sobota, 26 listopada 2011

Melancholicznie

W ostatnim tygodniu miałam wiele oznak tego jak bardzo brakuje mnie w Stalowej Woli wśród ludzi, z którymi się spotykałam. Poczułam się na prawdę ważna, kiedy czytałam wszystkie miłe słowa Stalowych Czytaczy na grupie dyskusyjnej na FB i kiedy czytałam te wszystkie maile i odbierałam telefony z zapytaniem czy oby na pewno jestem już w Brukseli, bo jest sprawa...
Jakoś tak dzisiaj to się skumulowało we mnie i zatęskniłam za tym wszystkim co robiłam i za ludźmi, z którymi przebywałam. Jednak udało mi się znaleźć sposób na otrząśnięcie się i poprawę humoru. Postanowiłam wybrać się na spacer pod Łuk Tryumfalny - to ode mnie zaledwie dwa przystanki metrem, więc zeszłam na dół, kupiłam sobie bilet i powędrowałam na stacje metra. Kiedy znalazłam się pod samym Łukiem nie mogłam wyjść z wrażenia i na prawdę żałowałam, że nie mam ze sobą w Brukseli aparatu. Mam nadzieję, że jak wrócę tu po świętach to będę miała czas i możliwość zrobić zdjęcia tych miejsc, które już mnie tak zachwyciły. Za samym Łukiem Tryumfalnym jest śliczny park, więc jeszcze się po nim przeszłam. Byłam tam, kiedy się ściemniało i kolor nieba nad Brukselą mnie zafascynował - ciężko oddać to słowami dlatego też nawet nie będę próbowała, bo za cienka w uszach do tego jestem.
W samym parku towarzyszył mi głos pewnego bardzo popularnego doktorka:

A kiedy wracałam na mieszkanie na mojej twarzy gościł lekki uśmiech, a humor bardzo się poprawił:). Jutro zamierzam wyciągnąć sąsiadkę na spacer:)). A tymczasem idę poczytać;)

piątek, 25 listopada 2011

z codzienności...

Bruksela nie jest już dla mnie takim całkiem dzikim i strasznym miejscem. Zadamawiam się tu coraz bardziej i do pełni szczęścia brakuje mi znajomości francuskiego na poziomie komunikatywnym. Dzisiaj zauważyłam wyraźniejsze oznaki tego, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Bardziej jest to widoczne na ulicach i w sklepie, w którym robię zakupy. Dzisiaj złapałam się na tym, że nie mogę się doczekać przyjazdu na święta do domu. Nie mogę się doczekać tego jak opowiem wszystkim o tym jak tu się czuje i jak tu jest, ale nie mogę się też doczekać spotkania z Karolkiem (moim siostrzeńcem) i z Nemem...owczarkiem belgijskim, który znalazł swój dom u moich rodziców.
~*~
A tymczasem dzisiejsza sytuacja z mojego codziennego życia w Brukseli...
Jak zwykle przesiadłam się z metra w tramwaj, kiedy ten drugi środek transportu dobrze nie wyjechał z tunelu metra (w którym ma ostatnią i pierwszą zarazem stację), wziął i się za3mał nagle, a pierwszą moją myślą było "ku*wa, ktoś popełnił samobójstwo", jednak popatrzyłam na kierowce i rozejrzałam się wokół - żadnego zamieszania czy też poruszenia, więc uznałam, że to awaria. Jednak znalazłam się na granicy paniki, bo tramwaj za3mał się w takim miejscu, gdzie kierowca raczej by nas nie wypuścił bezpiecznie, bo wyjeżdżaliśmy z tunelu. Normalnie myślałam, że zwątpię, bo z moją klaustrofibią (wybaczcie, ale nie wiem jak to się pisze i nie chce mi się już tego sprawdzać), fobią przed tłumami i delikatnie dającym o sobie znać pęcherzem nie mogłam pozostać w takiej sytuacji zbyt długo. Jednakże okazało się, że to nic groźnego i po chwili pojechaliśmy dalej. Uff...swoją drogą ciekawa jestem jak i w jakim tempie by nas stamtąd wydostali;]

poniedziałek, 21 listopada 2011

:)

