czwartek, 26 lipca 2012

Jak makiem zasiał - subiektywna opinia

Od Wydawcy:


Wszystkie ślady prowadzą do pobliskiego szpitala dla obłąkanych...

Mazowsze, koniec XIX wieku. Spokój niewielkiego miasta burzą mrożące krew w żyłach wypadki na cmentarzu. Pod osłoną nocy, w miejscu gdzie chowano ofiary cholery i ubogich z przytułku, ktoś rozkopuje groby i okalecza zwłoki. Działaniami policji kieruje doświadczony komisarz Połżniewicz. Mimo wzmożonych wysiłków „oprawca” długo pozostaje nieuchwytny. Dodatkowo pojawia się sprawa zniknięcia Adeli, córki rzeźnika, a niedługo potem osiemnastoletni student popełnia samobójstwo. Komisarza niepokoi dziwna koincydencja wszystkich wydarzeń. Tymczasem śledztwo w sprawie zbezczeszczenia ciał – zamiast zmierzać ku końcowi – poważnie się komplikuje. Wszystkie ślady prowadzą do szpitala dla obłąkanych, gdzie dzieją się przerażające rzeczy. Wkrótce pada kolejny trup. Tym razem chodzi o zabójstwo. Wydaje się jasne, że zbrodnia związana jest z profanacją grobów. Najwyraźniej, ktoś zdesperowany gotów jest mordować, by ukryć prawdę.



Ode mnie:

Jak makiem zasiał to drugi mój egzemplarz recenzencki, który mogłam przeczytać w tym miesiącu. Przyznam się szczerze, że bardzo czekałam na tą powieść i miałam wobec niej spore nadzieje. Dlaczegóż? A no dlategóż, że z opisu wynikało, iż zapowiada się ciekawy i mroczny kryminał, od którego nie będę umiała się oderwać. Jednakże z racji tego, że nadzieja matką głupich szybko się rozczarowałam i niestety coś co mogłam połknąć w conajwyżej dwa wieczory przeczytałam w kilka dni:/
Ale od początku.
Trzeba przyzać, że autorka ma lekkie pióro, bo generalnie książkę czyta się bardzo szybko i muszę przyznać, że nawet były ze dwa lub trzy momenty, w których czytałam tekst z zapartym tchem. Jednakże na tym plusy powyższej powieści jak dla mnie się kończą. Przez cały czas miałam wrażenie, że postacie są jakieś takie...papierowe. Poza tym wyłaniający się obraz policji, której funkcjonariusze sprawiają wrażenie nieco opóźnionych umysłowo nie zrobił na mnie zbytniego wrażenia. Ja rozumiem, że w XIX w. metody śledcze nie były tak rozwinięte jak dzisiaj, ale jakoś nie mogłam zrozumieć jak można pominąć pewne kwestie, albo przymknąć oko na oczywiste (jak dla mnie) rzeczy. Dodatkowo szef, który nie widzi, że jego młody pracownik (który ściśle z nim współpracuje!) coś kombinuje jest dla mnie czymś nie do pomyślenia – a taki jest jeden z głównych bohaterów.
Poza tym miałam wrażenie, jakby pani Anna Trojan pisząc książkę gdzieś się spieszyła, albo pisała swoją powieść na przysłowiowe odwal się. Ja rozumiem, że być może to jest pierwsza większa publikacja autorki, ale w porównaniu chociażby z Jakubem Szamałkiem wypada bardzo blado. I jeszcze to wciskanie tytułowych słów wszedzie gdzie tylko się da sprawiało, że czasem miałam ochotę wyrzucić książkę przez okno.
Podsumowując – jak dla mnie powieść nie ma zadatków na bestseller mimo dobrych momentów. Moim zdaniem jakby autorka się postarała i podszkoliła swój warsztat pisarski mogłaby stworzyć coś na prawdę fajnego. No, ale może jak pani Trojan zdecyduje się na napisanie kolejnej książki będzie ona lepsza od powyższej. Jednakże póki co dla mojego ukształtowanego przez studia kryminologiczne umysłu, świat z powyższej książki nie jest wystarczająco dobry.
A zatem czy jest jakaś grupa osób, której w ogóle można polecić Jak makiem zasiał? Uważam, że mogłaby się ona spodobać licealistkom, które jeszcze nie mają wyrobionego gustu literackiego, a chcą zacząć swoją przygodę z kryminałami. Będzie to dość łagodne i niezbyt wymagające wejście w świat, który z każdym kolejnym dziełem staje się coraz bardziej fascynujący. Ja wolę wrócić chociażby do Rudnickiej, Zafona i Evansa.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa

poniedziałek, 16 lipca 2012

"Serce tygrysicy" - subiektywna opinia


Od Wydawcy:
Bezkompromisowa, odważna i szczera historia chińskiej emigrantki, która marzy o ucieczce do lepszego świata.
 
Pochodząca z rodziny niepiśmiennych rolników, Shen jako pierwsza z wioski dostaje się do kolegium nauczycielskiego, którego absolwentom rząd zapewnia dożywotnią posadę. Zesłana do wioski niewiele większej niż ta, w której się urodziła, Shen walczy z samotnością, sypiając z przygodnie poznanymi mężczyznami. Dzieli tym samym los matki, która dla korzyści materialnych uwikłała się w wieloletni romans pod nosem zobojętniałego na wszystko męża. Aborcja przeprowadzona w koszmarnych warunkach, walka o dach nad głową, moralne poświęcenia, których wymaga się (szczególnie od kobiet) w skorumpowanym świecie chińskiego biznesu, to tylko niektóre z prób, na jakie została wystawiona Shen. Czy uda jej się wygrać nierówną walkę z losem?

 
Ode mnie:

Dziś taki kraj jak Chiny kojarzy nam się głównie z tanią siłą roboczą i zalewającymi nas produktami Made in China. Odnoszę wrażenie, że zainteresowanie kulturą chińską nie jest popularne. Jeżeli już interesujemy się Japonią – wielu ludzi pociąga magiczna otoczka związana z gejszami, jeszcze inni zaczytują się w książkach Murakamiego. A Chiny? Mam poczucie, że są odległym światem o którym niewiele się mówi i mało się nim interesuje.
Tymczasem w zeszłym tygodniu trafiła do mnie książka zatytułowana Serce Tygrysicy. Szczerze mówiąc zastanawiałam się dłuższą chwilę czy po nią sięgnąć, ponieważ miałam obawy, że okaże się bardzo podobna do książek tego typu i mi się nie spodoba. Przyznam się, że książka faktycznie ma aurę podobną do Białej Masajki czy Ponieważ byłam księżną. Jednak trudno się temu dziwić, bo to kolejna książka, której fabuła osadzona jest w egzotycznym jak dla mnie miejscu i porusza tematykę, która jest mi obca. I mimo to, że dostrzegałam pewne podobieństwo do tego typu książek, to wybaczyłam tej powieści ten mały (jak dla mnie minus).
Dlaczego?
Otóż Aisling Juanjuan Shen opowiedziała mi (i wielu innym czytelnikom) swoją własną historię. Często współczułam tej młodej dziewczynie z książki, razem z nią stresowałam się, przeżywałam nadzieje i rozterki. Bardzo kibicowałam Juanjuan, bo tak naprawdę zobaczyłam w niej jakąś cząstkę siebie – tą, która wciąż stara się znaleźć swoje miejsce w życiu. Powieść ta jest napisana w bardzo bezpośredni oraz szczery  sposób i często czułam się zawstydzona tym co czytam - ponieważ miałam wrażenie, że wchodzę do czyjegoś życia z butami. Jednak ta opowieść pozwoliła mi w pewien sposób zrozumieć postawę bohaterki - jej zachowanie i wybory, jak również docenić to w jakich warunkach się wychowywałam. 
W Sercu Tygrysicy odczytałam dla siebie przesłanie dotyczące tego, że szczęściu trzeba pomagać i nie poddawać się mimo napotykanych trudności. Życie nie jest łatwe i nikt nie obiecywał, że takie będzie, ale warto mieć marzenia i dążyć do ich realizacji. Właściwie jestem świeżo po przeczytaniu powyższej książki i być może to co teraz napiszę jest w pewien sposób naiwne, ale czuję się poniekąd zmotywowana do zmieniania swojego życia na lepsze.
Sama powieść może nie jest jakimś wybitnym dziełem literackim, ale moim zdaniem należy do tego rodzaju powieści, które można przeczytać jednym tchem podczas jednego lub dwóch wieczorów. 
Ja przeczytałam ją z przyjemnością:). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa

wtorek, 10 lipca 2012

Stokrotki w śniegu - kilka słów o powieści

Ostatni czas jest dla mnie odkrywaniem wielu poczytnych autorów i z zadziwieniem stwierdzam, że głupia byłam, iż nie sięgnęłam do tej pory po ich książki. Jednakże najwidoczniej musiałam dojrzeć do wyciągania swoich łapek po powieści pewnych autorów, bo w ostatnim czasie zakochałam się nie tylko w C.R. Zafonie, ale również oczarował mnie R.P. Evans. Właśnie jestem po lekturze Stokrotek w śniegu autorstwa drugiego z wymienionych przeze mnie pisarzy.
Ale po kolei... 

Od Wydawcy:
Zły. Okrutny. Bezwzględny. Tyle i aż tyle można o nim powiedzieć. James Kier jest człowiekiem, który nie dba o nikogo, ani o swoją żonę, ani o syna. Liczy się tylko on.

Kiedy ginie w wypadku, wszyscy nareszcie mogą powiedzieć, co o nim sądzą. Tylko, że James żyje. A to, co słyszy na swój temat, jest dla niego szokiem. 

Postanawia się zmienić. Ale jak odzyskać miłość żony, którą opuściło się w chorobie? Jak poprosić o wybaczenie młodą matkę, którą pozbawiło się domu? I jak żyć ze świadomością, że zniszczyło się czyjeś życie?

Nigdy nie jest za późno, by zacząć czynić dobro.

Ode mnie:
Muszę przyznać, że nie mogłam wręcz oderwać się od czytania tej powieści i pochłonęłam ją przy dwóch podejściach - wczoraj wieczorem zaczęłam czytać, a dzisiejszego popołudnia skończyłam:). Tak po prawdzie nie wiem jak ugryźć wyrażanie mojej opinii o Stokrotkach w śniegu, bo wszystko co chcę o niej napisać to tak na prawdę oklepane i mało oryginalne zwroty, a poza tym moja opinia zapewne nie będzie się bardzo różnić od zdania innych moli książkowych. 
Sama powieść jest dość banalna i moim zdaniem trochę naiwna. Autor czyni z nas świadków niezwykłej i dość nagłej przemiany głównego bohatera, która jest wywołana komentarzami pod internetową wzmianką o jego (rzekomej) śmierci. Przejęty tym co przeczytał podejmuje próbę naprawienia błędów i zadośćuczynienia wyrządzonych krzywd. Z jakim skutkiem tego możecie się tylko domyślać, ale po szczegóły odsyłam was do lektury powyższej książki...
Nie wiem czy to będzie jakiś sensowny argument przemawiający na korzyść tej powieści, ale Stokrotki w śniegu są zaledwie drugą książką przy której płakałam jak bóbr i ledwo dobrnęłam do zakończenia przez te moje łzy. To niesamowite, że mężczyzna potrafi napisać coś co sprawia, że zalewam się łzami, dzięki czemu mam ochotę na więcej literackich spotkań panem Evansem. Stokrotki w śniegu to powieść lekka, łatwa i przyjemna i nie zawahałabym się jej polecić mojej mamie, która mając urlop chce sięgnąć po coś przyjemnego przy czym nie będzie musiała za bardzo myśleć, a co nie będzie kiczowate, tak jak niektóre pozycje potrafią być.
Zatem jeżeli chcecie odpocząć np. po ciężkich lekturach, albo macie urlop i chcecie przeczytać coś lekkiego polecam właśnie Stokrotki w śniegu - istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że chwile z tą książką nie będą zmarnowane (o ile chwile z jakąkolwiek książką mogą należeć do zmarnowanych;)).

