Jednakże z niewiadomych przyczyn kupiłam bazę z INGRID COSMETICS...a tak było mega cięcie kosztów, a ja idąc po najniższej linii oporu kupiłam po prostu tańszy produkt. 
Ten produkt dzięki lekkiej i kremowej konsystencji ma umożliwić równomierną oraz delikatną aplikację. Dzięki niej makijaż oka ma być długotrwały, a cienie nie powinny stracić na intensywności. Dodatkowo ma zapewnić nawilżenie oka poprzez zawartość oleju z oliwek. Natomiast witamina E ma dobrze wpływać na kondycję skóry.
Szczerze mówiąc to mam mieszane uczucia do tej bazy, bo jak dla mnie jest ona strasznie toporna i ciężko jest się z nią ogarnąć. Niby ma przyjemną konsystencję musu i przedłuża trwałość cieni (chociaż i bez bazy nie mam problemów z trwałością cieni na powiekach). Jednak czasem potrafi się zrolować w najmniej odpowiednim momencie. Nie wiem czy kupię ją ponownie - tą pewnie wykorzystam, bo szkoda, żeby się zmarnowała, jednakże przez niespodzianki w postaci rolowania raczej do niej nie wrócę - no chyba, że mi przyćmi umysł;]

Jak widać znaleźć idealną bazę pod cienie nie zawsze jest łatwo. Czasem trafimy niemalże od razu, ale bywa i tak, że wiedzione chęcią przetestowania czegoś nowego lub kierowane ograniczonymi środkami finansowymi sięgamy po coś co niekoniecznie spełni nasze oczekiwania. Nie wiem - może coś robię nie tak i być może trafiłam na świetną bazę, której nie umiem używać, jednak do niej raczej nie wrócę. Sięgnę raczej po coś innego, albo bardziej sprawdzonego niż to coś powyżej;]. Dlatego też jeżeli chcecie być pewne, że na wielkiej impresie będziecie wyglądać nieskazitelnie to albo zainwestujcie w coś bardziej pewnego, albo jak już bardzo chcecie (albo musicie) kupcie tą bazę wcześniej, żeby ją poużywać jakiś czas i się do niej przyzwyczaić.

Pozdrawiam i życzę miłego końca tygodnia - ja nieco zarobiona jestem;]
xoxo

środa, 4 grudnia 2013

Suzanne Collins, "Igrzyska śmierci" - moja opinia

Ostatnio bardzo dużo słyszy się o Igrzyskach śmierci w związku z ekranizacją drugiego tomu tejże trylogii. Ponownie wiedziona całym tym medialnym szumem w końcu postanowiłam sięgnąć po książkę...chociaż tak na prawdę od długiego czasu chciałam za nią się wziąć. Dziś jestem świeżo po lekturze pierwszego tomu i muszę powiedzieć, że tym razem szczęśliwie się nie zawiodłam. 

Igrzyska śmierci - Suzanne Collins
Źródło: www.lubimycztrac.pl
Igrzyska śmierci są pierwszą częścią całej trylogii, w której mamy okazje obserwować na czym polegają Głodowe Igrzyska. Narracja prowadzona jest z perspektywy Katniss Everdeen - trybutki z Dwunastego Dystryktu. Igrzyska ukazane z jej punktu widzenia sprawiły, że niemalże czułam się obserwatorką całego wydarzenia. Suzanne Collins sprawiła, że książka pochłonęła mnie na tyle, że nosiłam ją ze sobą wszędzie (nawet do pracy), w nadziei na to, że będę mogła przeczytać chociażby krótki fragment. Katniss na arenie musi zrobić wszystko, żeby przetrwać - poza zapewnieniem sobie pożywienia nie może dać się zabić; a w przypadku starcia z innymi trybutami musi brać pod uwagę również zabicie przeciwnika, gdyż w innym wypadku to ona straci życie. W miarę rozwoju akcji obserwujemy, z jakimi rozterkami zmierza się główna bohaterkami i przed jakimi wyborami musi stanąć. Często podejmuje decyzje niezgodne z jej zasadami i postrzeganiem świata, ale z drugiej strony determinacja i siła, którą w sobie ma nie pozwala jej się poddać.

