piątek, 31 sierpnia 2012

Oscar Wilde "Teleny"

Oscara Wilde'a do tej pory kojarzyłam jako kontrowersyjnego pisarza z XIX w., o którym nawet współcześnie mówi się, że jego twórczość szokuje. Do tych wszystkich recenzji podchodziłam dość sceptycznie, bo przecież jak współcześnie może budzić kontrowersje jakaś powieść sprzed ponad 100 lat? Okazało się, że może. 
Otóż będąc w bibliotece dorwałam powieść pt. Teleny wyżej wymienionego autora. Na portalu Lubimy Czytać znajdziemy taki opis treści:
Po raz pierwszy opublikowana w roku 1893 skandalizująca powieść opisująca miłość homoseksualną. Jest to pierwsze, zaopatrzone w przypisy i nieskrócone wydanie, pojawiające się na polskim rynku. Książka wyprzedza swój czas, okazując głęboką, niepohamowaną, zmysłową namiętność pomiędzy mężczyznami.O jej autorstwo podejrzewa się kilku mniej znanych XIX-wiecznych pisarzy, a O. W. jest najbardziej znany z nich.

Muszę przyznać, ze nie spodziewałam się takiej bezpośredniości u Wilde'a, gdzie mocno erotyczne sceny były przeważnie opisywane wprost i bez ogródek nie zawsze były napisane ze smakiem0. Opisy orgii wręcz odstręczały od dalszej lektury, jednakże całościowo książka ta wypada całkiem w porządku.

Teleny jest dla mnie możliwością zwrócenia uwagi na problematykę homoseksualizmu - na to, że tak na prawdę wciąż stoimy w miejscu i niewiele się zmieniło od czasów autora powieści, gdyż ludzie pokroju głównego bohatera wciąż są w jakiś sposób napiętnowani. Sama do tej pory często spotykam się z opiniami, że niech geje i lesbijki sobie będą, ale niech nie afiszują się ze swoją odmiennością. Często wtedy zadaje pytanie o to jakim prawem spychamy ich na margines społeczeństwa, skoro wielu z nich nie robi nikomu krzywdy? Wtedy zwykle rodzi się dość burzliwa dyskusja, o której nie ma sensu pisać, bo szkoda nerwów(i moich i Waszych;)).  Ta powieść na pewno nie straciła na aktualności, a już na pewno nie przestaje oburzać. Zatem jeżeli ktoś jest pruderyjny to nie powinien po nią sięgać, bo może mu się po prostu nie spodobać.
A jak z językiem używanym przez Wilde'a?
Okazuje się, że powyższą książkę czyta się szybko i język literacki wcale nie jest uciążliwy. Więc, jeżeli ktoś z Was ma ochotę, to niech się nie zraża tym, że jest to powieść z końca XIX w. 
Moje pierwsze spotkanie z Oscarem Wilde'em uważam za udane i jak kiedyś gdzieś dorwę coś innego jego autorstwa na pewno po to sięgnę:)

czwartek, 30 sierpnia 2012

podbudował mnie ten dzień:)

Często słyszałam od ludzi (głównie ze starszego od mojego pokolenia), że w naszym mieście nic się nie dzieje i mogliby coś wymyślić i np. organizować więcej wydarzeń kulturowych w mieście. Pamiętam, że zwykle irytowałam się, bo sama chciałam coś zmienić tylko nie wiedziałam co i jak. Do czasu...
Kiedy bardziej zaangażowałam się w działania wolontarystyczne i doszło do tego, że jakiś czas koordynowałam biurem wolontariatu udało mi się nawiązać kontakt z wieloma ludźmi, którzy (jak się okazuje) są przychylni nowym formom działalności społecznej. Doświadczenie bycia koordynatorką sprawiło, że nie tylko zyskałam znajomości, ale również nabyłam wiele nowych umiejętności i zaczęłam działać kreatywnie. Stalowi Czytacze, o których już pisałam wcześniej są wynikiem tego, że nauczyłam się wykorzystywać to czego się nauczyłam i co nabyłam w trakcie działalności w Centrum Wolontariatu. Przez ostatni rok było z nami różnie - grupa przechodziła chwile przebłysków w działalności, ale również nie obyło się bez kryzysów. Jednakże jakiś czas temu zaczęłam działać w tym kierunki, żeby reaktywować grupę i...na to wychodzi, że będzie dobrze. Na wrzesień mamy już zaplanowane spotkanie dyskusyjne (dzisiaj byłyśmy w bibliotece miejskiej rozmawiać z Panią dyrektor czy będziemy mogli zorganizować je, w czytelni którejś z filii i jak się okazało zarówno Pani dyrektor jak i Pani kierownik filii, w której odbędzie się spotkanie są nam bardzo przychylne. Od razu zgodziły się na termin i godzinę spotkania. To nas niesamowicie podbudowało:)). Mam nadzieję, że przyjdą nowe osoby na spotkanie, które zdołamy utrzymać przy sobie:). W każdym bądź razie po dzisiejszym dniu jestem bardzo podbudowana:). Poza tym planujemy warsztaty dziennikarskie na październik. Szczerze mówiąc dużo moglibyśmy zrobić od ręki i przeprowadzić je już w przyszłym miesiącu, ale chcemy powalczyć o to, żeby kogoś nowego na nie ściągnąć, więc daliśmy sobie czas na organizację tego wydarzenia. W każdym bądź razie MDK i biblioteki mamy już za sobą:). Teraz jeszcze trzeba będzie dopilnować formalności, nie stracić motywacji i w odpowiednim momencie przejść się z ulotkami i do mediów.
Dzisiaj widzę, że jeżeli chce coś się zmienić to da się to zrobić nawet jeżeli zmienia się niewielki kawałek swojej rzeczywistości. Myślę, że jakby było więcej takich osób jak ci ludzie z wolontariatu czy ode mnie ze Stalowych Czytaczy nasza rzeczywistość wyglądałaby inaczej. W końcu samo nic się nie zmieni, Musimy tylko chcieć i wyjść do ludzi, a później konsekwentnie iść do przodu.
Wybaczcie, że tak chaotycznie i nieskładnie, ale jakoś tak zakręcony dzień mam...w każdym bądź razie 3majcie za nas kciuki:).
Na koniec mam pytanie...chcecie recenzje Teleny'ego Oscara Wilde'a? Dzisiaj jakimś cudem go skończyłam czytać.

