piątek, 30 listopada 2012

Akcja nakrętka;p

Wolontariat to coś co raz na jakiś czas dość intensywnie mnie zajmuje - przysparza stresów, siwych włosów i nowych zmarszczek...ale tak na prawdę później pamięta się tylko uśmiechy, życzliwych ludzi i wspaniałe doświadczenia.
Dzisiaj mieliśmy transport nakrętek do punktu skupu, do którego przygotowywaliśmy się co najmniej tydzień. Trzeba było umówić transport, załatwić ludzi do pomocy (co okazało się najtrudniejsze), przywiesić na bramie informację z prośbą o przeparkowanie samochodów tak, żeby żadnemu nic się nie stało i załatwić jeszcze kilka spraw. 
Wczoraj przez ponad godzinę z kolegą zwoziłam nakrętki z biura do magazynu. Po drodze rozmawialiśmy o wszystkim: o tym co robimy, co studiowaliśmy, o naszych wspólnych znajomych, wolontariacie i kulturze. W między czasie śmialiśmy się i żartowaliśmy...osobiście nie odczułam, że to nasze pierwsze spotkanie. Znałam Go dosłownie kilka chwil (dzięki koleżance, która mi Go podesłała do pomocy;p), a rozmawiałam z Nim jak z dobrym kolegą. Muszę przyznać, że często w kontaktach z nowymi znajomymi czuję się skrępowana - nie wiem jak się zachować i co mówić. A tu wszystko przyszło naturalnie. Może dlatego, że D. jest bardzo sympatycznym i otwartym człowiekiem...to bardzo pomaga;p. 
Natomiast dzisiaj był najbardziej stresujący dzień. Bałam się, że o czymś zapomniałam, coś pominęłam, albo, że coś pójdzie nie tak. Jednak w większości dzień minął nam na przerzucaniu nakrętek z magazynu na samochód. Poznałam mamę i siostrę dziewczyny, której pomagamy - to dwie niesamowite kobiety:). Bardzo pracowite, silnie i pozytywnie myślące:). Patrycja często podnosiła mnie na duchu przez ten tydzień, kiedy stresowałam się tym, że coś idzie nie tak jakbym tego chciała. Bardzo pomagały mi rozmowy z Nią. Zatem Pati jak to czytasz to dziękuję za wsparcie:) - wiele to dla mnie znaczy. 
Muszę przyznać, że taki:
widok przyprawia mnie o skurcz w żołądku i włącza zwątpienie - tym bardziej jeżeli jest tylko garstka ludzi do pracy. Jednak trzeba to przyznać - wzajemnie wspieraliśmy się w trudach i narzekaliśmy na bolące kręgosłupy;p...szczerze mówiąc mnie maruda włącza się niemiłosiernie jak jest mi źle;p. 
Jednak dziękuję usłyszane z ust mamy Joli (dziewczyny, dla której prowadzimy akcję) było bezcenne. W takich chwilach nie myśli się o zmęczeniu i bólu w krzyżu;p. 
Muszę przyznać, że mam poczucie, iż wykonaliśmy kawał dobrej roboty.
Taak...mimo wszystko pomaganie sprawia, że w mojej krwi płynie więcej endorfin niż normalnie;p, a zmarszczki, stres i nowe siwe włosy to nic. No, ale co nie zmienia faktu, że w tym tygodniu w najbardziej krytycznym momencie ratowałam się tak:
Jakoś trzeba było;p
Ale najważniejsze jest to, że dla Joli przekazaliśmy dziś ponad 6600 zł:)

czwartek, 29 listopada 2012

Dziś nieco o Szlachetnej Paczce

Dzisiaj nie będzie o książkach...dzisiaj będzie o pomaganiu:)
Dwa lata temu wzięłam udział w akcji Szlachetna Paczka i kiedy w zeszłym tygodniu dostałam telefon ze Stowarzyszenia Wiosna, które koordynuje całą akcja zdziwiłam się, że dzwonią do mnie po takim czasie. Rozmawiałam z Panem, który zapytał się o wrażenia z akcji po czym spytał, o to czy chciałabym zostać ambasadorką Szlachetnej Paczki. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie ta propozycja - wszakże z tą akcją miałam do czynienia tylko raz i od tego czasu wiele wody zdążyło upłynąć w rzece. Ale się zgodziłam:), a zrobiłam to dlatego, że mam niesamowite wspomnienia z tamtego czasu. 
Nigdy nie zapomnę spotkania z darczyńcą w magazynie - niesamowitą kobietą, która nie tylko nam zaufała, ale zrobiła nieziemską paczkę. Przyniosła wszystko co umieściliśmy w wywiadzie z rodziną (w tym nową pralkę i jeszcze załatwiła dzieciakom laptopa, który miał im pomóc w odrabianiu lekcji). W tym czasie w magazynie byliśmy wszyscy i po wyjściu darczyńcy przez długą chwilę staliśmy w grupie po prostu się uśmiechając. Urywając się z zajęć nastawiałam się na odbiór paczki i szybki powrót na zajęcia (tak -  poświęciłam studencką przerwę na obiad na Szlachetną Paczkę;p). Jednak jak tylko otrząsnęliśmy się z szoku spontanicznie przebraliśmy naszego lidera w strój św. Mikołaja i pojechaliśmy zrobić naszej (naszej? mojej;p) rodzinie niespodziankę - w nadziei na to, że zastaniemy ich w domu. Po drodze uknuliśmy cwany plan, że pralkę zostawimy na półpiętrze resztę rzeczy wtargaliśmy na czwarte piętro i spotkaliśmy się z niesamowicie radosnym powitaniem...a później były już tylko łzy...łzy radości i wzruszenia:). To jak dzieciaki popłakały się w momencie, w którym zobaczyły laptopa sprawiło, że i my popłakaliśmy się razem z nimi;p. A kiedy pierwsze emocje opadły nasz Mikołaj zapytał dzieci o to czy mama była grzeczna? Dzieci trochę zdziwione odpowiedziały, że tak, na co Mikołaj powiedział, że w takim razie jest prezent i dla mamy:). Kiedy ta kobieta zobaczyła, że w końcu będzie mogła normalnie zrobić pranie (przy 4 dzieci i dwójce dorosłych trochę tego jest) jeszcze bardziej się wzruszyła i uroniła więcej łez, co udzieliło się i nam. Wiedzieliśmy, że dobrze wybraliśmy rodzinę i warto było pomóc - tym bardziej, że starsze dzieciaki później pomogły nam przy akcji Nakrętka;p. Zresztą przy robieniu wywiadów to było widać, że ta rodzina na prawdę potrzebuje wsparcia i nikt nie przejawia postawy roszczeniowej. Z koleżanką, z którą robiłam wywiady w rodzinach zawsze dyskutowałyśmy i dzieliłyśmy się wrażeniami, a później jeszcze w grupie konsultowaliśmy to czy oby na pewno nasze wybory są trafne - dyskusje potrafiły być burzliwe;p