Igrzyska śmierci, to historia nie tylko o walce o przetrwanie, ale także o okrucieństwie, które wdziera się świata z coraz większą siłą, a wiele osób dostrzega w nim szansę na dobrą rozrywkę. Na szczęście wśród ludzi są też tacy, którzy mają odwagę dać wyraz braku zgody ze swojej strony - nawet jeżeli odbywa się to w bardzo subtelny w wyrafinowany sposób. Ta historia to dla mnie przestroga przed zobojętnieniem na okrucieństwo wobec innych. Mam nadzieję, że chociaż garstka ludzi wyciągnie dla siebie odpowiednie wnioski.

W moim przypadku powyższa powieść zmusiła mnie do refleksji oraz sprawiła, że wyciągnęłam  dla siebie kilka pomniejszych wniosków. Inne powieści dla młodzieży, które do tej pory czytałam na tle Igrzysk śmierci wypadają bardzo blado, gdyż te dają do myślenia, przez co powieść nie jest tak bardzo powierzchowna jak chociażby Zmierzch czy modna ostatnio Mroczna bohaterka. Jak widać nie wszystko co zowie się bestsellerem jest beznadziejne i niegodne uwagi tych, którzy oczekują wartościowej książki. Od tej pory mimo to, że nadal będę z dystansem podchodzić do bardzo intensywnie reklamowanych książek, zamierzam patrzeć na nie łaskawszym okiem.

Przede mną dwa kolejne tomy z serii - mam nadzieję, że i na nich się nie zawiodę. 

wtorek, 3 grudnia 2013

Przygotuj się na wielkie wyjście...pielęgnacja włosów

W ostatni weekend uświadomiłam sobie, że własnie zaczął się sezon imprezowy. Ostatnio andrzejki, za kilka chwil Sylwester, a później sezon studniówkowy, a po Wielkim Poście zapewne powoli będzie zaczynał się sezon ślubny. Wielu z nas wybiera się w związku z tym na imprezę, która jest bardziej elegancka niż ta zwykła, do której nie przywiązuje się, aż takiej dużej uwagi. Takie wyjście wiąże się z przygotowaniami często poczynanymi już kilka tygodni przed samym wydarzeniem. Dzisiaj chciałabym zacząć cykl notek, o tym co robię, aby w dzień wielkiej imprezy wyglądać na ludzi, a nie jak paszczur straszący wszystkich naokoło.

Otóż dla mnie jeżeli nie chce się mieć problemów z ułożeniem włosów czy zrobieniem makijażu trzeba zacząć coś ze sobą robić odpowiednio wcześniej. Ja nadprogramową pielęgnację mam już wplecioną mniej lub bardziej na stałe od jakiegoś czasu, więc nie mam z tym większego problemu. Kiedy w sobotę robiłam sobie fryzurę na imprezę fryzjerka zwróciła uwagę na to jak łatwo układają się moje włosy, które zresztą nie są w najgorszej kondycji. Poza tym, że mam taką, a nie inną strukturę włosa sprawę z włosami ułatwia mi dość intensywna pielęgnacja. 
Na chwilę obecną do pielęgnacji specjalnej jeżeli chodzi o włosy używam poniższych produktów:


Od kilku tygodni używam oleju kokosowego, który staram się nakładać przynajmniej raz w tygodniu. Robię to w momencie, w którym mam luźniejszy czas i mam chwilę na to, pochodzić w domu w oleju na włosach. Jeżeli chodzi o włosy to olej kokosowy podobno pomaga w walce z łupieżem, zwiększa ukrwienie skóry oraz odżywia cebulki pobudzając je do działania. Dodatkowo pomaga w nawilżeniu suchych końcówek włosów. Ja swój olej kokosowy kupiłam w sklepie ze zdrową żywnością, więc jak nie wiecie gdzie szukać to najpierw rozejrzyjcie się tam, a jak nie znajdziecie, to wiem, że bywa dostępny w drogeriach internetowych. I w sumie w moim przypadku chyba działa, bo moje włosy są dodatkowo nawilżone, chociaż używam go na tyle krótko, że nie chcę się jeszcze wypowiadać o nim zbyt konkretnie, ponieważ mam zamiar jeszcze trochę się mu poprzyglądać. Myślę, że bardziej szczegółowo opiszę jego działanie w innej notce, a przy okazji napiszę jego recenzję.