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Zagadki medycyny" Ann Reynolds, Kenneth Wapner

Bardzo lubię różnego typu publikacje i dokumenty opisujące nietypowe historie ludzi. Zatem w momencie kiedy nadarzyła się możliwość przeczytania Zagadek medycyny po chwili wahania zdecydowałam się na tą książkę. 
Powyższa pozycja opisuje historie ludzi dotkniętych przez rzadkie przypadłości. Ilu z nas słyszało o napadach padaczkowych wywołanych przez muzykę? Kto wie o tym, że niektórzy ludzie zdający się normalnie funkcjonować cierpią na coś co nie pozwala im rozpoznawać twarzy? Zapewne nieliczni. Zagadki medycyny zostały napisane na podstawie serialu dokumentalnego telewizji ABC, a autorzy osobiście stykali się z chorymi oraz lekarzami opisując życie pacjentów dotkniętych egzotycznymi schorzeniami i lekarzy usiłujących rozwiązać zagadkę by pomóc swoim podopiecznym. 
Brzmi ciekawie, więc pewnie ktoś może zastanawiać się dlaczego wahałam się przy wyborze tej pozycji do czytania. Otóż z doświadczenia wiem, że książki stanowiące zbiór opowiadań lub innych tekstów nie podchodzą mi zbytnio i zawsze czuję jakiś niedosyt. Podobnie było i tym razem. Historie, które poznałam często mnie poruszały i sprawiały, że stwierdzałam, iż mam niebywałe szczęście, że nie mam tej czy innej opisywanej przez autorów przypadłości. Najbardziej ujęła mnie historia małżeństw, gdzie jedno z małżonków zapadło na tak zwany zespół zamknięcia. Wzruszało mnie oddanie zdrowej osoby dla tej drugiej i po cichu zaczęłam wierzyć, że może prawdziwa miłość jednak istnieje. Mimo to, że większość historii wzbudziło moje zaciekawienie, to jednak nie mogę powiedzieć, żeby powyższa publikacja mnie wciągnęła. Czasem dopadało mnie wrażenie jakby autorzy po prostu ślizgali się po temacie, który został wciśnięty nieco na siłę (chociaż mam nadzieję, że to tylko moje mylne wrażenie). Poza tym jakoś nie umiem się wczuć w książkę, jeżeli jest ona zbieraniną krótkich historii. Jednakże fakt, iż tego typu książki do mnie zbytnio nie przemawiają, nie oznacza, że nadają się tylko na makulaturę. Po prostu nie wszystkie książki muszą się całkowicie podobać danej osobie (w tym przypadku mnie). Mimo wszystko uważam, że Zagadki medycyny mają w sobie potencjał i mogą znaleźć swoich odbiorców wśród tych z Was, którzy długo muszą jechać do pracy komunikacją miejską, albo mają mało czasu na czytanie. Zatem polecam - tak na rozgrzewkę, albo zachętę do dalszego czytania;)

czwartek, 23 sierpnia 2012

Eshkol Nevo "Do następnych mistrzostw"

Ostatnio nieco opuściłam się z czytaniem, a to przez to, że pochłonęła mnie organizacja pewnego wydarzenia, którego jestem inicjatorką (zatem skoro ma to być w pewnym sensie moje dziecko przykładam się bardziej niż inni). Możecie być pewni, że napiszę Wam o wszystkim jak pchniemy to do przodu, ale na razie jesteśmy w czarnej d****, więc nie ma o czym pisać. Jednakże do rzeczy. Właśnie udało mi się skończyć czytać Do następnych mistrzostw autorstwa Eshkol'a Nevo:
Od Wydawcy:
To była prawdziwa przyjaźń. Wszyscy czterej chodzili razem do szkoły w Hajfie, wszyscy przeprowadzili się do Tel Awiwu. Nie wyobrażali sobie życia bez siebie. A najbardziej ze wszystkiego kochali wspólnie oglądać mecze piłki nożnej. 

Podczas finału Pucharu Świata w 1998 roku każdy zapisał swoje marzenia na karteczkach, które przeleżały w ukryciu cztery lata, do następnych mistrzostw. 

Przez ten czas zmieniło się właściwie wszystko. Marzenia się spełniły, ale w najprzewrotniejszy z możliwych sposobów. Kumple oglądający mecz i popijający piwko na kanapie? Już nigdy nie będzie to dla was banalny stereotyp.



Ode mnie:
Szczerze mówiąc (a właściwie to szczerze pisząc) powyższej książki w ogóle nie zamierzałam czytać. Kiedy ją zobaczyłam i przeczytałam opis stwierdziłam, że zapewne będzie przesycona piłką nożną (której nie lubię), więc nie zawracałam sobie nią głowy. Jednakże pewnego pięknego dnia zawitał w moim domu kurier z przesyłką i Do następnych mistrzostw znalazło się wśród innych książek, które właśnie dostałam. Po krótkiej konsternacji na widok nadprogramowych pozycji w przesyłce, na mojej twarzy rozkwitł gigantyczny uśmiech, a humor miałam poprawiony do końca dnia. 
Muszę przyznać, że z każdą kolejną stroną moje wątpliwości jeżeli chodzi o tą powieść rozwiewały się coraz bardziej i w końcu stwierdziłam, iż dużo bym straciła nie mając jej w moim dorobku przeczytanych książek. Podczas lektury poznałam czwórkę przyjaciół, których łączą wspólne doświadczenia, wspomnienia i pasja do piłki nożnej. Kiedy podczas pewnych mistrzostw spisują swoje marzenia, które chcieliby, aby spełniły się przez następne cztery lata czytelnik zostaje świadkiem przewrotności losu. Albowiem każde wypisane marzenie spełnia się w bardzo zaskakujący sposób (o czym będziecie musieli doczytać, bo jestem wredną jędzą i Wam nie zdradzę fabuły, a tym bardziej jej zakończenia). W każdym bądź razie, dostałam w swoje ręce wzruszającą opowieść o przyjaźni; byłam świadkiem rozstań, trudnych sytuacji i ciężkich doświadczeń; zobaczyłam w tych postaciach przyjaciół, którzy są w stanie wybaczyć sobie bardzo dużo i trwać razem mimo wszystko. Brak któregoś z mężczyzn w grupie sprawiało, że czegoś brakowało w ich funkcjonowaniu. Szczerze mówiąc po cichu zazdrościłam im, że mają siebie nawzajem - że potrafią akceptować swoich przyjaciół takimi jakimi są oraz są tak bardzo zżyci. Dziś przypomniała mi się nasza święta czwórca z liceum - miało być na zawsze i nigdy nie miałyśmy stracić ze sobą kontaktu. Jednak każda z nas poszła swoją drogą. Zatem jak widać utrzymanie przyjaźni z młodości w taki sposób jak to zrobili bohaterowie książki jest niesamowicie trudne. Chociaż czy odległość i czas są w stanie zaszkodzić przyjaźni? hmm...to już jest temat na oddzielną notkę.
Uważam, że wiele zyskałam dzięki chwilom spędzonym z tą książką i pewnie za jakiś czas do niej wrócę, bo czytając ostatnie strony miałam łzy w oczach. Z mojej strony chyba nie ma lepszej rekomendacji, bo niewiele jest rzeczy, które są w stanie mnie wzruszyć, a i powieści do których chcę wracać też nie jest znowuż, aż tak dużo...