poniedziałek, 2 lipca 2012

"Światła września" subiektywna opinia

Od Wydawcy:
Jest rok 1936, Simone Sauvelle po śmierci męża zostaje praktycznie bez środków do życia. Dzięki pomocy sąsiada udaje jej się dostać pracę jako ochmistrzyni normandzkiej rezydencji Lazarusa Janna, wynalazcy i właściciela fabryki zabawek. Pani Sauvelle wraz z dziećmi: 14-letnią Irene i młodszym Dorianem wyjeżdża do Normandii. Podczas pierwszej wizyty u gospodarza rodzina Sauvelle zostaje oprowadzona po części domu pełnego przedziwnych mechanicznych zabawek. Dowiaduje się również o dziwnej chorobie żony Lazarusa. Po pewnym czasie Irene zaprzyjaźnia się z Hannah, kucharką wynalazcy, dzięki której poznaje Ismaela. Kiedy Hannah zostaje odnaleziona martwa, Irene i Ismael postanawiają zgłębić tajemnicę jej śmierci. Aby tego dokonać, będą musieli rozwiązać szereg zagadek związanych z Lazarusem i jego żoną.

Ode mnie:
Jak pisałam w notce dotyczącej Więźnia nieba C. R. Zafon jest autorem, którego nie trzeba szczególnie przedstawiać. Można pokusić się o stwierdzenie, że znają go wszyscy, którzy czytają nawet niewiele lub chociaż trochę interesują się literaturą. Jednakże mnie  ten pisarz zainteresował stosunkowo niedawno, bo nauczona przykładem, że nie każdy bestseller spełnia moje oczekiwania postanowiłam nie "rzucać się" tak od razu na wszystko co określa się powyższym mianem. Jednakże Zafon został moim osobistym odkryciem i dzięki Więźniowi nieba oczarował mnie tak bardzo, że postanowiłam sięgnąć po kolejną książkę tego autora. Swoisty czar, który rzucił na mnie ten autor przy pierwszym moim spotkaniu z nim wzmocnił się jeszcze bardziej dzięki Światłom września.
Kiedy brałam do ręki kolejną książkę Zafona miałam większe obawy niż za pierwszym razem. Dlaczego? Otóż bałam się, że urok pierwszej fascynacji hiszpańskim pisarzem minie nieodwracalnie - tym bardziej, że sięgnęłam po powieść skierowaną do młodzieży, a literatura przeznaczona dla tej grupy czytelników w jakiś sposób nigdy nie spełniała moich oczekiwań. Na szczęście w tym przypadku było inaczej:). Każde kolejne przeczytane zdanie powodowało, że coraz bardziej zatracałam się w lekturze Świateł września – od wczoraj poświęcałam im każdą wolną chwilę, ponieważ wciągnęła mnie tak bardzo, że ledwo byłam w stanie myśleć o czymkolwiek innym. Powieść ta z charakterystyczną (chyba – bo co ja mogę wiedzieć po przeczytaniu zaledwie dwóch książek tego autora?) dla Zafona lekkością i magią, która przenosi nas w zupełnie inny świat – świat, który sprawia, że rzeczywistość wokół nas na chwilę znika i jest tylko ta niesamowita opowieść. Muszę przyznać, że po raz drugi dałam się porwać magii powieści i niemalże spacerowałam po Plaży Anglika i uciekałam przez mroczny kas przed złowieszczym cieniem. Mam nadzieję, że za jakiś czas moja fascynacja Zafonem przerodzi się w miłość do jego książek, a przynajmniej wszystko na to wskazuje...