z codzienności...

Bruksela nie jest już dla mnie takim całkiem dzikim i strasznym miejscem. Zadamawiam się tu coraz bardziej i do pełni szczęścia brakuje mi znajomości francuskiego na poziomie komunikatywnym. Dzisiaj zauważyłam wyraźniejsze oznaki tego, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Bardziej jest to widoczne na ulicach i w sklepie, w którym robię zakupy. Dzisiaj złapałam się na tym, że nie mogę się doczekać przyjazdu na święta do domu. Nie mogę się doczekać tego jak opowiem wszystkim o tym jak tu się czuje i jak tu jest, ale nie mogę się też doczekać spotkania z Karolkiem (moim siostrzeńcem) i z Nemem...owczarkiem belgijskim, który znalazł swój dom u moich rodziców.
~*~
A tymczasem dzisiejsza sytuacja z mojego codziennego życia w Brukseli...
Jak zwykle przesiadłam się z metra w tramwaj, kiedy ten drugi środek transportu dobrze nie wyjechał z tunelu metra (w którym ma ostatnią i pierwszą zarazem stację), wziął i się za3mał nagle, a pierwszą moją myślą było "ku*wa, ktoś popełnił samobójstwo", jednak popatrzyłam na kierowce i rozejrzałam się wokół - żadnego zamieszania czy też poruszenia, więc uznałam, że to awaria. Jednak znalazłam się na granicy paniki, bo tramwaj za3mał się w takim miejscu, gdzie kierowca raczej by nas nie wypuścił bezpiecznie, bo wyjeżdżaliśmy z tunelu. Normalnie myślałam, że zwątpię, bo z moją klaustrofibią (wybaczcie, ale nie wiem jak to się pisze i nie chce mi się już tego sprawdzać), fobią przed tłumami i delikatnie dającym o sobie znać pęcherzem nie mogłam pozostać w takiej sytuacji zbyt długo. Jednakże okazało się, że to nic groźnego i po chwili pojechaliśmy dalej. Uff...swoją drogą ciekawa jestem jak i w jakim tempie by nas stamtąd wydostali;]

Komentarze