środa, 22 sierpnia 2012

[TAG] 7 sekretów


 Zupełnie nieoczekiwanie jak dla mnie zostałam otagowana przez autorkę bloga Chwila dla siebie. Tag to 7 sekretów. Może nie będą to moje największe sekrety, ale postaram się podzielić z Wami informacjami, o których możecie nie wiedzieć. Zatem:

  1. Będąc nastolatką niemalże krzyżem leżałam w kościele.
Oprócz coniedzielnych Mszy, do kościoła chodziłam też na tygodniu. Poza tym była Oaza, na której bardzo aktywnie się udzielałam. Będąc na pierwszym roku byłam pewna, że zostanę zakonnicą. Jednakże życie potoczyło się tak, że dziś mam bardzo luźny stosunek do Kościoła Katolickiego i dziś nie wyobrażam sobie, żebym mogła zamknąć się w kościele.
  1. Mam wrodzoną wadę wzroku.
Praktycznie od małego noszę okulary. Jednakże był w moim życiu taki okres, w którym zbuntowałam się i zrezygnowałam z noszenia dodatkowej pary oczu do czasu, w którym zaczęłam gorzej widzieć. Od ponad roku noszę okulary codziennie i rozstaje się z nimi tylko na noc.
  1. Jestem bałaganiarą;)
Jakoś nie umiem utrzymać porządku i sprzątam kiedy muszę. Jednakże kiedy mam porozkładane wszędzie rzeczy pracuje mi się całkiem dobrze i jestem wtedy najbardziej kreatywna. Poza tym zawsze wiem gdzie co mam i jak jakimś cudem zrobię sobie generalny porządek to nie umiem się w nim odnaleźć;).
  1. Już jako małe dziecko byłam inna niż inne dziewczynki.
Moją ulubioną bajką był Scooby Doo, a największym autorytetem był (i chyba nadal jest) wujek, który służył w wojsku jako lotnik. Dlatego też później czytałam i oglądałam kryminały, a w końcu wylądowałam na studiach z kryminologii i profilaktyki przestępstw.
  1. Jestem nieśmiała.
Na co dzień jestem nieśmiałą osobą, co potrafi dziwić, ponieważ na trzecim roku studiów kojarzyli mnie chyba wszyscy z uczelni (nawet portierzy jak tylko mnie zobaczyli mówili pierwsi dzień dobry). A to wszystko przez koordynowanie akcji nakrętkowej w szkole. Parę lat później koordynowałam biurem wolontariatu i musiałam sobie radzić z trudnymi sytuacjiami, zarządzać ludźmi, koordynować i wydawać polecenia. Natomiast obecnie koordynuję inicjatywą Stalowi Czytacze.
Ostatnio jedna z koleżanek powiedziała mi, że spotkała się z opinią, że mnie znają wszyscy. Hmm...zastanawiające:/
  1. Najlepiej pracuje mi się w zespole, w którym przeważają mężczyźni.
Jakoś zawsze czułam się lepiej w towarzystwie mężczyzn. Jakoś tak pewniej się między nimi czuję i lepiej się z nimi dogaduję.
  1. W moim pokoju pachnie książkami.
Na półkach w moim pokoju przeważają książki, dla których niebawem zabraknie miejsca. Kiedy wyjeżdrzam na kilka dni i wracam do domu, to wchodząc do pokoju otworzyć okno lubię wziąć głęboki wdeh, bo w tym momencie ten zapach jest najbardziej wyczuwalny. Poza tym lubie wąhać książki i każda z tych, która znajdzie się w moich rękach zostaje obwąchana.


Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że pisanie tej notki sprawi mi tyle przyjemności. Przyznam, że na począku nie byłam pewna czy uda mi się znaleźć aż 7 rzeczy, którymi mogłabym się z Wami podzielić, ale jak zaczęłam to już dalej było z górki.
Niestety nie wiem kogo otagować, więc jeżeli ktoś z Was chce siępodzielić swoimi sekretami na blogu to ja chętnie poczytam;), a tymczasem życzę Wam miłego popołudnia;))

wtorek, 21 sierpnia 2012

Wypadowo

Zauważyłam, że ostatnio stałam się jakaś monotematyczna. Jednakże do domu zniosłam już kilka książek z zakresu kryminologii i kryminalistyki z zamiarem opracowania notek dotyczących czegoś z zakresu mojego wykształcenia. Jednakże zanim pojawią się kolejne notki o książkach, kosmetykach, albo kryminologii pomyślałam, że warto zrobić lżejszy przerywnik. Dzisiaj jakoś tak się stało, że koleżanki wyciągnęły mnie na miasto. Ja jakoś niespecjalnie oponowałam, chociaż z lekkim oporem oderwałam się od lektury powieści pt. Do następnych mistrzostw. Ale jako, że jestem zwolenniczką teorii, że uzależnienie od czegokolwiek (nawet jeżeli są to książki) to zło;p, zawsze kiedy zauważam u siebie, że przesadzam z czytaniem wychodzę do ludzi (nawet jeżeli robię to czasem na siłę). 
Jednakże na szczęście dziś specjalnego przymusu nie było i na pierwszy rzut poszło spotkanie z Magdą.
 Jakoś dziwnym trafem zawsze kończymy w cukierni w jednej z galerii, w której Magda zwykle bierze gofry a ja colę, albo kawę. Jakoś mam wrażenie, że uzależniam się od kofeiny:/...to też niedobrze i muszę chyba coś z tym zrobić...
Nasze spotkania to okazja do rozmowy o książkach, kosmetykach i różnych pierdołach, a że obie jesteśmy paniami kryminolog łączy nas jeszcze zamiłowanie właśnie do przedmiotu naszych studiów;). 







