czwartek, 29 września 2011

Weekend z książką: "Wichrowe wzgórza" czyli powiew klasyki.

Jesień to pora roku, która nastraja mnie bardzo nostalgicznie i sprawia, że mam jakiś taki magiczny nastrój. Za chwilę wszystkie liście opadną z drzew i zacznie się bardziej deszczowa pogoda. Po wczorajszym spotkaniu Stalowych Czytaczy pomyślałam sobie, że jest coś do czego wrócę z przyjemnością i ta powieść będzie dla mnie otwarciem pewnej mojej małej tradycji, a mianowicie moich spotkań z klasycznymi dziełami. O czym piszę?? Naturalnie, że o "Wichrowych Wzgórzach" autorstwa Emily Jane Brontë.
Pamiętam, że ta książka od dawna krążyła gdzieś po mojej podświadomości, zanim po nią sięgnęłam. Zawsze wzbraniałam się przed wzięciem jej do ręki i przeczytaniem jej, bo wydawała mi się, że będzie nudna jak flaki z olejem i będzie zalatywać czymś w rodzaju twórczości Żeromskiego czy Orzeszkowej (nie ujmując naszym rodzimym autorom, ale jednak nie wszystkich da się lubić, a oboje wspomnianych pisarzy nie wzbudziło we mnie swojej sympatii - chociaż jest całkiem prawdopodobne, że do nich po prostu nie dorosłam /ale może kiedyś w odległej przyszłości po nich sięgnę/).Tymczasem ta powieść idealnie wpasuje się w jakieś (najlepiej deszczowe) popołudnie i wieczór. Dla mnie "Wichrowe wzgórza" mają w sobie coś mrocznego i tajemniczego; coś czego ja w pewien sposób chciałabym dotknąć tudzież poczuć. Pamiętam, że momentami byłam niemalże naocznym świadkiem tego co doświadczało bohaterów książki. Powyższą powieść czytałam pod koniec ubiegłego roku. Tym razem chciałabym ją przeczytać w momencie kiedy liście na drzewach będą bardziej przerzedzone. Jakoś tak z niewiadomych przyczyn taka pogoda podbije tylko klimat tej książki.
 O czym są "Wichrowe wzgórza"? 
O miłości, cierpieniu, naiwności i nienawiści. O tym jak łatwo zepsuć życie sobie i wszystkim naokoło - i wcale nie trzeba do tego wiele. Poza tym dzięki jednej z postaci uświadomiłam sobie, że próżność i egocentryzm mogą być na prawdę zgubne...
Ja polecam całym sercem. Szczególnie wieczorową porą w parze z herbatką z sokiem malinowym:))

P.S. Dziękuję Katarzynie za inspirację do sięgnięcia po klasykę:) Już widzę jak będę okupywać biblioteczkę mojej mamy, w której znajduje się kilka klasyków, po które chcę sięgnąć:D

7 komentarzy:

  1. Czasami miewam dobre pomysły. Jak coś polecam siebie też mam spory zapas klasyki :P

    OdpowiedzUsuń
  2. To jak nie będę miała już co wybrać, bo wszystko przeczytam od siebie, to na pewno się zgłoszę;)

    OdpowiedzUsuń
  3. I jak możesz nie lubić Orzeszkowej?? "Nad Niemnem" jest świetne!!

    OdpowiedzUsuń
  4. A weź - Nad Niemnem to moja trauma z liceum. Jedna z nauczycielek potrafiła się pytać kwiatki na łące;p

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale ile tam jest pięknych historii. trzeba wyjść poza opisy przyrodę i poznac ludzi!

    OdpowiedzUsuń
  6. To jeszcze nie dojrzałam do tego, żeby wyjść poza to - trauma z lat młodzieńczych niestety nadal 3ma.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem dlaczego tyle osób uważa Nad Niemnem za nudziarstwo, nigdy nie klasyfikowałam książek na dobre i lektury szkolne, dlatego strasznie mnie dziwi zawsze, że ludzie negatywnie nastawiają się do książki bo musze ją przeczytać do szkoły. Wprawdzie ja Nad Niemnem przeczytałam z własnej woli(dostałam w prezencie) będąc juz w LO, ale jako lekturę czytałam również z przyjemnością. Może ja lubię takie klimaty, klasyczne, niespieszne z przesłaniem. również uwielbiam "Noce i dnie"

    OdpowiedzUsuń