W moich żyłach znowu zaczyna płynąć espresso i czekolada zamiast krwi. Nie wiem czemu, ale te dwie rzeczy zawsze dostarczały mi energii. Jednak coś z przyzwyczajeń okołomaturalnych we mnie zostało. Wiem, że to nie zdrowo i dzisiaj podjęłam mocne postanowienie poprawy i lepszego odżywiania się tudzież ograniczenia kawy. Tymczasem w nowym miejscu czuję się coraz lepiej. Mam nadzieję, że zostanę tu jak najdłużej się tylko da. Coraz bardziej zżywam się z ludźmi i z otoczeniem - nie chcę opuszczać tego miejsca zbyt szybko. Muszę przyznać, że Bruksela ma swoje tempo. Tu nie muszę żyć wg. rozkładu jazdy np. metra, bo tam gdzie chcę dojechać zwykle jeździ coś co chwilę. Jednak ważną rzeczą jest, żeby pamiętać o tym kiedy są jakieś tam protesty, bo inaczej to się może źle skończyć. Będąc ty mam mało czasu na książki, bo praktycznie cały dzień jestem poza domem...może właśnie dlatego powinnam teraz wyłączyć swojego Sida Leniwca (czyt. laptopa) i pójść spać, albo pójść spać...
Całkiem niegłupi pomysł:)

wtorek, 15 listopada 2011

Pierwszy wolny weekend w nowym miejscu

Powoli zadamawiam się w nowym miejscu. Nawiązuje pierwsze kontakty, coraz lepiej poznaję okolicę i za chwilę zacznę uczestniczyć w życiu kulturowym:). Dużo tu się dzieje z racji polskiej prezydencji w UE i mam nadzieję, że z wielu rzeczy uda mi się skorzystać. Wiem, że jest projekcja polskich filmów niedaleko mnie, a 11 grudnia ma być premiera Bitwy Warszawskiej. To na razie tyle co wiem o wydarzeniach związanych z Polską. Tymczasem w niedzielę  byłam na Grand Place i w katedrze brukselskiej (tam koronuje się tutejszych królów i odbywają się uroczystości królewskie np. śluby). Te dwa miejsca mnie zauroczyły.
Katedra w Brukseli jest czymś niesamowitym. Tam na prawdę poczułam, że mogę się wyciszyć. Najbardziej zachwyciły mnie witraże i organy. I żałowałam, że nie mam aparatu, żeby porobić zdjęcia, ale może jak wrócę po świętach to będę miała możliwość pisania notek ze zdjęciami. To niesamowite doświadczenie słuchać Bacha w takim kościele - organista wymiatał:)
Sam Grand Place też mnie zachwycił. Budownictwo tam jest czymś pięknym i nie umiem tego opisać. Na koniec naszego spaceru poszłyśmy na piwo:). Nasze wejście zostało odpowiednio zauważone, co było bardzo miłe;)Podziwiałam kunszt barmanów w swoim fachu, bo podawali piwo i otwierali je w tak fajny i sprawny sposób, że ciężko było oderwać oczy. W sumie ciężko otworzyć 8 butelek piwa nożem w kilka sekund ot tak od niechcenia. Normalnie, żebyście wiedzieli ile tu mają rodzai (rodzajów??) piwa, to polska mogłaby się schować... Mam nadzieję, że w najbliższy weekend będę też mogła Wam coś napisać:)

niedziela, 13 listopada 2011

~*~

Zanim jeszcze nikt nie słyszał o moim wyjeździe do Belgii ja sama nasłuchałam się historii o tym jak Polacy traktują siebie nawzajem za granicą. To nie były miłe opinie. Wyjeżdżając miałam nadzieję, że nie doświadczę na swojej skórze tego na własnej skórze i moje nadzieje na szczęście nie okazały się płonne. Póki co rodacy, z którymi się spotykam są bardzo mili i bardzo mi pomagają. Wiem też, że jeżeli mnie przyjdzie komuś pomóc, to zrobię to bez wahania, bo wiem jak ciężko się odnaleźć na początku. Jednak na szczęście od momentu kiedy podjęłam decyzje o wyjeździe dostałam mnóstwo wsparcia od ludzi, którzy mnie otaczają. To sprawiło, że mój wyjazd nie był tak stresujący jak mógł być. Mam nadzieję, że nadal moje doświadczenia będą tak dobre:)
Tymczasem mimo wszystko tęskni mi się do Polski. Szkoda, że w moim kraju nie mogłam jakoś ułożyć sobie życia nawet jeżeli miałabym żyć na skromnym poziomie. Ale podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Za chwilę idę na spacer. Tak sobie myślę, że chciałabym w końcu zobaczyć Łuk Triumfalny, bo jak przejeżdżałam obok niego, aż się prosił, żeby przyjść do niego na spacerze. Możliwe, ze dopiszę coś jak wrócę:), póki co lecę się zbierać.
P.S. Kasiek - dzięki, że ściągnęłaś mnie trochę na ziemię.
Tymczasem nawet tu towarzyszy mi talent pewnego skrzypka:

piątek, 11 listopada 2011

Mój pierwszy tydzień w nowym miejscu

Moi Drodzy,
mija pierwszy tydzień od mojego wyjazdu z Polski. Muszę przyznać, że był to dla mnie bardzo intensywny czas, w którym zaznajamiałam się z nowym otoczeniem i nowymi ludźmi. Mieszkam prawie w centrum Brukseli. Codziennie mijam wszelakie europejskie komisje do Bóg wie czego i wsiadam do metra, aby później przesiąść się do tramwaju, żeby dotrzeć do mojego małego podopiecznego. Cały dzień spędzam z chłopcem, który coraz bardziej się do mnie przywiązuje, tak samo jak ja do niego. Każdego dnia mijam przesympatycznych ludzi, którzy są uśmiechnięci i życzliwi oraz darzą mnie wyrozumiałością i sympatią. Mam nadzieję, że zostanę tu jeszcze długo.
W Belgii też obchodzimy Dzień Niepodległości. Tu dużo ludzi ma wolne, ale np. wiele międzynarodowych firm pracuje, bo w sumie jakby mieli obchodzić wszystkie święta to pewnie nie pracowaliby prawie wcale. Dzisiaj jak byłam na spacerze z małym widziałam wiele rodzin na spacerach, ludzi na wycieczkach rowerowych i osoby, które biegały. Wprawdzie codziennie spotykam takich ludzi, ale dzisiaj było ich dużo więcej. Bardzo mi się podoba tutaj to, że tak aktywnie spędza się czas. Tu nikt się nie wstydzi wyjść pobiegać - nawet jeżeli jest to osoba starsza, albo z jakąś ułomnością. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce osoba na emeryturze miała wyjść pobiegać, albo coś. Fakt, u nas nie ma miejsca - chociaż, nie...nieprawdę piszę. Skoro w mojej okolicy (przypominam, że to już prawie centrum) potrafi mi obok przebiec człowiek w sportowym stroju, to w centrum stalówki też by mógł. Nie wiem od czego zależy takie, a nie inne podejście do życia, bo chyba nie od warunków materialnych, skoro do wyjścia na spacer czy pobiegać tak niewiele trzeba. To chyba kwestia mentalności. Tymczasem coś czuję, że pobyt w Belgii zmieni moje podejście do zdrowego trybu życia, bo w sumie w jakiś sposób zostaje on na mnie w naturalny sposób wtłoczony.
Poza tym z takich rzeczy, która mnie tu urzeka, to widok starszych małżeństw, które wychodzą razem na spacer. Widzę ich każdego dnia. A wczoraj widziałam parę, która mnie urzekła wyjątkowo. Dlaczego?? Otóż w tych dwojgu było coś niesamowitego. Widziałam w ich oczach taką niesamowitą czułość do siebie nawzajem, że pomyślałam, że ja też tak bym chciała - przeżyć z kimś całe życie i nadal być w kogoś tak wpatrzona jak Ci ludzie w siebie nawzajem...

Dracula - kilka słów o klasyku

Człowiek powinien mieć głowę otwartą, nie dopuszczając, aby mała prawda przeszkodziła mu w rozumieniu dużej prawdy. Człowiek przywiązuje się do swojej racji. To w porządku, ale w żadnym razie nie może uważać ją za jedyną prawdę we wszechświecie. (B. Stoker)