Później jakoś tak spontanicznie wyszło spotkanie z Marzeną na pizzy, która rozmiarem przerosła nasze oczekiwania, więc może ktoś ma ochotę??;)
Wybrałyśmy się do Biesiadowa. Lubię tamtejszy klimat, a i jakoś dziś po drodze miałam, więc zasiadłyśmy z Marzeną tym razem na zewnątrz i musiałyśmy nadrobić zaległości w omawianiu bieżących wydarzeń. Wszakże nie widziałyśmy się już kilka dni;)
Moje wyjściowe popołudnie skończyło się już po zapadnięciu zmroku i dopiero kilka chwil temu wróciłam do domu. Nie wiem czy starczy mi siły na to, żeby cokolwiek jeszcze czytać (bo biorąc pod uwagę to, że miałam ciężką noc, to branie się za czytanie o tej porze graniczy niemalże z cudem). 
Miałam wstawić do notki zdjęcie moje i Magdy, ale jednak chyba nie mam jeszcze w sobie tyle odwagi, żeby ujawniać oblicze moje i moich znajomych, jednakże mam nadzieję, że nadejdzie taki czas...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Pierre Lemaitre "Zakładnik"

Zakładnik chodził za mną, już jakiś czas. Nie dawał mi spokoju i co jakiś czas przypominał o swoim istnieniu, lub o tym, że za chwilę pojawi się w księgarniach. Zatem kiedy zaistniała możliwość, żeby ta powieść zasiliła zasoby mojej domowej biblioteczki to bez wahania skorzystałam z okazji. 
O czym jest ta książka? 


Na stronie Wydawcy możemy przeczytać taki opis:

Ponad pięćdziesięcioletni Alain Delambre jest specjalistą od zarządzania zasobami ludzkimi i od czterech lat jest bezrobotny. Wciąż szuka pracy w swojej specjalności, ale nikt nie chce zatrudnić człowieka w jego wieku. Podejmuje się zatem najróżniejszych prac, aż do dnia, gdy dostaje zaproszenie od firmy poszukującej pracownika o jego kwalifikacjach na testy teoretyczny i praktyczny. Choć żona Nicole jest przeciwna jego udziałowi w dziwnej, nie liczącej się z ludzkimi uczuciami maskaradzie, to jednak Delambre postanawia wziąć udział w pozorowanym ataku terrorystów. Od momentu przemiany symulowanego ataku w prawdziwy, losy Delambre toczą się lawinowo.


Ode mnie:
No więc...(już słyszę gdzieś z tyłu głowy głos mojej polonistki z liceum: Nie zaczynamy zdania od "No więc..."!, którym zaszczycała każdego wywołanego do odpowiedzi osobnika) Zatem muszę przyznać, że powyższa powieść rozczarowała mnie okrutnie, a główny bohater denerwował mnie tak bardzo, że nie raz miałam ochotę rzucić książką w kąt i do niej nie wracać. Jednakże ostatnio przekonałam się, że czasem powieści potrafią zaskakiwać i nie chciałam jej skreślać zbyt szybko - bo może akurat na ostatniej prostej mnie zaskoczy. Poza tym nie lubię mieć w domu niedoczytanych książek, więc siłą rzeczy czytałam dalej. 

Oto mamy przed sobą bezrobotnego, który kreuje się na wielkiego specjalistę w swojej branży (a przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie) i nie do końca może zrozumieć dlaczego nikt do tej pory nie chciał go zatrudnić (przecież jego doświadczenie jest bezcenne!). Poza tym robi wszystko, żeby być jak najmniej uciążliwym dla swojej żony; to znaczy, że: poszukuje pracy i chwyta się każdej fuchy, która tylko się nadarzy. Jednakże dla mnie Alain Delambre (czyli główna postać w Zakładniku) to wielki egoista, który przez poszukiwanie pracy nie potrafił myśleć o niczym innym jak tylko o jej znalezieniu...a no tak, myślał jeszcze o jednym - seksie z żoną (bo tylko tak mógł się zrelaksować i zapomnieć o trudnościach życia utrudzonego poszukiwaniem pracy człowieka). To była dla mnie jakaś masakra. Tak jak skupienie się na poszukiwaniu pracy jest chwalebne, to jednak nie umiem sobie wyobrazić chociażby siebie nieumiejącej sobie zorganizować nadprogramowego czasu wolnego w inny niż tylko jeden sposób... Rozumiem, że autor być może chciał przedstawić to jaki wpływ ma na dojrzałego człowieka długotrwałe bezrobocie, które sprawia, że poszukujący pracy nie jest w stanie skoncentrować się na czymś innym niż na swojej sytuacji i może posunąć się do wielu rzeczy nie patrząc na konsekwencje (nawet jeżeli musi zrobić coś niezgodnego z prawem lub raniącego rodzinę). Jednak moim zdaniem Pierre Lemaitre przesadził, z tym, że taki człowiek nie ma w ogóle życia poza szukaniem czegoś co przyniosłoby mu jakieś pieniądze; a jego świat kończy się na kontaktach z żoną i dziećmi. Dla mnie moment, kiedy główny bohater zostaje zaproszony na test i później dalszy ciąg rekrutacji jest punktem zwrotnym w Zakładniku, ponieważ opracowuje on plan, który ma zmienić sytuację jego i całej rodziny. Mimo to w miarę rozwoju wydarzeń czułam się coraz bardziej zniesmaczona tym, w jaki sposób Delambre wykorzystuje własną rodzinę poprzez realizowanie swoich zamiarów. Oto nasz superspecjalista nie waha się grać na emocjach swojej żony i dzieci oraz nimi manipulować i szantażować emocjonalnie, żeby tylko mu pomogły (nieświadomie rezygnując jego plan): pożycza pieniądze przeznaczone na kupno mieszkania od jednej z córek, a na drugiej wymusza to, aby broniła go w sądzie (przez co ta porzuca pracę).Dodatkowo nasz główny bohater wystawia na niebezpieczeństwo nie tylko swoją żonę, ale również swoje córki; ponieważ ludzie, z którymi sobie pogrywa są w stanie wymusić na nim to czego chcą nie tylko przemocą nim samym, ale również na jego rodzinie. Jak można tak postępować łudząc się, że pieniądze, które zdobędzie wynagrodzą im wszystkie nieprzyjemne rzeczy, które im wyrządził? Do tego Delambre wykreowany jest na takiego człowieka, który potrafi oszukać dużą francuską korporację i firmę rekrutacyjną (co dziwne jeżeli jakaś postać z powieści szpera w systemach komputerowych nie trafia praktycznie na żadne zabezpieczenia). Jakoś to wszystko wydawało mi się mało realne i mocno naciągane, tym bardziej, że ludzie, którzy próbują złamać głównego bohatera wychodzą na koniec na totalnych frajerów. Moje wrażenie było potęgowane jeszcze przez to, iż miałam poczucie, że Delambre zachowuje zimną krew w skrajnych sytuacjach na tyle, żeby w miarę trzeźwo myśleć i dalej wprowadzać swoje zamierzenia w życie. Poza tym jest jeszcze coś co mnie zastanawiało. Mianowicie żona Alaina DelambreNie mam pojęcia, czy jest na świecie jakaś kobieta podobna do Nicole, która jest w stanie znieść ciągłe kłamstwa i stres spowodowany tym, że jej mąż z jej plecami coś kombinuje i jeszcze wykorzystuje do tego swoje dzieci? Rozumiem, że jeżeli kogoś się kocha można wiele znieść, ale bez przesady. Czasem mimo miłości do drugiego człowieka trzeba słuchać tego co mówi instynkt samozachowawczy (i moim zdaniem normalni ludzie powinni tak reagować). No, ale cóż, dobrze, że autor wpadł na pomysł, że takich poczynań można nie wytrzymać i na koniec żona oraz jedna z córek odwracają się od głównej postaci w powieści. Poza tym cały czas wracało do mnie pytanie o to jaki mężczyzna narazi na niebezpieczeństwo najbliższe sobie osoby, łudząc się, że po tym wszystkim będzie mógł wszystko wynagrodzić w jakikolwiek sposób? Ponad to, kto po kilku latach bezrobocia i braku  styczności z zagadnieniami z własnej branży będzie w stanie oszukać szefa dużej korporacji? Wiem, że może się wydawać, że skoro owa nieszczęsna książka skłoniła mnie do przemyśleń, to znaczy, że może nie była taka zła; jednak dla mnie irytowanie się przez całą lekturę powieści odbiera mi całą przyjemność z czytania. W końcu książki mają mnie nie tylko czegoś uczyć, ale także sprawiać przyjemność oraz relaksować, a nie drażnić. Jednakże nie mogę odmówić autorowi dobrego pomysłu i trafnego dobrania tytułu do postawy głównego bohatera. Dla mnie jest on zakładnikiem swoich ambicji i egoizmu, poprzez co skupia się przeważnie na sobie, wmawiając wszystkim dookoła (łącznie z nim samym), że robi to nie tylko dla siebie, ale również dla rodziny.
Podczas czytania Zakładnika jakoś tak automatycznie nachodziły mnie myśli, dotyczące tego, iż postawa głównego bohatera do złudzenia przypomina postawę ojca i męża, który stosuje przemoc w rodzinie lub nadużywa alkoholu. Dlaczego? Otóż dla mnie wystawianie swojej żony i córek na pastwę jakichś podejrzanych typów, narażanie ich na wiele wyrzeczeń i stresu, przy tym uspakajanie ich, że to niedługo się skończy i tak na prawdę to wszystko jest dla ich dobra; to tak jakby mężczyzna bił żonę i dzieci mówiąc im, że to jest z korzyścią dla nich (albo, że sobie na to zasłużyli)... Może to moja nadinterpretacja, ale to, że główny bohater naiwnie wierzył, iż wyrządzona swoim bliskim krzywda może zostać wynagrodzona w jakikolwiek sposób spowodowało, że nie potrafiłam wyzbyć się swoich skojarzeń. I sytuacji nie ratowało nic - nawet to, że Alain Delambre zaczął się udzielać charytatywnie. To tylko pogorszyło moje mniemanie o tej postaci - ponieważ ponownie kierował się analogicznymi motywami co wcześniej. 
Mam nadzieję, że książka, którą teraz czytam okaże się ciekawsza od poprzedniej... Póki co niestety (a może i na szczęście) Pierre Lemaitre skutecznie mnie do siebie zraził i wątpię, żebym sięgnęła po jakieś inne jego powieści. I nie przekona mnie nawet ten argument, że Zakładnik zmusił mnie do myślenia i wywołał emocje (nieprzyjemne, ale zawsze jakieś). Już wolę sięgnąć po jakiegoś sprawdzonego przez siebie autora. 

