sobota, 31 grudnia 2011

Mała spontaniczna decyzja;)

Jak możecie się dowiedzieć z notki poniżej ostatni rok był dla mnie niesamowitym czasem, w którym wiele się działo, chociaż było również wiele trudnych chwil. 
Nie wiem dlaczego, ale pod wpływem impulsu postanowiłam wziąć udział w konkursie na Bloga Roku 2011.

 Mam nadzieję, że pomożecie jak zacznie się etap głosowania. Póki co trwają zapisy. Krótką informację na temat mojego udziału w konkursie znajdziecie powyżej nad napisem "Strony"
Poza tym w tym roku po raz pierwszy od dwóch lat nie wychodzę nigdzie na Sylwestra - nie dlatego, że nie mam gdzie, z kim i za co, ale najzwyczajniej w świecie z lenistwa. W końcu już pojutrze czeka mnie długa podróż.
A oto moje towarzystwo na dziś:
 A we wtorek znów przywitam się z Brukselą:). Trochę mi się nie chce jak sobie pomyślę o samej podróży, ale cieszę się na mój powrót tam:)

Małe podsumowanie

Wiem, że być może jestem już nudna, bo podobnych notek jest zapewne masa na blogach w tym czasie, ale mam taką potrzebę małego rozliczenia się z tego roku. Pewne rzeczy zostawię dla siebie, ale kilka rzeczy chciałabym napisać.  To był dla mnie dobry rok pełen niesamowitych doświadczeń, fascynujących ludzi i miejsc oraz wyzwań.
1. Koordynacja biura Centrum Wolontariatu i Inicjatyw Obywatelskich sprawiła, że zyskałam więcej wiary we własne siły - poza tym nauczyłam się radzić z kryzysowymi sytuacjami:)
2. Akcja 52 książki - już w zeszłym roku wiedziałam, że wezmę w niej udział, ale wtedy było już na nią za późno. A w tym roku z zapałem wzięłam się do czytania. Zadziwiłam samą siebie, bo nie spodziewałam się, że mogę przeczytać tyle książek w roku.
3. Podyplomówka z kryminologii - nie spodziewałam się, że poznam tylu fajnych ludzi, a z rocznych studiów zostaną mi jakieś konkretne znajomości. Mile się zaskoczyłam.
4. Stalowi Czytacze - moje dziecko, które nie miało szansy dorastać pod moim okiem. Mam nadzieję, że przetrwają.
5. Bruksela - mój nowy etap życia. Mam nadzieję, że będzie to pasmo pozytywnych zmian w moim życiu.

Jeżeli chodzi o najlepsze książki, które przeczytałam w tym roku to są nimi: 

1.  Natalii 5 Olgi Rudnickiej - po raz pierwszy tak śmiałam się czytając książkę,
2. Grizzly Adama Zalewskiego - kawał mocnej prozy, który podniósł poprzeczkę powieściom z tego gatunku, 
3.       Urzekająca. Odkrywanie tajemnicy kobiecej duszy John Eldredge, Stasi Eldredge skłania do przemyśleń mimo tego, że ma swoje wady.   
4. Atrofia L. DeStefano - bardzo ciekawy i obiecujący debiut, który zaostrza apetyt na inne ksiąski tej autorki.

Natomiast jeżeli chodzi o książki, które mnie zawiodły to są to:
1. Rodzina Węclów. Wspólnik Leny Najdeckiej
2. Nuda Antoniego Moravii

Moje własne muzyczne odkrycie roku to Raul Paz

czwartek, 29 grudnia 2011

[W międzyczasie]

Mój pobyt w Polsce mija szybciej niż się spodziewałam i nie zdążę ze wszystkim co sobie zaplanowałam jednak i tak mimo wszystko jestem zadowolona z pobytu. Wczoraj byłam z kuzynką na zakupy w mieście, w którym kończyłam swoje pierwsze studia i muszę powiedzieć, że pobyt był udany. Maraton po sklepach przerwałyśmy pobytem w Kawiarni Dominikańskiej, w której jeszcze nie miałam okazji być mimo tego, że wybierałam się do niej już parę lat. Zatem jedna wypiła kawę, druga czekoladę, a wszystko to przegryzłyśmy pyszną kremówką:)

Miejsce jest bardzo przyjemne i jasne. Można chwilę posiedzieć, odpocząć i porozmawiać - nam udało się chwilę odetchnąć przed dalszą bieganiną. Zakupy też się udały i nie chcę nawet myśleć ile wydałam tamtego dnia:/. Miło było znowu chodzić po tak bardzo znanych mi ulicach i mijać miejsca, które budzą tyle wspomnień i tak dobrze się kojarzą...a torby z zakupami zapełniły prawie cały stół u kuzynów w pokoju;) Tymczasem coraz bardziej ja i moje otoczenie odczuwa zbliżający się termin mojego wyjazdu. Jutro lecę pozałatwiać kilka drobiazgów;). 

wtorek, 27 grudnia 2011

AA THERAPY Oliwkowa - krem na dzień, kilka słów

Dzisiaj dla odmiany chciałabym napisać o czymś innym niż Święta i pobyt w Brukseli, chociaż po części wiąże się to z moim zamieszkaniem w Belgi.
Otóż chcę napisać kilka słów o kremie do twarzy, którego używałam przez cały swój pobyt w Brukseli.
Chodzi mi o krem do twarzy z firmy AA z serii THERAPY Oliwkowa. 

Opis produktu:
Jest to krem na dzień zalecany do pielęgnacji skóry wrażliwej i skłonnej do alergii. Zawiera wyciąg z liści oliwki, który ma skutecznie regenerować skórę i zapobiegać jej fotostarzeniu. Natomiast olej z avocado ma za zadanie pielęgnować i odżywiać skórę, a alantoina łagodzić podrażnienia. Producent podaje również, że produkt jest testowany na osobach z chorobami alergologicznymi skóry, nie zawiera barwników i nie podrażnia spojówek. Poza tym ma hypoalergiczną kompozycję zapachową i posiada pH neutralne dla skóry.


Kilka słów ode mnie:
Przed wyjazdem do Brukseli skusiłam się właśnie na ten produkt ponieważ nie wiedziałam jaki tam będzie klimat. Wprawdzie słyszałam, że jest tam cieplej niż w Polsce, ale na warunki pogodowe i atmosferyczne nie składa się tylko temperatura. I w sumie trafiłam dobrze. Cieplej to może i jest, ale jest też wilgotno i lubi popadać oraz trochę powiać. Poza tym w wodzie mają wapń (poprawcie mnie jeżeli to nie on osadza mi się na naczyniach i garnkach). Moja skóra była więc narażona na lekką zmianę klimatu i działanie innych niż w mojej Ojczyźnie warunków pogodowych. Muszę powiedzieć, że sprawował się całkiem nieźle - nawilżał i odżywiał moją skórę, jednak nie łagodził zaczerwienień na mojej skórze (niestety:( )
Krem ten ma lekką konsystencję i łatwo się wchłania, więc spokojnie sprawdzi się pod podkład. Aha - nie nadaje się do bardzo suchej skóry, bo nie nawilża moim zdaniem na tyle dobrze, dlatego też na zimę mam już zakupiony inny - mocniej nawilżający krem. Jednak na taki okres wczesnojesienny, albo na łagodną jesień może się sprawdzić.
P.S. Mam już własny aparat, więc zapewne pojawią się pierwsze zdjęcia z Brukseli po nowym roku:)

niedziela, 25 grudnia 2011

pierwszy post z Polski:)

Wieczorem przed Wigilią przyjechałam do Polski na Święta. Nie mogłam się doczekać spotkania z rodziną, a zwłaszcza z nowo narodzonym siostrzeńcem. Mały jest niesamowity i jest najfajniejszym siostrzeńcem na świecie;).
Poza tym wczoraj widziałam się już z częścią rodziny i niestety mój pierwszy chrześniak mnie nie poznał:( - w końcu nie było mnie ze 2 miesiące, więc mogę mu to wybaczyć. Poza tym kiedy dałam mojej babci mały upominek z Belgi to jej radość stała się rzeczą bezcenną:). Miło widzieć taką reakcję na nawet skromny prezent:).
Tymczasem czeka mnie jeszcze kilka dni w Polsce - mam zamiar je odpowiednio wykorzystać:)

wtorek, 13 grudnia 2011

Atak w Liege - kilka słów o wydarzeniu z miejscowości nieopodal.