Wciąż pamiętam ile dała mi ta akcja, ile moich kompleksów zwalczyłam oraz z iloma słabościami (moimi oczywiście) musiałam się zmierzyć. Pamiętam też, że na każdym etapie ekipa wolontariuszy ze Szlachetnej wspierała się nawzajem i to było dla mnie bardzo cenne. 
Sama nie wiem dlaczego nie zgłosiłam się w tym roku do Szlachetnej Paczki...ale wiem, że i tak jest szansa, żebym mogła pomóc. 
Jakie mamy możliwości oprócz wolontariatu na rzecz Szlachetnej Paczki?

 Zrób paczkę – sam, z rodziną, ze znajomymi, z kim tylko chcesz – przekaż prezent dla rodziny w potrzebie. Masz szansę przygotować trafiony prezent i sprawić radość wybranej osobie lub rodzinie.
 Wyślij SMS o treści PACZKA na numer 75 465 (koszt: 5 PLN + VAT) – nawet nie wiesz jak wiele dobrego robisz!
 Wesprzyj SZLACHETNĄ PACZKĘ darowizną. Każda wpłata daje nam szansę na zorganizowanie pomocy dla kolejnej rodziny. By pomagać, potrzebujemy przynajmniej tylu wpłat, ile rodzin otrzyma pomoc w tym roku. Twoja decyzja, pozwoli nam działać. Jesteśmy idealistami, a dzięki Tobie, zmienimy ten świat na lepsze…
Wpłać darowiznę na rzecz SZLACHETNEJ PACZKI przelewem na konto
nr 22 1020 2892 0000 5802 0469 5146
tytuł przelewu: Darowizna – SZLACHETNA PACZKA
Stowarzyszenie WIOSNA ul. Starowiślna 21/3, 31 – 038 Kraków
lub przez naszą stronę internetową www.szlachetnapaczka.pl

Na koniec mogę Wam jedynie napisać, że jestem przekonana, że żadna złotówka przekazana na rzecz Stowarzyszenia Wiosna i Szlachetnej Paczki nie zostanie zmarnowana. A to dlatego, że pamiętam jak bardzo byliśmy zaangażowani w tą akcję dwa lata temu. Dlatego jeżeli tylko możesz pomóc nie zwlekaj:)

środa, 28 listopada 2012

Gregory Funaro "Rzeźbiarz"

Może niektórzy z Was wiedzą, że z racji zawodu lubię sięgać po kryminały - a jak już są w nich seryjni zabójcy to tym bardziej mi w to graj. Właśnie jestem po lekturze Rzeźbiarza autorstwa Gregoryego Funaro.

Rzeźbiarz - Gregory Funaro
(obrazek z: lubimyczytac.pl)

Od Wydawcy:

Mrożąca krew w żyłach historia seryjnego mordercy, dla którego zabijanie jest naprawdę sztuką.

Za życia byli ułomni. Po śmierci stali się doskonałymi dziełami sztuki – ich ciała przemieniły się w repliki najsłynniejszych rzeźb Michała Anioła. Tylko Rzeźbiarz potrafi wydobyć z nich prawdziwe piękno i sprawić, by świat docenił jego dar. 

Agent specjalny FBI, Sam Markham, wytropił już wielu seryjnych zabójców, ale ten przeciwnik jest wyjątkowy: skrupulatny, metodyczny i bezwzględniejszy od jakiegokolwiek ze zbrodniarzy, z którymi Markham miał do czynienia. Jedyny trop to dedykacja umieszczona na pierwszym „posągu”. Jej adresatką jest Cathy Hildebrant, historyk sztuki, która podobnie jak Sam obawia się, że to dopiero początek morderczej serii. 