czwartek, 16 sierpnia 2012

[przed kolejnym zwrotem w życiu]

Niezależnie od tego, gdzie byłam zawsze ciągnęło mnie do miejsca, w którym się wychowałam. To tu znam każdy kąt i z każdym zakątkiem kojarzy się mnóstwo wspomnień. Mam takie miejsce, które kojarzy mi się ze zwrotami w moim życiu. To właśnie tam chodziłam na spacery przed wyjazdem do Brukseli czy Warszawy i to właśnie tam rozmawiałam o moich najbliższych planach z jedną z moich najbliższych koleżanek:


 
Nie wiem co jest w tym miejscu, ale od jakiegoś roku chodzę właśnie tam jak muszę coś z kimś przedyskutować, podjąć jakąś decyzję, albo po prostu się zrelaksować. Jakoś tak sentymentalnie zaczęłam podchodzić do miejsc. Nie wiem dlaczego. Może przez to, że mimowolnie zaczęły do mnie napływać wspomnienia doświadczeń z kilku ostatnich miesięcy, które sprawiły, że stałam się odważniejsza i łatwiej mi podejmować pewne ważne decyzje... Mam zatem nadzieję, że za jakieś 3 - 4 tygodni będę miała dla Was dobre wieści o mega pozytywnych wydarzeniach, póki co nie powiem ani słowa, bo wszystko jest jeszcze w proszku i pewne jest tylko to, że jest (póki co) pozytywny odzew co do mojego pomysłu, który o ile dobrze pójdzie przejdzie w przyszłym tygodniu w fazę realizacji;).
Więc 3majcie kciuki, żebym miała kolejne dobre skojarzenia z tym miejscem.
A tymczasem w moim mieszkaniu zrobiło się nieco żywiej dzięki mojej współlokatorce. Ja nie mam ręki do kwiatów, więc siłą rzeczy ich nie miałam w mieszkaniu. Mam nadzieję, że tym razem te przetrwają dłuższy czas;). Jak uschną pewnie pomyślimy o czymś doniczkowym;). Niestety nie posiadamy na stanie jakiegoś wazonu, więc poradziłyśmy sobie inaczej:
Na dziś to by było z mojej strony na tyle. 
Miłego dnia Wam życzę;))

wtorek, 14 sierpnia 2012

w końcu wróciła mi energia"D

Wielu zapewne narzeka na pogodę za oknem, która popsuła się w opinii wielu niemiłosiernie. Ja jednak w taką pogodę mam niezwykły jak na mnie przypływ energii, chęci do działania i weny twórczej. Taka pogoda cieszy mnie niesamowicie, przywraca wspomnienia, odpowiednio nastraja i sprawia, że przechodzi mi przymulenie po upalnych dniach, Osobiście cieszy mnie nadchodząca jesień i zima, bo to jak dla mnie odpowiednie pory roku do funkcjonowania. Poza tym jakoś tak mam, że moje osiedle od zawsze nastrajało mnie pozytywnie i w taki dzień jak dziś kubek kawy jest obowiązkowy.




no bo czyż nie jest pięknym możliwość wzięcia głębokiego oddechu w taki dzień??