>>>KLIK<<<
Liege podobno leży jakieś 90 km. od Brukseli i nie udało mi się uniknąć życia tym wydarzeniem. O takich atakach zwykle słyszy się w telewizji i po pewnym czasie zapomina. Jednak zupełnie inaczej przeżywa się to jak rzecz dzieje się nieopodal. Kiedy dowiedziałam się o tym, że był jakiś atak w mojej głowie od razu pojawiły się czarne scenariusze - w końcu mieszkam w bardzo ważnym dla Europy miejscu. Jednak podobno Bruksela jest spokojnym miejscem i tak też było przez czas w którym tu mieszkam. Poza tym rozmawiałam już ze znajomą na ten temat i powiedziała, że takie rzeczy nie miały tu miejsca, od kiedy tu mieszka a żyje tu już spory kawał czasu. Jednak mimo wszystko stres był, chociaż wiedziałam, że sprawcy/sprawcy są ujęci. Dopiero później okazało się, że koleś, który rzucał granatami w ludzi popełnił samobójstwo. Muszę powiedzieć, że ulżyło mi, kiedy dowiedziałam się, że nie ma się czym martwić, ale nieodmiennie budzi przerażenie fakt, że są zabici i wielu rannych (w tym dzieci). To bez sensu, że przez czyjąś lekkomyślność tak wielu ludzi musi cierpieć.
Tymczasem Bruksela żyje swoim rytmem i nawet obecny w tyle głowy strach, że np. mógł być pościg za sprawcą przez Brukselę już dawno opadł. A jutro nowy dzień i nowe wyzwania. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej:)

niedziela, 11 grudnia 2011

Weekend w Brukseli:)

Po powrocie do domu próbowałam Wam napisać notkę z wieczoru jaki spędziłam z moimi sąsiadkami, jednak niechcący tekst mi się skasował i byłam nie tyle zła, co zrezygnowana i położyłam się spać, bo nie chciało mi się pisać tego jeszcze raz w środku nocy.
Otóż wczoraj wybrałyśmy się na Grand Place na pokaz światła i dźwięku, bo mając tam tak blisko byłoby grzechem ciężkim się nie wybrać. Na początku zobaczyłyśmy szopkę, która była bardzo dużych rozmiarów. Na tyle dużych, że wygospodarowano odpowiednie miejsce dla dwóch żywych owieczek, co nas rozwaliło niesamowicie:) (zwierzątka naturalnie miały odpowiednie warunki:)). Na środku placu stoi już duża choinka, wokół której była postawiona scena, na której tańczyli artyści wymachując linkami z przywieszonymi do nich ognistymi obręczami. To było coś pięknego. Następnie zaczął się właściwy pokaz światła i dźwięku, gdzie odpowiednio ustawione lampy oświetlały plac i budynki wokół oraz niebo w rytm muzyki.Jeżeli chcecie mieć wyobrażenie o tym co się wczoraj mogło dziać to >>>klik<<<. Wprawdzie to nie jest wideo z wczoraj, ale odbywało się to na tej samej zasadzie. Dla mnie to było niesamowite przeżycie i mogłam tam tak stać, aż zgasną światła i muzyka przestanie grać. Jednak na nas tego wieczoru czekało jeszcze coś - świąteczny jarmark, na którym można było kupić wiele produktów z różnych krajów świata. Ja byłam na takim czymś po raz pierwszy i oczy miałam jak pięciozłotówki! Po drodze na plac św. Katarzyny stwierdziłyśmy, że musimy poszukać ubikacji! szybko przemknęłyśmy między stoiskami na placu dotarłyśmy do ubikacji i wróciłyśmy zahaczając o budkę z churros, które w smaku są praktyczne takie same jak oponki. Kiedy już po naszym spacerze wylądowałyśmy na stacji metra do moich uszu doszła muzyka klasyczna, a kiedy usłyszałam Marsz Torreadorów to po prostu mnie rozwaliło;). W domu byłyśmy gdzieś w okolicach północy:), a dzisiaj rano musiałam zwlec się z łóżka, żeby dotrzeć przed 11 do kina na "Bitwę Warszawską 1920". To co zobaczyłam dało do myślenia, przerażało i wzruszało. Muszę przyznać, że będąc tutaj w jakiś magiczny sposób jeszcze bardziej czuję związek ze swoim krajem - ułatwia mi to dodatkowo prezydencja Polski w UE, ponieważ dzięki temu mogę mieć tu jakąś namiastkę swojej kultury. Dzisiejszy seans był premierą w Brukseli i na nią przyjechali: scenarzysta, producent, kompozytor i jakaś piosenkarka jazzowa, która też współpracowała przy filmie. Powiedzieli do nas kilka słów i rzucili kilkoma żartami, ale i tak mimo takiego skromnego spotkania to było fajne zobaczyć na żywo osoby, które miały wkład w powstanie filmu. Muszę powiedzieć, że Borys Szyc powalił mnie na łopatki swoją rolą.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Kawał sztuki, czyli "Między nami dobrze jest"

Korzystając z prezydencji Polski w UE uczestniczę w różnych wydarzeniach kulturowych w Brukseli z racji tego, że jest tu teraz tego mnóstwo.   4 grudnia 2011 (niedziela) wybrałam się z moimi sąsiadkami do teatru na spektakl "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej. Czego on dotyczy?  Otóż opowiada o naszym narodzie, o tym jacy jesteśmy i jak myślimy. "Między nami dobrze jest" to trudny w odbiorze obraz, bo jest w nim skumulowane wiele naszych cech, kompleksów i uprzedzeń. Jest w nim dużo prawdy, bo Autorka "Między nami dobrze jest" i Twórcy spektaklu o tym samym tytule w genialny sposób ukazują, że nie umiemy dostrzegać dobrej strony naszej rzeczywistości i często doszukujemy się dziury w całym zamiast usiłować zmienić swoje otoczenie. Wprawdzie jest też ukazana bieda i to jak funkcjonują osoby z dysfunkcjami społecznymi, ale ukazana jest też sytuacja ludzi, którzy zdawałoby się, że odnieśli sukces, ale i on potrafi mieć swoje drugie dno. Ciężko jest mi pisać o tym co zobaczyłam, bo złożoność powyższego widowiska sprawia, że jeszcze tak do końca tego nie przetrawiłam i chyba nawet jeżeli to zrobię, to i tak opisanie spektaklu mnie przerośnie. Ja pokładałam się momentami ze śmiechu słuchając pewnych tekstów, ale na końcu się popłakałam, bo "Między nami dobrze jest" przypomniało mi jak bardzo nie doceniałam swojego kraju i tego, że udało mi się w Nim urodzić i wychować. Być może odebrałabym inaczej to co zobaczyłam, ale będąc na emigracji zapewne ten spektakl nabiera nową formę.
Po zakończeniu spektaklu było przez chwilę cicho, a później brawa nie mogły ustać, a aktorzy kilka razy wychodzili do publiczności się kłaniać. Takie brawa się Im należały, tym bardziej, że jedna z aktorek dzień wcześniej złamała nogę i zagrała!!! Naturalnie wiele rzeczy improwizowano, ale wyszło im niesamowicie. Wszystkie byłyśmy pod wrażeniem talentu aktorów i przez długi czas dyskutowałyśmy na temat swoich przemyśleń.
A co później? Pita zakupiona w miejscowym barze i trochę wina na lepszy sen;). W efekcie zasnęłam dzisiaj ok 1 w nocy, a po 6 obudziłam się, żeby zacząć wykonywać swoje normalne obowiązki.
Poniżej jeden z cytatów ze sztuki:

„RADIO: W dawnych czasach, gdy świat rządził się jeszcze prawem boskim, wszyscy ludzie na świecie byli Polakami. Każdy był Polakiem, Niemiec był Polakiem, Szwed był Polakiem, Hiszpan był Polakiem, Polakiem był każdy, po prostu każdy każdy każdy. Pięknym krajem była podówczas Polska; mieliśmy wspaniałe morza, wyspy, oceany, flotę, która po nich pływała i odkrywała wciąż nowe, również przynależące do Polski kontynenty, był między innymi znany polski odkrywca Krzysztof Kolumb, którego potem oczywiście przechrzczono na Christophera czy innego Chrisa czy Isaaka. Byliśmy wielkim mocarstwem, oazą tolerancji i multikulturowości, a każdy nieprzybywający tu z innego kraju, bo ówcześnie jak już wspominaliśmy ich nie było, był tu gościnnie witany chlebem i solą... Ale skończyły się dobre czasy dla naszego państwa. Najpierw odebrano nam Amerykę, Afrykę, Azję i Australię. Niszczono polskie flagi i domalowywano na nich inne paski, gwiazdki i inne esy-floresy, język polski urzędowo pozmieniano na frymuśne obce języki, których nikt nie umie i nie zna, a jedynie ludzie, którzy nimi mówią tylko po to, żebyśmy my Polacy go nie znali i nie rozumieli, i czuli się jak ostatnie szmaty...”  
Dorota Masłowska "Między nami dobrze jest"


Podobno są tacy, którzy twierdzą, że ta historia jest o niczym - dla mnie Ci ludzie są albo mało wrażliwi na awangardowe dzieła z przekazem, albo mało inteligentni. Niestety taka prawda, bo ciężko nic nie wynieść z tej sztuki...
A w najbliższą Niedzielę idę na premierę Bitwy Warszawskiej:D...mają być realizatorzy, zatem spodziewam się, że będzie zajebiście;)). Szkoda, że nasza prezydencja w UE się już kończy:(

niedziela, 4 grudnia 2011

udało się:)

Tak sobie pomyślałam, że bardziej szczegółowe podsumowanie akcji 52 książki zrobię między świętami a Sylwestrem, więc na razie tak tylko ogólnie:)
Nie sądziłam, że uda mi się zmobilizować i przeczytać tyle książek w ciągu roku, ale dałam radę:). W sumie jestem z siebie strasznie dumna i mam nadzieję, że w przyszłym roku też będzie przynajmniej 52 książki. Ale czy to oznacza, że to koniec czytania przeze mnie książek w tym roku?? Otóż nie:D.
Dzisiaj zaczęłam czytać książkę pt. Kat z listy Schindlera Zbrodnie Amona Leopolda Götha autorstwa Johanesa Sachslehnera. Moją uwagę na tą książkę zwrócił Kasiek i zakupiłam sobie ją w promocji jak była promocja w Empiku 3za2 czy jakoś tak:) Długo nie mogła doczekać się swojej kolei, ale w końcu przyszedł na nią czas i jestem jej strasznie ciekawa.
Poza tym na półce czekają jeszcze:
Ann Patchett i Belcanto
Vladimir Nabokov i Lolita
oraz
Jožo Nižnánsky Pani na Czachticach
Nie wiem ile z tych książek uda mi się przeczytać w tym roku (w sumie już niewiele go zostało), ale mam nadzieję, że liczba przeczytanych będzie większa niż 52:)
Tymczasem życzę Wam miłej Niedzieli:)

sobota, 3 grudnia 2011

Nostalgicznie

Dzisiaj znów mam tak jakoś nostalgiczny humor, a że muzyka często towarzyszy mi w takim nastroju teraz nie mogło być inaczej.
A oto dwa kawałki, które nie mogą się ode mnie dziś odczepić:




Jeszcze 3 tygodnie i święta:D

piątek, 2 grudnia 2011

Strajk krajowy

Dzisiaj w Belgi mieliśmy strajk krajowy. W sumie myślałam, że Bruksela będzie sparaliżowana, ale tak nie było. Miałam szczęście, bo metro dojeżdżało do mojego przystanka na którym przesiadam się w tramwaj, ale nie jeździło ok. połowy moich tramwajów i  był niesamowity ścisk, więc ciężko było w ogóle wejść do tramwaju. Dodatkową oznaką tego, że jest strajk było to, że dopilnowano, żeby wszyscy wysiedli na danej stacji. Pan w garniturze i z czerwoną wstążką, i kulturalnie przypomniał o tym, że ty trzeba wysiąść. Na szczęście żyję i mam się dobrze:). Jakoś ogarniam się z klaustrofobią i lękiem przed tłumami - innego wyjścia nie mam.

czwartek, 1 grudnia 2011

okołoświątecznie

Już niedługo mija miesiąc od mojego przyjazdu do Brukseli. Normalnie nie wiem, kiedy on mi minął. Tymczasem wszyscy wokoło coraz częściej zaczynają mówić o świętach, więc udzielił mi się nastrój radosnego czekania na świąteczny urlop w Polsce. Już mam 10 tys planów na ten czas, ale zapewne nie będę mogła ich wszystkich zrealizować:/  Tymczasem na mojej ulicy pojawiły się dzisiaj świąteczne dekoracje:D. Niestety nie mogę Wam ich pokazać, bo nie mam tu ze sobą aparatu:(. Jednakże najbardziej urzekły mnie niebieskie i czerwone lampki na drzewach. Jakoś tak poprawiły mi nastrój.   Poza tym powrót do domu metrem umilili nam (mnie i innym pasażerom) dwaj muzycy - jeden grał na skrzypcach, a drugi na harmonii. Gigantyczny uśmiech na twarzy pojawił się, kiedy zagrali "Kalinka maja" i kałasznikowa;).   A jutro mamy krajowy strajk...ciekawa jestem jak będzie wyglądała jutro komunikacja miejska.

sobota, 26 listopada 2011

Melancholicznie

W ostatnim tygodniu miałam wiele oznak tego jak bardzo brakuje mnie w Stalowej Woli wśród ludzi, z którymi się spotykałam. Poczułam się na prawdę ważna, kiedy czytałam wszystkie miłe słowa Stalowych Czytaczy na grupie dyskusyjnej na FB i kiedy czytałam te wszystkie maile i odbierałam telefony z zapytaniem czy oby na pewno jestem już w Brukseli, bo jest sprawa...
Jakoś tak dzisiaj to się skumulowało we mnie i zatęskniłam za tym wszystkim co robiłam i za ludźmi, z którymi przebywałam. Jednak udało mi się znaleźć sposób na otrząśnięcie się i poprawę humoru. Postanowiłam wybrać się na spacer pod Łuk Tryumfalny - to ode mnie zaledwie dwa przystanki metrem, więc zeszłam na dół, kupiłam sobie bilet i powędrowałam na stacje metra. Kiedy znalazłam się pod samym Łukiem nie mogłam wyjść z wrażenia i na prawdę żałowałam, że nie mam ze sobą w Brukseli aparatu. Mam nadzieję, że jak wrócę tu po świętach to będę miała czas i możliwość zrobić zdjęcia tych miejsc, które już mnie tak zachwyciły. Za samym Łukiem Tryumfalnym jest śliczny park, więc jeszcze się po nim przeszłam. Byłam tam, kiedy się ściemniało i kolor nieba nad Brukselą mnie zafascynował - ciężko oddać to słowami dlatego też nawet nie będę próbowała, bo za cienka w uszach do tego jestem.
W samym parku towarzyszył mi głos pewnego bardzo popularnego doktorka:

A kiedy wracałam na mieszkanie na mojej twarzy gościł lekki uśmiech, a humor bardzo się poprawił:). Jutro zamierzam wyciągnąć sąsiadkę na spacer:)). A tymczasem idę poczytać;)

piątek, 25 listopada 2011

z codzienności...

Bruksela nie jest już dla mnie takim całkiem dzikim i strasznym miejscem. Zadamawiam się tu coraz bardziej i do pełni szczęścia brakuje mi znajomości francuskiego na poziomie komunikatywnym. Dzisiaj zauważyłam wyraźniejsze oznaki tego, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Bardziej jest to widoczne na ulicach i w sklepie, w którym robię zakupy. Dzisiaj złapałam się na tym, że nie mogę się doczekać przyjazdu na święta do domu. Nie mogę się doczekać tego jak opowiem wszystkim o tym jak tu się czuje i jak tu jest, ale nie mogę się też doczekać spotkania z Karolkiem (moim siostrzeńcem) i z Nemem...owczarkiem belgijskim, który znalazł swój dom u moich rodziców.
~*~
A tymczasem dzisiejsza sytuacja z mojego codziennego życia w Brukseli...
Jak zwykle przesiadłam się z metra w tramwaj, kiedy ten drugi środek transportu dobrze nie wyjechał z tunelu metra (w którym ma ostatnią i pierwszą zarazem stację), wziął i się za3mał nagle, a pierwszą moją myślą było "ku*wa, ktoś popełnił samobójstwo", jednak popatrzyłam na kierowce i rozejrzałam się wokół - żadnego zamieszania czy też poruszenia, więc uznałam, że to awaria. Jednak znalazłam się na granicy paniki, bo tramwaj za3mał się w takim miejscu, gdzie kierowca raczej by nas nie wypuścił bezpiecznie, bo wyjeżdżaliśmy z tunelu. Normalnie myślałam, że zwątpię, bo z moją klaustrofibią (wybaczcie, ale nie wiem jak to się pisze i nie chce mi się już tego sprawdzać), fobią przed tłumami i delikatnie dającym o sobie znać pęcherzem nie mogłam pozostać w takiej sytuacji zbyt długo. Jednakże okazało się, że to nic groźnego i po chwili pojechaliśmy dalej. Uff...swoją drogą ciekawa jestem jak i w jakim tempie by nas stamtąd wydostali;]

poniedziałek, 21 listopada 2011

:)

W moich żyłach znowu zaczyna płynąć espresso i czekolada zamiast krwi. Nie wiem czemu, ale te dwie rzeczy zawsze dostarczały mi energii. Jednak coś z przyzwyczajeń okołomaturalnych we mnie zostało. Wiem, że to nie zdrowo i dzisiaj podjęłam mocne postanowienie poprawy i lepszego odżywiania się tudzież ograniczenia kawy. Tymczasem w nowym miejscu czuję się coraz lepiej. Mam nadzieję, że zostanę tu jak najdłużej się tylko da. Coraz bardziej zżywam się z ludźmi i z otoczeniem - nie chcę opuszczać tego miejsca zbyt szybko. Muszę przyznać, że Bruksela ma swoje tempo. Tu nie muszę żyć wg. rozkładu jazdy np. metra, bo tam gdzie chcę dojechać zwykle jeździ coś co chwilę. Jednak ważną rzeczą jest, żeby pamiętać o tym kiedy są jakieś tam protesty, bo inaczej to się może źle skończyć. Będąc ty mam mało czasu na książki, bo praktycznie cały dzień jestem poza domem...może właśnie dlatego powinnam teraz wyłączyć swojego Sida Leniwca (czyt. laptopa) i pójść spać, albo pójść spać...
Całkiem niegłupi pomysł:)

wtorek, 15 listopada 2011

Pierwszy wolny weekend w nowym miejscu

Powoli zadamawiam się w nowym miejscu. Nawiązuje pierwsze kontakty, coraz lepiej poznaję okolicę i za chwilę zacznę uczestniczyć w życiu kulturowym:). Dużo tu się dzieje z racji polskiej prezydencji w UE i mam nadzieję, że z wielu rzeczy uda mi się skorzystać. Wiem, że jest projekcja polskich filmów niedaleko mnie, a 11 grudnia ma być premiera Bitwy Warszawskiej. To na razie tyle co wiem o wydarzeniach związanych z Polską. Tymczasem w niedzielę  byłam na Grand Place i w katedrze brukselskiej (tam koronuje się tutejszych królów i odbywają się uroczystości królewskie np. śluby). Te dwa miejsca mnie zauroczyły.
Katedra w Brukseli jest czymś niesamowitym. Tam na prawdę poczułam, że mogę się wyciszyć. Najbardziej zachwyciły mnie witraże i organy. I żałowałam, że nie mam aparatu, żeby porobić zdjęcia, ale może jak wrócę po świętach to będę miała możliwość pisania notek ze zdjęciami. To niesamowite doświadczenie słuchać Bacha w takim kościele - organista wymiatał:)
Sam Grand Place też mnie zachwycił. Budownictwo tam jest czymś pięknym i nie umiem tego opisać. Na koniec naszego spaceru poszłyśmy na piwo:). Nasze wejście zostało odpowiednio zauważone, co było bardzo miłe;)Podziwiałam kunszt barmanów w swoim fachu, bo podawali piwo i otwierali je w tak fajny i sprawny sposób, że ciężko było oderwać oczy. W sumie ciężko otworzyć 8 butelek piwa nożem w kilka sekund ot tak od niechcenia. Normalnie, żebyście wiedzieli ile tu mają rodzai (rodzajów??) piwa, to polska mogłaby się schować... Mam nadzieję, że w najbliższy weekend będę też mogła Wam coś napisać:)

