niedziela, 11 grudnia 2011

Weekend w Brukseli:)

Po powrocie do domu próbowałam Wam napisać notkę z wieczoru jaki spędziłam z moimi sąsiadkami, jednak niechcący tekst mi się skasował i byłam nie tyle zła, co zrezygnowana i położyłam się spać, bo nie chciało mi się pisać tego jeszcze raz w środku nocy.
Otóż wczoraj wybrałyśmy się na Grand Place na pokaz światła i dźwięku, bo mając tam tak blisko byłoby grzechem ciężkim się nie wybrać. Na początku zobaczyłyśmy szopkę, która była bardzo dużych rozmiarów. Na tyle dużych, że wygospodarowano odpowiednie miejsce dla dwóch żywych owieczek, co nas rozwaliło niesamowicie:) (zwierzątka naturalnie miały odpowiednie warunki:)). Na środku placu stoi już duża choinka, wokół której była postawiona scena, na której tańczyli artyści wymachując linkami z przywieszonymi do nich ognistymi obręczami. To było coś pięknego. Następnie zaczął się właściwy pokaz światła i dźwięku, gdzie odpowiednio ustawione lampy oświetlały plac i budynki wokół oraz niebo w rytm muzyki.Jeżeli chcecie mieć wyobrażenie o tym co się wczoraj mogło dziać to >>>klik<<<. Wprawdzie to nie jest wideo z wczoraj, ale odbywało się to na tej samej zasadzie. Dla mnie to było niesamowite przeżycie i mogłam tam tak stać, aż zgasną światła i muzyka przestanie grać. Jednak na nas tego wieczoru czekało jeszcze coś - świąteczny jarmark, na którym można było kupić wiele produktów z różnych krajów świata. Ja byłam na takim czymś po raz pierwszy i oczy miałam jak pięciozłotówki! Po drodze na plac św. Katarzyny stwierdziłyśmy, że musimy poszukać ubikacji! szybko przemknęłyśmy między stoiskami na placu dotarłyśmy do ubikacji i wróciłyśmy zahaczając o budkę z churros, które w smaku są praktyczne takie same jak oponki. Kiedy już po naszym spacerze wylądowałyśmy na stacji metra do moich uszu doszła muzyka klasyczna, a kiedy usłyszałam Marsz Torreadorów to po prostu mnie rozwaliło;). W domu byłyśmy gdzieś w okolicach północy:), a dzisiaj rano musiałam zwlec się z łóżka, żeby dotrzeć przed 11 do kina na "Bitwę Warszawską 1920". To co zobaczyłam dało do myślenia, przerażało i wzruszało. Muszę przyznać, że będąc tutaj w jakiś magiczny sposób jeszcze bardziej czuję związek ze swoim krajem - ułatwia mi to dodatkowo prezydencja Polski w UE, ponieważ dzięki temu mogę mieć tu jakąś namiastkę swojej kultury. Dzisiejszy seans był premierą w Brukseli i na nią przyjechali: scenarzysta, producent, kompozytor i jakaś piosenkarka jazzowa, która też współpracowała przy filmie. Powiedzieli do nas kilka słów i rzucili kilkoma żartami, ale i tak mimo takiego skromnego spotkania to było fajne zobaczyć na żywo osoby, które miały wkład w powstanie filmu. Muszę powiedzieć, że Borys Szyc powalił mnie na łopatki swoją rolą.

2 komentarze:

  1. polecam, ja momentami płakałam! A o co u mnie ciężko;)

    OdpowiedzUsuń