sobota, 19 maja 2012

"Więzień nieba" moja subiektywna opinia

Carlos Ruiz Zafón to autor, którego nie trzeba przedstawiać żadnemu molowi książkowemu. Wielu z nas zetknęło się z tym nazwiskiem przynajmniej przy okazji czytania recenzji, albo promocji jednej z książek wyżej wspomnianego autora. Jeżeli chodzi o mnie nazwisko pisarza o którym mowa prześladowało mnie okrutnie - momentami bywało tak, że wszędzie je widziałam i słyszałam. Zatem jak tylko nadarzyła się możliwość otrzymania Więźnia nieba skorzystałam z niej bez wahania:)
Ale zacznijmy od początku:

Od Wydawcy:

Rok 1957. Interesy rodzinnej księgarni Sempere i Synowie idą tak marnie jak nigdy dotąd. Daniel Sempere, bohater Cienia wiatru, wiedzie stateczny żywot jako mąż pięknej Bei i ojciec małego Juliana. Następny w kolejce do porzucenia stanu kawalerskiego jest przyjaciel Daniela, Fermín Romero de Torres, osobnik tyleż barwny, co zagadkowy: jego dawne losy wciąż pozostają owiane mgłą tajemnicy. Ni stąd, ni zowąd przeszłość Fermina puka do drzwi księgarni pod postacią pewnego odrażającego starucha. Daniel od dawna podejrzewał, że skoro przyjaciel nie chce mu opowiedzieć swej historii, to musi mieć ważny powód. Ale gdy Fermín wreszcie zdecyduje się wyjawić mroczne fakty, Daniel dowie się "rzeczy, o których Barcelona wolałaby zapomnieć". 

Jednak niepogrzebane upiory przeszłości nie dadzą się tak łatwo wymazać z pamięci. Daniel coraz lepiej rozumie, że będzie musiał się z nimi zmierzyć. I choć zakończenie powieści wydaje się ze wszech miar pomyślne, to Ruiz Zafón mówi nam wprost, że "prawdziwa Historia jeszcze się nie skończyła. Dopiero się zaczęła". 