niedziela, 13 listopada 2011

~*~

Zanim jeszcze nikt nie słyszał o moim wyjeździe do Belgii ja sama nasłuchałam się historii o tym jak Polacy traktują siebie nawzajem za granicą. To nie były miłe opinie. Wyjeżdżając miałam nadzieję, że nie doświadczę na swojej skórze tego na własnej skórze i moje nadzieje na szczęście nie okazały się płonne. Póki co rodacy, z którymi się spotykam są bardzo mili i bardzo mi pomagają. Wiem też, że jeżeli mnie przyjdzie komuś pomóc, to zrobię to bez wahania, bo wiem jak ciężko się odnaleźć na początku. Jednak na szczęście od momentu kiedy podjęłam decyzje o wyjeździe dostałam mnóstwo wsparcia od ludzi, którzy mnie otaczają. To sprawiło, że mój wyjazd nie był tak stresujący jak mógł być. Mam nadzieję, że nadal moje doświadczenia będą tak dobre:)
Tymczasem mimo wszystko tęskni mi się do Polski. Szkoda, że w moim kraju nie mogłam jakoś ułożyć sobie życia nawet jeżeli miałabym żyć na skromnym poziomie. Ale podobno nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło...
Za chwilę idę na spacer. Tak sobie myślę, że chciałabym w końcu zobaczyć Łuk Triumfalny, bo jak przejeżdżałam obok niego, aż się prosił, żeby przyjść do niego na spacerze. Możliwe, ze dopiszę coś jak wrócę:), póki co lecę się zbierać.
P.S. Kasiek - dzięki, że ściągnęłaś mnie trochę na ziemię.
Tymczasem nawet tu towarzyszy mi talent pewnego skrzypka:

piątek, 11 listopada 2011

Mój pierwszy tydzień w nowym miejscu

Moi Drodzy,
mija pierwszy tydzień od mojego wyjazdu z Polski. Muszę przyznać, że był to dla mnie bardzo intensywny czas, w którym zaznajamiałam się z nowym otoczeniem i nowymi ludźmi. Mieszkam prawie w centrum Brukseli. Codziennie mijam wszelakie europejskie komisje do Bóg wie czego i wsiadam do metra, aby później przesiąść się do tramwaju, żeby dotrzeć do mojego małego podopiecznego. Cały dzień spędzam z chłopcem, który coraz bardziej się do mnie przywiązuje, tak samo jak ja do niego. Każdego dnia mijam przesympatycznych ludzi, którzy są uśmiechnięci i życzliwi oraz darzą mnie wyrozumiałością i sympatią. Mam nadzieję, że zostanę tu jeszcze długo.
W Belgii też obchodzimy Dzień Niepodległości. Tu dużo ludzi ma wolne, ale np. wiele międzynarodowych firm pracuje, bo w sumie jakby mieli obchodzić wszystkie święta to pewnie nie pracowaliby prawie wcale. Dzisiaj jak byłam na spacerze z małym widziałam wiele rodzin na spacerach, ludzi na wycieczkach rowerowych i osoby, które biegały. Wprawdzie codziennie spotykam takich ludzi, ale dzisiaj było ich dużo więcej. Bardzo mi się podoba tutaj to, że tak aktywnie spędza się czas. Tu nikt się nie wstydzi wyjść pobiegać - nawet jeżeli jest to osoba starsza, albo z jakąś ułomnością. Jakoś nie wyobrażam sobie, żeby w Polsce osoba na emeryturze miała wyjść pobiegać, albo coś. Fakt, u nas nie ma miejsca - chociaż, nie...nieprawdę piszę. Skoro w mojej okolicy (przypominam, że to już prawie centrum) potrafi mi obok przebiec człowiek w sportowym stroju, to w centrum stalówki też by mógł. Nie wiem od czego zależy takie, a nie inne podejście do życia, bo chyba nie od warunków materialnych, skoro do wyjścia na spacer czy pobiegać tak niewiele trzeba. To chyba kwestia mentalności. Tymczasem coś czuję, że pobyt w Belgii zmieni moje podejście do zdrowego trybu życia, bo w sumie w jakiś sposób zostaje on na mnie w naturalny sposób wtłoczony.
Poza tym z takich rzeczy, która mnie tu urzeka, to widok starszych małżeństw, które wychodzą razem na spacer. Widzę ich każdego dnia. A wczoraj widziałam parę, która mnie urzekła wyjątkowo. Dlaczego?? Otóż w tych dwojgu było coś niesamowitego. Widziałam w ich oczach taką niesamowitą czułość do siebie nawzajem, że pomyślałam, że ja też tak bym chciała - przeżyć z kimś całe życie i nadal być w kogoś tak wpatrzona jak Ci ludzie w siebie nawzajem...

Dracula - kilka słów o klasyku

Człowiek powinien mieć głowę otwartą, nie dopuszczając, aby mała prawda przeszkodziła mu w rozumieniu dużej prawdy. Człowiek przywiązuje się do swojej racji. To w porządku, ale w żadnym razie nie może uważać ją za jedyną prawdę we wszechświecie. (B. Stoker)


Dracula to dziewiętnastowieczna powieść gotycka, która jest klasykiem jeżeli chodzi o literaturę grozy. Po tą powieść sięgnęłam głównie przez ciekawość. Chciałam też przeczytać coś co odcisnęło nie małe piętno na popkulturze i tak bardzo wryło się w naszą świadomość. Dlatego też jakże bym mogła nie sięgnąć po tą powieść?
Zatem od początku.
Dracula jest powieścią epistolarną, z racji tego, że nie ma ciągłej narracji, a na rozdziały składają się wpisy do pamiętników, listy itp. bohaterów książki. Taka forma powieści pozwala poznać nam sytuację z wielu perspektyw. Jednakże mnie samą tak napisana książka bardzo męczy, jednak to nie wpływa na moją ogólną ocenę tej pozycji. Tak na prawdę jak na powieść napisaną ponad sto lat temu, w okresie, który kojarzył mi się ze znienawidzonym Prusem, Żeromskim czy Orzeszkową (chociaż Asnyk i Sienkiewicz są dla mnie wyjątkowymi perłami tamtego czasu) dodatkowo przekonała mnie do tamtego okresu w literaturze. Zatem obok dwóch polskich pereł z tamtego okresu dopisuję Brama Stokera, tak jak wcześniej zrobiłam to z Arthurem Conanem Doyle'em (twórcą Holmesa).
Jednakże wróćmy do Draculi, żeby niechcący nie zrobił mi się wywód o dziewiętnastowiecznej literaturze polskiej i światowej. Dla mnie powyższa powieść jest nie jest zła, chociaż mogłabym się czepić paru rzeczy. A mianowicie: 
  •  postacie kobiece - wręcz przesłodzone i ukazane w stereotypowy sposób. Dlaczego?? Już piszę. Otóż obie postacie kobiece w książce nie dbają o swoje potrzeby, ciągle myślą o innych i są w stanie się poświęcić innym. Poza tym irytowało mnie to, że kobiety mimo, że zajmowały ważną rolę w powieści były jakby z boku. No bo co fascynującego jest w kuciu na pamięć rozkładu jazdy w każdym nowym miejscu, żeby tylko pomóc mężczyznom w każdej wolnej chwili?? Poza tym Mina w swoich dziennikach zawsze podkreślała jaki jej narzeczony, a później mąż jest dzielny i odważny i jak bardzo jest z niego dumna. Normalnie czasem nie mogłam już tego czytać i momentami męczyłam się strasznie. No cóż jednak, kiedy Dracula powstawał zdaje się, że nawet o sufrażystkach nikt jeszcze nie słyszał, więc nie ma co się dziwić,
  • kreowanie dobrych bohaterów jako ludzi skłonnych do heroicznych czynów i zdolnych do poświęcenia życia za innych. Jakoś dziwnie mało było strachu przed starciem z hrabią Dracula, a wątpliwości co do wyjścia naprzeciw takiemu złu to już nie było żadnych. Ja rozumiem chęć ukazania walki dobra i zła, ale wyzucie zwykłych ludzi ze strachu i wątpliwości jakoś mi nie pasuje, bo takowe są nie tylko motorem do działania, ale też ważnym elementem instynktu zachowawczego,
  • za mało Draculi w Draculi. Brakowało mi wampira w książce o wampirze, bo wszystko obracało się wokół przypuszczeń głównych bohaterów,
  • zło ukazane w powieści jest pokazane jako coś nieudolne i niedojrzałe. Poza tym dopatrzyłam się pewnej nieścisłości w powieści. Albowiem Dracula jadąc, a właściwie płynąc do Wielkiej Brytanii mógł się poruszać po statku, a jak wracał to był jakoś uwięziony w tej swojej skrzyni z ziemią. Tu moim zdaniem autor przekombinował - nawet jak na kogoś kto żył ponad sto lat temu. 
 Niemniej jednak mimo wad muszę przyznać, że kiedy zaczęłam czytać tą książkę w Polsce i były mgły to bałam się z lekka wyjść z łóżka do łazienki. Było kilka ciekawych momentów i fragmentów, które zaznaczyłam podkreślaczem. Zatem tak jak pisałam książka nie jest zła, ale ja bym ją bardziej podrasowała, a bohaterów zrobiła bardziej ludzkich...