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

tego mi trzeba

Chyba każdy z nas ma takie miejsca, w których ładuje baterie i które działają na niego kojąco. Ja też mam kilka takich miejsc.
Jednym z nich jest miejsce, w którym mieszkają moi rodzice. Kiedyś nie lubiłam tu przebywać, bo nudziło mi się tu niemiłosiernie. Tymczasem teraz jest to miejsce, w którym wypoczywam psychicznie. Tym bardziej, że już zaczęło pachnieć tu jesienią - moją ulubioną porą roku. Wczoraj udało mi się zrobić kilka zdjęć...



Uwielbiam mgłę - nieodmiennie kojarzy mi się z Draculą Bram Stokera. Nie zapomnę jak czytałam tą książkę ok. rok temu i jak bardzo bałam się pójść do łazienki w jesienną mglistą noc. Teraz emocje związane z książką już opadły, ale nadal ten krajobraz wywołuje skojarzenia:)




To miejsce ma w sobie coś takiego, że działa na mnie uspokajająco, w momencie kiedy nawet książki i kawa z mlekiem nie dają rady mnie odprężyć. A Wy gdzie i jak ładujecie swoje baterie jak macie już wszystkiego dość?

piątek, 10 sierpnia 2012

Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? recenzja

Od Wydawcy:

Rozgrywająca się między latami 1960 a 1990 historia Heleny, polskiej Żydówki, ocalałej z Holocaustu jako jedynej z całej rodziny, i jej córki Elżbiety, najpierw dziecka, potem dorosłej kobiety, widziana jest oczami córki. To zbiór dwudziestu epizodów i scenek z ich codzienności, gdy próbują ułożyć sobie życie w nowo powstałym Izraelu. 

Opowieść ta w przejmujący sposób mówi o traumie potwornych przeżyć, o rozpaczy i żalu w związku „z tym, co się stało, a także tym, co się potem już stać nie mogło", o tęsknocie za Polską i izolacji, o walce o to, żeby jakoś żyć, zachować godność i jednocześnie nie zapomnieć. Ale przede wszystkim mierzy się z milczeniem na ten najważniejszy temat, czyli głębokim niezrozumieniu otoczenia wobec ocalałych, wręcz o obojętności dla ich przeżyć. W najlepszym razie spotykają się oni z pytaniem zadanym przez pewnego syjonistę: „dlaczego nie przyjechałaś przed wojną?".
 
Ode mnie:
U nas w domu święta spędza się bardzo rodzinnie i chyba jak wszędzie są pewne naczelne tematy, które pojawiają się dosłownie za każdym razem, kiedy rodzina spotyka się przy stole. Jednym z nich są doświadczenia dziadków z II wojny światowej. Do tej pory pamiętam jak babcia ze swoim bratem przyrodnim wspominali, że wujek (czyli ten wspomniany już brat babci) dostawał słodycze od niemców dzięki swoim (niby) aryjskim rysom, i że biały barszcz już nigdy nie smakował tak w święta jak podczas wojny...
Dlaczego taka osobista dygresja w notce dotyczącej książki? Otóż niepozotnych rozmiarów powieść sprawiła, że przed oczyma miałam wiele z opowieści usłyszanych przy świątecznym stole. Z tym, że między mną, a autorką Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? jest taka różnica, iż nie jestem z pokolenia wychowywanego przez to, które przeżyło koszmar wojny. Wprawdzie dziadkowie odegrali w moim wychowaniu zmaczącą rolę, ale jakoś wojna nigdy nie miała większego wpływu na moje relacje z dziadkami. Te świąteczne rozmowy o wojnie sprawiały jednak, że zaczęłam patrzeć na swoje otoczenie zupełnie innymi oczyma i szczerze podziwiałam ludzi, którym przyszło przeżyć piekło wojny. Nie wyobrażam sobie uciekać przed wojskami będąc małym dzieckiem, albo patrzeć na rozstrzelanie swojego ojca (czego doświadczył mój dziadek). Powieść Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? spowodowała, że moja wrażliwość na pewne sprawy jeszcze dodatkowo wzrosła. Generalnie ostatnio temat Zagłady i wojny "chodzi za mną" bardzo intensywnie – w końcu dopiero niedawno natchnęło mnie, żeby obejrzeć Pianistę, teraz ta książka i jeszcze wrześniowe spotkanie Stalowych Czytaczy, które w założeniu będzie dotyczyć powieści nawiązujących do II wojny światowej... Możliwe, że ma mnie to zmusić do myślenia i przede wszystkim do docenienia tego w jakich żyje czasach.
Co do samej książki to jest to bardziej zbiór opowiadań niż powieść. Na całość składa się zlepek wspomnień autorki o swojej matce i może dlatego wiele wspomnień o opowiadaniach dziadków wróciło. Wprawdzie nikt w mojej rodzinie nie doświadczył pobytu w obozie (a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo), ale mimo wszystko nie przeszkodziło to moim powrotom do opowieści o wojnie. Dlaczego nie przyjechałaś przed wojną? ma zatem dla mnie w pewnym sensie osobisty wymiar. Coś czuję, że ta powieść jest dla mnie czymś co będzie mi jeszcze długo przypominać o tym, że są gorsze doświadczenia niż brak pracy, niewyspanie z przemęczenia, albo brak przepływu informacji w związku z organizacją warsztatów... Coś czuję, książka Lizzie Doron będzie mi towarzyszyć w tych momentach kiedy zacznę narzekać na system, albo psioczyć na czasy, w których przyszło mi żyć...
Wiem, że raczej nie pisałam do rzeczy, ale jakoś nie mogłam inaczej – nie mogłam, nie wspomnieć o moich dziadkach, którzy byli małymi dziećmi jak zastała ich wojna. Wspomnienia same jakoś napłynęły.
A Wy pamiętacie swoich dziadków? Czy w Waszej rodzinie wciąż ktoś żyje, kto pamięta wojnę? Jakie macie wspomnienia z rozmów z ludźmi, którzy doświadczyli tego piekła? Ja mimo wszystko zawsze będę miała przed oczyma moich dziadków i prababcię, która przeżyła dwie wojny i od której nauczyłam się szanować chociażby to, że mam jedzenie w lodówce i mimo tego, że jestem młoda nie chcę zapomnieć – chcę pamiętać i dowiadywać się coraz więcej. Dlatego też, powieść, którą mogłam ostatnio przeczytać stanowi dla mnie cenną pozycję w mojej domowej biblioteczce. Pewnie z niedługim czasię sięgnę po coś innego z tej samej tematyki. 