Dodatkowo używam też olejku łopianowego z Green Pharmacy, który ma pobudzić włosy do wzrostu. Ja w przypadku tego konkretnego produktu nie zauważyłam jakichś niesamowitych efektów, ale po nim mam odżywione i bardziej lśniące włosy:). Używam go różnie - czasem chodzę w nim po domu, a czasem zostawiam go na noc. Tak sobie myślę, że może następnym razem kupię sobie olejek z Khadi, który mogę dostać w tym samym sklepie ze zdrową żywnością, w którym dostałam olej kokosowy - szczęśliwie mają tam stoisko z kosmetykami do pielęgnacji;). 

Mimo to, że używałam powyższych produktów postanowiłam nieco przyspieszyć nawilżanie włosów, bo niestety zimno panujące na zewnątrz spowodowało, że moje włosy stawały się bardziej szorstkie. Dlatego postanowiłam zainwestować w maskę z BIOVAXu z kreatyną i jedwabiem. Wcieram ją głównie w końce włosów, a przy skórze nakładam jej minimalną ilość, bo nauczyłam się, że maski z tej firmy lubią mi obciążać włosy. 

Przy w miarę regularnym stosowaniu powyższych produktów udaje mi się zachować włosy w stosunkowo dobrej kondycji, chociaż przyznam się Wam w sekrecie, że staram się nie katować moich włosów zbyt często powietrzem z suszarki czy lakierami. To sprawia, że moje włosy nie są takie złe i łatwo się układają;). Jednakże, żeby nie było, że się przechwalam, to chyba jak wiele kobiet borykam się z rozdwajającymi się końcówkami:/, ale mam nadzieję, że znajdę na nie sposób.

Wiem, że pewnie wiele z Was podejmuje przygotowania (a przynajmniej część z nich) na ostatnią chwilę. Ja też tak kiedyś robiłam i dodatkowo znęcałam się nad swoimi włosami regularnym pokrywaniem odrostów. Teraz jest zupełnie inaczej. Nie dość, że staram się dbać o swoje włosy to jeszcze farbowałam je wieki temu. Stwierdziłam, że mam na tyle ładny naturalny kolor włosów, że póki co spokojnie mogę w nim chodzić, a co najlepsze wiele osób się pyta o to czy farbowałam włosy;].

A Wy jakie macie podejście do takich wcześniejszych przygotowań do większych imprez?

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Farmona, migdałowy peeling do ciała - recenzja

Jakiś czas już nie pisałam notki, bo przez weekend byłam poza zasięgiem ze względu na to, że byłam na wyjazdowych andrzejkach, a po nich całą niedziele dochodziłam do siebie (chociaż na szczęście nie byłam to tylko ja;], więc nie cierpiałam w samotności). Swoją drogą to zadziwiające, że najlepsze imprezy są w remizach, w kameralnym gronie i to przy muzyce disco polo. Przy tej imprezie wszelakie sylwestry w klubach wymiękły;]. Jednak mniejsza o to, przejdźmy do rzeczy. Dzisiaj chciałam Wam napisać kosmetyczną notkę, bo takowej nie było już jakiś czas. 

W końcu przyszedł czas na napisanie kilku słów na temat migdałowego peelingu do mycia ciała z Farmony. Według producenta w opakowaniu mamy znaleźć wyjątkowy kosmetyk o przyjemnej i aksamitnej konsystencji oraz zniewalającym, słodkim zapachu, który został stworzony do codziennej pielęgnacji i mycia ciała. Jego bogata receptura oparta na bazie ekstraktu ze słodkich trufli i migdałów ma nie wysuszać skóry lecz poprawić jej kondycję i wygląd. Łagodne środki myjące oraz peelingujące drobinki mają za zadanie dokładnie oczyścić skórę oraz usunąć zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka. Regularne stosowanie tego produktu ma nam zapewnić uczucie wypielęgnowanej oraz aksamitnie gładkiej skóry. Natomiast zniewalająco słodki zapach ma uwalniać od stresu, wyciszyć i zrelaksować. 