środa, 9 listopada 2011

Bruksela:)

Witajcie,
dzisiaj piszę do Was już z nowego miejsca, które znajduje się daleko od mojego domu. Dopiero od dzisiaj mam neta, więc dopiero dziś mogę Wam napisać o moich wrażeniach z pobytu w Belgii. Od początku pobytu prowadziłam dla Was notatki, które zamieszczam poniżej:

Wyjazd i podróż.

Panika zaczęła mnie z lekka podchodzić dzień przed, kiedy byłam już prawie spakowana i gotowa do wyjazdu. Dopinałam ostatnie sprawy i żegnałam się z ostatnimi osobami, z którymi mogłabym się pożegnać. Moja podróż była dość ciężka. Miałam dwie przesiadki, co spowodowało, że miałam do pokonania dwa pierwsze wyzwania – za każdym razem odnaleźć właściwy autokar i nie zgubić bagaży:). Jeszcze w Polsce, kiedy już jechałam i byłam coraz bliżej granicy z Niemcami prawie miałam napad histerii, ale na szczęście jestem osobą opanowaną, więc się nie dałam. Stresior mnie wziął dlatego, że naszły mnie obawy, że sobie nie poradzę i zaczęłam się zastanawiać co ja w ogóle robię w tym autobusie. Pomagały mi telefony od rodziny i sms-y od znajomych, bo dodawały otuchy i sprawiały, że czułam się lepiej. Już po stronie niemieckiej byłam spokojniejsza i bardziej pozytywnie nastawiona. Na jednym z postojów poszłam sobie kupić wodę, bo oczywiście dziecko zostawiło swoją w poprzednim autokarze w trakcie przesiadki. Po niemieckiej stronie okazało się, że wsiadł do nas koleś, który jechał do Londynu, gdzie nasz autobus w ogóle nie jechał. Pilotka miała nie małe zamieszanie, bo musieliśmy coś zrobić z nadprogramowym pasażerem. Szczerze mówiąc nie wiem jak to się skończyło, bo zdaje się, że przespałam moment, w którym wszystko się rozwiązało. Jeżeli chodzi o samo przejście przez granice nawet go nie poczułam, po prostu wjechaliśmy sobie spokojnie zarówno do Niemiec, jak i do Belgii – przejazd do Belgii w sumie też przespałam;p.

Bruksela

Na miejscu rodzina, która mnie gości mnie przywitała i podwieźli mnie do mojego nowego domu, w którym zamierzam rezydować jakiś czas, bo mi się tu podoba. Pokoik jest dla mnie w sam raz. Jest miejsce do odpoczynku, do spania i mycia się. Mogę sobie coś ugotować i mam swoją lodówkę. Poza tym mam sąsiadkę polkę, więc będzie dobrze:). Mam nadzieję, że tu się zadomowię, bo polubiłam tych ludzi. Bruksela póki co bardzo mi się podoba – ze względu na architekturę i mnóstwo parków. Mam nadzieję, że zapoznam się też z jakimiś muzeami i miejscami, w których warto bywać. Cieszę się, że tu jestem, chociaż brakuje mi moich bliskich z Polski. Ciekawa jestem co robiłabym teraz w domu...
Tymczasem w pierwszym dniu mojego pobytu w Brukseli, byliśmy na spacerze z małym, w parku. Zafascynowało mnie nie tylko to, że widzę taką różnorodność kultur, ale także to jak wielu ludzi, którzy uprawiają sport. Pozytywnym zaskoczeniem było też to, że osoby niepełnosprawne również wychodzą na spacer całkiem samodzielnie. U nas nie jest to wcale oczywiste. Jeżeli jesteście innego zdania to wyobraźcie sobie proszę, że widzicie na ulicy osobę na wózku, która ma przystosowany do siebie wózek, tak by móc sterować nim głową. No i teraz wyobraźcie sobie, że ta osoba wychodzi sama (sama!) na spacer.
U nas to: 1) Już, żeby zdobyć odpowiedni wózek trzeba ogromnego wysiłku i latania po różnych instytucjach. Dodatkowo jest masakrycznie dużo papierkowej roboty. 2) Jeżeli uda się zdobyć wózek to przeszkodą są zwyczajne schody, które często gęsto utrudniają wyjście z domu i poruszenie się gdziekolwiek 3) W wielu miejscach nie ma przystosowań dla osób niepełnosprawnych – np. restauracje, obiekty kulturowe, stacje metra itp. A tu jak wracałam do domu, widziałam przy metrze przystosowania dla osób niepełnosprawnych wzrokowo. Poza tym metro jest przystosowane również dla osób na wózkach, bo podłoga jest na jednym poziomie z chodnikiem i można sobie spokojnie przejechać do pociągu metra z peronu. Tymczasem u nas w Polsce często są problemy z najprostszymi przystosowaniami takimi jak podjazdy czy przystosowanie stacji (jakichkolwiek) dla osób niepełnosprawnych.
Kolejnym pozytywnym zaskoczeniem jest to, że tu bardzo wiele osób biega – o różnych porach dnia. I to nie są tylko osoby młode, ale też starsze. Nie są to tylko spacerki z kijkami, ale też np. jogging. A teraz łapka w górę, kto widział w Polsce starszą osobę, która biega sobie np. po parku (bez kijków)??
Co do okolicy, w której mieszkam to muszę przyznać, że lepiej nie mogłam trafić. Mieszkam bardzo blisko Parlamentu Europejskiego i Zamku Królewskiego (w oba te miejsca jestem w stanie dojść dość szybko na piechotę:)). Normalnie, jakby ktoś mi powiedział ok. miesiąc temu, że będę mieszkać w takim miejscu, to uznałabym go za wariata;p.

Pierwsze kroki w nowym miejscu.

Już powoli ogarniam swoją okolicę. Wiem gdzie mam najbliższy supermarket (tuż za rogiem:)) i umiem sama dojechać do mojego podopiecznego:)). W niedzielę miałam próbę generalną samodzielnego przejazdu do domu i z powrotem. Muszę przyznać, że mam dużo prostszą drogę do mieszkania, w którym mieszkam, a mam małe trudności w drugą stronę. Ale i tak nie jest źle, bo umiem się odnaleźć. Muszę przyznać, że odkryłam tu fajny park (dzięki temu, że wysiadłam przystanek dalej;p). na pierwszy rzut oka jest bardzo podobny do parku w Bonn. Jeszcze kilka dni i będę się poruszać po okolicy bez problemu:)
Jak na moje pierwsze starcie z nowym miejscem nie jest źle. Mały mnie zaakceptował i prawie się rozpłakał jak wracałam do domu. To chyba dobry znak, ale mnie wymęczył masakrycznie. To też chyba dobry znak, bo kondycję mam kiepską, a i kilogramów też jakby za dużo. Zatem w pagórkowatej Brukseli będę miała gdzie wyrabiać kondycję i mięśnie nóg. Mam wrażenie, że po równym stalowowolskim i furmańskim gruncie będzie mi się dziwnie i zbyt lekko chodzić. Poza tym ludzie są tu przesympatyczni i otwarci (wielu z nich mi pierwsi mówią bonjour:)), zatem francuskie dzień dobry mam opanowane do perfekcji. Za drugim samodzielnym przejazdem do pracy i z powrotem było dużo lepiej – wysiadłam na właściwym przystanku:)) Później było już tylko lepiej...

Poza tym dzisiaj poznałam swoją sąsiadkę z piętra. Mam nadzieję, że będziemy nieźle się dogadywać.

wtorek, 1 listopada 2011

Zapach zielonej herbaty od Elizabeth Arden

Dzisiaj chciałabym Wam napisać o mojej nowej miłości - miłości od pierwszego powąchania:) Ostatnio w ciemno kupiłam sobie zapach Elisabeth Arden Green Tea Tropical i muszę przyznać, że pokochałam go od pierwszego powąchania. Jeżeli chodzi o sam zapach to otwiera się on nutą owocu liczi, dominikańskim owocem namiętności, potem przechodzi w zieloną herbatę i chińską magnolię. Podstawę stanowi piżmo, tropikalne czarne porzeczki oraz mech morski.
Dla mnie ten zapach przywodzi bardzo pozytywne wspomnienia z czasu, w którym miałam kilkanaście lat, bo miałam wtedy bardzo podobny zapach. Mam wrażenie, że polubię się z tą Elizabeth Arden i wejdzie ona na stałe do używanych przeze mnie psikadeł tak jak Incandessence z Avon.
Wprawdzie Elizabeth Arden Green Tea Tropical nie jest skomplikowanym zapachem, ale mnie zauroczył niesamowicie. Jest lekki, z cytrusową nutą, ale na cieplejsze jesienne dni też jest całkiem dobry. Jedynym minusem jest trwałość, ale za promocyjną cenę można mu to wybaczyć:)
P.S. Czuję się dzisiaj masakrycznie zmęczona. W sumie nie wiem dlaczego:/ - a właściwie to wiem, ale mimo to nie powinno być, aż tak źle. Nigdy tak nie było! Chyba się starzeję;p

niedziela, 30 października 2011

WYNIKI rozdania:)

Jakże szczęśliwy dzień dzisiaj mamy:). Szczęśliwy z tego względu, że "Lolita" w wersji audio powędruje do swojego nowego właściciela:)).