W spokojnym miasteczku w stanie Rhode Island Rzeźbiarz przygotowuje swoje najnowsze makabryczne dzieło i czeka, aż Cathy wpadnie w jego ręce, przekonany, że dopiero wtedy świat zrozumie w pełni jego przesłanie. Markham może ją uratować, ale musi przeniknąć do chorego, wypaczonego umysłu psychopaty nim przerażająca rzeźba zostanie ukończona

Ode mnie:

Muszę przyznać, że bardzo spodobała mi się koncepcja pisarza jeżeli chodzi o nakreślenie sylwetki mordercy. Inteligentny i sprytny mężczyzna,  został wykreowany na kogoś w stylu maszyny do zabijania utalentowanej artystycznie. O ile w ogóle wykonywanie rzeźb z ludzi można nazwać wyrazem artystycznych uzdolnień. Zabójca w niniejszej powieści to według mnie najbardziej wyrazista postać, przy której reszta bohaterów wypada bardzo blado i niewyraźnie. Zresztą odniosłam wrażenie, że  Gregory Funaro nie przywiązał szczególnej uwagi do rozwoju postaci w swojej powieści koncentrując się bardziej na akcji oraz konstruowaniu zagadki. Mimo, że papierowi bohaterowie obniżyli (moim zdaniem) wartość powieści, to przeczytałam powyższą książkę z przyjemnością. Czytając Rzeźbiarza czasem wstrzymywałam oddech w oczekiwaniu na rozwój pewnych wydarzeń, co sprawiło, że na kilka chwil zapominałam o stresie związanym z moimi obowiązkami. A o to przecież chodziło - żeby kryminał trzymał w napięciu i stanowił dobrą zagadkę, która pozwoli na zapomnienie o własnej rzeczywistości. Dlatego też potrafiłam wybaczyć wszelakie niedociągnięcia u bohaterów oraz to, iż niektóre sytuacje były jak dla mnie mocno naciągane. Uważam, że całą historię uratowała oryginalność motywu zabójstw i fakt, że autor niemalże do końca trzymał tożsamość mordercy w ukryciu. No i zostawił też otwarty wątek, który mnie zaintrygował oraz sprawił, że będę chciała sięgnąć po kolejne części z serii, którą zapoczątkował Rzeźbiarz.
Podsumowując:
Mimo minusów powieść Gregoryego Funaro dostarczyła mi kilku godzin ciekawego zajęcia, a już na pewno oderwał mnie od stresów tego tygodnia. W moim przypadku zajęcie myśli czym innym okazywało się zbawienne. Dlatego też nie żałuję, że sięgnęłam po tą powieść i zapewne kiedyś w wolnym czasie do niej wrócę... Zatem jeżeli macie ochotę na jakiś niezbyt skomplikowany, ale w miarę ciekawy kryminał polecam:). 

niedziela, 25 listopada 2012

Wynik poszukiwania bardziej wampirzych wampirów niż Edward;p

W związku z pojawieniem się w kinach ostatniej części sagi Zmierzch razem ze znajomymi zaczęliśmy biadolić, że spotkać w literaturze/filmie porządnego wampira jest niemalże cudem. Wszędzie pełno jest Edwardów, Stefanów i innych  pseudowampirów, które np. świecą się w słońcu. Niestety nie można o nich powiedzieć, że mają coś wspólnego, z mrocznymi i tajemniczymi wampirami, których bardzo mi brakuje. W dzisiejszych czasach wampiry wcale nie są wampirze i raczej śmieszą niż straszą; aczkolwiek udało nam się znaleźć trochę perełek. 

1. Hrabia Dracula B. Stokera, o którym pisałam >>>TU<<<. jest tą postacią, która nam (mnie i przynajmniej jednej koleżance) się spodobała. Mroczny, tajemniczy i przerażający bohater książki sprawił, że dygałam się pójść po ciemku do łazienki jak była mgła;p. A ci co czytali to wiedzą dlaczego;)). Książka ma swoje minusy, jednak mimo wszystko to najlepsza powieść o wampirach, którą czytałam ever;p

2. Miasteczko Salem S. Kinga
O tym też już pisałam >>>KLIK<<<
Kinga nie trzeba za specjalnie nikomu przedstawiać. Każdy kto jest molem książkowym zapewne przynajmniej słyszał o tym kultowym już pisarzu. Pamiętam jak pierwszym razem czytałam tą powieść bałam się nawet tego jak gałęzie stukały w moje okno; a na parapecie miałam różaniec i książeczkę - tak profilaktycznie;p. Ale wtedy młodą siksą byłam, więc mogę sobie to wybaczyć;p

3. Koleżanki poleciły mi Wywiad z wampirem autorstwa A. Rice - tam podobno wampir jest wampirzy i nic mu nie brakuje. Zatem zamierzam sięgnąć;p.

Z filmów, to mnie bardzo spodobał się Dracula 2000, który w dużej mierze nawiązuje do Draculi z pkt. 1. mojej notki, więc sam w sobie był mroczny:). A jeszcze dodać jednego z moich ulubionych aktorów w roli głównej, to moja fascynacja tym obrazem była gwarantowana/

Dlatego też jak ktoś z Was spragniony jest porządnych wampirów to polecam powyższe pozycje. Natomiast jeżeli znacie jakieś inne wampiry, o których właśnie napisałam to proszę zostawcie info w komentarzach, bo chętnie się im przyjrzę:)

czwartek, 22 listopada 2012

Stosik:)

Szykuje mi się dość intensywny weekend i obawiam się, że nie będę w stanie wstawić Wam żadnej konkretnej notki. Dlatego też postanowiłam pochwalić się stosikiem, który uzbierał mi się przez ostatnie tygodnie:

Część z nich mam z wymiany, część sama sobie kupiłam, a dwa to egzemplarze recenzenckie;)

Zatem od góry:

  1. Emily Griffin Coś niebieskiego
  2. R.P. Evans Obiecaj mi  >>>KLIK<<<
  3. Gregory Funaro Rzeźbiarz
  4. J. Irving Świat według Garpa
  5. Ch. Bronte Jane Eyre
  6. A. Bronte Agnes Grey
  7. E. Stachniak Katarzyna Wielka. Gra o władzę.
  8. L.Chanaey, Coco Chanel Życie intymne
  9. M.Fitoussi Helena Rubinstein. Kobieta, która wymyśliła piękno >>>KLIK<<<
Mam wrażenie, że książki coraz szybciej mi przybywają;p

środa, 21 listopada 2012

"Obiecaj mi" R.P. Evans - subiektywna opinia

Nie da się ukryć, że moje życie przyspieszyło. Każdego dnia zmagam się z wyzwaniami i obowiązkami (raz mniej, a innym razem bardziej wymagającymi) dlatego każda chwila z książką jest dla mnie możliwością nabrania oddechu i wypoczynku. Chciałam zatem coś lekkiego, ale z sensem, więc znów sięgnęłam po książkę Richarda Paula Evansa, tym razem było to Obiecaj mi.
Obiecaj mi - Richard Paul Evans
(obrazek z lubimyczytac.pl)

Od Wydawcy:
„W zamkniętych na klucz i ukrytych w szafie szkatułkach przechowuję dwa naszyjniki. Są podarunkami od dwóch mężczyzn. Oba naszyjniki są piękne i cenne, nie noszę jednak żadnego z nich - jednego z powodu złamanej obietnicy, drugiego z powodu obietnicy dotrzymanej”.
 
Tamtego roku Beth przestała wierzyć w szczęśliwy los. Jej życie rozsypało się jak domek z kart: musiała zmierzyć się ze zdradą i opuszczeniem. W chwili próby zawiódł ją najbliższy człowiek, łamiąc wszystkie obietnice, które do tej pory składał. 

Wtedy właśnie pojawił się Matthew - niespodziewanie, bez zaproszenia. Jak anioł, który łapie za rękę dokładnie w tej chwili, w której tracimy resztki nadziei. Wiedział, jak pomóc, co zrobić, by Beth znów zaczęła się uśmiechać, znał odpowiedzi na dręczące ją pytania. On też złożył obietnicę. Czy będzie w stanie jej dotrzymać? Kim naprawdę jest Matthew i skąd tyle wie na temat Beth i jej rodziny?

Ode mnie:
Muszę przyznać, że Evansa polubiłam już od pierwszego wejrzenia - to znaczy od przeczytania Stokrotek w śniegu, które mnie wzruszyły niesamowicie, chociaż momentami wydały mi się naiwne. Już wtedy polubiłam styl tego pisarza, który ma lekkie pióro i nie wieje kiczem pisząc w bardzo przystępny sposób o trudnych sprawach. 
Dlatego też Obiecaj mi była logicznym wyborem, który dokonał się w następstwie pierwszego (jakże obiecującego) spotkania z twórczością tegoż autora. Powyższa powieść została napisana tak, że można pochłonąć ją w jeden wieczór. Muszę jednak wspomnieć, że potrafi to być wyciskacz łez - tak było to w moim przypadku.. Ponadto razem z główną bohaterką przeżywałam to co jej się przydarzało, chociaż momentami jej zachowanie wzbudzało we mnie sprzeciw i wydawało mi się dość mocno kontrowersyjne. Jednak zawsze kiedy mam poczucie, że dany bohater zachowuje się nie tak jak trzeba (przynajmniej w moich oczach) zadaję sobie pytanie o to jak ja zachowałabym się w takiej sytuacji. Wtedy przeważnie zaczynam patrzeć na danego bohatera nieco łagodniejszym okiem. 
Przydatną uwagą może być to, że język i krótkie rozdziały sprzyjają czytaniu tej pozycji, w komunikacji miejskiej - a to czasem bywa plusem, bo dzięki temu trudniej przegapić przystanek. Ja mam akurat wersje kieszonkową powieści, więc nawet nie zabiera dużo miejsca w torebce:). Jest to też idealna propozycja dla tych, którzy szukają czegoś krótkiego, lekkiego i przyjemnego w czytaniu na weekend:)).
Myślę, że gdybym napisała więcej mogłabym zepsuć Wam przyjemność czytania tej książki. Po nią trzeba po prostu sięgnąć - o ile ma się ochotę na tego typu literaturę. Ja  z czystym sumieniem polecam na chłodny wieczór do ciepłej herbaty, albo innego napoju odpowiedniego do tej pory roku. 

Ja już wiem, że sięgnę po kolejny tytuł tego autora i wiem, iż to będzie dobry wybór;). 

wtorek, 20 listopada 2012

J. Szymańska "Nie ma innej opcji!" recenzja gościnna:)

Dzisiaj mam dla Was notkę gościnną napisaną przez Daniela -  mojego znajomego z blogosfery. Myślę, że warto poznać męską opinię o raczej kobiecej książce:) Zatem zapraszam:))



Autor: Justyna Szymańska 
Tytuł: Nie ma innej opcji
Tytuł oryginału: j/w
Wydawca: Prozami
Rok wydania: 2012
Tłumaczenie: brak
ISBN: 978-83-93284-16-0
Stron: 294
 
Jak to dobrze, że nigdzie nie jest powiedziane, ani napisane, że literatura kobieca jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla kobiet... Ja sam do niedawna w to nie wierzyłem, ale dzięki Wydawnictwu Prozami oraz powieści Justyny Szymańskiej "Nie ma innej opcji" odkryłem tą prawdę...