Dracula to dziewiętnastowieczna powieść gotycka, która jest klasykiem jeżeli chodzi o literaturę grozy. Po tą powieść sięgnęłam głównie przez ciekawość. Chciałam też przeczytać coś co odcisnęło nie małe piętno na popkulturze i tak bardzo wryło się w naszą świadomość. Dlatego też jakże bym mogła nie sięgnąć po tą powieść?
Zatem od początku.
Dracula jest powieścią epistolarną, z racji tego, że nie ma ciągłej narracji, a na rozdziały składają się wpisy do pamiętników, listy itp. bohaterów książki. Taka forma powieści pozwala poznać nam sytuację z wielu perspektyw. Jednakże mnie samą tak napisana książka bardzo męczy, jednak to nie wpływa na moją ogólną ocenę tej pozycji. Tak na prawdę jak na powieść napisaną ponad sto lat temu, w okresie, który kojarzył mi się ze znienawidzonym Prusem, Żeromskim czy Orzeszkową (chociaż Asnyk i Sienkiewicz są dla mnie wyjątkowymi perłami tamtego czasu) dodatkowo przekonała mnie do tamtego okresu w literaturze. Zatem obok dwóch polskich pereł z tamtego okresu dopisuję Brama Stokera, tak jak wcześniej zrobiłam to z Arthurem Conanem Doyle'em (twórcą Holmesa).
Jednakże wróćmy do Draculi, żeby niechcący nie zrobił mi się wywód o dziewiętnastowiecznej literaturze polskiej i światowej. Dla mnie powyższa powieść jest nie jest zła, chociaż mogłabym się czepić paru rzeczy. A mianowicie: 
  •  postacie kobiece - wręcz przesłodzone i ukazane w stereotypowy sposób. Dlaczego?? Już piszę. Otóż obie postacie kobiece w książce nie dbają o swoje potrzeby, ciągle myślą o innych i są w stanie się poświęcić innym. Poza tym irytowało mnie to, że kobiety mimo, że zajmowały ważną rolę w powieści były jakby z boku. No bo co fascynującego jest w kuciu na pamięć rozkładu jazdy w każdym nowym miejscu, żeby tylko pomóc mężczyznom w każdej wolnej chwili?? Poza tym Mina w swoich dziennikach zawsze podkreślała jaki jej narzeczony, a później mąż jest dzielny i odważny i jak bardzo jest z niego dumna. Normalnie czasem nie mogłam już tego czytać i momentami męczyłam się strasznie. No cóż jednak, kiedy Dracula powstawał zdaje się, że nawet o sufrażystkach nikt jeszcze nie słyszał, więc nie ma co się dziwić,
  • kreowanie dobrych bohaterów jako ludzi skłonnych do heroicznych czynów i zdolnych do poświęcenia życia za innych. Jakoś dziwnie mało było strachu przed starciem z hrabią Dracula, a wątpliwości co do wyjścia naprzeciw takiemu złu to już nie było żadnych. Ja rozumiem chęć ukazania walki dobra i zła, ale wyzucie zwykłych ludzi ze strachu i wątpliwości jakoś mi nie pasuje, bo takowe są nie tylko motorem do działania, ale też ważnym elementem instynktu zachowawczego,
  • za mało Draculi w Draculi. Brakowało mi wampira w książce o wampirze, bo wszystko obracało się wokół przypuszczeń głównych bohaterów,
  • zło ukazane w powieści jest pokazane jako coś nieudolne i niedojrzałe. Poza tym dopatrzyłam się pewnej nieścisłości w powieści. Albowiem Dracula jadąc, a właściwie płynąc do Wielkiej Brytanii mógł się poruszać po statku, a jak wracał to był jakoś uwięziony w tej swojej skrzyni z ziemią. Tu moim zdaniem autor przekombinował - nawet jak na kogoś kto żył ponad sto lat temu. 
 Niemniej jednak mimo wad muszę przyznać, że kiedy zaczęłam czytać tą książkę w Polsce i były mgły to bałam się z lekka wyjść z łóżka do łazienki. Było kilka ciekawych momentów i fragmentów, które zaznaczyłam podkreślaczem. Zatem tak jak pisałam książka nie jest zła, ale ja bym ją bardziej podrasowała, a bohaterów zrobiła bardziej ludzkich...

środa, 9 listopada 2011

Bruksela:)

Witajcie,
dzisiaj piszę do Was już z nowego miejsca, które znajduje się daleko od mojego domu. Dopiero od dzisiaj mam neta, więc dopiero dziś mogę Wam napisać o moich wrażeniach z pobytu w Belgii. Od początku pobytu prowadziłam dla Was notatki, które zamieszczam poniżej:

Wyjazd i podróż.