A teraz ode mnie:
Więzień nieba chyba już zawsze będzie budził we mnie pozytywne skojarzenia. Głównie dlatego, że moje pierwsze spotkanie z Zafón'em najprawdopodobniej zapoczątkowało fascynację jego powieściami (Światła września czekają już na swoją kolej; poza tym chcę w przyszłości sięgnąć m.in. również po Grę anioła i Cień wiatru). Poza tym ta książka w jakiś nie do końca określony sposób wpływała na mnie bardzo pozytywnie. Nosiłam ją ze sobą niemal wszędzie i czytałam tam, gdzie tylko miałam możliwość. Więzień nieba w cudowny sposób powodował, że stres wywołany szukaniem pracy odpływał gdzieś w niebyt przynajmniej na kilka chwil. Natomiast historia Fermina i nastój Barcelony sprzed lat pochłonął mnie na tyle, że z nosem w książce robiłam sobie nawet herbatę. Książka ta stała się dla mnie swego rodzaju ucieczką do świata, w którym czułam się bezpiecznie na tyle by móc dzięki niemu odetchnąć pełną piersią i nabrać sił na walkę z szarością mojej codzienności. W sumie słowa Zafón'a, że świat staje się bardzo mały, kiedy nie masz się gdzie podziać (s.131), momentami były bardzo adekwatne do mojej rzeczywistości. Czasem ów świat w moim przypadku ograniczał się tylko do łóżka, bądź też ławki w parku i Więźnia nieba, w którym miałam utkwiony wzrok przez kilka długich chwil. Te momenty pozwalały mi uciec nie tylko przed stresem, ale również, przed moimi własnymi demonami, które podążają za mną wszędzie - niezależnie od tego czy przeprowadzam się do Brukseli, czy tylko do Warszawy.
W tym czasie, kiedy tak trudno było mi rozstać się z powyższą powieścią miałam wrażenie, że moje współlokatorki zaczęły się na mnie dziwnie patrzeć, a mianowicie tak jakbym była jakimś nietypowym i bardzo rzadkim zjawiskiem. Cóż wygląda na to, że mój pobyt w stolicy jakoś przełamał ogarniający mnie marazm czytelniczy, a moja droga do książkoholizmu zaczęła znów toczyć się po równi pochyłej. Jednakże mniejsza o to, bo podobno uzależnienie od książek to niegroźny nałóg i to jeszcze taki, który paradoksalnie zbliża ludzi oraz sprawia, że łatwiej im wejść w jakąś interakcję. Dlaczego o tym wspomniałam? Otóż wczoraj siedzę kulturalnie w Parku Łazienkowskim i czytam sobie Więźnia... nie zawadzając nikomu. W pewnym momencie słyszę nad sobą głos jakiegoś starszego pana w wieku okołoemerytalnym, który zadał mi jakieś pytanie (już nie pamiętam czego ono dotyczyło). Szczerze mówiąc w pierwszym odruchu pomyślałam, że zaraz sobie pójdzie i kulturalnie odpowiedziałam, ale niestety miał ochotę na dłuższą rozmowę. Czerwona lampka zapaliła mi się w momencie kiedy usiadł obok mnie i po chwili usłyszałam zaproszenie na kawę. Wtedy postanowiłam kulturalnie wymiksować się z rozmowy i skierować w inne miejsce, które pozwoli mi spokojnie dokończyć lekturę. Wracając do domu myślałam sobie, że jednak podrywanie na książkę o którym rozmawiałam kilka dni wcześniej z koleżanką jest możliwe - jednakże w moim przypadku wymaga dopracowania;p. A może po prostu wybrałam złe miejsce? Nie mam pojęcia. Generalnie starszy pan ma u mnie plusa za odwagę zagadania i wyjścia z taką a nie inną propozycją do dużo młodszej od siebie kobiety. Tymczasem mam wrażenie, że zawsze kiedy sięgnę po coś, co wyszło spod pióra autora Więźnia nieba będę z lekkim uśmiechem na twarzy przypominać sobie powyższą sytuacje.
Reasumując - magia powyższej książki sprawia, że w momencie, kiedy czytelnik odkrywa, iż nie ma już nic dalej pojawia się pewien niedosyt oraz pragnienie kontynuowania czytania historii, która wciąga już od pierwszych stron. Tak bynajmniej było w moim przypadku. Dzięki Zafón'owi zobaczyłam, że można pięknie pisać nie tylko o przyjaźni, zazdrości i trudnych doświadczeniach, ale również o samych książkach. To jaki świat pokazał mi autor Więźnia nieba spowodowało, że chcę sięgnąć po inne jego książki. Nie wiem, czy ta powieść jest lepsza czy gorsza od dwóch pozostałych z cyklu Cmentarz Zapomnianych Książek, ale jeżeli są one na podobnym poziomie to nie dziwię się, że premiera tej powieści była tak bardzo oczekiwana. 

Książkę miałam przyjemność przeczytać dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza.

niedziela, 13 maja 2012

Spacer:)

Ostatnio coraz bardziej zakochuję się w Warszawie. Szczerze mówiąc przyjeżdżając tu myślałam, że nasza stolica będzie bardziej zatłoczona i obskurna. Tak tak moi Drodzy;p. Tymczasem każdego dnia odkrywam jej urok, którego nie można jej odmówić:).
Wczoraj cały dzień "biegałyśmy" po centrum odwiedzając miejsca, do których sama pewnie bym nie poszła. Na pierwszy rzut poszło Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam spędziłam kilka godzin oglądając, zwiedzając i chłonąc atmosferę miejsca. W myślach psioczyłam na swój brak kondycji i maruderstwo, które włączyło mi się, kiedy poczułam się zmęczona. Jednak jakoś dałyśmy radę. Po krótkiej przerwie, wypiciu kawy i drzemce powędrowałyśmy do Łazienek Królewskich, w których będę stałym gościem tak długo jak długo będę w Warszawie:). Przy okazji Łazienek pokazałam koleżankom, z którymi tam byłam dom, w którym urodził się K. K. Baczyński. Miejsce to odkryłam przypadkiem podczas mojej eskapady na miasto;p. Następnie niemalże przebiegłyśmy Krakowskie Przedmieście, ponieważ chciałyśmy zdążyć do hostelu przed 22:00, a po drodze jeszcze chciałam zlokalizować miejsce w którym chcę jutro zostawić CV. Zatem tak w wielkim skrócie wyglądała moja sobota.
A dziś? Dziś nie wiem jak będzie...to się okaże.
A tymczasem jest takie miejsce w Łazienkach, do którego na pewno będę wracać:





piątek, 11 maja 2012

drobiazg

- [...] uśmiech [...] jest dla ludzi szczęśliwych.
- I tu się mylisz, bo właśnie uśmiech daje szczęście. [...] Spróbuj się uśmiechnąć, to zobaczysz.

Éric-Emmanuel Schmitt Pan Ibrahim i kwiaty Koranu


Pierwszy tydzień szukania pracy minął mi jak z bicza strzelił. Codziennie czegoś szukałam, składałam CV i byłam nawet na rozmowie kwalifikacyjnej. Jednakże ubiegły tydzień nie przyniósł jakichś wymiernych efektów - chodzi mi o znalezienie pracy. Mam nadzieję, że nadchodzący tydzień okaże się bardziej łaskawy dla mojej osoby i pojawią się jakieś bardziej widoczne efekty, poza moim zmęczeniem i utratą wagi poprzez niedojadanie i wzmożony wysiłek fizyczny;p. Jednakże w tym szaleństwie jest coś co nieodmiennie pozwala mi jakoś przetrzymać znoje biegania po Warszawie i okolicach z CV. O co chodzi? Naturalnie, że o uśmiech:D. Bardzo długo po powrocie z Belgii brakowało mi właśnie uśmiechania się do siebie nawzajem. Tymczasem dziś odkryłam niesamowitą przyjemność z uśmiechania się do innych ludzi:). I to niezależnie czy rozmawiam z kierownikiem mojego potencjalnego miejsca pracy składając CV czy mijam babcię z wnuczką na ulicy - posłanie komuś uśmiechu i obserwowanie jego reakcji nieodmiennie powoduje wzrost hormonów szczęścia w moim organizmie. Przez ostatnie 3 miesiące już niemal zapomniałam co oznacza belgijska uprzejmość, a dziś mogłam sobie to przypomnieć i mam zamiar więcej się uśmiechać do ludzi na ulicach;). Mimo wszystko.

czwartek, 3 maja 2012

Subiektywna opinia o mleczku do ciała z Yves Rocher

Jakiś czas temu zainteresowałam się firmą Yves Rocher i zaczęłam testować ich kosmetyki. Większość z tych, które sobie kupiłam polubiłam od pierwszego użycia, jednakże jest jeden, który mi nie spasował. Jest to perfumowane mleczko do ciała Vanielle Noire:
Jak dla mnie jest to tylko zbędny gadżet, bo nie dość, że drogi (na dzień dzisiejszy 66 zł. na stronie internetowej) to jeszcze ze skórą nie robi nic poza naperfumowaniem jej i podbiciem zapachu "pachnidła" o tej samej nucie zapachowej.
Do kolejnych minusów zaliczam opakowanie. Mimo to, ze proste jest ciężkie w użyciu i na początku wylatywało mi z niego za dużo produktu, a w tej chwili ciężko go w ogóle wydostać z opakowania. 
Plus ma jeden - szybko się wchłania. 
Cieszę się, że dostałam go w prezencie do zamówienia, bo zastanawiałam się nad jego zakupem i szczerze mówiąc plułabym się w brodę, bo niepotrzebnie wydałabym na niego pieniądze. Póki co wracam do swojej Nivei;)...niestety warszawska woda mi wysusza skórę, więc muszę ją ratować.
A Wy używałyście już mleczek perfumowanych z Yves Rocher? Jeżeli tak to jakie macie zdanie na ich temat?Pozdrawiam i życzę miłego dnia;)