Powiem szczerze, że jest to pierwsza typowa powieść kobieca, przeczytana przeze mnie i wcale nie żałuję, że tego dokonałem... Powiem szczerze jestem zadowolony, że udało odkryć ten nurt w literaturze... Oczywiście nie zostanę zagorzałym fanem literatury kobiecej, jednakże od czasu do czasu sięgnę po taką książkę by zobaczyć poglądy kobiet na temat kobiet...

W przypadku tej książki mamy do czynienia z trzema kobietami (Alina, Jolka i Monika), które różni bardzo wiele, ale łączy jedno pragnienie: zmiana swojego życia... Każda z pań postawiła przez sobą zadanie, które w taki czy inny sposób próbuje osiągnąć... Alina chcę się wyrwać z okowów własnego domu, Jolka chcę otworzyć własną firmę, natomiast Monika pragnie miłości i bliskości mężczyzny...

Zadanie z pozoru banalne wcale takie nie jest... Zawsze na drodze stoi wiele przeszkód, a wśród nich ta najważniejsza i najtrudniejsza do pokonania: sobą samą... Łatwo się domyślić, że droga do sukcesu nie będzie usłana różami, ale przecież wiemy, że nigdy nie jest...

Przedstawiona książka jest książką dla tych, którzy przestali w siebie wierzyć oraz dla innych negatywnie nastawionych do świata... Nie jest to jednak poradnik jak żyć, więc Ci nieuleczalni optymiści (do których ja się także zaliczam) znajdą coś dla siebie... Dzięki niej umocnią się w wierze, że to co robią każdego dnia jest jak najbardziej słuszne...

Powiem, że książka przypadła mi do gustu i szczerze pragnę ją polecić i raz jeszcze podziękować Wydawnictwu Prozami za wskazanie nowej drogi w literaturze...

Ocena: 7/10

Daniel "Danway" Englot

poniedziałek, 19 listopada 2012

"Helena Rubinstein Kobieta, która wymyśliła piękno" - opinia o biografii Cesarzowej piękna

Nawet nie wyobrażacie sobie jaką radość sprawił mi kurier, który wręczył mi przesyłkę zawierającą biografię Heleny Rubinstein. Bardzo chciałam poznać historię tej kobiety, tym bardziej, że coś świtało mi w głowie, ale moja wiedza o niej była dosłownie żadna. 


Helena Rubinstein to polska żydówka, która dzięki swojej determinacji i pracowitości została nazwana cesarzową piękna i co za tym idzie stworzyła kosmetyczne imperium oraz stała się bardzo bogatą kobietą. Jaka była? Oprócz wspomnianych już cech wyróżniała ją niesamowita intuicja i wyczucie. W prowadzeniu swoją firmą kierowała się mottem dziel i rządź. Dlaczego? Być może uważała, że tylko  skłócony zespół może dobrze pracować; a może w jakiś nieokreślony sposób czerpała z tego energię i...przyjemność? Każdy swój smutek, stratę czy porażkę zatapiała w pracy, która niosła jej pocieszenie i ukojenie. U Madame innym źródłem rekompensowania sobie trudnych doświadczeń były zakupy - np. po każdej kłótni z pierwszym mężem kupowała sobie drogą biżuterię. Nie potrafiła wyrażać swoich uczuć, a wobec bliskich często bywała okrutna i niesprawiedliwa. W pracy despotka i tyran, w domu bywała nieobecna nawet jeżeli fizycznie przebywała wśród członków rodziny. Jednak potrafiła być również czuła i opiekuńcza, co przejawiało się m. in. w tym, iż dawała pracę członkom rodziny. 

W miarę jak czytałam biografię tej kobiety ukazywała mi się postać pełna paradoksów. Helena Rubinstein była egoistyczna i skąpa, ale jak już wspomniałam bywała również opiekuńcza. Poza tym potrafiła wydać na ubrania i biżuterie niebagatelne sumy. To tylko część z paradoksów Madame. O reszcie będziecie musieli doczytać;p
Mimo ogromnego podziwu dla Heleny Rubinstein nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że była nieszczęśliwa. Wciąż zapracowana, zwykle zaniedbywała osoby, które powinny być dla niej najbliższe; a mianowicie męża i synów. Nie mogła przeżyć tego, iż nie spełniają jej oczekiwań - że nie są tacy jakimi chciałaby ich widzieć. To smutne, ale czy można mieć wszystko? Czy można pogodzić tak intensywne życie zawodowe z życiem rodzinnym? Przy odrobinie chęci być może tak. Jednakże odniosłam wrażenie, że ta niezwykła kobieta chciała nad wszystkim panować i pragnęła nagiąć ludzi do swojej woli i własnych oczekiwań, co uniemożliwiło jej nawiązanie bliskich relacji z osobami, które były najbliżej niej. Im bardziej poznawałam Madame, tym bardziej zaczęłam rozumieć, że ta kobieta nie potrafiła dopuścić do siebie uczuć, przeżywać ich i uwidaczniać. Chciała być samowystarczalna. Muszę przyznać, że współczułam jej tego. 
Szczerze mówiąc nie sposób nakreślić życia tej kobiety w kilku zdaniach; a już na pewno nie da się krótko opisać tego jaka była. Dlatego jeżeli chce się ją bliżej poznać najlepiej sięgnąć właśnie po biografię.  