Panika zaczęła mnie z lekka podchodzić dzień przed, kiedy byłam już prawie spakowana i gotowa do wyjazdu. Dopinałam ostatnie sprawy i żegnałam się z ostatnimi osobami, z którymi mogłabym się pożegnać. Moja podróż była dość ciężka. Miałam dwie przesiadki, co spowodowało, że miałam do pokonania dwa pierwsze wyzwania – za każdym razem odnaleźć właściwy autokar i nie zgubić bagaży:). Jeszcze w Polsce, kiedy już jechałam i byłam coraz bliżej granicy z Niemcami prawie miałam napad histerii, ale na szczęście jestem osobą opanowaną, więc się nie dałam. Stresior mnie wziął dlatego, że naszły mnie obawy, że sobie nie poradzę i zaczęłam się zastanawiać co ja w ogóle robię w tym autobusie. Pomagały mi telefony od rodziny i sms-y od znajomych, bo dodawały otuchy i sprawiały, że czułam się lepiej. Już po stronie niemieckiej byłam spokojniejsza i bardziej pozytywnie nastawiona. Na jednym z postojów poszłam sobie kupić wodę, bo oczywiście dziecko zostawiło swoją w poprzednim autokarze w trakcie przesiadki. Po niemieckiej stronie okazało się, że wsiadł do nas koleś, który jechał do Londynu, gdzie nasz autobus w ogóle nie jechał. Pilotka miała nie małe zamieszanie, bo musieliśmy coś zrobić z nadprogramowym pasażerem. Szczerze mówiąc nie wiem jak to się skończyło, bo zdaje się, że przespałam moment, w którym wszystko się rozwiązało. Jeżeli chodzi o samo przejście przez granice nawet go nie poczułam, po prostu wjechaliśmy sobie spokojnie zarówno do Niemiec, jak i do Belgii – przejazd do Belgii w sumie też przespałam;p.

Bruksela

Na miejscu rodzina, która mnie gości mnie przywitała i podwieźli mnie do mojego nowego domu, w którym zamierzam rezydować jakiś czas, bo mi się tu podoba. Pokoik jest dla mnie w sam raz. Jest miejsce do odpoczynku, do spania i mycia się. Mogę sobie coś ugotować i mam swoją lodówkę. Poza tym mam sąsiadkę polkę, więc będzie dobrze:). Mam nadzieję, że tu się zadomowię, bo polubiłam tych ludzi. Bruksela póki co bardzo mi się podoba – ze względu na architekturę i mnóstwo parków. Mam nadzieję, że zapoznam się też z jakimiś muzeami i miejscami, w których warto bywać. Cieszę się, że tu jestem, chociaż brakuje mi moich bliskich z Polski. Ciekawa jestem co robiłabym teraz w domu...
Tymczasem w pierwszym dniu mojego pobytu w Brukseli, byliśmy na spacerze z małym, w parku. Zafascynowało mnie nie tylko to, że widzę taką różnorodność kultur, ale także to jak wielu ludzi, którzy uprawiają sport. Pozytywnym zaskoczeniem było też to, że osoby niepełnosprawne również wychodzą na spacer całkiem samodzielnie. U nas nie jest to wcale oczywiste. Jeżeli jesteście innego zdania to wyobraźcie sobie proszę, że widzicie na ulicy osobę na wózku, która ma przystosowany do siebie wózek, tak by móc sterować nim głową. No i teraz wyobraźcie sobie, że ta osoba wychodzi sama (sama!) na spacer.
U nas to: 1) Już, żeby zdobyć odpowiedni wózek trzeba ogromnego wysiłku i latania po różnych instytucjach. Dodatkowo jest masakrycznie dużo papierkowej roboty. 2) Jeżeli uda się zdobyć wózek to przeszkodą są zwyczajne schody, które często gęsto utrudniają wyjście z domu i poruszenie się gdziekolwiek 3) W wielu miejscach nie ma przystosowań dla osób niepełnosprawnych – np. restauracje, obiekty kulturowe, stacje metra itp. A tu jak wracałam do domu, widziałam przy metrze przystosowania dla osób niepełnosprawnych wzrokowo. Poza tym metro jest przystosowane również dla osób na wózkach, bo podłoga jest na jednym poziomie z chodnikiem i można sobie spokojnie przejechać do pociągu metra z peronu. Tymczasem u nas w Polsce często są problemy z najprostszymi przystosowaniami takimi jak podjazdy czy przystosowanie stacji (jakichkolwiek) dla osób niepełnosprawnych.
Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jest to, że tu bardzo wiele osób biega – o różnych porach dnia. I to nie są tylko osoby młode, ale też starsze. Nie są to tylko spacerki z kijkami, ale też np. jogging. A teraz łapka w górę, kto widział w Polsce starszą osobę, która biega sobie np. po parku (bez kijków)??
Co do okolicy, w której mieszkam to muszę przyznać, że lepiej nie mogłam trafić. Mieszkam bardzo blisko Parlamentu Europejskiego i Zamku Królewskiego (w oba te miejsca jestem w stanie dojść dość szybko na piechotę:)). Normalnie, jakby ktoś mi powiedział ok. miesiąc temu, że będę mieszkać w takim miejscu, to uznałabym go za wariata;p.