Jeżeli chodzi o mnie, to uważam, że jest to delikatny zdzieracz do skóry, który przy okazji nie wysusza skóry, ale pokrywa ją pokrytą lekkim filmem, co trochę mi przeszkadzało. W końcu peeling ma być peelingiem, a od nawilżania jest co innego. Sam produkt ma gęstą i galaretowatą konsystencję, która może irytować, ale ja po pewnym czasie się do niej przyzwyczaiłam. Jednak coś co zdyskwalifikowało mi ten kosmetyk to zapach. Mi on pachnie olejkiem migdałowym, którego używa się w kuchni i jest w tym przypadku wręcz mdły i nieprzyjemny. Jak widzicie po prawej stronie mi zostało tego produktu jeszcze trochę i myślę, że jakoś już go zużyję, ale będzie ciężko:/. Nie wiem czy w przypadku zapachu wszystkie produkty z Farmony tak mają czy nie, ale ten produkt jakoś mnie nie zachęcił do dalszych testów jeżeli chodzi o tą firmę. Zatem niestety nie dostałam do ręki tak wyjątkowego kosmetyku jak wynikałoby to z opisu na opakowaniu, a szkoda:( Z resztą same wiecie jak to jest - niby produkt robi to co ma robić, ale jednak jedna bądź dwie rzeczy potrafią go skreślić z listy tych, które chce się używać. Póki co będę chciała zużyć ten kosmetyk i peeling z Joanny, który jeszcze przewala się mi się w łazience, a później pomyśle nad czymś innym.

Możecie może polecić jakiś delikatny peeling do ciała? 

piątek, 29 listopada 2013

Zrób sobie stop klatkę;)

Żyjemy w czasach, w których jesteśmy narażeni na stres i w których musimy dostosować swoje tempo do otaczającej nas rzeczywistości. Zatem dla zachowania równowagi powinniśmy zadbać o to, żeby mieć jakąś odskocznie od tego co tak naprawdę nas niszczy. Dzisiaj postanowiłam zacząć cykl notek o tym co możemy zrobić, żeby zachować niezbędną w życiu równowagę. To będą bardzo subiektywne notki, bo zdaję sobie sprawę, że określona rzecz czy też czynność nie będzie działała na wszystkich jednakowo, a w niektórych wypadkach może wręcz irytować czy też przysparzać dodatkowych stresów. Jednakże mam nadzieję, że uda mi się kogoś zainspirować;]. Generalnie zamysł jest taki, że w ciągu tygodnia będę pisała notki nawiązujące do tego co mnie relaksuje i na co dzień pozwala utrzymać równowagę psychiczną (recenzje, sposoby na relaks itp.), a w piątek będę robić coś jak podsumowanie tygodnia w nawiązaniu do notek. Mam nadzieję, że wyjdzie, chociaż w trakcie moje plany pewnie będą modyfikowane;). No zobaczymy jak to wyjdzie;).

Póki co wszystkim tym z Was, którzy są zabiegani chciałabym polecić sobie zrobienie tak zwanej stop klatki niezbędnej do tego, żeby złapać oddech i nabrać sił na dalsze działania. Pamiętam, że po kilkunastu godzinach na uczelni nie mogłam zasnąć, bo byłam na to...zbyt zmęczona. Dopiero po tym jak wypiłam kawę (tak, tak kawę - ona często mnie usypia) i posłuchałam ulubionej muzyki mogłam zasnąć. To mnie uspokajało i wyciszało i dopiero wtedy mogłam iść spać. Dzisiaj kawa i muzyka nadal mnie uspakajają, a dzień rozpoczęty kawą jawi się nieco przyjaźniej niż wcześniej;). Najczęściej piję kawę z mlekiem, albo mleczkiem/śmietanką do kawy. Zwykle nie wyjdę bez kawy z domu - no chyba, że nie mam mleka, ani nic tego typu do kawy;].
Mi najbardziej smakują kawy z Jacobs. Ja akurat mam jeszcze wersję Cronat Gold, ale za bardzo nie ma znaczenia, którą akurat mam, bo każda z tej firmy mi wchodzi;]. Inne też piję, ale jak miałabym wybór między tą a inną, wybrałabym pierwszą opcję. Co do mleka czy śmietanki to już nie ma większego znaczenia. Radzę sobie nawet ze zwykłym mlekiem;). Natomiast jeżeli bardzo chcę sobie poprawić humor, to dodaję jeszcze trochę cynamonu i syropu barmańskiego (ja mam o smaku cukru trzcinowego;))

Dajcie znać jak macie pomysł jak nazwać ten cykl, bo ja nie mam żadnego pomysłu;p. To z mojej strony na tyle słowem wstępu;). Życzę Wam udanego weekendu;)