Otóż, "Lolita" wędruje do blogera o nicku przynadziei. Zatem proszę o kontakt na maila nataliatw@onet.eu z danymi adresowymi, a wyślę ją najpóźniej w środę.
Żeby nie było poniżej zamieszczam dowód na to, że wygrało trzecie zgłoszenie z kolei:):
Gratuluję zwycięzcy:) i przy okazji dziękuję Katarzynie za pomoc.

piątek, 28 października 2011

Matki, żony... czyli ksiązka na weekend:)

W tym tygodniu książkowa propozycja na weekend trochę później niż zazwyczaj i mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Dzisiaj mam dla Was coś lekkiego do poczytania:

Od Wydawcy:

„Matki, żony, czarownice” to historia mądrych i zaradnych kobiet, które powinny odnosić w życiu same sukcesy, a bywały skazane na porażkę jedynie dlatego, że kochały. To książka o miłości i zdradzie, ale przede wszystkim o wielkiej tajemnicy. 

Kiedy głównej bohaterce, 40-letniej szczęśliwej mężatce, wali się na głowę jej cały uporządkowany świat, los otwiera przed nią kolejne drzwi. Asia buduje życie od nowa, a dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności poznaje przeszłość swojej rodziny i własne korzenie. Zwyczajne życie współczesnej kobiety (małżeńska zdrada, wychowanie dziecka, utrata pracy, wiązanie końca z końcem) zmienia poznanie tajemnicy, która skrywała zaskakujące losy wielu pokoleń kobiet z jej rodu. Odnaleziony po latach testament Laverny, prababki głównej bohaterki, to prawdziwy majątek rodzinny, choć nie pieniądze są jego wartością.


Ode mnie:
Do tej książki podchodziłam z pewną dozą niepewności, bowiem ten rodzaj literatury nie jest mi jakoś specjalnie bliski. Jednakże z każdą kolejną stroną moje obiekcje malały, aż w końcu nie pozostał po nich ślad.
Autorka ukazuje nam historię silnych kobiet, które pragnęły kochać i być kochane. Jednakże w swoim życiu obok miłości spotykały również cierpienie i niepewność. Każda z tych kobiet miała coś co sprawiało, że mogłam się z nią utożsamić. Nie umiem jednoznacznie określić co to jest, ale to chyba to pragnienie miłości i bliskości sprawiło, że czułam się tak dobrze w towarzystwie kobiet z "Matek, żon, czarownic". Dodatkowo autorka roztoczyła nade mną aurę tajemniczości i wyczekiwania, co sprawiło, że nie mogłam się doczekać tego, żeby sięgnąć po tą książkę i zapoznać się z dalszą częścią powieści. Książka ta zmotywowała mnie do szukania w samej sobie tej siły, która pozwalała bohaterkom powieści pani Miszczuk kochać i wybaczać. Na początku powieści przeszkadzały mi liczne retrospekcje obecne w powieści, ale z czasem przyzwyczaiłam się do nich i dałam się przekonać powieści. Muszę przyznać, że to niesamowite, że wytwór fantazji obcej mi kobiety tak bardzo dał mi do myślenia - może to właśnie fakt, że ta historia wyszła spod pióra mądrej i dojrzałej kobiety sprawia, że ona do mnie dotarła i może dotrzeć do każdej z nas. Mimo to książka ta napisana jest w bardzo lekki i przystępny sposób, co sprawia, że jest idealna na popołudnia i wieczory, które następują po ciężkim dniu. Polecam tą powieść nie tylko kobietom, ale również mężczyznom, ponieważ może uda im się przez tą lekturę nieco zgłębić kobiecą naturę.

P.S. Zachęcam jeszcze do zajrzenia do notki poniżej.

niespodzianka

Witajcie,
 jedną z książek, które biorę ze sobą na wyjazd jest "Lolita". Postanowiłam, że zrobię dla Was rozdanie.
Mam dla Was "Lolitę" Nabokova w wersji audio. Napiszcie proszę pod spodem kto chce przygarnąć audiobooka i dlaczego:) Naturalnie audiobook będzie do odebrania u mnie;] lub wyślę go pocztą (najprawdopodobniej dzień przed wyjazdem)
Macie czas do 29.11 czyli do jutra, do 18stej:)
pozdrawiam
P.S Jeżeli ktoś z Was ma bloga mile widziana jest notka na blogu o rozdaniu i obserwowanie mojego bloga:)

czwartek, 20 października 2011

Weekend z książką: "Atrofia" Lauren DeStefano

Dzisiaj przychodzę do Was z kolejną propozycją książki do przeczytania podczas weekendu. W moim życiu wiele się ostatnio dzieję, więc publikuję tego posta dzisiaj, bo jutro mogłabym nie zdążyć. Oto powieść, która całkowicie przekonała mnie do takiego gatunku jak fantastyka:

Od Wydawcy:

Wyobraź sobie, że znasz dokładnie datę swojej śmierci… 

Pierwsza część trylogii „Chemiczne światy”. 

Dzieci poczęte naturalnie są niedoskonałe. Dlatego – żeby stworzyć idealnych ludzi – ruszyła produkcja embrionów bez najmniejszych wad genetycznych. Ale tylko pierwsze pokolenie to okazy zdrowia; potomkowie perfekcyjnych ludzi umierają w wieku dwudziestu paru lat. W tym ponurym świecie dziewczęta zmuszane są do poligamicznych małżeństw, by zapewnić przetrwanie gatunku. Rhine, Jenna i Cecily trafiają do ekskluzywnej rezydencji w gaju pomarańczowym, gdzie wszystkie poślubia młody syn właściciela. Serce Rhine bije jednak dla Gabriela, młodego Służącego, który zaryzykuje wszystko, by pomóc jej odzyskać wolność. Dziwaczny świat luksusu i piękna, skrywający mroczne sekrety, rozciąga swoje macki, wabi dziewczęta iluzją. Lecz widmo śmierci wciąż krąży wokół nich, niepogodzonych z losem. Liczą na cud, a każdemu z czymś innym się kojarzy prawdziwe życie. 


Ode mnie:  

Niektórzy z Was już wiedzą, że miałam nie małe wątpliwości w związku z tą książką. Kiedy pojawiła się na serwisie Lubimy Czytać dodałam ją od razu do półki "chcę przeczytać" jednakże później na jakiś czas zniknęła. Dlaczego? Otóż nie byłam pewna czy mnie zainteresuje - bałam się, że autorka przesadzi w budowaniu antyutopijnego świata z przyszłości. Jednakże kiedy zyskałam możliwość jej przeczytania sięgnęłam po nią, chociaż nadal miałam wątpliwości - niepotrzebnie:D.
Książka pochłonęła mnie już od pierwszej strony i sprawiła, że sięgałam po nią w każdej wolnej chwili. Dzięki Lauren DeStefano ujrzałam całkiem realną wersję tego co może nas czekać, ale także polubiłam DeStefano już od pierwszego przeczytania. Z przyjemnością sięgnę po kolejną część z trylogii:) 
Mam nadzieję, że kilka słów Wam wystarczy - w każdym bądź razie będzie musiało.
Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru

niedziela, 16 października 2011

o wolontariacie:)

Wolontariat jest ważną częścią mojego życia. Nie wyobrażam sobie, żeby w moim życiu go zabrakło. Dlaczego?
Otóż okazało się, że poznałam wielu wspaniałych ludzi, którzy sprawili, że mój świat i podejście do niego bardzo się zmieniło - na dużo lepsze. Wielu z wolontariuszy było przez jakiś czas moją drugą rodziną, a biuro wolontariatu przez wiele miesięcy było niemalże moim drugim domem. W końcu w wolnym czasie to w biurze CW między przerzucaniem nakrętek, pracami biurowymi i spotkaniami z ludźmi jadłam posiłki i w chwilach braku pilniejszych zajęć wolontariackich zajęć nadrabiałam zaległości kulturowe poprzez czytanie książek i nauki gry w szachy;p.
Poza tym niezmiernie ważną dla mnie rzeczą jest to, że zdobyłam trochę doświadczenia zawodowego, które sprawiło, że pedagogika była dużo bardziej świadomym wyborem.
Niezwykłą rzeczą jest to ile może dać świadomość tego, że pomogło się jakiejś osobie i chociaż trochę zmieniło się jej podejście czy sytuacja, w której się znajdowała. Takie rzeczy, przynoszą wiele radości i korzyści, ale też uczą wrażliwości na innych ludzi z naszego otoczenia. Poza tym doświadczenia wyniesione z wolontariatu umożliwiły mi zainicjowanie grupy Stalowych Czytaczy, która coraz bardziej mnie zadziwia i daje nadzieje na to, że w następnym raporcie o czytelnictwie może być nieco lepiej niż w ostatnim. I jeżeli ktoś mówi, że wolontariat jest całkiem bezinteresowny to albo nie wie o czym mówi, albo kłamie.
Przez tyle lat w wolontariacie nauczyłam się, że bezpłatne działania na rzecz drugiego człowieka potrafią wiele dać temu, kto pomaga. Dlatego chciałabym, żeby idea wolontariatu towarzyszyła mi przez całe życie. Mam nadzieję, że to będzie możliwe.



Warto pomagać, więc zastanówcie się proszę czy możecie chociaż trochę pomóc innym obok. Niekoniecznie przez biuro wolontariatu, ale może gdzieś obok Was ktoś potrzebuje Waszej pomocy, albo dzieje się coś ciekawego (jakaś akcja) w czym warto wziąż udział. Jak macie jakieś pytania (np. nie wiecie jak się za to wziąć) to piszcie, a ja w miarę możliwości odpowiem:)

czwartek, 29 września 2011

Weekend z książką: "Wichrowe wzgórza" czyli powiew klasyki.

Jesień to pora roku, która nastraja mnie bardzo nostalgicznie i sprawia, że mam jakiś taki magiczny nastrój. Za chwilę wszystkie liście opadną z drzew i zacznie się bardziej deszczowa pogoda. Po wczorajszym spotkaniu Stalowych Czytaczy pomyślałam sobie, że jest coś do czego wrócę z przyjemnością i ta powieść będzie dla mnie otwarciem pewnej mojej małej tradycji, a mianowicie moich spotkań z klasycznymi dziełami. O czym piszę?? Naturalnie, że o "Wichrowych Wzgórzach" autorstwa Emily Jane Brontë.
Pamiętam, że ta książka od dawna krążyła gdzieś po mojej podświadomości, zanim po nią sięgnęłam. Zawsze wzbraniałam się przed wzięciem jej do ręki i przeczytaniem jej, bo wydawała mi się, że będzie nudna jak flaki z olejem i będzie zalatywać czymś w rodzaju twórczości Żeromskiego czy Orzeszkowej (nie ujmując naszym rodzimym autorom, ale jednak nie wszystkich da się lubić, a oboje wspomnianych pisarzy nie wzbudziło we mnie swojej sympatii - chociaż jest całkiem prawdopodobne, że do nich po prostu nie dorosłam /ale może kiedyś w odległej przyszłości po nich sięgnę/).Tymczasem ta powieść idealnie wpasuje się w jakieś (najlepiej deszczowe) popołudnie i wieczór. Dla mnie "Wichrowe wzgórza" mają w sobie coś mrocznego i tajemniczego; coś czego ja w pewien sposób chciałabym dotknąć tudzież poczuć. Pamiętam, że momentami byłam niemalże naocznym świadkiem tego co doświadczało bohaterów książki. Powyższą powieść czytałam pod koniec ubiegłego roku. Tym razem chciałabym ją przeczytać w momencie kiedy liście na drzewach będą bardziej przerzedzone. Jakoś tak z niewiadomych przyczyn taka pogoda podbije tylko klimat tej książki.
 O czym są "Wichrowe wzgórza"? 
O miłości, cierpieniu, naiwności i nienawiści. O tym jak łatwo zepsuć życie sobie i wszystkim naokoło - i wcale nie trzeba do tego wiele. Poza tym dzięki jednej z postaci uświadomiłam sobie, że próżność i egocentryzm mogą być na prawdę zgubne...
Ja polecam całym sercem. Szczególnie wieczorową porą w parze z herbatką z sokiem malinowym:))

P.S. Dziękuję Katarzynie za inspirację do sięgnięcia po klasykę:) Już widzę jak będę okupywać biblioteczkę mojej mamy, w której znajduje się kilka klasyków, po które chcę sięgnąć:D

poniedziałek, 12 września 2011

Noc z Kulturką

Już w najbliższy piątek (16.09) Noc z Kulturką - ja osobiście nie mogę się doczekać. Mamy pierwszą akcję Stalowych Czytaczy i jestem pod wrażeniem jak bardzo ludzie się angażują. Na pierwszym spotkaniu roboczym każdy powiedział co może zrobić i okazało się, że...wszystko co było do zrobienia ktoś robi. Serce mi rośnie na widok takiego zaangażowania, bo widać, że jeszcze komuś zależy, że ludziom się chce:D. Traktuję Stalowych Czytaczy jak własne dziecko i widok jak się rozwija sprawia mi radość. Już jestem dumna z tego jakich kształtów to wszystko przybiera, mam nadzieję, że z każdym dniem będzie coraz lepiej:))

Mam nadzieję, że ludzie dopiszą, a wieczór będzie piękną zapowiedzą czegoś wielkiego:D
Po więcej szczegółów zapraszam na http://stalowiczytacze.blogspot.com/

piątek, 9 września 2011

Weekend z książką: Olga Rudnicka "Natalii5"

Jesień jest moją ulubioną porą roku. Lubię jej klimat i to, że mogę czerpać z niej inspiracje. Dzisiaj wracałam do domu z księgarni z nową książką i pomyślałam sobie, że warto wprowadzić na mojego bloga cykl "Książka na weekend":). W tym cyklu chcę polecać Wam książki (niekoniecznie zawsze łatwe), które można przeczytać w weekendJesienna pogoda sprzyja czytaniu, więc jest odpowiedni czas na realizacje mojego pomysłu. Mam nadzieję, że starczy mi samozaparcia do regularnego pisania do tego cyklu:)
Książką, którą chcę Wam zaproponować jako pierwszą jest Natalii5 Olgi Rudnickiej.

Natalii5 to kryminał, a raczej komedia kryminalna, która ujmuje już od pierwszych stron.
Oto pewnego dnia policja otrzymuje zgłoszenie o samobójstwie. Zamknięty od środka pokój; martwy mężczyzna i broń, na której są tylko odciski palców zmarłego. Pojawiają się jednak wątpliwości co do tego czy oby na pewno jest to samobójstwo. Ta śmierć jest tylko początkiem skomplikowanych i...śmiesznych wydarzeń. Otóż nagle spotyka się 5 kobiet o tym samym imieniu i nazwisku, które nie miały o sobie zielonego pojęcia - 5 kobiet, których życie bardzo się zmieni.

Tą książkę czytałam już jakiś czas temu, jednakże nie daje mi o sobie zapomnień. Stoi na mojej półce jako jedna z kilku moich ulubionych w domowym księgozbiorze. Kiedy po raz pierwszy przeczytałam opis wydawało mi się, że będzie to mroczna i przynajmniej trochę będę się bać. Jednakże czytając tą książkę często wybuchałam śmiechem. Moja mama zaglądając do mojego pokoju, patrzyła się na mnie podejrzanie, bo nigdy się tak nie zachowywałam w ten sposób przy czytaniu książki. Muszę przyznać, że polubiłam wszystkie Natalie, bo każda z nich miała w sobie coś co bawiło i wzbudzało do niej sympatie. Ta książka jest idealna na pochmurny weekend czy okres chorobowy. Bardzo poprawia humor i dobrze nastraja. Do książki polecam dobrą kawę, albo gorącą herbatę z sokiem malinowym i można wsiąknąć na wieczór...no może na trochę dłużej niż wieczór;)
Ja na pewno sięgnę po kolejne książki Olgi Rudnickiej - mam nadzieję, że nie zawiodę się na nich.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Ciastko z dziurką i bulwersująca zmiana tradycji

W ubiegły weekend byłam u rodziców na wsi. Pojechałam rano w niedziele i wróciłam wczoraj wieczorem. Dwa dni ubiegły mi na spotkaniach z rodziną. Oczywiście zabrałam ze sobą również książkę;), ale ja nie o tym.
W niedziele w parafii mojej rodziny ze wsi był odpust. Nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła sobie ciastek z dziurką - nieodmiennie kojarzą mi się z dzieciństwem, a nie jadłam ich już dawno, więc skusiłam się i zjedliśmy je później do kawy:D.
Wczoraj było święto, które potocznie nazywane jest dożynkami. Na wsi wciąż spotyka się kopki i drużyny dożynkowe. Parafia mojej rodziny obejmuje 4 wsie i każdego roku jedziemy przynajmniej zobaczyć kopki. Zawsze jest dyskusja, która jest najładniejsza oraz rozmawiamy też o tym jak w tym roku była zorganizowana impreza. Wczoraj po raz pierwszy nie było gospodarzy, ale weszła od tego roku tradycja, że impreza dla drużyn dożynkowych co roku będzie organizowana w innej wsi. Nie wszystkim to się podoba, ale wielu ludzi ma nadzieję, że zmieni się to w przyszłym roku. Poza tym nie podobało nam się to, że w tym roku ksiądz, który wyszedł przed Mszą po drużyny nie przywitał ich tak jak to było co roku. Większość ludzi było tym zniesmaczonych, bo zawsze tak było, że ksiądz kilka słów powiedział. Nie wiem jak było później, bo pojechaliśmy do domu. Na Mszy byliśmy wcześniej, bo nie chcieliśmy później długo stać w zatłoczonym kościele.
A od jutra wracam do rzeczywistości robotniczej. I odechciewa mi się na samą myśl, że mam gadać przez 8 godzin z ludźmi:/

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Recenzja porównawcza maseczek do włosów z firmy Avon i L' Biotica

Dzisiaj post, który prawdopodobnie będzie dla mnie strzałem w kolano (co niektórzy wiedzą dlaczego). Otóż jakiś czas temu pisałam o masce do włosów z Avon:


Seria Planet Spa. Minerały z Morza Martwego. Jako, że lubię tą linię; to na nieszczęście dla nich i dla siebie trafiłam na bubel. Zużyłam już gdzieś połowę maseczki i używałam jej dość często, zatem miała czas się wykazać. Jednakże bezczelna ta maska jest, bo moje włosy jej nie polubiły, a ja tym bardziej. Ale do rzeczy. Za co ją tak znienawidziłam, że więcej jej nie kupię??
- cena po promocji jakieś 16,9 (ewentualnie złotówkę mniej),
- zapach - a właściwie smród (to można wybaczyć pod warunkiem, że działa jakoś na włosy),
- brak oddziaływania na włosy - nie odżywia i nie regeneruje, a moje włosy wypadają przecież niemiłosiernie,
- tylko 150ml produktu,
- po użyciu miałam poczucie szorstkich włosów,
- miałam wrażenie, że maska mi obciąża włosy:/.
Nie zauważyłam, żeby ta maseczka cokolwiek mi robiła z włosami. Nawet nie ułatwiała mi rozczesywania. Jej jedynym plusem jest wydajność, ale co mi po wydajności jak efektów brak? Zatem nigdy więcej nie pokuszę się o jej zakup. Pewnie jakoś ją zużyję, ale tylko wymieszaną z odżywką. Muszę jeszcze wspomnieć, że używałam jej zarówno na krócej, jak i na dłużej. Próbowałam też trzymać włosy z nałożonym produktem dłużej niż się zaleca i nic...żadnego efektu.
Podczas mojego ostatniego mycia włosów skończyła mi się zatem cierpliwość do tego produktu i dzisiaj kupiłam sobie kolejne opakowanie maski do włosów z Biovax'u:


Po lewej już skończone opakowanie, a po prawej nowy produkt do włosów razem z termocapem i próbką serum do włosów. Jeżeli chodzi o koszt to ja zapłaciłam za nią tym razem 16,9 (podobno ceny wahają się od 12,9 - 19,9, w zależności jak się trafi). Plusy to:
+ dobra cena za 250 ml produktu,
+ wydajność,
+już po pierwszym użyciu włosy łatwo rozczesać, 
+ już po pierwszym użyciu ma się poczucie odżywionych włosów,
+ nie obciąża włosów,
+ dość szybko zauważa się, że włosy zaczynają odrastać:),
+zapach tej konkretnej maseczki może nie jest jakiś szczególny, ale i tak przyjemniejszy od zapachu produktu o którym pisałam najpierw.
  • ja ją kupuję w aptece
Zatem póki co będę się 3mać firmy L'biotica i jej masek do włosów. Muszę też wspomnieć, że maska do włosów z firmy Avon jest naszpikowana chemią, zaś ta druga jest z naturalnych składników:). Zatem pozostawię resztę bez komentarza.

piątek, 29 lipca 2011

Wolontariat przez wiele lat odgrywał szczególną rolę w moim życiu. W momencie kiedy stałam się jedną z koordynatorek w Centrum Wolontariatu zaczął mi wypełniać wiele wolnych chwil. Poza koordynacją spraw biura udzielam się poza swoimi obowiązkami. Dzisiaj byłam u kogoś, komu pomagam i muszę powiedzieć, że spotkała mnie bardzo miła imieninowa niespodzianka. Muszę przyznać, że nawet nie spodziewałam się, że będą o nich pamiętać. W każdym bądź razie dzisiaj wyszłam od podopiecznego ze słodkim podarunkiem i muszę przyznać, że ten skromny upominek sprawił mi taką radość jak żaden inny. Przyjmowanie prezentów od podopiecznych może wydać się kontrowersyjne, ale jeżeli są to na prawdę skromne upominki to nie widzę w tym problemu. Często takie małe drobiazgi są formą odwdzięczenia się wolontariuszowi, za jego czas, zdolności i pracę. Z tego co zauważyłam wielu wolontariuszy otrzymuje takie małe drobiazgi od swoich podopiecznych, chociaż zwykle się wzbraniają. Jednak relacja z wolontariuszem jest bardzo specyficzna i często osoby, którym się pomaga stają się kimś ważnym...

środa, 20 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Kiedy dzisiaj odebrałam wiadomości niesamowicie ucieszyłam się ilością komentarzy od Was:)). Dodatkowo Toska82 nominowała mnie do One Lovely Blog Award. Wprawdzie widziałam na blogach już notki o tym, ale nigdy bym się nie spodziewała, że mnie ktoś wyróżni:)), to bardzo miłe.

A teraz zasady:

- Na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała.
- Napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli.
- Nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby,
która Ciebie nominowała),
- Zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu
dowiedzą się o nagrodzie i nominacji.

7 rzeczy o mnie:
1. Nienawidzę lata - natomiast uwielbiam jesień:)),
2. Muzyka często ma dla mnie funkcję terapeutyczną.
3. Kiedy nie mogę zasnąć ze zmęczenia robię sobie kawę z mlekiem i puszczam ulubioną muzykę - później śpię jak zabita;)
4. Jestem kosmetoholiczką - niestety paskudny nałóg;p
5. Jestem typem domatorki - uwielbiam spędzać czas nad książką i z kubkiem kawy w ręku.
6. Lubię zasypiać kiedy pada - stuk kropel deszczu o szybę mnie uspokaja i usypia:))
7. Lubię język niemiecki:))

Nominacje:, czyli do zabawy zapraszam:
1. Kasandrę_85
2. Magdę
3. Iwetto
4.












środa, 20 kwietnia 2011

Świątecznie

Moi Drodzy,
jako, że zbliżają się Święta Wielkanocne, które są ważne dla wielu z nas. Chcę Wam życzyć, aby Jezus podczas tych świąt zmartwychwstał w Waszych sercach i każdego dnia Wam błogosławił. Niech Wasze święta będą spokojne i spędzone w gronie rodziny nie tylko przy świątecznym stole; ale również na skupieniu, na tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Jezusa.
Pozdrawiam i życzę smacznego jajka:)
Natalia
P.S. Nie wiem czy jeszcze coś zdążę napisać przed wtorkiem. Mam nadzieję, że znajdę na tyle czasu, żeby do końca tygodnia skończyć czytać chociaż jedną książkę i zamieścić recenzję.
pozdrawiam świątecznie raz jeszcze;)

wtorek, 22 marca 2011

moje produkty do kąpieli;)

Dzisiaj będzie zupełnie inaczej niż dotychczas, bo zamierzam napisać o czymś zupełnie innym niż muzyka czy książki - tak dla urozmaicenia;).
Ci co mnie lepiej znają wiedzą, że jestem maniakiem jeżeli chodzi o produkty do kąpieli i pielęgnacji, jednakowoż teraz skupię się teraz na tych pierwszych. Otóż do wczoraj w mojej łazience stały 3 produkty do mycia - ot tak dla urozmaicenia;). Od razu zastrzegam sobie, że nie mam zamiaru się chwalić czy coś - chcę tylko się podzielić swoim zdaniem na temat poniższych produktów.
Od lewej:
1. Palmoive Naturals (200ml), Nawilżający żel pod prysznic z ekstraktem z granatu - dla mnie idealny na zimę. Ma kremową konsystencję, która nie tylko myje, ale i nawilża moją skórę. Wprawdzie to nawilżenie nie jest nie wiadomo jak wielkie, ale jest ok i później balsam ma zupełnie mniej pracy:). Ostatnio zaczął mi dokuczać zapach, ale przy zużyciu większości opakowania mógł mi się po prostu znudzić. Na pewno kupie sobie coś z tej serii bliżej jesieni tylko o innym zapachu:).
2. Nivea - pielęgnacyjny żel pod prysznic z perełkami oleju i ekstraktem z trawy cytrynowej. (250 ml) Uwielbiam go za zapach:)...przepiękny cytrusowy zapach. Do jego zalet należy:
  • nie wysuszanie skóry,
  • dobre mycie skóry,
  • wydajność - jest gęsty, więc starcza na długo:)
3. Avon Senses Garden of Eden (250 ml) - jak dla mnie pachnie takimi cukierkami (landrynkami), które jadłam w dzieciństwie:). Samo to sprawiło, że pokochałam ten żel miłością bezwarunkową od pierwszego wąchnięcia;). Na pewno wywołuje baardzo pozytywne skojarzenia, co sprawia, że używam go z przyjemnością. Dobrze myje i zapach długo u3muje się na skórze. Jednakże może wysuszać skórę, ale od nawilżenia są przecież balsamy;). Zatem drobny mankament można mu wybaczyć, bo przecież żel jest od tego żeby myć;)

Tymczasem na swoją kolej czeka już zestaw do kąpieli i pielęgnacji, który dostałam na urodziny:
Już nie mogę się doczekać jak go użyję, ale muszę skończyć przynajmniej jeden żel o którym pisałam wcześniej, żeby otworzyć coś z tego zestawu, co mnie motywuje do zużycia żelu z Palmolive;). Mam nadzieję, że szybko pójdzie. Tą ściereczkę używam do twarzy i myślę, że się sprawdzi:)
To by było na tyle na tą notkę:)

wtorek, 25 stycznia 2011

okiem koordynatorki:)

Dzisiaj miałyśmy pierwszy spokojny dyżur w naszym wolontariackim biurze.
Do tej pory jakoś zawsze coś się działo - jak nie wywóz nakrętek, to pakowanie nakrętek, albo jakaś inna sytuacja wymagająca nagłego (albo i nie) pojawienia się w biurze CW ekipy 3mającej władze. Zacęło się prozaiczne życie koordynatorek CW, czyli papierkowa robota i praca nad aktualizacją wolontariuszy. Reszta póki co robi się sama. Każdy aktywny wolontariusz wie za co jest odpowiedzialny, a kontakt w razie czego mamy bardzo dobry.
Zatem póki co jest stabilnie i już nie ma mnie tam (domyślnie w biurze CW) codziennie. Teraz kiedy sytuacja wydaje się opanowana wolontariat staje się coraz większą radością i azylem, w którym czuję się coraz bezpieczniej.
Dla mnie wolontariat stał się częścią życia. Dzięki niemu mogę mieć Boże Narodzenie codziennie, bo każdego dnia mam styczność ze wspaniałymi ludźmi. Wolontariat sprawił, że pewne rzeczy stały się dla mnie natyle codziennością, że niechcący zaczęli mnie otaczać ludzie, którzy robią coś dobrego w swoim życiu, albo są tym zainteresowanie. Nieoczekiwanie ludzie z roku zaczęłi zbierać mi nakrętki, interesować się tym jak mogą pomagać i generalnie cokolwiek więcej robić w swoim życiu:). Poza tym wielu moich znajomych jakoś zaraża się pomaganiem. To dobrze, bo to znaczy, że świat jednak nie zszedł na psy:). A dzisiaj mój dzień kończy się łagodnie w rytmie:
en la ciudad