Pierwsze kroki w nowym miejscu.

Już powoli ogarniam swoją okolicę. Wiem gdzie mam najbliższy supermarket (tuż za rogiem:)) i umiem sama dojechać do mojego podopiecznego:)). W niedzielę miałam próbę generalną samodzielnego przejazdu do domu i z powrotem. Muszę przyznać, że mam dużo prostszą drogę do mieszkania, w którym mieszkam, a mam małe trudności w drugą stronę. Ale i tak nie jest źle, bo umiem się odnaleźć. Muszę przyznać, że odkryłam tu fajny park (dzięki temu, że wysiadłam przystanek dalej;p). na pierwszy rzut oka jest bardzo podobny do parku w Bonn. Jeszcze kilka dni i będę się poruszać po okolicy bez problemu:)
Jak na moje pierwsze starcie z nowym miejscem nie jest źle. Mały mnie zaakceptował i prawie się rozpłakał jak wracałam do domu. To chyba dobry znak, ale mnie wymęczył masakrycznie. To też chyba dobry znak, bo kondycję mam kiepską, a i kilogramów też jakby za dużo. Zatem w pagórkowatej Brukseli będę miała gdzie wyrabiać kondycję i mięśnie nóg. Mam wrażenie, że po równym stalowowolskim i furmańskim gruncie będzie mi się dziwnie i zbyt lekko chodzić. Poza tym ludzie są tu przesympatyczni i otwarci (wielu z nich mi pierwsi mówią bonjour:)), zatem francuskie dzień dobry mam opanowane do perfekcji. Za drugim samodzielnym przejazdem do pracy i z powrotem było dużo lepiej – wysiadłam na właściwym przystanku:)) Później było już tylko lepiej...

Poza tym dzisiaj poznałam swoją sąsiadkę z piętra. Mam nadzieję, że będziemy nieźle się dogadywać.

wtorek, 1 listopada 2011

Zapach zielonej herbaty od Elizabeth Arden

Dzisiaj chciałabym Wam napisać o mojej nowej miłości - miłości od pierwszego powąchania:) Ostatnio w ciemno kupiłam sobie zapach Elisabeth Arden Green Tea Tropical i muszę przyznać, że pokochałam go od pierwszego powąchania. Jeżeli chodzi o sam zapach to otwiera się on nutą owocu liczi, dominikańskim owocem namiętności, potem przechodzi w zieloną herbatę i chińską magnolię. Podstawę stanowi piżmo, tropikalne czarne porzeczki oraz mech morski.
Dla mnie ten zapach przywodzi bardzo pozytywne wspomnienia z czasu, w którym miałam kilkanaście lat, bo miałam wtedy bardzo podobny zapach. Mam wrażenie, że polubię się z tą Elizabeth Arden i wejdzie ona na stałe do używanych przeze mnie psikadeł tak jak Incandessence z Avon.
Wprawdzie Elizabeth Arden Green Tea Tropical nie jest skomplikowanym zapachem, ale mnie zauroczył niesamowicie. Jest lekki, z cytrusową nutą, ale na cieplejsze jesienne dni też jest całkiem dobry. Jedynym minusem jest trwałość, ale za promocyjną cenę można mu to wybaczyć:)
P.S. Czuję się dzisiaj masakrycznie zmęczona. W sumie nie wiem dlaczego:/ - a właściwie to wiem, ale mimo to nie powinno być, aż tak źle. Nigdy tak nie było! Chyba się starzeję;p