wtorek, 7 sierpnia 2012

Siergiej Kuzniecow "Skóra motyla"

Od Wydawcy:


Ksenia, dziennikarka w internetowej gazecie, wpada na pomysł istnej medialnej bomby: chce stworzyć portal w całości poświęcony maniakalnemu mordercy bezkarnie zabijającemu kobiety w Moskwie. Pomaga jej w tym dwoje przyjaciół: Aleksiej, zdolny nieudacznik, nałogowo zdradzający żonę, oraz Marina, nimfomanka samotnie wychowująca dziecko. Jednocześnie Ksenia, w życiu prywatnym wielbicielka masochistycznego seksu, nawiązuje wirtualny romans ze spotkanym w sieci osobnikiem przedstawiającym się jako Alien. Portal internetowy wymyślony przez Ksenię okazuje się spektakularnym sukcesem, ale jak wpłynie na życie poszczególnych bohaterów?

Siergiej Kuzniecow portretuje młode pokolenie Rosjan. Muszą oni radzić sobie w nowej rzeczywistości Moskwy, która stała się jednym z nowoczesnych światowych miast, ale wciąż mierzy się ze swoją przeszłością stolicy radzieckiego imperium.

Ode mnie:

Od kiedy pamiętam interesowała mnie ludzka psychika – szczególnie motywacje poszczególnych działań człowieka i to co siedzi w umyśle kogoś, kto potrafi brutalnie zabić. Te moje zainteresowania mają odzwierciedlenie zarówno w moim wykrztałceniu (m. in. resocjalizacja i kryminologia;)) oraz w tym, że mam nieco inne zainteresowania niż moje koleżanki. W końcu ile kobiet interesuje się psychologią kliniczną i kryminologią (w tym psychopatami i socjopatami)? Może więcej niż przypuszczam, ale wśród moich koleżanek jest niewiele podzielających moje upodobania. Dlatego też nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po Skórę motyla jak tylko pojawiła się taka okazja. Szczerze mówiąc tej książki nie mogłam się doczekać najbardziej. Byłam ciekawa jak autor poprowadzi fabułę – zastanawiało mnie to czy zmusi on czytelnika do przemyśleń czy też będzie to kolejna powieść bez jakiegoś większego sensu. Muszę przyznać, że napisanie o tej książce jest dla mnie trudne, bo sama powieść była dla mnie trudna – czułam, że w jakiś sposób do niej nie dorosłam; i to nie tylko dlatego, że w swoim życiu wciąż jeszcze przeczytałam zbyt mało, ale również dlatego, że brakuje mi doświadczenia życiowego.
Mam wrażenie, że w Skórze motyla przede wszystkim jesteśmy świadkami przemian, które zachodzą w głównych bohaterach – widzimy jak wpływają na nich doświadczenia związane z pracą nad portalem o maniakalnym mordercy, śmierć bliskiej osoby, a nawet kontakt z mordercą. Poza tym zmiany w narracji pozwalają nam bardziej wniknąć w przeżycia danej postaci – zapoznać się z jej postrzeganiem świata, motywacjami, a nawet w pewien sposób przedostać się do jej osobowości i tym samym lepiej ją zrozumieć. Szczerze mówiąc na początku nie wyobrażałam sobie tego jak przebrnę przez tą powieść, a tym bardziej o niej napiszę cokolwiek. Język autora i zmiany w narracji (np. zmiana narratora), o których wspominałam wyżej bardzo utrudniały mi czytanie i musiałam być bardzo skupiona na tym co czytam. Po przebrnięciu przez kilkadziesiąd stron było mi już łatwiej i wracałam do powieści z coraz większą ciekawością jeżeli chodzi o rozwój fabuły i zakończenie. Zatem mimo to, że to nie jest w moim przypadku miłość od pierwszego wejrzenia, to tą książkę mogę polecić z czystym sumieniem. I niech Was nie zwiedzie opis, który może sugerować dużą liczbę szczegółów dotyczących morderstw czy romansów nawiązywanych przez Ksenie. Wiem, że to nie jest powieść dla wszystkich, bo nie każdy gustuje w takiej tematyce, jednak wiem, że przeczytam ją kiedyś jeszcze raz – tak dla lepszego zrozumienia tematu. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa 

sobota, 4 sierpnia 2012

cienie Inglot

 Od długiego czasu słyszałam o cieniach z Inglota i możliwości stworzenia sobie własnej paletki z cieniami. Muszę przyznać, że chorowałam na nią już od jakiegoś czasu i w trakcie pobytu w Warszawie stworzyłam sobie w końcu własny zestaw cieni do powiek.
Aktualnie mam 13 cieni z Inglota (3 "walające się" luzem), ale daję radę:) Zatem po kolei...

Dwoma pierwszymi cieniami jakie sobie sprawiłam są dwa o numerkach 79 (to ten jasny) i 46 (brązowy). Oba cienie są z delikatnymi drobinkami. Kupiłam sobie je we mieście mojego urodzenia i aktualnego zamieszkania, a każdy z nich kosztował 11 zł.:/



Mimo takiej ceny za pojedyńczy cień są one jej warte, ale o tym za chwilę.
Kiedy tworzyłam swoją paletkę, nieopatrznie kupiłam sobie czarny cień (nr 63),



który gdzieś wędruje sobie z miejsca na miejsce na półce, gdzie 3mam kosmetyki kolorowe. Używam go, ale nie tak często jak myślałam, w każdym bądź razie jest szansa, że się przyda (minimalna, ale zawsze).
No, a teraz przejdźmy do opisu właściwej paletki:



Cienie u góry od lewej: 328 (matowy), 329 (mat), 397, 405, 134 – wszystkie 3 cienie perłowe;
Cienie na dole od lewej: 453 (perłowy), 323, 331, 325, 321 – cienie matowe.
Każdy pojedyńczy cień kosztował 10 zł, a sama paletka 18 zł. Muszę przyznać, że to jest wydatek, który boli, ale jest warty tego bólu. Zresztą cienie można sobie dokupywać w miarę swoich możliwości finansowych.