W przypadku biografii zawsze bałam się tego, iż autor poda mi coś co będzie emanować encyklopedycznym językiem i szybko mnie do siebie zniechęci. Na szczęście ostatnio zaczęłam przełamywać ten stereotyp i to z korzyścią dla siebie. Okazało się bowiem, że ten rodzaj książek potrafi być niesamowitym źródłem wiedzy o czasach, w których żyli ich bohaterowie, jak również o dziedzinach, którymi się zajmowali. Tak było chociażby w przypadku powyższej powieści. Mogłam się dowiedzieć np. nieco o Elisabeth Arden (której zapachy mam na półce) i o początkach chociażby firmy Max Faktor (ich produkt też mam wśród moich kosmetyków;p). Ponadto postać Heleny Rubinstein dała mi wiele do myślenia, inspirowała mnie i zmotywowała do działania. Dlatego też, kiedy zobaczyłam ostatnią kropkę w książce poczułam żal, że to już koniec. Zdążyłam przywiązać się do postaci kobiety, w której potrafiłam dostrzec część siebie... 

Moim zdaniem to jest niezwykła biografia, która spodoba się szczególnie kobietom - nie tylko tym, które zwracają szczególną uwagę na dbanie o swój wygląd, ale również tym, które szukają inspiracji w innych kobietach. Dla mnie powieść pt. Helena Rubinstein Kobieta, która wymyśliła piękno stała się jedną z najważniejszych książek znajdujących się w mojej domowej biblioteczce i tym samym ozdobą mojej skromnej kolekcji książek. 

Na koniec mogę tylko napisać, że bardzo polecam:)

P.S. 25 listopada o godz. 18stej w MiTo art.café.books (ul. Waryńskiego 28) w Warszawie odbędzie się spotkanie z Michele Fitoussi - autorką biografii Heleny Rubinstein. Ja niestety nie mogę jechać ze względu na brak funduszy na przejazdy (czyt. spłukałam się na prezent urodzinowy dla siostrzeńca, a tu jeszcze Mikołaj i Gwiazdka przede mną;p). Ale jak ktoś z Was ma ochotę i możliwości, żeby pójść to zachęcam. 

piątek, 9 listopada 2012

"Jestem blisko" L. Olejniczak

Jestem blisko - Lucyna Olejniczak

Bardzo lubię w powieściach wszelakie wątki celtyckie, irlandzkie, skandynawskie itp. Dlatego też, kiedy pojawiła się okazja do zdobycia przeze mnie książki Jestem blisko autorstwa Lucyny Olejniczak nie wahałam się zbytnio. Wprawdzie autorka polska, ale wątki jak najbardziej irlandzkie. 

Lucyna i Tadeusz odwiedzają znajomych w Irlandii, gdzie poznają tajemniczą historię domu swoich gospodarzy. Dziewczyna, która mieszkała w nim sto lat wcześniej zniknęła bez śladu w niewyjaśnionych okolicznościach, po tym jak odrzuciła oświadczyny syna miejscowego bogacza. Tenże został posądzony o morderstwo i skazany na śmierć, właściwie tylko na podstawie poszlak, gdyż ciała dziewczyny nigdy nie znaleziono. 
Małgosia - córka gospodyni wraz ze swoim przyjacielem zaczyna się interesować całą sprawą i w pewnym momencie sama znika.
To czy obie sprawy mają coś wspólnego i jak potoczy się historia będziecie musieli sprawdzić sami, bo szczegółów nie zamierzam Wam zdradzać;)

Muszę przyznać, że Jestem blisko jest powieścią lekką i przyjemną, którą pochłonęłam niemalże od razu w przerwach w ogarnianiu mojej rzeczywistości;p. W książce wprost roi się od irlandzkich cmentarzy, ruin i symbolów, które niezmiernie mnie interesowały. Dodatkowego smaku powieści nadawał wątek kryminalny i trzymająca jakiś czas w napięciu i niepewności akcja powieści. Mimo to ciężko jest mi określić tą powieść jako kryminał czy thriller ponieważ moim zdaniem zawiera cechy obu tych gatunków i z domieszką cech powieści obyczajowej. Ale w tym wypadku według mnie jest to zaleta:). 
Tak na prawdę jedyną rzeczą, którą mnie irytowała to momentami bohaterowie, którzy czasem zachowywali się jak nastolatki bawiące się w podchody i zgrywający bohaterów. Poza tym odniosłam wrażenie, że zakończenie zostało napisane niejako na siłę, co mnie strasznie uwierało. 
Jednak mimo swoich wad Jestem blisko sprawiło, że na kilka chwil zapominałam o chaosie wokół mnie i mogłam się zrelaksować.
Dlatego też polecam tą powieść każdemu, kto ma ochotę na coś ciekawego, lekkiego i trzymającego w napięciu. 

czwartek, 8 listopada 2012

Nowa współpraca

Witajcie,
ostatnio coraz częściej zaczęłam rozmawiać ze znajomymi o różnych formach książki. Wszyscy oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nic nie jest w stanie zastąpić mi papierowej powieści, jednak moje zarzekania się, iż nie przekonam się do audiobooków poszły na marne. Pierwsze lody zaczęły przełamywać się już jakiś czas temu - kiedy ciężej było mi siedzieć po prostu z książką w ręku, z racji mojej zwiększonej mobilności. Natomiast wymiękłam całkowicie, kiedy odebrałam maila od platformy Audeo z propozycją współpracy. Natalia Tw uznała to za ostateczny znak, że mam spróbować się przekonać do tejże formy książki i ostatecznie wylądowała u mnie wersja audio Pałacu północy Zafona w interpretacji P. Fronczewskiego. Muszę przyznać, że sama jestem ciekawa jak mi wyjdzie ta współpraca i czy przekonam się do audiobooków, bo do Zafona mnie nie trzeba zbytnio przekonywać;). 

Poza tym wypatrujcie u mnie na blogu konkursu...ptaszki zaczęły o nim nieśmiało ćwierkać;p

Poza tym w moim życiu zaczęło się coś zmieniać, ale jeżeli już będę Wam o tym pisać, jak już będą konkrety. Póki co idę się zdrzemnąć. Jutro zapowiada mi się intensywny dzień:)

A tak swoją drogą kto z Was miał już styczność z książkami w wersji audio? Jak wrażenia?

środa, 7 listopada 2012

Alan Hollinghurst "Obce dziecko"


Opis z portalu Lubimy Czytać:

"Obce dziecko", ostatnia powieść Alana Hollinghursta, jednego z najwybitniejszych współczesnych pisarzy angielskich. Napisana z rozmachem epicka saga. Wydarzenie literackie 2011 roku i książka nominowana do Nagrody Bookera Rzecz dzieje się w latach 1913-2008. Autor po mistrzowsku opisał zmieniający się w ciągu stulecia sposób odczuwania świata, a jednocześnie, na przykładzie dwóch rodzin, Valance'ów i Sawle'ów, pokazał, ze w ludzkiej pamięci zawsze udaje się przechowa coś paradoksalnie niezmiennego. Wizyta Cecila Valance'a i powstały z tej okazji poemat na zawsze zwiąże go z rodziną przyjaciela z Cambridge. Fascynujący świat angielskich wyższych sfer po mistrzowsku opisany w powieści trwa do dziś. I choć posiadłości ziemskie podupadają a nawet zmieniają swoje przeznaczenia to duch dawnego świata jest wciąż żywy i obecny. Powieść Alana Hollonghursta jest wspaniała, język oryginalny i dowcipny a dialogi pełne życia. Alan Hollinghurst został uznany przez brytyjskich księgarzy za autora roku 2011. Bestseller ukaże się w blisko 20 językach. Książka otrzymała entuzjastyczne recenzje w prasie, tv i radiowych programach poświęconych literaturze. Przez wiele miesięcy gościła w czołówce list bestsellerów


Ode mnie:

Kiedy sięgałam po Obce dziecko miałam swoje wyobrażenia o atmosferze tej powieści - o jej aurze, której chciałam dać się porwać. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta dla każdego, kto zna moje upodobania czytelnicze - ponieważ spodziewałam się podobnych odczuć jak przy czytaniu Wichrowych Wzgórz E. Bronte, czy też Teleny'ego O. Wilde'a. Jednak w trakcie czytania tej książki zostałam brutalnie zderzona z rzeczywistością i nabrałam przekonania, że współczesnemu pisarzowi ciężko jest stworzyć coś dorównującego klasykom sprzed ponad wieku. To co miało być napisaną z rozmachem epicką sagą okazało się dla mnie wiejącą nudą historią rodziny, na tle której został ukazany problem homoseksualistów i ich postrzegania przez otoczenie. 

Muszę przyznać, że pomysł sam w sobie jest genialny i zawsze warto jest pisać o problemach dotyczących  dyskryminowanych mniejszości społecznych; pierwsza część w ogóle nie zapowiadała, że wynudzę się nad tą powieścią niemiłosiernie. Wręcz przeciwnie początek był zapowiedzią czegoś inteligentnego, napisanego ze smakiem - czegoś co się będzie rozwijać i co sprawi, że z przyjemnością przeczytam kolejne części powyższej książki. Jednakże im dalej w las tym (w mojej opinii) gorzej. Mimo znośnego języka i dobrego pomysłu w Obcym dziecku jest coś co skutecznie mnie do niego zniechęcało. A mianowicie opisy i brak rozwoju akcji. Ciągle czekałam, aż zdarzy się coś co mnie zaskoczy, zdziwi czy też zaciekawi - na marne:/ 
W tej powieści, mimo usilnych starań autora nie było nic co sprawiało, że wracałam do tej książki z przyjemnością i odrywałam się od niej z niechęcią. Niestety w tym przypadku nie było irytacji na bliskich, którzy przerywali mi lekturę - a szkoda. Poza jakąś drętwą akcją bardzo denerwowały mnie zbyt długie przeskoki czasowe w historii powieści. To sprawiło, że momentami ciężko było mi się połapać w fabule, bo parę lat wycięte z historii rodziny sprawiło, że poświęcałam chwilę na "rozkminienie" tego kto jest kim i co się stało z tymi, których autor nie opisuje już w czasie teraźniejszym.

Moim zdaniem Obce dziecko jest dziełem, które można kochać, albo nienawidzić, ale akurat to dobrze, bo to oznacza, że nie jest jeszcze tak źle z powieścią, która wzbudza różne (tym bardziej skrajne) emocje. Dla mnie powiało nudą, mimo sensownego przesłania i dobrych chęci autora. Jednak zdaje sobie sprawę, że może to wynikać bardziej z wysoko postawionej poprzeczki pisarzowi niż ze słabości książki. 

wtorek, 6 listopada 2012

koniec z imprezami...myślę zawsze wracając w niedzielę rano do domu;p

W moim życiu był czas, w którym nienawidziłam imprez, ponieważ uważałam, że przychodzą na nie ludzie, którzy nie potrafią sobie znaleźć sensownego zajęcia, które wypełniłoby im nudę. Poza tym  było tam dla mnie za tłoczno i zbyt głośno. Jednakże kiedy odkryłyśmy normalny klub, w którym nie ma małolatów i burd bywałam tam ze znajomymi bardzo często, a w okresie wakacji praktycznie tydzień w tydzień. Po kilku tygodniach znałyśmy bardzo dobrze charakter klubu. Doskonale wiedziałyśmy, że dj ma swoją playlistę, którą ewentualnie nieznacznie modyfikuje raz na tydzień. Kiedy wchodziliśmy do klubu machaliśmy na przywitanie znajomym stałym bywalcom i zajmowaliśmy naszą lożę - przeważnie trafialiśmy na jedną i tą samą. To, że czułyśmy się jak u siebie dodatkowo wzmagał fakt, że nawet obsługiwał nas jeden i ten sam barman, który po pewnym czasie wiedział już, która co pije;p

Jednakże ostatnio coś się zmieniło.
W naszej imprezowni zrobili remont!
Każdy z nas był ciekawy jak to wszystko wyjdzie, co się zmieni i czy dj przestanie grać to co zwykle i w końcu co tydzień będzie jakieś urozmaicenie.
No i pozmieniało się...
Wystrój jest zupełnie inny - bardziej przypomina dyskotekę; a ostatnio otworzyli dodatkowe piętro (tak zwaną strefę VIP). Myślę, że własnie dlatego było tam więcej ludzi. No i osobiście zauważyłam, że zaczyna się coś tam zmieniać w ludziach, przez co to miejsce przestaje przypominać same siebie i traci w moich oczach pewien urok, który posiadało, jak było bardziej kameralne.
Nigdy nie miałyśmy jakichś większych niemiłych niespodzianek w swojej imprezowni jednakże ostatnio nieco zepsuło nam humor dwóch patafianów. Ale od początku;p
Pierwszy jak jeszcze był trzeźwy zaczął zarywać do jednej z koleżanek. Każda stwierdziła ok...może fajny koleś, ale i tak był pod nieustanną obserwacją - wszak przysiadł się do naszej loży, gdzie miałyśmy nasze rzeczy (w tym pieniądze i klucze do domu w naszych torebkach). Kiedy się podpił przyplątał się jeszcze jego kolega i mimo to nie robiłyśmy jeszcze problemu - ponieważ oni sami zachowywali się w miarę w porządku. Ale problem zaczął się wtedy kiedy ten pożal się Boże amant zaczął nam podpijać piwo, w momencie kiedy były "czystki" w loży i osoba pilnująca rzeczy nie wiedziała które piwo jest czyje, natomiast drugi zaczął się podejrzanie zachowywać. Przy kulturalnych próbach spławienia tych dwóch kolesi nie osiągnęłyśmy żadnych efektów. W końcu zarzuciłam hasło, żeby iść po ochronę - no bo co...boimy się o nasze rzeczy, kolesie są niebezpieczni i nie wiadomo czy nam czegoś nie ukradną, jak tylko stracimy czujność, a jeszcze to znikające jakimś cudem piwo... Panowie z ochrony okazali się być bardzo mili i zareagowali natychmiast, co okazało się być bardzo uspokajające:). W efekcie do końca imprezy miałyśmy spokój:D
Jednak dodatkowym faktem potwierdzającym, że to już nie jest nasz klub było jeszcze kilka osób, które swoim zachowaniem wzbudzały ogólny niesmak, ale nie chcę się rozwodzić i nad tym, żeby z rana nie psuć sobie humoru. 
Ale wiecie co?
Kiedy zagrali twista i rock and roll'a pomyślałam sobie jednak, że to wciąż jest mimo wszystko nasz klub, w którym wciąż można się odstresować i potańczyć (tym bardziej, że w razie czego ochrona natychmiast interweniuje), a kiedy spotkałam dodatkowych znajomych zły humor spowodowany wcześniejszym incydentem gdzieś się ulotnił. Wszelakie rzeczy, które mnie uwierały zrzuciłam na karb przypadku i tego, że już nie jestem taka młoda jak na początku moich wizyt w tym miejscu. A jeszcze jak podszedł do nas nasz barman nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że mimo wielu zmian to miejsce jeszcze długo w jakiś sposób będzie sprawiać, że mój stres gdzieś wyparuje.
Czy tam wrócę?
Pewnie tak - wszelakie zapewnienia o tym, że to był ostatni raz w tamtym miejscu, bo czara się przelała są w naszym przypadku tylko czczym gadaniem. A za tym przemawia chociażby fakt, że coraz później wracam z tych imprez;p. Ostatnio jak kładłam się spać po takim wypadzie było ok. 4:40 nad ranem:), a rano (w okolicach 10 czy 11) wstałam odstresowana i pełna energii i o to chodziło;)

P.S. Wiem, że zaniedbałam się ostatnio z czytaniem i recenzjami książek, ale potrzebowałam kilku dni bardziej rekreacyjnego niż intensywnego czytania. Ale to się zmieni...na pewno;)