poniedziałek, 25 czerwca 2012

Co/kto mi pomogło w dużych miastach?

Nie wiem dlaczego mam wrażenie, że w dużym mieście trudno przetrwać. Zanim pojechałam do Brukseli, a później do Warszawy też tak myślałam o dużych miastach - ot dżungla, w której trzeba przebijać się łokciami i nawet w autobusie musisz zmagać się z nieprzyjemnymi ludźmi. Wprawdzie jest coś prawdy w określaniu dużych miast mianem dżungli, ale jest też sporo plusów (np. nikt nie zwraca uwagi na to jaki jesteś - po prostu wtapiasz się w tłum, bo zawsze znajdzie się jakiś większy dziwak od Ciebie;p).
Co pozwoliło mi przetrwać w dużych miastach?
1. Mapa
Nieodłączny towarzysz moich wszelakich eskapad;p. Chociaż tak na prawdę w Brukseli wolałam nigdzie dalej nie ruszać się bez mojej sąsiadki, która przy okazji robiła za przewodnika i tłumacza. Już sama wyprawa do Łuku Tryumfalnego kilka przystanków metrem dalej była dla mnie niesamowitym wyczynem;p.
2. Internet
W Warszawie bardzo ułatwił mi podróże serwis Jak dojadę, dzięki któremu dotarłam w miarę bezproblemowo do wielu strategicznych dla mnie miejsc. Jednakże trzeba czasem brać poprawkę np. na godziny odjazdów danego środka komunikacji miejskiej, bo mogą się one różnić od rzeczywistego odjazdu.
3. Ludzie
Byli dla mnie niezastąpieni zarówno w Brukseli, jak i w Warszawie, ponieważ dzięki nim odkryłam wiele miejsc, które będę długo wspominać. Poza tym zawsze jest przyjemniej wybrać się chociażby w dwójkę do jakiegoś miejsca.
W dużych miastach odebrałam od życia niesamowitą lekcję radzenia sobie w trudnych i nieznanych mi warunkach. Pokonałam wiele swoich słabości, lęków i kompleksów. Mam nadzieję, że będzie to owocować w przyszłości. Tymczasem odliczam już dni do powrotu do domu z nadzieją, że będę odwiedzała Warszawę w miarę możliwości.

wtorek, 19 czerwca 2012

Wiadomość + rewelacje z pracy ze starszą panią.

Jutro mam bardzo ważny dzień, ponieważ idę na dzień próbny do przedszkola i od tego jak się sprawdzę będzie wiele zależało. Mam nadzieję, że się uda i od września w końcu zacznę jakąś sensowną pracę! Mam blisko, bo zaledwie kilka przystanków autobusem + parę minut piechotą. Szczerze mówiąc nie mogę się doczekać jutra!
Tymczasem miałam nie mała przeprawę z babcią, którą się opiekuję.
W momencie kiedy dowiedziałam się o rozmowie o pracę powiedziałam starszej pani, że może tak być, że mnie jeden dzień nie będzie, bo istnieje możliwość, że mnie zaproszą na dzień próbny. Powiedziałam jej też, żeby zastanowiła się jak to widzi, bo ten jeden dzień nie będę mogła jej pomóc. A, że starsza pani ma swoiste podejście do życia powiedziała mi, że pomyślimy, jak już będę zaproszona na ten dzień próbny i w momencie kiedy powiadomiłam ją z odpowiednim wyprzedzeniem, że muszę ją opuścić na jeden dzień wpadła w histerię i sprawiała wrażenie, jakby miała dostać zawału serca. Zdenerwowałam się, bo obdzwoniła swoje koleżanki + ojca duchownego z powiadomieniem, że ją zostawiam od tego i tego dnia, i że ją powiadomiłam o tym nagle. No myślałam, że mnie szlag jasny trafi. Szczęśliwie mam dobry kontakt z jedną z jej sąsiadek, która szybko zażegnała nieporozumienie i sprawiła, że staruszka zdawała się zrozumieć o co chodzi. Tym bardziej, że dotarło do niej, że nie opuszczam jej na dwa tygodnie tylko na jeden dzień, w trakcie którego jedna z sąsiadek może przyjść i ugotować obiad. I wszyscy myśleli, że sytuacja jest opanowana - do dzisiejszego poranka. Ponieważ babcia, którą się opiekuję przywitała mnie obrażonym tonem i znowu przyszło mi tłumaczyć od nowa, że to przecież jeden dzień i że nie musi nikogo sobie szukać (no chyba, że chce). W każdym bądź razie w czwartek na chwilę obecną mam do niej iść. Zobaczymy jak to będzie, bo do pojutrza może się wiele zmienić...w każdym bądź razie nie żałowałabym straty takiej stresującej i mało płatnej "posady" ponieważ bardzo dużo mnie to nerwów kosztuje, a nasłuchać też się muszę:/. W każdym bądź razie na następny raz już wiem na co uważać ze starszymi ludźmi, bo wiem co może mnie czekać w pracy z nimi. Praktycznie rzecz biorąc jestem mądrzejsza o tą sytuację. Mam nadzieję, że jakoś przetrwam ten czas...a Wy 3majcie kciuki za mnie.
Póki co wierzę też w to, że przez następne dwa tygodnie nie zamęczę siebie i przy okazji Was moimi wypocinami na temat pracy...
A tymczasem na moje kojące nerwy od dawna kojąco działa muzyka:

wtorek, 12 czerwca 2012

starsza pani

Od ponad tygodnia opiekuję się pewną starszą kobietą, która na moje nieszczęście okazała się babcią typu moherowy beret. Kobieta odmawia w dzień wiele modlitw, rano słucha Mszy w Radio Maryja, a wieczorem Apelu. Poza tym cały czas mówi o wierze i Bogu tak jakby nie było nic innego, a każdego, kto ma inne zdanie jest w stanie nieustannie przekonywać, że jest tak jak ona myśli. To jest męczące, bo kobiecina przejawia ewidentny brak szacunku, kto ma inne podejście do wiary i Boga, a jak jest innego wyznania, albo jest przynajmniej agnostykiem jest w stanie odciąć od siebie w bardzo nieprzyjemny sposób. Dodatkowo kobieta jest coraz mniej kontaktowa - chociaż tak na prawdę chyba wyciąga z czyichś słów i czynów to co ona chce usłyszeć czy zobaczyć.
W niedzielę powiedziałam jej, że w tym tygodniu wracam do siebie i będę dochodziła do niej, żeby się nią opiekować (tłumaczyłam jej, że będę robiła to co teraz tylko, że będę wychodziła popołudniu). Kobieta zaczęła biadolić, że jak to zostanie bez opieki, że przecież sobie nie poradzi no, ale że najwyżej będzie chodzić głodna, chociaż z drugiej strony ma rodzinę, która będzie się nią opiekować. I uspokoiła dopiero kiedy wytłumaczyłam jej, że przecież nie powiedziałam, że nie będę przychodzić, tylko, że będę przychodzić na taki czas, żeby zrobić jej jedzenie, dać leki, pomóc się umyć itd., ale nie będzie mnie z nią całą dobę tylko kilka godzin. Niestety od tamtej pory kobiecina próbuje grać mi na emocjach. Tłumaczenie, że ja nie jestem jej osobą bliską tylko u niej pracuję, więc powinnam oddzielać pracę od życia codziennego dawno straciło sens. Dopiero jak jej koleżanki i pielęgniarki środowiskowe powiedziały jej to samo co ja uspokoiła się i zdaje się, że zaakceptowała ten fakt. Ta praca męczy mnie psychicznie i pocieszam się, że to tylko do początku lipca i później już koniec.
Póki co nie mogę sobie dać wejść na głowę, być coraz bardziej stanowcza i nie dać jej się spouchwalać, bo się wykończę psychicznie.
Niestety starsze babcie są często specyficznymi przypadkami co z jednej strony trzeba zrozumieć, a z drugiej nie można pozwolić dać się zwariować;p. Muszę przyznać, że zaczął mnie przerażać fakt, że kiedyś i ja będę "koszmarną" starszą panią - upartą, upierdliwą i zajebiście irytującą. No, ale cóż takie życie i tak po prawdzie już zaczynam współczuć tym, którzy będą musieli ze mną wy3mać;)
A Wy macie jakieś ekstremalne doświadczenia ze starszymi babciami?