Moja opinia:
Moim zdaniem cienie są bardzo dobrej jakości nie osypują się, są trwałe i dobrze napigmentowane. W każdym bądź razie te wszystkie zachwyty nad cieniami Inglota są jak najbardziej uzasadnione, bo jeżeli maluję sobie oczy to właśnie którymiś, albo którymś z mojej skromnej kolekcji cieni, o której pisałam powyżej. Moja paletka już przeżyła ze mną kilka podóży i nie ucierpiało ani opakowanie, ani żaden z cieni. Jedynym minusem jest to, że paletka bardzo się brudzi, ale ja nie mam na to zbytniego wpływu. Poza tym trzeba znależć swój sposób na wyjmowanie cieni z samej paletki, co na początku może sprawić problem, ale jak już to się opanuje sama paletka może służyć na długo.
A któraś z Was używa cieni z Inglota?
Jeżeli tak to jaka jest Wasza opinia?


A ja tymczasem mam wyjściowy dzień, a właściwie noc i zamierzam bawić się m. in. w rytmie...

środa, 1 sierpnia 2012

Yrsa Sigurdardóttir "Pamiętam cię"

Jedną z najmilszych niespodzianek imieninowych była dla mnie wizyta kuriera z kilkoma książkami dla mnie. Cieszyłam się tym bardziej, jak zobaczyłam zawartość przesyłki, którą miałam przed sobą - nie spodziewałam się, że dostanę książek, aż sztuk pięć. Moje źrenice pewnie rozszerzyły się z wrażenia i zaczęły przypominać pięciozłotówki, a ja zupełnie nie wiedziałam, którą książkę wybrać pierwszą do czytania. Po dłuższym namyśle wybrałam Pamiętam cię islandzkiej autorki, której nazwiska za nic nie umiem wymówić. 
Zanim przejdę do wyrażania swojego zdania na temat powyższej książki jak zwykle kilka słów o jej treści.


Od Wydawcy:


Pamiętam cię to dwie równoległe historie, opowiadane naprzemiennie. O ile wątek drugi zaczyna się zgodnie z regułami kryminału, o tyle pierwsza historia od początku przypomina horror. Obie opowieści w pewnym momencie łączą się odkrywając zaskakującą pointę i powikłane zależności międzyludzkie.

Na początku powieści czytelnik poznaje trójkę bohaterów, którzy w środku zimy przybywają na północne rubieże Islandii do opuszczonej osady by wyremontować stary dom. Na miejscu zastają ciemność, ziąb, pustkę, a na domiar złego zaczynają odnosić wrażenie, że cały czas ktoś kręci się w ich pobliżu. 

Punktem wyjścia dla drugiej historii jest włamanie do przedszkola w niedużym miasteczku. Ktoś zakradł się do środka i dokonał aktu wandalizmu, bazgrząc po ścianach. Na miejscu pojawia się psychiatra, zatrudniony od niedawna w miejscowym szpitalu. Sprowadził się do miasteczka uciekając przed koszmarem wspomnień - kilka lat wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął jego synek. Jeden z pacjentów doktora wspomina o podobnym akcie wandalizmu, który miał miejsce wiele lat wcześniej. Wówczas włamanie poprzedziło znikniecie małego chłopca. 



Ode mnie:


Muszę przyznać, że po przeczytaniu dwóch pierwszych rozdziałów obawiałam się o to czy książka mi się spodoba. Jednakże im dłużej ją czytałam, tym bardziej nie mogłam się od niej oderwać. Akcja w powieści rozwija się długo i niespiesznie, ale dzięki temu mroczna atmosfera powieści może powoli aczkolwiek skutecznie przedostać się do naszej wyobraźni. Wieczorem po moim pierwszym spotkaniu z powyższą książką przez dłuższą chwilę nie mogłam zasnąć ze względu na dźwięki dochodzące z mieszkania. Nie tyle wzbudzały mój strach lecz spowodowały, że czułam pewien bliżej nieokreślony niepokój. Moim zdaniem taka reakcja, to w przypadku czytania horroru dobry znak. Pamiętam cię dla mnie to jedna z tych książek, z którą nie rozstaje się nawet podczas podróży komunikacją miejską narażając się tym samym na to, że przegapi się swój przystanek. Ja osobiście nie rozstawałam się z nią nawet podczas robienia herbaty czy przy posiłkach podczas, których nie musiałam się spieszyć. 
Mimo wszystko było coś w tej powieści, co irytowało mnie niezmiennie do końca mojej lektury. Otóż dwa autorka podejmuje dwa wątki, które łączą się ze sobą pod koniec powieści. Nieparzyste rozdziały są poświęcone trójce bohaterów, którzy remontują stary dom położony w opuszczonej wiosce; natomiast te parzyste dotyczą psychiatry, który pomaga w śledztwie, które prowadzone jest w sprawie włamania do przedszkola. Irytujące dla mnie było to, że autorka poprowadziła tak fabułę, że każdy rozdział kończył się w bardzo interesującym momencie - w tym, w którym chciałoby się ciągnąć wątek dalej. To właśnie m. in. wzbudzona we mnie ciekawość oraz napięcie towarzyszące każdemu zakończonemu rozdziałowi spowodowało, że czytałam tą powieść szybko i często z zapartym tchem. W każdym bądź razie życzę sobie więcej takich irytacji podczas czytania książek. 
Są powieści, w których dłoń na szybie, którą widzi bohater książki w ciemną noc gdzieś na odludziu wygląda kiczowato, a złożoność fabuły gra na niekorzyść autora, który potrafi gubić się w niej, albo nie kończyć zaczętych wątków. Jednak w przypadku Pamiętam cię na szczęście jest inaczej. Talent i inteligencja autorki sprawiły, że miałam przed sobą dzieło, które bardzo mnie pochłonęło i pochłaniało wiele mojej uwagi. W trakcie poznawania postaci coraz bardziej je lubiłam i poniekąd wspólnie z nimi przeżywałam to co się działo. Poza tym były momenty, w których niemalże miałam przed sobą opisywane obrazy i sytuacje, o których właśnie czytałam, co dodatkowo przyczyniało się do tego, że trudno było mi odejść od czytania powyższej powieści
Może to co napiszę za chwilę niektórzy odbiorą jako bluźnierstwo, ale moim zdaniem powieść tej islandzkiej pisarki niemalże dorównuje swoją aurą powieściom S. Kinga. Przynajmniej ja miałam takie wrażenie. Jak dla mnie różnica polega tylko na tym, że kiedy ktoś w domu wiedział, że czytam coś Kinga specjalnie mnie straszył wyskakując gdzieś zza rogu kiedy szłam chociażby po coś do picia. Wtedy często udawało im się mnie wystraszyć, a w przypadku Pamiętam cię jeszcze troszeczkę (chociaż niewiele) brakowało do tego, żebym była w takim stanie, w którym byłam podczas czytania powieści mistrza horrorów. Jednak wiem jedno, kobieta, która napisała powyższą książkę ma duży talent i jestem pewna, że sięgnę po inne książki, które napisała. 


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa